O wychodnym

Idziemy z Fruzią do Niani, dwa domy od Piątej Chatki. Trochę się spieszę, bo za kilka minut mamy jechać, więc trzymając Fruziaka na ręku otwieram bramkę, przechodzę przez mały ogródek Niani i wreszcie stukam mosiężną kołatką do drzwi. Mała patrzy na mnie uważnie, ale kiedy drzwi się otwierają i w progu staje znajoma osoba, Fruzia uśmiecha się. Szybko podaję sąsiadce torbę z pieluchami i jedzeniem, daję małej buziaka, przenoszę przez próg, zostawiając ją na rękach Niani, ale zanim się odwrócę, Fruzia zaczyna płakać. Szybkie pa-pa, odwracam się i już mnie nie ma.

Słyszę ją, kiedy zamykam za sobą bramkę i kiedy wracam do domu. Ryczy wniebogłosy. Słychać ją nawet w Piątej.
- To ona? - pyta zdziwiony Inżynier.
Oboje nasłuchujemy.
Płacz w pewnym momencie jakby cichnie, więc zaczynam wkładać sandały, ale za chwilę rozlega się ze zdwojoną mocą. Niania wzięła małą do ogrodu na tyłach domu, teraz słyszy ją już całe osiedle.
- O matko - mówię tylko.
Fruzia nie ryczy, ona wyje. Szlocha, piszczy i wydziera się. Słyszymy jak bardzo jest nieszczęśliwa.
- Co robimy? - pyta Inżynier.
- Nie wiem - mówię.
Bo naprawdę nie wiem.

To ma być pierwsze nasze wyjście bez małej, które w żaden sposób nie wiąże się z pracą. Żadnej rozmowy kwalifikacyjnej, szkolenia, piekarni lub czegoś równie mało romantycznego. Mamy jechać do kina, obejrzeć film i zjeść coś dobrego. Tylko we dwoje. Nie zdarzyło nam się to od maja. Ubiegłego roku.

Płacz, o ile to możliwe, jeszcze się nasila. Teraz naprawdę cała okolica słyszy Fruzię.

Debatujemy na gorąco, czy powinniśmy wrócić po małą i tym samym dać jej sygnał, że kiedy mocniej zapłacze, to mama i tata wracają, czy poczekać jeszcze kilka minut, aby sprawdzić, co będzie dalej, a może zamknąć oczy i uszy i po prostu jechać przed siebie.
- Ta dwumiesięczna przerwa najwyraźniej jej nie posłużyła - mówi on.
Nigdy dotąd nie mieliśmy większego problemu z zostawieniem Fruzi z Nianią. Owszem, czasem płaknęła przy rozstaniu, ale szybko się uspokajała, zaabsorbowana zabawkami, czekającymi na nią w domu Niani albo wyjściem na plac zabaw. A tymczasem ostatnio nie potrzebowaliśmy Niani i Fruziak niepostrzeżenie wszedł nam ponownie w fazę mama, postanawiając obwieścić to całemu światu akurat dzisiaj.

Po kilku minutach nieustającego krzyku małej dzwoniącego nam w uszach decydujemy się zostać. I tak nie będziemy się dobrze bawić. Wychodzę przed dom i natychmiast widzę, że Niania postanowiła zrobić to samo. Niesie rozszlochaną Fruzię, już od bramki tłumacząc się, że ona przeprasza, ale tym razem to chyba naprawdę nie da jej się uspokoić małej. Fruzia cała się trzęsie, biedactwo, chlipie i coś próbuje nam powiedzieć, wtula się we mnie natychmiast, kładzie mi głowę na ramieniu i kurczowo się go trzyma. Chwilę później uspokaja się, przechodzi na ręce Inżyniera, uśmiecha się radośnie. Jej małe ciałko jeszcze co jakiś czas zanosi się od resztek płaczu. Odwraca się do Niani, z którą wciąż rozmawiamy w progu mieszkania i ponaglająco macha jej na do widzenia. Umawiamy się na krótkie, regularne sesje opieki nad Fruzią po powrocie z wakacji.

Nasze pierwsze wychodne trwało całe piętnaście minut. I w zasadzie nie było wychodnym, bo... nie zdążyliśmy wyjść z domu.

