Malaga, Tiki Taki i Kasztanki

sobota, października 15, 2016

Tu-dum-tu-dum-tu-dum. Koła walizki miarowo stukają o chodnikowe płytki. Szerokie, gładkie, śliskie, a jednak torba od czasu do czasu podskakuje pod wpływem moich szarpanych ruchów. Usiłuję złapać równowagę pomiędzy pchaniem wózka, a ciągnięciem walizki. Bardzo łatwo wypada się z rytmu, próbując ominąć kolejny wieszak ze strojami kąpielowymi lub półkę z klapkami wystawioną wprost na chodnik. Przede mną Inżynier na przemian ciągnie za sobą i niesie największy bagaż, wypchany po brzegi dwudziestoma trzema kilogramami wszystkiego. Mocna, staroświecka w stylu walizka ma kółka i krótki pasek, ale brak jej wysuwanego uchwytu, który ułatwiłby transport.

Maszerujemy tak już blisko godzinę. Zgubiliśmy się, to pewne, ale nie wiemy, gdzie popełniliśmy błąd. Mapa Google rwie, zaczepieni na ulicy przechodnie łamanym angielskim udzielają wykluczających się porad. Ci bez znajomości angielskiego tłumaczą po hiszpańsku. O-mój-boże, jak oni się starają! We don't speak Spanish jeszcze bardziej ich nakręca. (Zdrowy rozsądek nie pozwala mi na un poco. I słusznie.) Mówią jeszcze więcej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej po hiszpańsku. Gracias, dziękujemy na koniec uprzejmie, jeszcze bardziej zdezorientowani, przypominając sobie Drugą Mamę, która w angielskim sklepie witała się ze wszystkimi uprzejmym dzień dobry.

Przyznaję, myślenie wyłączyłam już pół godziny temu, wszystkimi porami chłonę atmosferę wybrzeża, całkowicie zdając się na Męża Mego w decyzjach, czy a la derecha czy może a la izquierda, nie zastanawiając się już, które co oznacza, i skupiając się na tym, żeby nie wylecieć z Fruzią na ulicę. Zerkam na nią od czasu do czasu. Mija trzynasta godzina naszej podróży. Mała jest wykończona, to widać, ale dzielnie trzyma przytomność umysłu, nie chce się położyć. Kiedy rozkładam jej wózek do pozycji leżącej, sekundę później Fruzia stawia oparcie do pionu. Zupełnie jakby wiedziała, że właśnie zaczęła się fiesta i nie czas na spanie. Dobrze, córko, jeśli wciąż masz siłę... 

Ratują nas kelnerki w jednej z licznych restauracji. Tłumaczą, że jesteśmy bardzo daleko od naszego tymczasowego lokum i sceptycznym wzrokiem patrzą na walizki i Fruzię w wózku. Po chwili debaty zamawiają nam taksówkę, a piętnaście minut później gospodyni wylewnie wita nas i naszą la niña przed czteropiętrowym apartamentowcem.
- Zabłądziliśmy - mówimy po angielsku.
- Ale jak to? Przecież to dziesięć minut drogi od stacji! - dziwi się Diana po hiszpańsku.
Bo tak będziemy wymieniać uprzejmości i uwagi do końca naszego pobytu. Ona en español, my in English.
- Naprawdę? Przyjechaliśmy taksówką - teraz to ja jestem zdziwiona.
- A gdzie wysiedliście?
- Na Torremolinos.
- No! No Torremolinos! - łapie się za głowę nasza gospodyni. -  Los Álamos!

Dwie stacje metra wcześniej.
A-ha.

(...)

Plaża. On czyta książkę, Fruzia zachwyca się największą piaskownicą, jaką dotąd widziała w swym ponadpółtorarocznym życiu. Zamykam oczy. Pod powiekami żółto od słońca. W uszach szum fal rozbijających się o brzeg. W tle przytłumione głosy. Lekki wiatr, temperatura w okolicach 28 stopni. Przez głowię przepływa strumień swobodnych myśli.

