O spotkaniach ze śmiercią

poniedziałek, września 19, 2016

Umarł człowiek.

Przed dwudziestą trzecią poprawiałyśmy mu koce i poduszki, mówiłyśmy do niego tak, jak zawsze mówimy do Seniorów, choć część z nich w ogóle nie reaguje na bodźce, a czterdzieści minut później nasze pagery rozdzwoniły się jak oszalałe. Koczująca przy łóżku córka i wnuczka wszczęły alarm, kiedy Jeff gwałtownie zaczął łapać ostatnie oddechy.
- Odszedł - powiedziała po prostu koleżanka, kiedy wróciła z jego pokoju. - Zaraz będzie tu lekarz, musimy przygotować go do transportu.
Nawet specjalnie nie spanikowałam. Trochę zwatowiały mi nogi, ale w głowie miałam już wszystko to, na co przygotowywały mnie pielęgniarki i opiekunki. A widok Jeffa od tygodnia przywoływał tylko jedną myśl. Przecież jego praktycznie już tu z nami nie ma.
Bałam się tych osławionych ostatnich oznak martwego ciała. Za drzwiami rodzina, muszę zachować spokój, myślałam. Zapytałam, czy pielęgniarka może zastąpić mnie w tych przygotowaniach, a ja potowarzyszę im, oswajając się z nowym dla mnie widokiem i doświadczeniem. Jasne. To dobry pomysł. W takich chwilach nikt nie powinien robić niczego wbrew sobie.

Zaskoczyło mnie, że w ciągu kilkunastu minut ciało zmieniło kolor z bordowego, jakby trawionego gorączką, na żółty. Żółty wymieszany z zielenią. Klatka piersiowa Jeffa zapadła się, tworząc dolinę w okolicy mostka. Wpatrywałam się w nią jakby nie dowierzając, że nie podnosi się i nie opada jak przy oddychaniu. To przecież niemożliwe, że tak nagle przestaje się oddychać. Policzki Jeffa zassało do środka. I to w zasadzie tyle. Poza tym wciąż wyglądał, jakby spał.

On umarł, a ja spokojnie czytam w Polityce artykuł o aborcji, zaesemesowałam do Inżyniera godzinę później. Czuję się jak w innym wymiarze. Lekki surrealizm, ale nie aż taki, jakiego mogłam się spodziewać. Jeff spędził w Błękitnej pięć lat. Ostatni rok w stanie oczekiwania na śmierć. Prawy bok, lewy, plecy, wózek z pasami zabezpieczającymi. Przyglądając się temu życiu przez zaledwie pięć minionych miesięcy, nie potrafiłam myśleć o tym przejściu na drugą stronę inaczej jak z ulgą, choć ulga w tym wypadku może dotyczyć jedynie Jeffa, bo nie wątpię, że gdziekolwiek jest teraz jego dusza, ma tam zdecydowanie więcej spokoju i wolności niż w ostatnim czasie tutaj. A przecież życie powinno wiązać się z wolnością.

Na szkoleniu przed rozpoczęciem pracy w Błękitnej prowadząca zadała grupie pytanie: Czy sądzicie, że osoba w w stanie Jeffa może prowadzić satysfakcjonujące życie?
- Nie - wyrwało mi się.
Trenerka spojrzała na mnie krytycznie.
- Może - ktoś z grupy próbował ratować sytuację.
- Oczywiście, że tak - prowadząca nie wdawała się ze mną w dyskusję, tylko ochoczo przystanęła na punkt widzenia pokrywający się z jedynie słuszną wersją odpowiedzi na pytanie i zarzuciła nas chwytającymi za serce hasłami o tym, jak znacząco będziemy wpływać na poprawę jakości życia Seniorów.

Pamiętam też, jak Mamuśka Moja dziękowała Bogu, że jej ukochana mama opuściła swą ziemską powłokę krótko po wejściu w stan, z którego nie było już odwrotu. Choć przecież każdy wspólny dzień był wtedy na wagę złota.

Nie pojmuję, dlaczego wtedy na szkoleniu, na szkoleniu przyszłych opiekunów Seniorów, nie wywiązała nam się żadna sensowna dyskusja w tak ważnym temacie.

