O nocnym pasterstwie

Nazywamy ją Lady Di, a ona to uwielbia. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była w złym humorze. Zawsze wita nas promiennym uśmiechem, otoczona z jednej strony łóżka pluszowymi psami, których imion wciąż nie potrafię zapamiętać, z drugiej - maleńkim, różowym bobasem z nienaturalnie długimi rzęsami. Gumowe dziecko wciąż gubi jej się w pościeli, więc każdej nocy Lady Di doświadcza kilku wirtualnych zawałów serca. Trochę jak my przy Fruzi w pierwszych miesiącach jej życia. Lady zdarza się mówić od rzeczy; czasem naprawdę trudno wyczuć, czy Seniorka dowcipkuje, szykując się do puenty, czy też zakleszczyła się właśnie w sidłach demencji i puenta, o ile będzie, może nas lekko zbić z tropu.

Wczoraj przed północą Lady Di oznajmiła, że koniecznie musi wstać.
- Jest środek nocy - przypominam spokojnie. - Cóż takiego niecierpiącego zwłoki masz do załatwienia o tej porze?
- Kozy - odpowiada Seniorka, podpierając się łokciami o poduszki.
(Co?)
- Muszę wpuścić kozy! - Lady Di niespokojnie wierci się w pościeli, usiłując się spionizować.
(Czyli jednak.)
- Kozy? - powtarzam trochę bez sensu.
- No tak, kozy, wypuściłam je i zapomniałam o nich - słyszę poddenerwowanie w jej głosie.
Już wiem, że Di nie zaśnie, dopóki nie uspokoi się w sprawie swoich zwierząt, proponuję więc, że to ja wpuszczę kozy z powrotem, a ona w tym czasie się prześpi.
Seniorka opada z ulgą na poduszki.
- Zrobiłabyś to dla mnie? - dopytuje jeszcze. - Naprawdę?
- Naprawdę, śpij spokojnie, obiecuję, że kozy wrócą bezpiecznie - przyrzekam.

O szóstej rano pukam do sypialni Lady. Zdążyłam zapomnieć o złożonej obietnicy, ale Seniorka jest czujna.
- Wpuściłaś moje kozy? - zerka na mnie z nadzieją.
- Oczywiście, co do jednej - kłamię jak z nut.
Seniorka wygląda na wielce ukontentowaną. Chwilę później jednak wzdycha:
- Musiały być głodne.
- To prawda, były bardzo głodne - zaczynam wczuwać się w rolę. - Ale nie martw się, nakarmiłam je.
Jestem z siebie bardzo dumna. W końcu nie codziennie mam okazję uratować czyjeś dobre samopoczucie nakarmieniem wyimaginowanych zwierząt.
- Taaaak? - Di jest wniebowzięta. - A co im dałaś?

Zonk. Na chwilę zastygam w bezruchu, usiłując pobudzić szare komórki do pracy.

Yyyy... Do cholery, czym się żywią kozy?

A tak w ogóle, to po co wyłaziłaś przed orkiestrę, mała? Prosił cię ktoś?

(Z korytarza dobiega mnie słabo tłumione parsknięcie koleżanki.)

- Eeee... wiesz.... dałam im to, co dla nich zostawiłaś - plączę się w zeznaniach.
Lady Di z wyrazem wdzięczności na twarzy natychmiast zapada w błogą drzemkę.

Ekhm. Dobrze, że nie zapytała mnie, jaką techniką je wydoiłam.

  • poniedziałek, października 31, 2016
  • 2 Comments

O nowym członku rodziny (bajka z morałem)

Kupiliśmy Fruzi psa.

W porządku, wiem, że niby jednego już ma, ale wszystkim wiadomo, a Fruzi najbardziej, że Rudolf jest w zasadzie bratem, a nie jej własnym zwierzątkiem, jest częścią jej odwiecznego świata, wklejony w tło jej małego życia jak mama i tata, jest oczywistą oczywistością, niczym nadzwyczajnym, żadnym tam prezentem od losu, bo przecież był od zawsze, więc to nie to samo, sami rozumiecie. Coś też trzeba było zrobić z tą rozbestwioną potrzebą powiększania rodziny, co to się rozpanoszyła w naszych głowach i za nic nie można się było jej pozbyć, a skoro na Drugiego trzeba poczekać, w naszym (nie)naturalnym porządku zdarzeń zrobiło się miejsce na drugiego Rudolfa. Może to to osławione zapełnianie psem dziury w sercu przeznaczonej dla kolejnego dziecka. Albo po prostu nasza karma - labrador, dziecko, labrador, dziecko...

Wiedziałam, że jest gotowa, kiedy któregoś dnia wyszłyśmy na spacer i Fruzia kategorycznie zażądała smyczy w swojej małej dłoni. Że niby teraz ona poprowadzi brata na spacer. Dobrze, że smycz długa, stworzona dłonią Drugiego Taty z dwóch pojedynczych, z łączeniem tak mocnym, że od stycznia żadnemu z nas nie przyszło do głowy próbować je rozłączyć, a przy tym mocna i idealna na spacery z nadaktywnym toddlerem i hiperaktywnym sierściuchem. Stanęłam więc pośrodku i złapałam za węzeł. Na czerwonym końcu dwumetrowego sznurka Rudolf tańczył kankana, musiałam więc odpierać wszystkie jego gwałtowne szarpnięcia, kumulując je w okolicy supła, bo kawałek dalej, na niebieskim końcu, miałam Fruzię, lekko i radośnie wymachującą luźnym kawałkiem smyczy. Cała trójka na sznurku. Aż mi się mokro pod powiekami zrobiło ze wzruszenia.