Żeby nie tracić piątku, pakujemy małą do wózka i wędrujemy w trójkę do pubu, gdzie spędzamy naprawdę fajne popołudnie. Spotykamy sąsiada, który wyraźnie rozbawiony pyta, czy u nas wszystko w porządku, bo wydaje mu się, że jakąś godzinę wcześniej słyszał protestującą Fruzię. Ona z kolei przechodzi samą siebie w wyrażaniu wdzięczności za to, że zabraliśmy ją ze sobą. Nie biega po całym pubie, nie próbuje wejść na stół i nie zabiera smoczków i soczków innym dzieciom. Bawi się swoim bobasem bez rąk i nóg, śmieje się i co jakiś czas zerka na nas zawiadiacko. Zupełnie jakby chciała powiedzieć:

- A w ogóle to ja nie wiem, co wam strzeliło do głowy z tym wychodnym! Czy tak nie jest weselej??

No właśnie. Czyż nie jest?

O pierwszej pomocy w nagłych wypadkach

Kiedy w Błękitnej rozlega się drażniący dźwięk alarmowego dzwonka, opiekunowie i pielęgniarki powinni natychmiast rzucić wszystko, łącznie z Seniorem, którym akurat się zajmują, i pospieszyć do sypialni, której numer wyświetla się na wszystkich pagerach. W domyśle powinniśmy do niej pobiec. Sprintem najlepiej, bo przecież właśnie w tej chwili może się tam rozgrywać dramat z pogranicza życia i śmierci. Tyle w teorii. W praktyce za mojej kadencji jeszcze żaden poważny, oprócz odejścia Jeffa, tak naprawdę się nie rozegrał, trudno więc dziwić się, że zamiast biec, po prostu idziemy, a znając numer sypialni i częstotliwość wezwań emergency, po drodze półgłosem zastanawiamy się, czym tym razem zaskoczy nas Senior lub Seniorka.

Potrzeby fizjologiczne to oczywiście standard.
- Mary, czy mogłabyś wciskać różowy guzik, zamiast niebieskiego, jeśli nie dzieje się nic zagrażającego twemu życiu? - pytamy po raz osiemnasty na wieść, że Mary chce pójść do łazienki.
- Oczywiście, musiało mi się pomylić - uśmiecha się rozbrajająco Seniorka.
Trzy minuty później znów stawia na nogi całą Błekitną.

Ale bywa też tak, że Seniorom nic się nie myli. O nie, oni doskonale wiedzą, do czego służy niebieski guzik i używają go zgodnie z jego - w ich mniemaniu - przeznaczeniem. Gdyby ktoś zastanawiał się, jak wygląda ratowanie życia w Błękitnej, służę własnym CV.

Pager dzwoni jak oszalały.
Idziemy.
- Czy mogłabyś wyłączyć telewizor? - prosi Ian, kiedy jako pierwsza staję w progu sypialni.
- A dlaczego wciskasz niebieski guzik? - pytam. - To jest dzwonek alarmowy.
- Ale ja nie mogę spać! - mówi zdziwiony Senior.

Pager dzwoni jak oszalały.
Idę sama.
- Ian, na litość boską, różowy guzik! Nie niebieski! - przypominam.
- Ale ja nadal nie mogę spać! Czy możesz zasunąć zasłony?

Pager dzwoni jak oszalały.
- Teraz twoja kolej - mówię do koleżanki.
Dwie minuty później Jasnowłosa wraca.
- Alan chce śniadanie - mówi zrezygnowana.
- O pierwszej w nocy???

Pager dzwoni jak oszalały.
Seniorka coś do mnie mamrocze.
- Yyy? - pytam. - Możesz powtórzyć?
Pokazuje na zęby. Zgubiła zęby!
Szukam w pościeli. Na łóżku i pod łóżkiem. Na stoliku, bo może zęby poleciały wprost na blat. Wreszcie są! Ta-dam!
W lewym kapciu.

Pager dzwoni. Jak oszalały.
- Ten facet na podłodze chyba zemdlał! - histeryzuje John.
- Jaki facet? Tu nikogo nie ma! - mówię.
- Jak to nie ma? Nie widzisz??? O, tam! - John jest wyraźnie zdenerwowany.
Dostaję gęsiej skórki i czym prędzej wychodzę z sypialni.

Pager. Jak zwykle.
- Chcę czekolady!
- Bloody Hell, skąd ja ci wezmę czekoladę o piątej rano? - parskam śmiechem.
(W torebce już nic nie mam...)
- Ze sklepu - mówi mój ulubieniec i uśmiecha się przymilnie. - Mogłabyś pójść i mi kupić?

Pager. Dzisiaj o drugiej w nocy.
Rozbudzony Senior patrzy na nas całkiem przytomnym wzrokiem.
- Gdzie jest moja szczotka? - pyta.
- Jaka szczotka?
- Do włosów.
- A możesz nam powiedzieć, po co ci ona właśnie teraz? - koleżanka mruga do mnie rozbawiona.
- Mam dziś okropne włosy. Możecie mnie uczesać? - pyta rozbrajająco Ted.