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Poniedziałek z mrożącą krew w żyłach historią. Ten dzień, noc właściwie musiała kiedyś nadejść i gratuluję opanowania. Nie wiem czy u mnie tak "miękko" by poszło, Nie musiałaś go w żaden sposób dotykać ale mimo wszystko jest to dośc specyficzne doświadczenie, sam widok (a u mnie "tylko" Twój opis) wywołuje dreszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, specyficzne na pewno. I ja też kiedyś sądziłam, że omójboże, na pewno spanikowałabym, ale chyba po prostu przywykłam do widoku starości i tego wszystkiego, co się z nią wiąże. Poza tym jest to o tyle "łatwiejsze", że mówimy o ludziach w wieku 90+, nie o młodych, w pełni sił, lub - nie daj Boże - dzieciach. Dla bliskich takie odejścia i tak są bolesne, ale mimo wszystko łatwiej to sobie wytłumaczyć.

      Są opiekunki, którym takie doświadczenie przydarza się podczas pierwszego dnia w pracy! Wyobrażasz sobie??

      Usuń
    2. Jakbym pierwszego dnia dostała takiego kopa to nie wiem czy następnego zjawiłabym się jeszcze w pracy ;) Ale fakt, że praca przy ludziach 90+ na pewno jest łatwiejsza niż w hospicjum gdzie tak jak napisałaś umierają młodzi ludzie, o dzieciach to nawet nie myślę, bo mi się wszystko ściska.

      Usuń
  2. A ja głównie tym się zajmuję, i nauczyło mnie to ogromnej pokory. Nie zawsze to co nam się wdaje, że jest prawdą, faktycznie nią jest.Ciągle zadziwia mnie jak wielu z nich walczy do końca i chce żyć, mimo że w moim rozumieniu to już od dawna nie jest życie. Czasem trzymałam ich za rękę do końca, czasem wystarczy, że wiedzą że ktoś jest w pobliżu. Mimo, że nie jestem zbyt uduchowioną osobą , a raczej rasowym sceptykiem, to zawsze odbieram to jako wyróżnienie. Jestem świadkiem końca pewnej historii - takiej pełnej życia, miłości, przyjaźni, sukcesów i porażek. Zawsze przychodząc do ich domu oglądam albumy z czasów kiedy byli piękni, młodzi i szczęśliwi, dotykam przedmiotów, które sprawiały im radość. Patrząc przez okna wyobrażam sobie co mogli czuć pijąc kawę i stojąc w tym samym miejscu, w którym ja to robię teraz. I staram się pamiętać kim byli, a nie tylko kim są obecnie. Ponieważ jestem pogodzona ze śmiercią znoszę to dobrze. W moim przypadku to pomaga, bo często zdarza nam się spędzić w domu zmarłego kilka następnych nocy. Ja bez problemu gaszę światło po zmroku. Śmierć jest w końcu ostatnim etapem życia, i wszyscy się kiedyś tam znajdziemy. A następnego dnia i tak wstanie słońce, dzieci pójda do szkoły, i wszystko potoczy się normalnym rytmem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mialam okazji towarzyszyc niczyjej smierci, ale tak wlasnie odbieram smierc jak to opisalas Pieprzu.
      To kolejny etap zycia, po prostu ostatni, ale tak wszyscy skonczymy i nie nalezy sie tym zadreczac, bo to nic nie zmieni. Po prostu wystarcza mi zawsze swiadomosc, ze przeciez nikt nie obiecywal jutra i zycie moze sie skonczyc w kazdej chwili.
      Nie ma w tym nic tragicznego moim zdaniem, ot jest na pewno bol tych co zostaja, ale na dobra sprawe to w wielu przypadkach smierc przynosi po prostu ulge.

      Usuń
  3. Pieprzu, pięknie to napisałaś. Star, ja się zasadniczo z Wami zgadzam. Śmierć jest ostatnim etapem w życiu i tak powinniśmy ją postrzegać, szczególnie jeśli przynosi ulgę.

    Ale.