Jest mi ciepło. Niczego nie potrzebuję, niczego nie pragnę. Nic mnie nie boli. Nic nie dręczy. Aktualnie na nic nie czekam. Najwyższy stopień oświecenia.

A to tylko słońce, woda i piasek.

I oni na wyciągnięcie ręki.
(Budda nie byłby zachwycony.)

(...)

Pierwszego dnia narobiła krzyku na całą okolicę, kiedy spieniona woda dotarła do jej kostek. Nie przeszkadzało jej to jednak w wylewaniu słonej cieczy z wiaderek wprost na siebie. A następnie w tarzaniu się w piasku.
- Fruziu, panierujesz się? - pytał on ze śmiechem.
Drugiego dnia wzięła się z morzem za bary. A właściwie za łydki, bo to tam wyznaczyła swoją własną granicę poczucia bezpieczeństwa. Od tego momentu, kiedy nabierała ochoty na obniżenie temperatury ciała, podchodziła do mnie lub do niego, jednym zgrabnym ruchem zamykała nam książkę, po czym usiłowała podnieść wybranego delikwenta, dając do zrozumienia, że teraz idziemy do wody. Koniecznie. Natychmiast. Bo jak nie, to... (Podrywaliśmy się dość szybko, więc nie wiem, co byłoby dalej, gdyby.)

(...)

Salou, Katalonia, późny wieczór. Mam czternaście lat, wędruję z Rodzicami rozświetloną promenadą. Idę i chłonę obrazy, zapachy i dźwięki. Sklepy pełne kolorowych sukienek, kapeluszy i pamiątek. Hitem tego sezonu są białe, sznurowane glany na koturnie oraz czarne sukienki bez rękawów, z szyfonową spódnicą i podwyższonym stanem. Mamuśka pozwala wybrać mi jeden z tych cudów, a moje serce waha się kilka dni. Ostatecznie zdecyduję się na kieckę, w której wystąpię na balu ósmoklasistów. A tymczasem wędrujemy powoli, mijając kolejne restauracje i bary, jeden pokaz flamenco za drugim. (W jednym z tych miejsc, podczas innej wycieczki do tej samej miejscowości Mamuśka, zaproszona na parkiet przez zawodową tancerkę, odstawi takie flamenco, że hiszpańska ziemia długo będzie to wspominać.) Zachwyca mnie fakt, że po upalnym dniu dopiero teraz zaczyna się tutaj życie. Feeria barw. Rewia mody. Opalone ciała. Powietrze ma smak młodości i spełniających się marzeń. Smak raju. Mimo że mam już na czternastoletnim koncie kilka europejskich metropolii, to Hiszpania na długie lata stanie się moim Tokio. Wyszywanym srebrno-złoto.

Torremolinos, Andaluzja, nie-aż-tak-późny wieczór. Mam trzydzieści pięć lat, wędruję z Mężem Mym i córką rozświetloną promenadą. Idę i chłonę obrazy, zapachy i dźwięki. Sklepy pełne kolorowych sukienek, kapeluszy i pamiątek. Mijamy dziewczynę w białych, sznurowanych glanach na koturnie, dokładnie takich jak te, których nie kupiłam dwadzieścia jeden lat temu. Wędrujemy powoli, od czasu do czasu zaśmiewając się z Fruzi, która obudziła się po krótkiej drzemce i z miną królowej wybrzeża rozdaje uśmiechy. Pozdrawia przechodniów królewskim skinieniem dłoni. Co jakiś czas podchodzi do kogoś i bezpardonowo łapie go za nogę, rękę albo koszulkę, jeśli delikwent jest jej wzrostu. Przepraszamy za Fruzię, intruujemy ją, że teraz już zrobimy pa-pa, idziemy dalej. Jakaś zachwycona Hiszpanka bierze ją na ręce. Fruzia cieszy się na całego, ale po chwili zaczyna szukać naszego wzroku. Postawiona na ziemię, entuzjastycznie wraca do bycia gwiazdą. Jest już po sezonie, ale ciepłe powietrze wciąż ma smak raju.