Jestem gotowa poprowadzić szkolenia z pierwszej pomocy. Wiedzę mam chyba bogatszą niż sam Wielki Brat.

O narodzinach legendy

Na początku był haft. Dopiero potem chaos.

Wracaliśmy z zakupów, Fruzia majtała nogami w foteliku, zagryzając krakersa w rytm melodii płynącej z radia, kiedy raptem postanowiła wyhaftować pierwszy w swoim świadomym (?) życiu wzór. Zdziwiona była gwałtownością procesu od-myśli-do-czynu i natychmiast narobiła strasznego rabanu, albowiem nie spodobało jej się. Ani to, że od szyi po stopy pokryła się haftem, ani fakt, że chusteczki zadziałały jedynie doraźnie i trzeba było dojechać do domu, żeby się wykąpać i przebrać.

Po zahaftowaniu naszego łóżka i podłogi w kuchni, w przerwach między jednym a drugim radośnie biegając po mieszkaniu, Fruzia zdecydowała się pójść spać. Obudziła się zdrowa i rześka jak skowronek, wykazując się ogromnym taktem i elegancją, wszak nastał dzień przyjazdu Wielkiej Szwagierki i Tego Właściwego.

W Piątej Chatce ponownie nastał czas radości. Polały się trunki, na stół wjechało jadło, zaznajomiliśmy Szwagrostwo z Naszym Pubem, przybytkiem rozkoszy dla ducha i ciała, niektórzy pościgali się na gokartach, inni płakali, widząc tatę w kasku, a gdzieś między tym wszystkim matkom z dziećmi udało się wypić dwa drinki i kilka kaw w całkowitym odprężeniu. Nocne Polaków rozmowy trwały dwie noce.

Trzeciego dnia Szwagierka zaniemogła. Zaniemogła tak, że plan zwiedzania okolicy legł w gruzach, ale ponieważ Mąż Mój zaanonsował domową pizzę na kolację, nikomu nie było źle. Oprócz Szwagierki, rzecz jasna. Jej było tak źle, że w końcu Inżynier zarządził najazd na szpital w celu wizji lokalnej.
- Pojedziemy po kolacji - oświadczył.
No bo kto to widział tak na pusty żołądek!

Od śniadania czekałam na tę kolację. A tymczasem po kilku kęsach przepysznej pizzy poczułam, że coś jest nie tak.
- Tracę apetyt - powiedziałam, patrząc Inżynierowi w oczy.
- Ja też - powiedział on i chyba wtedy już wiedzieliśmy.
Ten Właściwy wciąż uparcie twierdził, że on apetytu nie stracił i poradził sobie z pizzą na szóstkę z plusem.

Zanim wyszli z domu, Inżynier zdążył zaliczyć słodkie tete-a-tete z sedesem, a zanim doszli do samochodu (5 metrów od Piątej Chatki) Ten Właściwy porzygał się przed domem. A wraz z nim Szwagierka i Inżynier. Ja w tym czasie usypiałam Fruzię, co jakiś czas zahaczając o toaletę - a wraz ze mną podrywająca się na równe nogi i zaaferowana moją bieganiną Fruzia. Na szczęście pierwszy udany haft zaliczyłam tuż po zaśnięciu dziecięcia.

Cóż to była za noc! W szpitalu okazało się, że aby przybyli otrzymali pomoc, należy zadzwonić ze szpitala pod 111, odbyć trzykrotne i jednakowe w treści interview przez telefon, a następnie poczekać na ambulans, którego załoga przyjmie trójkę rzygaczy w owym szpitalu. Potem było jednak miło i przytulnie, bowiem toaleta znajdowała się na wyciągnięcie ręki, konającą Szwagierkę podpięto pod kroplówkę, po której pacjentka ożyła, a Mąż Mój, jako jedyny ubiezpieczony z towarzystwa, otrzymał receptę na leki w liczbie x 4. Serce mi stopniało na wieść, że mnie również, zaocznie, ujęto w procesie leczenia!

Wielka twierdzi, że rzygaliśmy z klasą. Nie było kolejek do łazienki, choć grafiku nie ustalaliśmy. Nie zabrakło papieru toaletowego. Czarne worki na śmieci, które umościliśmy sobie przy łóżkach na wszelki wypadek, nie zostały wykorzystane. A mimo to rzygaliśmy jak koty!