(W drodze powrotnej wzruszenie ustąpiło miejsca innym emocjom, albowiem toddler przypomniał sobie, że dyduś został w domu i wszczął natychmiastowy alarm na całą okolicę, w związku z czym należało szybko ewakuować go na własnym ramieniu do Piątej Chatki, zaś Rudolf zorganizował sobie konar długości smyczy, który upierał się zabrać do domu. Byłam bez szans.)

Wiedziałam, że jest gotowa, podrzuciłam więc temat Inżynierowi, podpierając go niedającymi się zbić argumentami (pierwsze obowiązki, odpowiedzialność, dbanie o własnego pupila), jednocześnie sądząc, że on te argumenty jednym krótkim słowem potraktuje, i że trzeba będzie umysłu najlepszych strategów, żeby wygrać tę bitwę. A tymczasem on też uznał, że to dobry moment. Kupmy psa, powiedział. Pardon, adoptujmy. Niech poczują wspólnotę doświadczeń.

Cóż to była za radość, powiadam Wam! Nie mogła się nim nacieszyć, uczucie wybuchło jak mocno przeterminowa kawa z mlekiem z naszego termosu. Buziaczki, przytulaski, cmok, cmok, cium cium, ach, śpijmy razem, mamo, w jednym łóżku. WSZYSCY. Idąc śladem Drugiego Taty skonstruowałam dla Rudolfa Juniora krótką smycz z resztek porwanej przez Seniora starej, mocno zmęczonej życiem. I chociaż Junior swym szczenięcym, labradorskim umysłem wciąż nie może pojąć, o co chodzi z tym sznurkiem, to jego radość jest tak wielka, że nie przejmuje się zupełnie faktem, iż odtąd wszystko, co posiądzie na własność, będzie dziedziczone po Seniorze. Taka dola młodszego. Długo zastanawialiśmy się nad imieniem, ale to w końcu Fruzi pies, więc to ona miała decydujący głos.
- Gaga! - oświadczyła z mocą.
End of discussion. Nowy będzie miał na imię tak samo jak Senior.
Wzruszyliśmy się ogromnie tym ewidentnym przejawem miłości do brata.

Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o stan uniesienia. Brutalna rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię. Fruzia, owszem, poczuwa się do swych małych obowiązków, które jednak ograniczają się do wkazywania mi palcem, co teraz powinnam zrobić z JEJ sierściuchem.
- Gaga! - nakazuje, dając do zrozumienia, że czas na spacer.
Wręcza mi koniec krótkiej smyczy i tym swoim wzbudzającym wyrzuty sumienia spojrzeniem (zobacz-jak-on-chce-wyjść-no-chyba-mu-tego-nie-odmówisz) dopina swego. Maszerujemy po domu, ćwicząc z Juniorem chodzenie przy nodze.
-Gaga! - rzuca, kiedy wchodzimy do kuchni.
Podaje mi małą, zielona miseczkę, którą dla odmiany Junior odziedziczył po niej, tym samym przypominając mi, że czas nakarmić JEJ sierściucha.
- Fruziu, to miał być twój pies - przypominam. - I twoje obowiązki.
- Mama! Gaga! - wypala na to Fruzia, a ja milknę, porażona słusznością jej argumentacji.
Rzeczywiście, jak mogłam pomyśleć, że ona temu wszystkiemu podoła sama?
I do tego ten jej brak wyczucia! Rudolf Senior jest dużo od niej większy, potrafi sobie z nią poradzić, kiedy go wkurza. Ale Junior? Patrzę na nią, kiedy tak ciągnie go niemiłosiernie za tę jego krótką smycz, targa po podłodze, podnosi niemal w powietrze na tym sznurku, a mnie aż się wszystko w środku wywraca na drugą stronę, kiedy młody próbuje wrócić przednimi łapami na ziemię.
- Fruziu, miej litość! - prawie krzyczę. - Zaraz go udusisz!
I biegę ratować to nowe, młode, szczenięce życie.

Serio. Wiem, że to pluszak, a jednak już kilka razy naprawdę poderwałam się z kanapy na ten widok.

Nie kupujcie dziecku zwierzątka na Święta, na litość boską!


O błogosławionych, którzy wchodzą oknami

[Przed zażyciem skonsultuj się z poczuciem humoru, lekarzem lub farmaceutą.]

Po rozmowie z ostatnią agencją adopcyjną, która przez kilka tygodni robiła mi nadzieję na coś poważniejszego niż tylko przelotny romans, a która to trwała trzy minuty zamiast wielce zapowiadanej godziny, wiem już, że czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jeszcze nie wiem, co ta prawda dla nas oznacza, ale jak zawsze w takich chwilach czuję potrzebę natychmiastowego działania.

Odpalam laptopa. Sama nie wierzę w to, co wystukuję na klawiaturze, ale hej, nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna. (No, może tylko w procesie adopcyjnym. Ale pssst!) Adopcja w Hiszpanii (sic!). Adopcja w krajach UE. Adopcja zagraniczna UK. Adopcja w Polsce / adopcja z Polski. 

Rozkręcam się.

Surogacja. Adopcja zarodka. Rodzina zastępcza UK / PL.

(Wciąż jeszcze tu jesteście?)

Po uważnej lekturze robi mi się lepiej. Nie wszystko stracone. Dzieci robi się naprawdę na wiele sposobów.

1. Tak, również uprawiając seks. (Uwierzcie lub nie, ale zupełnie wyleciało mi z głowy, że seks służy także do tego! Inżynier twierdzi, że nic w tym dziwnego, bo niebawem pary, które poczną dziecko metodą tradycyjną, będą należały do gatunków chronionych, zaś najpopularniejsze znaczenie słowa 'wpadka' znajdzie się w słowniku archaizmów.) Oprócz seksu normalnego, nie obciążonego czekaniem na dziecko ani strachem przed nim, wyróżniamy kilka rodzajów tej metody poczęcia:

a) ze wspomaganiem hormonalnym (magiczna pigułka przed snem; albo lepiej dwie, może będą bliźniaki)
b) ze wspomaganiem religijnym (licząc na cud)
c) ze wspomaganiem medycyny wschodu (w znakomitej większości przypadków równa się to liczeniu na cud)
d) ze wspomaganiem alkoholu (zdecydowanie najprzyjemniejsza wersja; chyba że masz tendencje do upijania się na smutno)
e) ze wspomaganiem jogi (nogi do góry; been there, done that!)
f) wpadka (nie, no serio, nawet się nie przyznawajcie, że trafiła Wam się ta wersja, bo będę zazdrosna!)