(...)

Pierwszy lecący nad plażą i naszymi głowami samolot skwitowaliśmy stwierdzeniem:
- Zobacz, Fruziu, ten samolot leci do Rudolfa!
Do Ga-gi znaczy.
- Gaga! - krzyknęła uradowana Fruzia, wystawiając wskazujący palec w stronę słońca, nieba i samolotu.

A ponieważ te latały średnio co dziesięć minut...

Gaga twarzą (pyskiem?) malagijskiego lotniska.

(...)

Trzeciego dnia trafiamy na Mercado Central de Atarazanas w Maladze i przepadamy w nim bezpowrotnie. Nie dosłownie, bo wielkością ten rynek nie poraża, nie sposób się w nim zgubić, ale rozum człowiek traci w nim na dobre. Te kolory! Te ilości! Te zapachy! Dumne, hiszpańskie szynki zwisające z wielkich haków, ogromne ilości mięsiwa, chorizo i innych odmian kiełbasy, owoce i warzywa schodkowo poukładane na stołach, przywołujące na myśl wspomnienie ogrodu na Ranczo, wodzące nos na pokuszenie przyprawy, których nazwy nie zawsze udało nam się rozszryfrować, świeże ryby, usypane w wielkie wydmy i regularnie spryskiwane wodą krewetki, małże i wszystko to, co zwykle omijam w supermaketach szerokim łukiem, a co dziś sprawia, że w ciągu sekundy robię się niewiarygodnie głodna, domowe wypieki, na widok których porzucam w myślach postanowienie powrotu do treningów, bo przecież mam to gdzieś, wolę być szczęśliwa, jedząc takie pyszności, niż szczupła bez nich.
Przyjechaliśmy z myślą, że przydałoby nam się trochę świeżych warzyw, wyjeżdżamy z kilkoma po brzegi wyładowanymi siatami, a w głowach aż nam wszystko pulsuje od tego, co właśnie przeżyliśmy. Wracamy tam jeszcze trzy razy. Za każdym razem wózek Fruzi ugina nam się od ciężaru tych wszystkich pyszności. Palitos de naranja, smażone w głębokim tłuszczu słodkości wyglądające jak nasze racuchy, tyle że zdecydowanie twardsze i bardziej chrupiące, muszą mieć chyba dwa razy tyle kalorii co jeden polski pączek. A są dziesięć razy mniejsze od pączków. Pomidory nie są okrągłe, idealnie gładkie i tej samej wielkości co wszystkie inne pomidory z supermarketowej półki. Te z mercado mają gdzieniegdzie popękaną skórkę, są różnych, nieregularnych kształtów, ale pachną dokładnie jak te zerwane z krzaka u babci! Ogórki - poezja. Gruntowych w Krainie Deszczu nie uświadczysz, więc tu kupujemy je w ilościach hurtowych i pożeramy na ciepłych jeszcze bagietkach jak szaleńcy, zagryzając to wszystko świeżymi owocami, które pod hiszpańskim słońcem smakują zupełnie inaczej niż we własnym domu. Wieczorem, kiedy Fruzia już śpi, on topi i smaży w oliwie maleńkie, wyglądające jak szprotki rybki, które idealnie pasują do piwa, a nawet mojej słodkiej Sangrii.