O czwartej nad ranem spotkaliśmy się w salonie. Ja właśnie zakończyłam kolejne posiedzenie w łazience, Inżyniera obudził ból brzucha, Szwagierka i Ten Właściwy wybierali się do kuchni po wodę. Fruzia nadal smacznie spała. Wymieniliśmy się informacjami na temat aktualnego stanu naszych wnętrz i zgodnie stwierdziliśmy, że to będzie niezapomniana wizyta. Wiecie, taka, którą będziemy wspominać każdego roku przy wspólnej Wigilii. A pamiętacie, jak wszyscy rzygaliśmy w Krainie Deszczu?

Już żaden karp i żadna pizza nie będą smakowały tak samo bez tej opowieści.

O temperamencie

Wszyscy umywają ręce, nikt nie poczuwa się do winy. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności jedna i druga strona twierdzi, że wszystkie ich dzieci to z tych grzecznych, że nie, żadnych buntów jedno-, dwu-, ani nawet trzylatka, żadnych histerii, no może tylko ty troche piszczałaś, stąd przydomek Piszczka, a Wielki trochę ryczał, ale w sumie to nic wielkiego, za to Inżynier to złote dziecko, młodszą siostrę z przedszkola przyprowadzał, siostra zaś tylko raz wysmarowała sobie  całą buzię Sudocremem... Mamuśka coś tam bąknęła zgryźliwe o Ojcu Dyrektorze i jego porywczości, że to może po dziadku taki temperament, ale niezbyt pomocne to było, niezbyt, gdyż nie przypominam sobie Ojczula wznoszącego się na takie wokalne wyżyny. A ja naprawdę chciałabym wiedzieć, komu mogę przypiąć łatkę to-przez-ciebie-nasza-córka-przejawia-takie-skłonności. A nie mam komu.

Piski i histerie mogę jeszcze podpiąć pod choroby cywilizacyjne, ale nie wiem, do jakiej kategorii wrzucić to, co stało się pewnego letniego dnia w ogródku piwnym.
- Fruziu, dasz Alexowi buziaczka? - zapytał niewinnie ojciec dziecka.
Fruzia ruszyła ochoczo. Bądźmy szczerzy, Alex również. Jedno pokonało przeszkodę w postaci plączącego się pod nogami paska od torby leżącej na trawie, drugie zgrabnie ominęło ławkę, na której siedzieliśmy, aby następnie utonąć w niewinnym, zdawać by się mogło, uścisku. Zdjęcie, które powstało tamtego popłudnia, jeszcze dziś wzbudza wśród bliskich wiele emocji i każe zadawać pytania o tę rzekomą dziecięcą niewinność.

On, dużo od niej wyższy, obejmuje ją na wysokości ramion, nachylając się do małej główki jak rasowy łamacz serc. Ona w sukience w maki trzyma w garściach jego koszulkę, a czyni to z taką werwą, że niejeden kochanek z Werony pozazdrościłby jej pasji. A ten pocałunek z otwartą buzią i przy zamkniętych oczach!

To na pewno nie po nas. Nawet w czasach narzeczeńskich nie rwałam Inżynierowi koszulek z taką pasją jak Fruzia Alexowi. Owszem, coś tam się porwało, narzekać nie mogę, ale z t-shirtów poległy jedynie stare, na które nie mogłam już patrzeć, a wówczas przemawiał przeze mnie bardziej pragmatyzm niż namiętność. Może więc Fruzia postanowiła mieć coś zupełnie swojego, czego nikt nie będzie w stanie ukraść jej pełnym wyższości ona-ma-to-po- ?

I może zamiast szukać winnych, to my powinniśmy uczyć się od niej.

Tego rwania koszulek.

O spotkaniach ze śmiercią

Umarł człowiek.

Przed dwudziestą trzecią poprawiałyśmy mu koce i poduszki, mówiłyśmy do niego tak, jak zawsze mówimy do Seniorów, choć część z nich w ogóle nie reaguje na bodźce, a czterdzieści minut później nasze pagery rozdzwoniły się jak oszalałe. Koczująca przy łóżku córka i wnuczka wszczęły alarm, kiedy Jeff gwałtownie zaczął łapać ostatnie oddechy.
- Odszedł - powiedziała po prostu koleżanka, kiedy wróciła z jego pokoju. - Zaraz będzie tu lekarz, musimy przygotować go do transportu.
Nawet specjalnie nie spanikowałam. Trochę zwatowiały mi nogi, ale w głowie miałam już wszystko to, na co przygotowywały mnie pielęgniarki i opiekunki. A widok Jeffa od tygodnia przywoływał tylko jedną myśl. Przecież jego praktycznie już tu z nami nie ma.
Bałam się tych osławionych ostatnich oznak martwego ciała. Za drzwiami rodzina, muszę zachować spokój, myślałam. Zapytałam, czy pielęgniarka może zastąpić mnie w tych przygotowaniach, a ja potowarzyszę im, oswajając się z nowym dla mnie widokiem i doświadczeniem. Jasne. To dobry pomysł. W takich chwilach nikt nie powinien robić niczego wbrew sobie.