2. Korzystając z medycyny prokreacyjnej, która proponuje:

a) IVF tradycyjne (taniec godowy na szkiełku, a potem konkrety)
b) ICSI (wciąż na szkiełku, ale bez gry wstępnej)
c) inseminacja (trochę jak pkt.1b)
d) IVF z dawstwem komórki jajowej (marzenie każdego faceta - on jeden i one dwie)
e) IVF z dawstwem nasienia (ona jedna i ich dwóch - tylko prawdziwy facet jest w stanie to unieść)
f) adopcja zarodka ("kochanie, adoptowaliśmy cię tak jak Fruzię, ale to ja cię urodziłam; jesteś więc naszym rodzonym dzieckiem, ale nie biologicznym")

3. Wynajmując surogatkę, w połączeniu z pkt. 2 ("kochanie, jesteś naszym biologicznym dzieckiem, ale nie ja cię urodziłam")

4. Dokonując inseminacji domowej (DIY wciąż w modzie)

5. Adoptując tradycyjnie:
a) na emigracji w kraju zamieszkania (jak już dowiedziesz, że składasz się wyłącznie z wody i cierpliwości)
b) z zagranicy (prawie kupiłam bilet na Filipiny)
c) wracając do ojczyzny z emigracji (wracać już, czy jeszcze poczekać?)

6. Adoptując trochę mniej tradycyjnie:
a) wypatrując swojego dziecka w ogłoszeniach o poszukiwaniu rodziny dla konkretnej małej osoby (to nie grzech odnaleźć się na facebooku! muszę tylko częściej do niego zaglądać)
b) zawierając nieformalną umowę z ciężarną, która zdecydowała się oddać dziecko do adopcji i poszukuje dla niego rodziny (może najpierw amputuj sobie system nerwowy)

7. Tworząc rodzinę zastępczą (tricky - po 13 latach posługi Fostersowie nie potrafią sprecyzować, ile dzieci przeszło przez ich ręce) 

8. Znajdując samotnego, dzieciatego partnera  (najlepiej z docelową liczbą potomstwa,; po co za jakiś czas wracać do tematu?)

9. (Aż się boję napisać, żeby jakieś CBŚ nie skasowało mi bloga) Ukraść komuś, kto najwyraźniej nie ogarnia i nie doliczy się straty.

Po zakończeniu fascynującej lektury z ulgą odkładam laptopa. Nie ma co panikować, jest dla nas nadzieja. A jeśli pociągniemy kilka srok za ogon, mieszając kolejki, kliniki, kraje i opcje - wciąż mamy szansę na zostanie rodziną wielo-, wielodzietną!

Dzwonię do Inżyniera.
- Cześć kochanie, mam pomysł!

(...) :-)

O rzeczach wtórnych

Znasz to. Z pierwszą ciążą poszło ci łatwo, nawet nie zdążyłaś pomyśleć, że mogłoby pójść inaczej, więc druga też nie miała nastręczać kłopotów innych od tych, na które narzekają wszystkie ciężarne. Albo. O tę pierwszą musieliście zawalczyć, ale skoro się udało, skoro odczarowaliście złą passę, skoro wiara i nadzieja poruszyły góry, to z pewnością organizm zaakceptował, przyjął do wiadomości, kliknął na zgodę i przeniósł cię na drugą stronę rzeki, tę dostępną tylko dla dzieciatych, pełną placów zabaw i nieprzespanych nocy, więc dlaczego teraz miałby odmówić współpracy?
A jednak. Po tym wszystkim, co razem przeszliście, znów jesteście uziemieni. Nie wiadomo dokładnie na jak długo. I czy w ogóle. Niepłodność wtórna. Uwierzysz?

Może tego akurat nie znasz, ale tu jest tak samo. Na pierwszą długą czekaliśmy, ale kiedy już się pojawiła, uwierzyliśmy, że odczarowaliśmy złą passę. Wiara i nadzieja poruszyły góry, cały nasz świat zaakceptował, pokochał, kliknął na znak, że nie mogło być inaczej i przeniósł na drugą stronę rzeki, choć sami nigdy nie chcielibyśmy zapomnieć, z którego brzegu przychodzimy. Pamięć lubi spłaszczać, a my nie lubimy płaskości w żadnym wydaniu. Więc dlaczego teraz miałoby się nie udać, skoro szlaki przetarte, drogi poznane? Nic tylko zarzucać Fruzię na ramię i ruszać w tę podróż po raz drugi.
A jednak. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, znów jesteśmy uziemieni. W teorii wiemy na jak długo. W praktyce nie wie tego nikt. I czy w ogóle. Czy wstrzelimy się w kolejki, paszporty, czas. Czas Fruzi, czas Drugiego, czas powrotu, czas tu i czas tam. Nieadopcyjność wtórna. Wciąż nie mogę uwierzyć.

Na Drugiego czeka się tylko trochę inaczej. Nie wisi ci nad głową klątwa bezdzietności. Znasz smak macierzyństwa i choć czasem bywa on gorzki, wiesz, że nic nigdy mu nie dorówna. (To w końcu dlatego chcesz więcej.) Nie wpadasz w studnię rozpaczy bez dna, nie pijesz do lustra, choć chwilami robi ci się smutno. Ciężarne i dzieciate znów widzą w tobie kompana do rozmów niekontrolowanych.