Między tym wszystkim są jeszcze wizyty w przytulnych kawiarenkach i restauracjach, gdzie oddajemy się w ręce hiszpańskich kucharzy. Rozumiem już, że churros con chocolate szybko stałoby się moim ulubionym śniadaniem, gdyby uprzejmy los zechciał wysłać mnie na tę szerokość geograficzną w ramach akcji To-Może-Teraz-Adoptujmy-W-Hiszpanii. (Naprawdę, przeszło mi to przez myśl. Nie tylko przeszło, ale nawet podzieliłam się tym radosnym pomysłem na życie z Mężem Mym.) Paella smakuje mi nawet z owocami morza, których na co dzień żadne z nas nie jest fanem. Próbujemy też hiszpańskiego bobu w towarzystwie kawałków mięsa i co najmniej kilku litrów oliwy. Fruzia za to żywi się krokietami, owocami, lodami i ciastkami. A także popcornem z piaskiem. Na dziesięć dni uciszam sumienie dogorywającej od półtora roku Matki Polki, zamykam mu gębę na kłódkę, a klucz wyrzucam do morza.

Jeszcze kasztany. Następnym razem koniecznie musimy spróbować kasztanów.

Życie polega na jedzeniu dobrych rzeczy i piciu dobrych trunków. Amen.

(...)

Kilka metrów od naszego kawiarnianego stolika pyszni się plac zabaw. Nie zdążę jeszcze usiąść, a Fruzia już się do niego wyrywa. Pędzi jak oszalała. Dopada bujanego zwierza na sprężynie i oświadcza (A! Ma-ma! A!), że chce na nim poszaleć. Podstadzam jej tyłek, pokazuję, gdzie ustawić stopy na barierce. Trzy sekundy później Fruzia się buja. Nie, właściwie ona się nie buja i nie huśta. To dziecko najwyraźniej usiłuje wykorzystać sprężynę do wystrzelenia samej siebie w przestrzeń kosmiczną. Ciało ma naprężone, trzyma się barierki mocno, loki fruwają do góry i w dół, do przodu i w tył, co rusz opadają na oczy, by za chwilę wylądować na czubku głowy. Patrzę na nią z lekkim niepokojem. Mam wrażenie, że za chwilę nasze dziecko naprawdę wpadnie komuś do kawiarnianego talerza.

Łapię wzrok Inżyniera. Ten gapi się na Fruzię i zgięty wpół płacze ze śmiechu.
- Dzikus! - krzyczy do mnie. - Mamy dzikusa, nie dziecko!

Kilka minut później Fruzia bawi sie przy spreżynowym zwierzu. Usiłuje rozbujać go, stojąc na ziemi i opierając się łapkami o metalową barierkę. Kilkuletni, dobrze wykarmiony Hiszpan podchodzi do zwierza z drugiej strony i tarmosząc huśtawkę próbuje pozbyć się Fruzi. Obserwujemy scenę z perpektywy naszego stolika. Fruzia nie daje się. Mimo że chłopiec jest od niej dużo starszy i dużo, dużo silniejszy, młoda nie odpuszcza. Hiszpan zaczyna się irytować. Zastanawiam się, czy to ten moment, kiedy powinniśmy interweniować, ale w tym samym momencie Fruzia puszcza barierkę, podchodzi do chłopca, który akurat nachyla się w jej stronę, obejmuje go i całuje w usta! (Inżynier niemal wpada pod stolik.) Młody przez ułamek sekundy nie wie, co zrobić, bo czym ostatecznie odpycha lekko Fruzię i rusza biegiem do mamy.

Fruzia zadowolona bije sobie brawo.

(...)

Copacabana, lekko snobistyczna restauracja na plaży w Torremolinos. Jedna z tych, do których nawet jeśli wejdziesz tylko przypadkiem, jak my, to na pewno do niej wrócisz. (Gdyby Elizabeth Gilbert zakochała się w swojej Rayya właśnie w tej knajpce, na tej plaży, siedząc na miękkiej sofie, zanurzając stopy w piasku i patrząc w granatowo-srebrne po zmierzchu morze dosłownie kilka kroków przed sobą, bez mrugnięcia okiem uwierzyłabym, że to wina księżyca i tego miejsca.  Ale nie. Podobno czasem uczucie umiera. Tak po prostu. Szkoda, że nie dowiedziałam się tego dopiero po skończeniu "Commited: A Love Story", idealnej na czas nurzania sie w piasku, bo zainteresowało mnie szeroko pojęte historyczno-kulturowe podłoże instytucji małżeństwa zarysowane w książce. Facebook autorki odebrał mi apetyt na dalszy ciąg.* Fuck.)