Zaskoczyło mnie, że w ciągu kilkunastu minut ciało zmieniło kolor z bordowego, jakby trawionego gorączką, na żółty. Żółty wymieszany z zielenią. Klatka piersiowa Jeffa zapadła się, tworząc dolinę w okolicy mostka. Wpatrywałam się w nią jakby nie dowierzając, że nie podnosi się i nie opada jak przy oddychaniu. To przecież niemożliwe, że tak nagle przestaje się oddychać. Policzki Jeffa zassało do środka. I to w zasadzie tyle. Poza tym wciąż wyglądał, jakby spał.

On umarł, a ja spokojnie czytam w Polityce artykuł o aborcji, zaesemesowałam do Inżyniera godzinę później. Czuję się jak w innym wymiarze. Lekki surrealizm, ale nie aż taki, jakiego mogłam się spodziewać. Jeff spędził w Błękitnej pięć lat. Ostatni rok w stanie oczekiwania na śmierć. Prawy bok, lewy, plecy, wózek z pasami zabezpieczającymi. Przyglądając się temu życiu przez zaledwie pięć minionych miesięcy, nie potrafiłam myśleć o tym przejściu na drugą stronę inaczej jak z ulgą, choć ulga w tym wypadku może dotyczyć jedynie Jeffa, bo nie wątpię, że gdziekolwiek jest teraz jego dusza, ma tam zdecydowanie więcej spokoju i wolności niż w ostatnim czasie tutaj. A przecież życie powinno wiązać się z wolnością.

Na szkoleniu przed rozpoczęciem pracy w Błękitnej prowadząca zadała grupie pytanie: Czy sądzicie, że osoba w w stanie Jeffa może prowadzić satysfakcjonujące życie?
- Nie - wyrwało mi się.
Trenerka spojrzała na mnie krytycznie.
- Może - ktoś z grupy próbował ratować sytuację.
- Oczywiście, że tak - prowadząca nie wdawała się ze mną w dyskusję, tylko ochoczo przystanęła na punkt widzenia pokrywający się z jedynie słuszną wersją odpowiedzi na pytanie i zarzuciła nas chwytającymi za serce hasłami o tym, jak znacząco będziemy wpływać na poprawę jakości życia Seniorów.

Pamiętam też, jak Mamuśka Moja dziękowała Bogu, że jej ukochana mama opuściła swą ziemską powłokę krótko po wejściu w stan, z którego nie było już odwrotu. Choć przecież każdy wspólny dzień był wtedy na wagę złota.

Nie pojmuję, dlaczego wtedy na szkoleniu, na szkoleniu przyszłych opiekunów Seniorów, nie wywiązała nam się żadna sensowna dyskusja w tak ważnym temacie.

O tym, że czasem bywa ciężko

Rozkładam na dywanie papierowe ręczniki. Błyskawicznie nasiąkają rozlaną herbatą. Podnoszę z podłogi kubek i słomkę, stawiam na nocnej szafce. Zbieram ręczniki i rozkładam nowe, lekko dociskając je do podłoża. Wrzucam je potem do foliowego worka razem z zużytą pieluchą.
- Okropną masz pracę - mówi cicho Seniorka.
Siedzi na krześle sanitarnym, tuż obok łóżka. W koszuli nocnej i wełnianych skarpetach, chociaż w pokoju powietrze ciężkie i lepkie. Przygląda się temu, co robię.
- Nic strasznego - próbuję nadać własnemu głosowi lekkie brzmienie. - To samo robię w domu, mam małe dziecko. Samo życie - puszczam do niej oko.