Ale przez większość czasu czeka się dokładnie tak samo. Rzeczy wtórne niewiele różnią się od pierwotnych. Może znów kupujesz w aptece testy i dopatrujesz się w nich drugiego i trzeciego dna (zepsuty / przeterminowany / niewystarczająco czuły / fałszywie pozytywny / wredny). Albo, jak ja, wydzwaniasz do adopcyjnych agencji, dopatrując się choćby nuty szczerego zainteresowania w czyimś zwyczajnie uprzejmym głosie, który nie będzie kazał ci czekać. Długo za długo. Do tej nuty można się potem przyczepić i nie puszczać, choć w duchu czujesz, że nic z tego nie będzie. Wyobrażasz sobie. Nakazujesz sobie wiarę i cierpliwość. Tracisz nadzieję i bluźnisz. Wydaje ci się (a może wcale nie?), że znów zadręczasz wszystkich swoją monotematycznością. Masz ochotę o tym pisać i nie chce ci się wcale. Dookoła widzisz rodziny 2+2, 2+3. Naprawdę jedynacy jeszcze istnieją na tej planecie? Przyjmujesz dobre rady, aby cieszyć się tym, co masz, bo mogłaś przecież tego nie mieć. Tak jakbyś ty jedna ze wszystkich ludzi na tym świecie jakimś cudem mogła o tym zapomnieć.

I tęsknisz. Do kogoś, kto istnieje tylko w twojej głowie.

#NiepłodnościNieWidać

Oddaj krew i zostań dawcą szpiku w UK

Przyjmuję do wiadomości, że różni ludzie mają różne doświadczenia, ale niektóre polskie forumowe historie na temat krwiodawstwa w UK trochę mnie przerażają. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do spełnienia wszystkich wymagań higieniczno-sanitarnych przez personel medyczny podczas sesji krwiodawstwa, zawsze można (i powinnno się!) poskarżyć tutaj, zamiast straszyć innych na forach. 

Nie zniechęcajmy do tak potrzebnych akcji!

Jak to naprawdę wygląda i jak zacząć?

Po pierwsze, zarejestruj się na stronie NHSBT Blood Donation. Znajdziesz tam mnóstwo przydatnych informacji na temat tego, kto może oddawać krew i co stanowi w tej kwestii przeszkodą. Mówiąc najogólniej, możesz zostać krwiodawcą, jeśli:

- twój ogólny stan zdrowia jest dobry
- ważysz powyżej 50 kg
- masz pomiędzy 17 a 66 lat
- masz powyżej 70 lat, ale w ciągu ostatnich dwóch lat oddawałeś krew.

Czynniki wykluczające:

- ciąża oraz okres do 6 miesięcy po porodzie
- choroby, w tym zwykłe przeziębienie i choroby onkologiczne (sprawdź tutaj: Czy moja choroba mnie wyklucza?)
- leczenie
- niedawno przebyte operacje i zabiegi chirurgiczne (w tym dentystyczne), a także tatuaże i body piercing zrobione do 6 miesięcy wstecz

Jest też kilka dodatkowych czynników, które mogą (ale nie muszą) wykluczyć cię całkowicie lub tymczasowo z grupy potencjalnych krwiodawców, a o które zostaniesz zapytany w wysłanym do ciebie pocztą (po zarejestrowaniu się na stronie) poufnym formularzu, dotyczące m.in. podróży poza UK, ryzykownych kontaktów seksualnych, leczenia niepłodności, infekcji przebytych w ciągu ostatnich dwóch tygodni, zażywanych antybiotyków i leków, transfuzji krwi itp. Jeśli masz jakieś wątpliwości, zawsze możesz zadzwonić pod numer 0 300 123 23 23, aby uzyskać  dodatkowe informacje. Wypełniony formularz należy zabrać ze sobą na sesję, na której miejsce należy sobie zarezerwować, wybierając datę, miejsce i godzinę. Wszystko na tej samej stronie Find an appointment.


O. I to w zasadzie tyle.

To naprawdę jest takie proste!

Sama sesja krwiodawstawa jest bardzo przyjemna, choć najczęściej, mimo umówionej godziny, trzeba trochę poczekać na swoją kolej. Po zaanonsowaniu się przy stanowisku recepcji bierzesz więc w łapki książkę i oddajesz się lenistwu, które niebawem zostanie przerwane przez uprzejmą pigułę niepewnie wymawiającą twoje polskie nazwisko;-) Za uroczym parawanem porozmawiasz sobie z pielęgniarką na temat twojego formularza i aktualnego samopoczucia, i jeśli nic nie wzbudzi podejrzeń personelu, zostaniesz ukłuty w palec w celu sprawdzenia poziomu żelaza we krwi. Jeśli ten będzie OK, piguła poprosi cię o ponowne zajęcie miejsca na krzesełku oraz wypicie około pół litra wody. Za jakiś czas znów zostaniesz wywołany z tłumu oczekujących i poproszony na fotel. Po potwierdzeniu nazwiska i daty urodzenia ułożysz się wygodnie w pozycji półleżącej, przez chwilę poczujesz niewielki dyskomfort (nie patrz na grubość igły, serio! miałam to szczęście, że zrobiłam to dopiero za drugim razem! to naprawdę prawie nie boli, pomimo tej cholernej igły!) i w zależności od potrzeby być może dostaniesz papierową kulkę do ściskania, żeby krew się nie ślimaczyła. Pobranie 470 ml krwi zajmuje kilka minut. Pikanie maszyny ogłosi światu osiągnięcie tego poziomu, a uprzejma piguła zapewne powie ci, jaki był czas twojego najpożyteczniejszego na świecie lenistwa. Jeśli zaś na fotelu obok siedzi twój mąż, partner, kochanek, koleżanka, mama... zawsze można pobawić się w zawody, ha!