Niech się jednak schowa Gilbert, księżyc i jego lunatyczne zdolności. W Copacabanie z głośników sączy się dobra, w sam raz do pokołysania, muzyka. Na naszym stole zawsze stoi cerveza i mojito. A pod stołem Fruzia uskutecznia własne układy choreograficzne.

* Kiedyś to samo zrobił mi Tony Parsons artykułem o tatuażach. Ale umówmy się, to tylko Gilbert i Parson. Marquez nie byłby w stanie zmienić mojego uczucia do swojej osoby nawet gdyby został Fidelem Castro.

(...)

Snujemy się po Maladze. Postanawiamy wejść na Castillo de Gibralfaro, zamek położony na dość stromym wzgórzu, ale z wózkiem udaje nam się dobrnąć jedynie do połowy. Choć widok na miasto nawet i z tego poziomu mamy piękny. Siadamy na kamiennych schodach, wyjmujemy wodę, francuskie ciastko z kremem i rogalika z czekoladą, prosto z Mercado de Atarazanas i posilamy się przed kolejną częścią wyprawy. Fruzia, zwolniona z dłuższego posiedzenia w bryce, biega pomiędzy nami jak Rudolf spuszczony ze smyczy. Skwapliwie korzysta z zaproszenia do wspólnego posiłku. Przysiada na chwilę, wkłada do buzi kawałek ciastka, po czym z pełnym otworem gębowym pędzi dalej, do góry, na schody, byle przed siebie, byle w ruchu...

Żuje, śmieje się i coś nam opowiada jednocześnie.
- Fruziu, nie... - zaczynam swoją mantrę, ale przerywam w połowie.

Radość w czystej postaci nie lubi być mącona.

(...)

- Czekam na prognozę pogody, ale chyba się nie doczekam - mówi on, kiedy wieczorem oglądamy hiszpańską telewizję. Oglądamy to właściwe słowo.
- Albo oni po prostu nie mają prognozy - zastanawia się głośno Mąż Mój po chwili ciszy. - Bo w zasadzie po co? Kto by to oglądał, codziennie to samo.
-  Hmm... A może prognozują raz w tygodniu? - podpowiadam. - Wiesz, może trochę jak mityczni Eskimosi na śnieg, tak Hiszpanie mają tysiąc określeń na rodzaj nasłonecznienia.

A jednak. W godzinie wyjazdu, po dziewięciu cudownie plażowych dniach, niebo zachmurzyło się i lunęło.

Hiszpańska pogodynka, jeśli taka funkcja jednak istnieje, musiała mieć pełne ręce roboty.

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Ales nas tu wszystkich zabrala na wakacje!
    Zazdrosc! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaczko, ja myślę, że wiesz co robić - bierz Bebe, (bardzo) dużo malibu, rozkładaj koc w schowku na szczotki i już jesteś na wakacjach. :-)

      Usuń
  2. Jaaakie wakacje i jaki tasiemiec Ci wyszedł :) Pięknie, ciepło, kolorowo - zupełnie odwrotnie niż w naszym piździerniku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... o czym właśnie boleśnie przekonuję się w Krainie Deszczu!

      Usuń
  3. Potrzebny mi był taki post. Szczególnie dziś w środku nocy, bo choć kolorowo u mnie na blogu, to w głowie czasem czarne chmury i Ty je dzisiaj cudownie przeganiasz swoim postem:))) Może nawet jeszcze zasnę... ogrzana i ukojona:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że po ciemnych chmurach nie ma już śladu, i że udało Ci się zasnąć! :-)

      Usuń
    2. Zasnęłam! Ramiona męża dopełniły dzieła;)
      Chmury pewnie zostaną z nami jeszcze przez chwilę, ale uzbroiłam nas w parasol;) Powinniśmy dać radę:)

      Usuń