To jedna z tych nocy, kiedy nie stać mnie na naturalny uśmiech. Zamiast niego jest ten wypracowany, wyćwiczony, który dolepiam do twarzy tuż przed przekroczeniem kolejnego progu kolejnej sypialni. Dwadzieścia osiem. Razy trzy. Plus wszystkie dodatkowe wezwania. (- Wiesz, że żużywam około stu par rękawiczek jednej nocy? - zapytałam kiedyś znienacka Inżyniera.) Zapadam się w sobie, tracę poczucie sensu, z trudem usiłuję przypomnieć sobie, dlaczego właściwie to robię. Po co.
Wiem, że to nie tylko zmęczenie. Ono też, trochę większe niż zwykle, ale nie tylko. Nauczyłam się zasypiać na mikrosekundy zawsze wtedy, kiedy akurat nie muszę nic. Na stojąco przy łóżkach Seniorów, kiedy ktoś inny wypełnia dokumentację. Na siedząco na podłodze, kiedy to ja piszę w kajetach. Wiecznie te same formułki, ta sama składnia, te same idiotyczne tabelki, do których jedynie my zaglądamy. I tylko daty się zmieniają. Zamykam więc oczy i przez chwilę odpoczywam.

Ale tylko przez chwilę, bo to jedna z tych długich nocy, kiedy już nie chodzi tylko o sen. Mam dość.

Siadam na fotelu naprzeciwko Seniorki. Milczymy. Mój wzrok pada na ślubną fotografię w sepii wiszącą na ścianie. On wyprostowany jak struna, w ciemnym garniturze, ona w lejącej sukni, z długim do ziemi welonem. Wyglądają na bardzo młodych. Patrzę na zdjęcie, próbując zrozumieć, co jest z nim nie tak. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to ich twarze. Nigdy nie widziałam ślubnej fotografii sprzed tylu lat, na której młoda para wyglądałaby tak promiennie.
- Piękne - mówię do Seniorki, wciąż wpatrzona w portret.
Starsza pani uśmiecha się leciutko, jakby z rozmarzeniem.
- Mieliśmy wtedy po 22 lata - mówi po chwili ciszy.
Poznali się cztery lata wcześniej, przeżyli wspólnie ponad pięćdziesiąt. On odszedł dwadzieścia lat temu, ona samotnie dobija do dziewięćdziesiątki. Sprowadzili na świat czworo dzieci.
- Kochałam go do szaleństwa.
I loved him to bits.
Jej głos jest miękki. Tak miękki, że prawie wtapiam się w fotel.

Nie da się zamknąć życia w kilku zdaniach, ale sposób, w jaki ona o nim mówi, sprawia, że niemal widzę całe to jej życie, ten kalejdoskop zdarzeń tak podobnych do tego, co w wielu innych historiach i w innych wcieleniach. Bo w gruncie rzeczy wszyscy mamy podobnie, przeżywamy wzloty i upadki, kochamy, nienawidzimy, cierpimy, psujemy i naprawiamy.  Chciałabym wierzyć, że odchodząc, każdy myśli o kimś, o kim mógłby powiedzieć, że kochał go do szaleństwa.

Seniorka daje znać, że toaleta skończona. Pomagam jej wstać, umyć się, wrócić do łóżka. Starsza pani jest w pełni mobilna, ale nie wolno nam zostawiać jej samej. Niedawno upadła, czego efektem jest podskórny wylew na pół twarzy i guz wielkości pięści małego dziecka na czole. Kiedy Seniorka siada na łóżku, kucam naprzeciwko niej i pytam, czy jeszcze czegoś potrzebuje. Widzę, że jest smutna.
- Nie, kochanie, idź już, bo wiem, że masz pracowitą noc. Czasem czuje się tu taka samotna, ale ty nic nie możesz na to poradzić.
Po czym łapie mnie za rękę i mówi, że dziękuje mi za tę niewdzięczną pracę.

Wychodzę, bo muszę, mój pager już od dłuższej chwili dzwoni jak oszalały, choć wolałabym zostać w tym pokoju, przy Seniorce, która może przez tę jedną noc czułaby się choć trochę mniej samotna.

Za progiem znów dopada mnie rzeczywistość. Wciąż jestem zmęczona, bardziej niż zwykle i jeszcze bardziej zniechęcona polityką Błękitnej. Odliczam tygodnie do urlopu i miesiące do końca tego rozdziału. Jeszcze chwila, jeszcze moment.

I tylko ten jeden uścisk dłoni starszej pani pomaga mi przetrwać resztę nocy.

Fruzia - odsłona dziewiętnasta

(Wrócił! Wrócił laptop!)