Potem jest jeszcze lepiej. Traktują cię jak bohatera, serwują napoje, ciastka i proszą, żebyś się nie przemęczał. Warto skorzystać z tych zaleceń. 

To naprawdę jest takie proste!

Aby zostać dawcą szpiku w UK (bone marrow donor), najpierw należy zostać krwiodawcą. Jeśli już nim jesteś, zwyczajnie poinformuj personel o twojej chęci dołączenia do potencjalnych dawców szpiku podczas kolejnej sesji oddawania krwi. Na miejscu wypełnisz krótki formularz i tego dnia po prostu oddasz trochę (małą próbkę) więcej krwi niż zazwyczaj. 

Ot, i tyle. 

Do dzieła, rodacy! Wasza krew pomoże uratować czyjeś życie, a już na pewno zdrowie! 

PS. Najwspanialszą rzeczą w całym angielskim krwiodawstwie jest to, że jeśli tylko zechcesz, możesz zwolnić się z konieczności pamiętania o datach kolejnych sesji. Umawiasz się (albo i nie), a potem system sam ci przypomni mailem lub smsem, że już czas najwyższy... I będzie ci przypominał do skutku! A wierzcie mi, nie ma bardziej upartego stworzenia od NHS Blood Donation... ;-)
  • poniedziałek, października 17, 2016
  • 6 Comments

Malaga, Tiki Taki i Kasztanki

Tu-dum-tu-dum-tu-dum. Koła walizki miarowo stukają o chodnikowe płytki. Szerokie, gładkie, śliskie, a jednak torba od czasu do czasu podskakuje pod wpływem moich szarpanych ruchów. Usiłuję złapać równowagę pomiędzy pchaniem wózka, a ciągnięciem walizki. Bardzo łatwo wypada się z rytmu, próbując ominąć kolejny wieszak ze strojami kąpielowymi lub półkę z klapkami wystawioną wprost na chodnik. Przede mną Inżynier na przemian ciągnie za sobą i niesie największy bagaż, wypchany po brzegi dwudziestoma trzema kilogramami wszystkiego. Mocna, staroświecka w stylu walizka ma kółka i krótki pasek, ale brak jej wysuwanego uchwytu, który ułatwiłby transport.

Maszerujemy tak już blisko godzinę. Zgubiliśmy się, to pewne, ale nie wiemy, gdzie popełniliśmy błąd. Mapa Google rwie, zaczepieni na ulicy przechodnie łamanym angielskim udzielają wykluczających się porad. Ci bez znajomości angielskiego tłumaczą po hiszpańsku. O-mój-boże, jak oni się starają! We don't speak Spanish jeszcze bardziej ich nakręca. (Zdrowy rozsądek nie pozwala mi na un poco. I słusznie.) Mówią jeszcze więcej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej po hiszpańsku. Gracias, dziękujemy na koniec uprzejmie, jeszcze bardziej zdezorientowani, przypominając sobie Drugą Mamę, która w angielskim sklepie witała się ze wszystkimi uprzejmym dzień dobry.

Przyznaję, myślenie wyłączyłam już pół godziny temu, wszystkimi porami chłonę atmosferę wybrzeża, całkowicie zdając się na Męża Mego w decyzjach, czy a la derecha czy może a la izquierda, nie zastanawiając się już, które co oznacza, i skupiając się na tym, żeby nie wylecieć z Fruzią na ulicę. Zerkam na nią od czasu do czasu. Mija trzynasta godzina naszej podróży. Mała jest wykończona, to widać, ale dzielnie trzyma przytomność umysłu, nie chce się położyć. Kiedy rozkładam jej wózek do pozycji leżącej, sekundę później Fruzia stawia oparcie do pionu. Zupełnie jakby wiedziała, że właśnie zaczęła się fiesta i nie czas na spanie. Dobrze, córko, jeśli wciąż masz siłę... 

Ratują nas kelnerki w jednej z licznych restauracji. Tłumaczą, że jesteśmy bardzo daleko od naszego tymczasowego lokum i sceptycznym wzrokiem patrzą na walizki i Fruzię w wózku. Po chwili debaty zamawiają nam taksówkę, a piętnaście minut później gospodyni wylewnie wita nas i naszą la niña przed czteropiętrowym apartamentowcem.
- Zabłądziliśmy - mówimy po angielsku.
- Ale jak to? Przecież to dziesięć minut drogi od stacji! - dziwi się Diana po hiszpańsku.
Bo tak będziemy wymieniać uprzejmości i uwagi do końca naszego pobytu. Ona en español, my in English.
- Naprawdę? Przyjechaliśmy taksówką - teraz to ja jestem zdziwiona.
- A gdzie wysiedliście?
- Na Torremolinos.
- No! No Torremolinos! - łapie się za głowę nasza gospodyni. -  Los Álamos!

Dwie stacje metra wcześniej.
A-ha.

(...)

Plaża. On czyta książkę, Fruzia zachwyca się największą piaskownicą, jaką dotąd widziała w swym ponadpółtorarocznym życiu. Zamykam oczy. Pod powiekami żółto od słońca. W uszach szum fal rozbijających się o brzeg. W tle przytłumione głosy. Lekki wiatr, temperatura w okolicach 28 stopni. Przez głowię przepływa strumień swobodnych myśli.

Jest mi ciepło. Niczego nie potrzebuję, niczego nie pragnę. Nic mnie nie boli. Nic nie dręczy. Aktualnie na nic nie czekam. Najwyższy stopień oświecenia.

A to tylko słońce, woda i piasek.

I oni na wyciągnięcie ręki.
(Budda nie byłby zachwycony.)

(...)

