O narodzinach legendy

poniedziałek, września 26, 2016

Na początku był haft. Dopiero potem chaos.

Wracaliśmy z zakupów, Fruzia majtała nogami w foteliku, zagryzając krakersa w rytm melodii płynącej z radia, kiedy raptem postanowiła wyhaftować pierwszy w swoim świadomym (?) życiu wzór. Zdziwiona była gwałtownością procesu od-myśli-do-czynu i natychmiast narobiła strasznego rabanu, albowiem nie spodobało jej się. Ani to, że od szyi po stopy pokryła się haftem, ani fakt, że chusteczki zadziałały jedynie doraźnie i trzeba było dojechać do domu, żeby się wykąpać i przebrać.

Po zahaftowaniu naszego łóżka i podłogi w kuchni, w przerwach między jednym a drugim radośnie biegając po mieszkaniu, Fruzia zdecydowała się pójść spać. Obudziła się zdrowa i rześka jak skowronek, wykazując się ogromnym taktem i elegancją, wszak nastał dzień przyjazdu Wielkiej Szwagierki i Tego Właściwego.

W Piątej Chatce ponownie nastał czas radości. Polały się trunki, na stół wjechało jadło, zaznajomiliśmy Szwagrostwo z Naszym Pubem, przybytkiem rozkoszy dla ducha i ciała, niektórzy pościgali się na gokartach, inni płakali, widząc tatę w kasku, a gdzieś między tym wszystkim matkom z dziećmi udało się wypić dwa drinki i kilka kaw w całkowitym odprężeniu. Nocne Polaków rozmowy trwały dwie noce.

Trzeciego dnia Szwagierka zaniemogła. Zaniemogła tak, że plan zwiedzania okolicy legł w gruzach, ale ponieważ Mąż Mój zaanonsował domową pizzę na kolację, nikomu nie było źle. Oprócz Szwagierki, rzecz jasna. Jej było tak źle, że w końcu Inżynier zarządził najazd na szpital w celu wizji lokalnej.
- Pojedziemy po kolacji - oświadczył.
No bo kto to widział tak na pusty żołądek!

Od śniadania czekałam na tę kolację. A tymczasem po kilku kęsach przepysznej pizzy poczułam, że coś jest nie tak.
- Tracę apetyt - powiedziałam, patrząc Inżynierowi w oczy.
- Ja też - powiedział on i chyba wtedy już wiedzieliśmy.
Ten Właściwy wciąż uparcie twierdził, że on apetytu nie stracił i poradził sobie z pizzą na szóstkę z plusem.

Zanim wyszli z domu, Inżynier zdążył zaliczyć słodkie tete-a-tete z sedesem, a zanim doszli do samochodu (5 metrów od Piątej Chatki) Ten Właściwy porzygał się przed domem. A wraz z nim Szwagierka i Inżynier. Ja w tym czasie usypiałam Fruzię, co jakiś czas zahaczając o toaletę - a wraz ze mną podrywająca się na równe nogi i zaaferowana moją bieganiną Fruzia. Na szczęście pierwszy udany haft zaliczyłam tuż po zaśnięciu dziecięcia.

Cóż to była za noc! W szpitalu okazało się, że aby przybyli otrzymali pomoc, należy zadzwonić ze szpitala pod 111, odbyć trzykrotne i jednakowe w treści interview przez telefon, a następnie poczekać na ambulans, którego załoga przyjmie trójkę rzygaczy w owym szpitalu. Potem było jednak miło i przytulnie, bowiem toaleta znajdowała się na wyciągnięcie ręki, konającą Szwagierkę podpięto pod kroplówkę, po której pacjentka ożyła, a Mąż Mój, jako jedyny ubiezpieczony z towarzystwa, otrzymał receptę na leki w liczbie x 4. Serce mi stopniało na wieść, że mnie również, zaocznie, ujęto w procesie leczenia!

Wielka twierdzi, że rzygaliśmy z klasą. Nie było kolejek do łazienki, choć grafiku nie ustalaliśmy. Nie zabrakło papieru toaletowego. Czarne worki na śmieci, które umościliśmy sobie przy łóżkach na wszelki wypadek, nie zostały wykorzystane. A mimo to rzygaliśmy jak koty!

O czwartej nad ranem spotkaliśmy się w salonie. Ja właśnie zakończyłam kolejne posiedzenie w łazience, Inżyniera obudził ból brzucha, Szwagierka i Ten Właściwy wybierali się do kuchni po wodę. Fruzia nadal smacznie spała. Wymieniliśmy się informacjami na temat aktualnego stanu naszych wnętrz i zgodnie stwierdziliśmy, że to będzie niezapomniana wizyta. Wiecie, taka, którą będziemy wspominać każdego roku przy wspólnej Wigilii. A pamiętacie, jak wszyscy rzygaliśmy w Krainie Deszczu?

Już żaden karp i żadna pizza nie będą smakowały tak samo bez tej opowieści.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Fruziak zapoczątkował serię zdrowotną u Ciebie na blogu ;) Ale czytając rlację to owe hafty najłagodniej przeszła Fruzia, która na Was wszystko pięknie poprzenosiła. Jedynie Rudolf nie ucierpiał, więc chyba zjadanie czterodniowej padliny daje mu odpornośc na takie sytuacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uprzejmie donoszę, że Rudolf porzygał się w poniedziałek rano! :-)))

      Usuń
  2. Dzieci! Dzieci to najwydajniejsze inkubatory broni biologicznej! Dziecko pusci pawika i natychmiast ozywa. Ten sam mikrob po pasazu na doroslego nagle okazuje sie osmym pasazerem Nostromo! (been there, done that, got the t-shirt!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dość, że ożywa, to jeszcze kolejnego krakersa woła, w końcu w żołądku miejsce się zwolniło! :-)

      Usuń
  3. Coś jest z tymi Wyspami..... właśnie w ten sposób spędziłam pewną Wielkanoc w Londynie. Łączę się w bólu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa! Święconka Ci zaszkodziła? ;-)

      Usuń
  4. Nawet o rzygach można pięknie napisać . Zdrówka życzę .kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och! Jeszcze jeden taki komplement, a zacznę pisać o innych przypadłościach! ;-) Dziękujemy!

      Usuń