Sprytna jest. Udając, że skupia się jedynie na łobuzowaniu, uważnie rejestruje wszystko, co się wokół niej dzieje, aby w razie czego wytoczyć własne działa.
- Wiesz, nie potrafię być stanowcza w kwestii tych smoczków - wyznałam któregoś dnia Mężowi Memu. - Pomyślałam więc, że może poczekamy aż Fruzia pogubi wszystkie dydki, kolejnego nie kupimy i tym sposobem sprawa sama się rozwiąże.
Tego dnia Tasman pozbyła się na spacerze kolejnego ze swych przyjaciół i z bogatej kolekcji zostały już tylko dwa smoczki.
- W tym tempie za miesiąc Fruzia powinna być naturalnie odsmoczkowana - przekonywałam Inżyniera.
Mąż Mój z powątpiewaniem przyjął moją teorię, aczkolwiek w tych sprawach zwykle zdaje się na mnie, więc tematu nie podjął. W przeciwieństwie do córki naszej, która wieczorem pojawiła się w kuchni w towarzystwie trzech dydków.
- A skąd ty masz trzeciego? - wykrzyknęłam zdumiona, otrzepując pomarańczowego przyjaciela z kurzu.
Fruzia uśmiechnęła się triumfalnie.
Sądząc po bałaganie, który zostawiła w pokoju, wygrzebała go gdzieś z dna pudła z zabawkami, których ostatnio nie obdarza większym zainteresowaniem.
- Mądra Fruzia - Inżynier przybił piątkę swej małej, charakterologicznie upartej kopii.
Oszacowałam w głowie prawdopodobną liczbę smoczków, które tkwią gdzieś ukryte po kątach Piątej Chatki. Wygląda na to, że opatentowane przeze mnie naturalne odsmoczkowanie nastąpi u nas na progu podstawówki.

Naśladowanie wszystkiego, co robimy, weszło w fazę zastanów-się-rodzicu-dwa-razy-zanim-coś-uczynisz. Teraz już nie tylko zmywa sobie makijaż z powietrza, ale też robi pedicure, smaruje się kremem z filtrem, usiłuje przechadzać się w naszych kapciach albo wkładać je na łapy sierściuchowi. Jego samego przywołuje na spacerze histerycznym Gaga! Gaga! Wygląda komicznie, kiedy tak wydziera się na środku pola, stojąc pośród nieskoszonych traw siegających jej kolan, poklepując się po udzie i tłumacząc Rudolfowi tonem nieznoszacym sprzeciwu, że natychmiast powinien do niej przybiec, skoro pani woła. (Tylko czekać mojego kurwa, Rudolfie, chodźże tu, łachmyto jedna!) Kiedy przytulam ją zapłakaną i uspokajam, głaszcząc po plecach, automatycznie zaczyna robić to samo - wisi na moim ramieniu, jedną ręką obejmuje mnie za szyję, a drugą delikatnie poklepuje po łopatce, wciąż przy tym chlipiąc. Zupełnie jakby próbowała mi powiedzieć - no już dobrze, mamo, już dobrze. Z telefonem przy uchu wygląda tak, jakby się z nim urodziła. Spaceruje tak po pokoju, a ja zastanawiam się, czy patrzę właśnie na odbicie swoje czy może Inżyniera. Dobrze, że żadne z nas nie pali. Oszczędzamy sobie widoku Fruzi strzepującej niewidzialny popiół do całkiem prawdziwej popielniczki.

A ten jej belferski palec!
- Nie wolno! - mówimy, wywijając młynki palcem wskazującym.
- Nenelele - mówi Fruzia, radośnie odgrażając się Rudolfowi.
Wystarczy pokazać jej gniazdko elektryczne w "Księdze Dźwięków", a mały palec natychmiast zaczyna wirować w powietrzu.
Musimy bardziej świadomie korzystać z gestykulacji, bo jeśli Fruzia zacznie praktykować takie metody w przedszkolu, personel Różowej uzna je za kolejne dziwactwo naszej kultury.

Szybko pojęła, że NIE to w gruncie rzeczy bardzo przydatne słowo, więc na wszelki wypadek (nad)używa go w większości sytuacji.
- Chcesz zupy? - pytam.
- Ne - Fruzia stanowczo kręci głową, po czym wyciąga mi z dłoni łyżkę i pakuje ją sobie do buzi.
- Wody? - pokazuję jej kubek niekapek.
- Ne - mówi Tasman i wkurza się, że odkładam kubek na blat w kuchni.
No przecież wyraźnie mówiła, że chce! Że chce się z niego napić i spać z nim. Mówiła wyraźnie!