Pierwszego dnia narobiła krzyku na całą okolicę, kiedy spieniona woda dotarła do jej kostek. Nie przeszkadzało jej to jednak w wylewaniu słonej cieczy z wiaderek wprost na siebie. A następnie w tarzaniu się w piasku.
- Fruziu, panierujesz się? - pytał on ze śmiechem.
Drugiego dnia wzięła się z morzem za bary. A właściwie za łydki, bo to tam wyznaczyła swoją własną granicę poczucia bezpieczeństwa. Od tego momentu, kiedy nabierała ochoty na obniżenie temperatury ciała, podchodziła do mnie lub do niego, jednym zgrabnym ruchem zamykała nam książkę, po czym usiłowała podnieść wybranego delikwenta, dając do zrozumienia, że teraz idziemy do wody. Koniecznie. Natychmiast. Bo jak nie, to... (Podrywaliśmy się dość szybko, więc nie wiem, co byłoby dalej, gdyby.)

(...)

Salou, Katalonia, późny wieczór. Mam czternaście lat, wędruję z Rodzicami rozświetloną promenadą. Idę i chłonę obrazy, zapachy i dźwięki. Sklepy pełne kolorowych sukienek, kapeluszy i pamiątek. Hitem tego sezonu są białe, sznurowane glany na koturnie oraz czarne sukienki bez rękawów, z szyfonową spódnicą i podwyższonym stanem. Mamuśka pozwala wybrać mi jeden z tych cudów, a moje serce waha się kilka dni. Ostatecznie zdecyduję się na kieckę, w której wystąpię na balu ósmoklasistów. A tymczasem wędrujemy powoli, mijając kolejne restauracje i bary, jeden pokaz flamenco za drugim. (W jednym z tych miejsc, podczas innej wycieczki do tej samej miejscowości Mamuśka, zaproszona na parkiet przez zawodową tancerkę, odstawi takie flamenco, że hiszpańska ziemia długo będzie to wspominać.) Zachwyca mnie fakt, że po upalnym dniu dopiero teraz zaczyna się tutaj życie. Feeria barw. Rewia mody. Opalone ciała. Powietrze ma smak młodości i spełniających się marzeń. Smak raju. Mimo że mam już na czternastoletnim koncie kilka europejskich metropolii, to Hiszpania na długie lata stanie się moim Tokio. Wyszywanym srebrno-złoto.

Torremolinos, Andaluzja, nie-aż-tak-późny wieczór. Mam trzydzieści pięć lat, wędruję z Mężem Mym i córką rozświetloną promenadą. Idę i chłonę obrazy, zapachy i dźwięki. Sklepy pełne kolorowych sukienek, kapeluszy i pamiątek. Mijamy dziewczynę w białych, sznurowanych glanach na koturnie, dokładnie takich jak te, których nie kupiłam dwadzieścia jeden lat temu. Wędrujemy powoli, od czasu do czasu zaśmiewając się z Fruzi, która obudziła się po krótkiej drzemce i z miną królowej wybrzeża rozdaje uśmiechy. Pozdrawia przechodniów królewskim skinieniem dłoni. Co jakiś czas podchodzi do kogoś i bezpardonowo łapie go za nogę, rękę albo koszulkę, jeśli delikwent jest jej wzrostu. Przepraszamy za Fruzię, intruujemy ją, że teraz już zrobimy pa-pa, idziemy dalej. Jakaś zachwycona Hiszpanka bierze ją na ręce. Fruzia cieszy się na całego, ale po chwili zaczyna szukać naszego wzroku. Postawiona na ziemię, entuzjastycznie wraca do bycia gwiazdą. Jest już po sezonie, ale ciepłe powietrze wciąż ma smak raju.

(...)

Pierwszy lecący nad plażą i naszymi głowami samolot skwitowaliśmy stwierdzeniem:
- Zobacz, Fruziu, ten samolot leci do Rudolfa!
Do Ga-gi znaczy.
- Gaga! - krzyknęła uradowana Fruzia, wystawiając wskazujący palec w stronę słońca, nieba i samolotu.

A ponieważ te latały średnio co dziesięć minut...

Gaga twarzą (pyskiem?) malagijskiego lotniska.

(...)

Trzeciego dnia trafiamy na Mercado Central de Atarazanas w Maladze i przepadamy w nim bezpowrotnie. Nie dosłownie, bo wielkością ten rynek nie poraża, nie sposób się w nim zgubić, ale rozum człowiek traci w nim na dobre. Te kolory! Te ilości! Te zapachy! Dumne, hiszpańskie szynki zwisające z wielkich haków, ogromne ilości mięsiwa, chorizo i innych odmian kiełbasy, owoce i warzywa schodkowo poukładane na stołach, przywołujące na myśl wspomnienie ogrodu na Ranczo, wodzące nos na pokuszenie przyprawy, których nazwy nie zawsze udało nam się rozszryfrować, świeże ryby, usypane w wielkie wydmy i regularnie spryskiwane wodą krewetki, małże i wszystko to, co zwykle omijam w supermaketach szerokim łukiem, a co dziś sprawia, że w ciągu sekundy robię się niewiarygodnie głodna, domowe wypieki, na widok których porzucam w myślach postanowienie powrotu do treningów, bo przecież mam to gdzieś, wolę być szczęśliwa, jedząc takie pyszności, niż szczupła bez nich.
Przyjechaliśmy z myślą, że przydałoby nam się trochę świeżych warzyw, wyjeżdżamy z kilkoma po brzegi wyładowanymi siatami, a w głowach aż nam wszystko pulsuje od tego, co właśnie przeżyliśmy. Wracamy tam jeszcze trzy razy. Za każdym razem wózek Fruzi ugina nam się od ciężaru tych wszystkich pyszności. Palitos de naranja, smażone w głębokim tłuszczu słodkości wyglądające jak nasze racuchy, tyle że zdecydowanie twardsze i bardziej chrupiące, muszą mieć chyba dwa razy tyle kalorii co jeden polski pączek. A są dziesięć razy mniejsze od pączków. Pomidory nie są okrągłe, idealnie gładkie i tej samej wielkości co wszystkie inne pomidory z supermarketowej półki. Te z mercado mają gdzieniegdzie popękaną skórkę, są różnych, nieregularnych kształtów, ale pachną dokładnie jak te zerwane z krzaka u babci! Ogórki - poezja. Gruntowych w Krainie Deszczu nie uświadczysz, więc tu kupujemy je w ilościach hurtowych i pożeramy na ciepłych jeszcze bagietkach jak szaleńcy, zagryzając to wszystko świeżymi owocami, które pod hiszpańskim słońcem smakują zupełnie inaczej niż we własnym domu. Wieczorem, kiedy Fruzia już śpi, on topi i smaży w oliwie maleńkie, wyglądające jak szprotki rybki, które idealnie pasują do piwa, a nawet mojej słodkiej Sangrii.