    Żałuję, że na szkoleniu, zanim zaczęłam pracę, nikt nie poruszał tematu odchodzenia. Owszem, mówiliśmy o odchodzeniu w konteście opieki nad Seniorami na tym etapie życia, ale nikt nie mówił o tym ostatnim momencie. Wiesz, możemy sobie mówić i pisać co chcemy, ale część z nas nigdy nie zetknęła się z umierającym człowiekiem. Niektórzy muszą być do tego przygotowani (jak ja przez pomocne koleżanki), żeby takie doświadczenie szybciej oswoić, inni uciekają (jedna opiekunka z mojej placówki), bo nikt z nimi nigdy nie porozmawiał na ten temat. Wszyscy umrzemy, to pewne, tylko nie wszyscy chcemy w to uwierzyć.

    Inna kwestia, z którą się wyrwałam, a której nikt nie kontynuował - czy życie może być satysfakcjonujące, jeśli się leży wiele miesięcy lub lat, nie można się poruszać, komunikowac? Nie zrozumcie mnie źle, ja nikomu nie odmawiam prawa do życia, ani szacunku lub chęci do niego. Pieprzu, trafia do mnie to, co piszesz - że wielu z nich, wbrew temu, co nam się wydaje, wciąż chce żyć. Widziałam jednak ludzi, którzy w tym stanie prawie nie mówili, ale jeśli już coś udało im się powiedzieć, to była to dramatyczna prośba "pozwólcie mi umrzeć". Jedno jest pewne - każdemu człowiekowi należy się godne odchodzenie. Ale jakoś nie potrafię wyobrazić sobie swoich aktywnych rodziców, którzy nazwaliby taką trudną końcówkę życia życiem, które może dawać im satysfakcję. Każdy oczywiście ma prawo mieć inne myśli w tym temacie, a my sami... cóż, tyle wiemy o sobie, ile nas życie sprawdziło, prawda?

    Powinno się o tym rozmawiać.

    Dziekuję Wam za te głosy. :-*

    OdpowiedzUsuń
  4. PS. Moja praca, mimo że nie planuję w niej pozostać, to naprawdę cenne doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja się z Tobą zgadzam, życie osób przykutych do łóżka i BEZ ŚWIADOMOŚCI nie może być staysfakcjonujące, bo w jaki sposob? No chyba, że bierzemy pod uwagę, że ktoś przez 40 lat pracował przy taśmie stojąc to wtedy, jest szansa, że czuje satysfakcje, bo wreszcie może bezkarnie poleżeć ;) A tak serio, to moja babcia zawsze powtarza, że człowiek powinien żyć tak długo dopóki może sam się sobą zająć, kiedy już nie może to powinien umrzeć (chodzi o takie zupełnie podstawowe czynności i sprawny umysł). Opiera to oczywiście na własnych doświadczeniach, w których i ja miałam udział, najpierw jako dziecko, niedawno jako dorosła osoba i nie wdając się w szczegóły, ma rację tak myśląc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie pomyślałam teraz, że najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że nigdy do końca nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w głowie takie leżącej osoby. Ale tak jak mówisz, przy całym poszanowaniu cudzego życia do samego jego końca, ja wolałabym wersję, o której mówi Twoja babcia.

      Usuń
  6. czytałam kiedyś taki artykuł o "uporczywej opiece" właśnie nad takimi osobami które już na prawdę chcą odejść, ale im się na to nie pozwala, dokarmiając kroplówkami, odżywkami, podtrzymując to życie tylko po to, by miejsce w domu opieki nie zostało puste, bo to są konkretne pieniądze przecież. To jest okrutne

    Toterama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie kiedyś dobiło, kiedy usłyszałam, że pewna rodzina uparcie nalegała na reanimację seniora grubo po dziewięćdziesiątce, kiedy wiadomo było, że ten jest już jedną nogą po drugiej stronie i żadna reanimacja nie mogła zmienićtego faktu. Ale myślę sobie, że to też mógł być taki odruch żalu i tęsknoty.

      Masz rację, taka "uporczywa opieka" jest po prostu bezduszna.

      Usuń