Wciąż mówi nam cześć. Uzmysłowiłam sobie, że to jedno z najczęściej używanych przez nas słów. Cześć kiedy się budzi. Cześć kiedy idzie spać. Kiedy jedziemy do pracy, wracamy z niej, albo kiedy wychodzimy z łazienki, do której mała zaczyna się dobijać dwie sekundy po zamknięciu przez nas drzwi od środka.
- Sze - mówi więc i ona, machając dłonią albo wyciągając ją do góry w geście luzackiego pozdrowienia.
- Sze - wita robotników za siatką, którym właśnie wybiła pora lunchu. Pospiesznie zwijam ją z ich widoku, doskonale wiedząc, że jedno sze prowadzi do drugiego i ani się obejrzę, a Fruzia będzie miała nowych znajomych, a ja zagwozdkę. Nigdy nie rozumiałam języka budowy.

Sama w kuchni robi większy bałagan niż nas dwoje. A odkąd w przypływie natchnienia przeniosłam ją do salonu (różową kuchnię, nie Fruzię), czasem mam problem z określeniem swojego położenia w Piątej. Slalomem omijam plastikowe noże, tosty walające się na dywaniku (zapewne czerstwe i masłem do dołu), kubki po soku z powietrza i pogniecione butelki po ketchupie. Zastawę Fruzia musi mieć bogatą, bo jakoś nigdy nie widziałam jej zmywającej naczynia. Zresztą, zlew pokrył się kurzem, a kran urwała. Pamięta za to nad wyraz często, żeby włączyć ledowe oświetlenie nad tym syfem.

Z Rudolfem zazwyczaj trzyma sztamę. Razem wyżerają płatki kukurydziane z miseczki - on czeka na pozwolenie, ona ładuje mu płatek po płatku do pyska. Po dwóch łyżeczkach jogurtu wyrywa mi kubek z ręki i leci do sierściucha, żeby ten dokończył dzieła. (Jeśli nie wyliże pojemnika zbyt dokładnie, Fruzia po nim poprawia.) Denerwuje się, kiedy zbyt długo zwlekam z przyprowadzeniem szczekającego furiata z ogródka.
- Ma-ma-ma-ma! - krzyczy. - Gaga!
On pomaga jej w modowych stylizacjach. Getry na małej głowie i ponczo z różowego kocyka, w którym on, korzystając z jej wskazówek, wyżarł i wydrapał otwór akurat w rozmiarze Fruziowego łebka, to ostatni krzyk mody. Albo pampers na szczycie, a na rękach pasiaste skarpety z dziurami. I gotowe. Można iść na spacer.

Choć czasem on ma dość tej miłości, tego jej przytulania i tarmoszenia, więc chowa się w sypialni pod łóżkiem, ale niechże tylko Fruzia przyniesie piłkę i zaprosi go do zabawy, a wszelkie urazy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dzięki temu dziecię na każdego psa reaguje entuzjastycznie i nie przeszkadzają jej inne sierściuchy oplatające ją całą mokrymi jęzorami w trakcie spaceru po parku. Ani kozy i osły wystawiające swe pyski przez siatkę w oczekiwaniu na marchewkę. (A to z kolei wpływa na poszerzenie międzygatunkowych zdolności komunikacyjnych u miejskiej matki, dotąd uważającej zwierzęta farmerskie za zagrażające jej cennemu życiu. Nie wiem właściwie, dla której z nas była ta wycieczka.)

- Wy jakoś inaczej teraz wychowujecie dzieci, tak bardziej na luzie - rzekła razu pewnego Mamuśka, patrząc jak Fruzia pochłania najpierw wodnego loda, a następnie ogórka pokrojonego w słupki.
- Czy ja wiem... ? - zamyśliłam się. - Ja wcale nie jestem taka wyluzowana.
Przypomniałam sobie te wszystkie nocne schizy, że Fruzia zaginęła nam w pościeli, ten niepokój, czy nie jest głodna, czy gorączka spadnie i czy nie daję jej zbyt wiele herbatników, bo cukier to samo zło.
- Wiesz, ja nie dawałam wam ogórków zielonych, bo przecież wątroba nie da rady, lodów też nie, bo zaraz gardło będzie chore, czapeczka zawsze była na głowie, a skarpetki na nogach - wyjaśniła Mama.
(Dobrze, że nie odwrotnie.)
- Eee tam - machnęłam ręką w powietrzu. - Za dwadzieścia parę lat Fruzia może będzie mamą i wtedy to mnie włos się zjeży na głowie, jak popatrzę, co wyprawia ze swoim dzieckiem. W gruncie rzeczy nasze wychowywanie Fruzi niczym nie różni się od waszego wychowywania nas.

Klucz do szczęśliwego dzieciństwa pozostaje przecież ten sam.