Między tym wszystkim są jeszcze wizyty w przytulnych kawiarenkach i restauracjach, gdzie oddajemy się w ręce hiszpańskich kucharzy. Rozumiem już, że churros con chocolate szybko stałoby się moim ulubionym śniadaniem, gdyby uprzejmy los zechciał wysłać mnie na tę szerokość geograficzną w ramach akcji To-Może-Teraz-Adoptujmy-W-Hiszpanii. (Naprawdę, przeszło mi to przez myśl. Nie tylko przeszło, ale nawet podzieliłam się tym radosnym pomysłem na życie z Mężem Mym.) Paella smakuje mi nawet z owocami morza, których na co dzień żadne z nas nie jest fanem. Próbujemy też hiszpańskiego bobu w towarzystwie kawałków mięsa i co najmniej kilku litrów oliwy. Fruzia za to żywi się krokietami, owocami, lodami i ciastkami. A także popcornem z piaskiem. Na dziesięć dni uciszam sumienie dogorywającej od półtora roku Matki Polki, zamykam mu gębę na kłódkę, a klucz wyrzucam do morza.

Jeszcze kasztany. Następnym razem koniecznie musimy spróbować kasztanów.

Życie polega na jedzeniu dobrych rzeczy i piciu dobrych trunków. Amen.

(...)

Kilka metrów od naszego kawiarnianego stolika pyszni się plac zabaw. Nie zdążę jeszcze usiąść, a Fruzia już się do niego wyrywa. Pędzi jak oszalała. Dopada bujanego zwierza na sprężynie i oświadcza (A! Ma-ma! A!), że chce na nim poszaleć. Podstadzam jej tyłek, pokazuję, gdzie ustawić stopy na barierce. Trzy sekundy później Fruzia się buja. Nie, właściwie ona się nie buja i nie huśta. To dziecko najwyraźniej usiłuje wykorzystać sprężynę do wystrzelenia samej siebie w przestrzeń kosmiczną. Ciało ma naprężone, trzyma się barierki mocno, loki fruwają do góry i w dół, do przodu i w tył, co rusz opadają na oczy, by za chwilę wylądować na czubku głowy. Patrzę na nią z lekkim niepokojem. Mam wrażenie, że za chwilę nasze dziecko naprawdę wpadnie komuś do kawiarnianego talerza.

Łapię wzrok Inżyniera. Ten gapi się na Fruzię i zgięty wpół płacze ze śmiechu.
- Dzikus! - krzyczy do mnie. - Mamy dzikusa, nie dziecko!

Kilka minut później Fruzia bawi sie przy spreżynowym zwierzu. Usiłuje rozbujać go, stojąc na ziemi i opierając się łapkami o metalową barierkę. Kilkuletni, dobrze wykarmiony Hiszpan podchodzi do zwierza z drugiej strony i tarmosząc huśtawkę próbuje pozbyć się Fruzi. Obserwujemy scenę z perpektywy naszego stolika. Fruzia nie daje się. Mimo że chłopiec jest od niej dużo starszy i dużo, dużo silniejszy, młoda nie odpuszcza. Hiszpan zaczyna się irytować. Zastanawiam się, czy to ten moment, kiedy powinniśmy interweniować, ale w tym samym momencie Fruzia puszcza barierkę, podchodzi do chłopca, który akurat nachyla się w jej stronę, obejmuje go i całuje w usta! (Inżynier niemal wpada pod stolik.) Młody przez ułamek sekundy nie wie, co zrobić, bo czym ostatecznie odpycha lekko Fruzię i rusza biegiem do mamy.

Fruzia zadowolona bije sobie brawo.

(...)

Copacabana, lekko snobistyczna restauracja na plaży w Torremolinos. Jedna z tych, do których nawet jeśli wejdziesz tylko przypadkiem, jak my, to na pewno do niej wrócisz. (Gdyby Elizabeth Gilbert zakochała się w swojej Rayya właśnie w tej knajpce, na tej plaży, siedząc na miękkiej sofie, zanurzając stopy w piasku i patrząc w granatowo-srebrne po zmierzchu morze dosłownie kilka kroków przed sobą, bez mrugnięcia okiem uwierzyłabym, że to wina księżyca i tego miejsca.  Ale nie. Podobno czasem uczucie umiera. Tak po prostu. Szkoda, że nie dowiedziałam się tego dopiero po skończeniu "Commited: A Love Story", idealnej na czas nurzania sie w piasku, bo zainteresowało mnie szeroko pojęte historyczno-kulturowe podłoże instytucji małżeństwa zarysowane w książce. Facebook autorki odebrał mi apetyt na dalszy ciąg.* Fuck.)

Niech się jednak schowa Gilbert, księżyc i jego lunatyczne zdolności. W Copacabanie z głośników sączy się dobra, w sam raz do pokołysania, muzyka. Na naszym stole zawsze stoi cerveza i mojito. A pod stołem Fruzia uskutecznia własne układy choreograficzne.

* Kiedyś to samo zrobił mi Tony Parsons artykułem o tatuażach. Ale umówmy się, to tylko Gilbert i Parson. Marquez nie byłby w stanie zmienić mojego uczucia do swojej osoby nawet gdyby został Fidelem Castro.

(...)

Snujemy się po Maladze. Postanawiamy wejść na Castillo de Gibralfaro, zamek położony na dość stromym wzgórzu, ale z wózkiem udaje nam się dobrnąć jedynie do połowy. Choć widok na miasto nawet i z tego poziomu mamy piękny. Siadamy na kamiennych schodach, wyjmujemy wodę, francuskie ciastko z kremem i rogalika z czekoladą, prosto z Mercado de Atarazanas i posilamy się przed kolejną częścią wyprawy. Fruzia, zwolniona z dłuższego posiedzenia w bryce, biega pomiędzy nami jak Rudolf spuszczony ze smyczy. Skwapliwie korzysta z zaproszenia do wspólnego posiłku. Przysiada na chwilę, wkłada do buzi kawałek ciastka, po czym z pełnym otworem gębowym pędzi dalej, do góry, na schody, byle przed siebie, byle w ruchu...

Żuje, śmieje się i coś nam opowiada jednocześnie.
- Fruziu, nie... - zaczynam swoją mantrę, ale przerywam w połowie.

Radość w czystej postaci nie lubi być mącona.

(...)

- Czekam na prognozę pogody, ale chyba się nie doczekam - mówi on, kiedy wieczorem oglądamy hiszpańską telewizję. Oglądamy to właściwe słowo.
- Albo oni po prostu nie mają prognozy - zastanawia się głośno Mąż Mój po chwili ciszy. - Bo w zasadzie po co? Kto by to oglądał, codziennie to samo.
-  Hmm... A może prognozują raz w tygodniu? - podpowiadam. - Wiesz, może trochę jak mityczni Eskimosi na śnieg, tak Hiszpanie mają tysiąc określeń na rodzaj nasłonecznienia.

A jednak. W godzinie wyjazdu, po dziewięciu cudownie plażowych dniach, niebo zachmurzyło się i lunęło.

Hiszpańska pogodynka, jeśli taka funkcja jednak istnieje, musiała mieć pełne ręce roboty.

O hiszpańkim piasku na angielskim dywanie

Rozpakowuję walizki. Powoli, niespiesznie, jakby chcąc zatrzymać kawałek słonecznych wakacji na chwilę dłużej w dopiero rozgrzewającym się mieszkaniu. Z bagażu podręcznego wyjmuję książki. Pozaginane na rogach, tu i ówdzie pomarszczone od kropel słonej wody, przybrudzone na okładkach. Spomiędzy kartek wysypuje się piasek.
Już chyba nigdy nie przestanę się dziwić łatwości, z jaką człowiek pokonuje dzisiaj ogromne dystanse. O dziesiątej rano omiatasz spojrzeniem palmy na tle błękitnego nieba, o dziewiętnastej wkładasz ciepłą bluzę i robisz sobie gorącą herbatę w całkiem innym zakątku świata, bo raptem zdałeś sobie sprawę, że to naprawdę połowa października.
W powrotnym bagażu zawsze panuje nieład. Wracając, nie dbam o równo pukładane, poprasowane i pachnące świeżością ubrania. Moje sukienki mieszają się z jego koszulkami, Fruzina garderoba jest wszędzie, w walizce głównej, w podręcznym i w mojej torebce. Jedynie pieluchy, chusteczki i przekąski jestem w stanie zlokalizować z zamkniętymi oczami. Wystarczy zanurkować dłonią w ten oto kraniec torby i już jesteśmy gotowi do zażegnania wiszącego w powietrzu dramatu.
Kiedyś, w poprzednim życiu, zostawiłabym te walizki na kolejne trzy dni. Niech sobie leżą, pranie nie ucieknie, zawińmy się w koc i powspominajmy. W tej wersji życia wiem, że jeśli nie rozpakuję nas najpóźniej jutro rano, Fruzia rozwlecze po mieszkaniu całą zawartość bagażu. Kostiumy pachnące morzem i dziecięcym balsamem do opalania, spodenki, z których też sypie się piasek, wciąż wilgotne ręczniki kąpielowe. Z dzieckiem szybciej wraca się do rzeczywistości.

Ale ten powrót nie boli tak, jak bolały kiedyś powroty z raju. Wystarczy spojrzeć na zachwyconą Fruzię, która tuli swojego dawno niewidzianego bobasa, stęskniona całuje Rudolfa w nos i w tej samej sekundzie pędzi do kuchni po płatki kukurydziane, żeby człowiekowi też zrobiło się na duszy cieplej.

Jesteśmy w domu. Uwielbiam myśl, że zawsze mamy dokąd wracać.

Czarny protest

Im dłużej żyję, tym częściej ważę słowa i tym rzadziej wiem na pewno. Jak bym postąpiła, zachowała się, którą wybrała drogę.

I tym bardziej zdumiewa mnie fakt, że można wiedzieć na pewno za kogoś innego. Za czyjąś żonę, córkę, wnuczkę, synową, partnerkę, kochankę, przyjaciółkę, koleżankę z pracy... Że można wmawiać im, że wyboru nie ma, bo droga jest tylko jedna i tylko ona słuszna.

Chciałabym za kilka lat wrócić do Polski. Ale do fajnej Polski. Do kraju, w którym respektowane są prawa kobiet. Do takiej ojczyzny tęsknię. O takiej chcę opowiadać Fruzi.

Kobiety, jesteśmy z Wami!



#czarnyprotest