O wszystkich odcieniach czerni

piątek, sierpnia 26, 2016

Wpis jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest (nie)przypadkowe i (nie)zamierzone. Wszystkie (jedno) fikcyjne imiona zostały zmienione na jeszcze bardziej fikcyjne. Wrażliwych na czerń uprasza się o niezwłoczne opuszczenie strony.

Środek nocy. Stoimy z koleżanką nad łóżkiem Francesco i poprawiamy mu dmuchane poduszki ochronne wokół nóg. Jedną kończynę od kolana do stopy Franceso ma owiniętą bandażem. Wiem, dlaczego. Przed urlopem widziałam jego stopę, była cała granatowa. Tak granatowa, że aż czarna, powiedziałaby z emfazą Mamuśka. Albo odwrotnie. Dziś jestem zszokowana faktem, że infekcja dotarła tak wysoko w ciągu zaledwie dziesięciu dni mojej nieobecności.
- Uważaj na tę nogę - przypomina mi koleżanka. - Żeby nie została ci w ręku.
Parskam śmiechem.
Nasza team leader jest zawsze taka poprawna i poważna w kwestii obowiązków służbowych, że nie podejrzewałam ją o zdolność do żartów tego typu nad głową Seniora. Zaskoczyła mnie zupełnie, choć akurat czerń humoru nie powinna dziwić na tej szerokości geograficznej.
Proszę, proszę, myślę rozbawiona.
Jestem pewna, że 20 lat temu Francesco sam by się chętnie z nami pośmiał, choć dziś prawdopodobnie miałby ochotę przywalić nam czymś ciężkim przez łeb, gdyby tylko mógł odczytać nasze myśli.

Następnego wieczoru podczas przejęcia zmiany odpływam myślami gdzieś daleko. Po całym tym szaleństwie z Wielkimi i Rodzicami naprawdę trudno wraca się do rzeczywistości. Nagle dociera do mnie fragment rozmowy pielęgniarek:
- ... lekarz jeszcze nie wie, czy amputować tę nogę, bo Francesco może tej operacji nie przeżyć, czy poczekać, aż sama odpadnie...
Gwałtownie poprawiam się na krześle.
- Ale jak to 'odpadnie'?! - pytam lekko histerycznie.
- No normalnie - odpowiada ponuro piguła.
I jakby w obawie, że nie zrozumiałam po angielsku, wyjaśnia jeszcze bardziej po angielsku:
- Oddzieli się od reszty.
- Yyy? - bąkam niewyraźnie.
- Przecież mówiłam ci wczoraj - nasza team leader patrzy na mnie zdziwiona.
- Ale ja sądziłam, że żartujesz - mówię cicho.
W odpowiedzi otrzymuję karcące spojrzenie.

Godzinę później rozmawiam z Ciemnowłosą, która tego dnia pełni pielęgniarski dyżur na naszym oddziale.
- Słuchaj, ja jestem trochę spanikowana w kwestii tej nogi - mówię. - Ona naprawdę może w każdej chwili tak po prostu odlecieć?
Po twarzy Ciemnowłosej przebiega cień rezygnacji.
- Najwyraźniej tak. Widziałaś zdjęcia? - pyta.
Nie, nie widziałam. Ciemnowłosa pokazuje mi je w pokoju pielęgniarek. Mówiąc szczerze, na pierwszy rzut oka noga Francesco nie wygląda ani strasznie, ani odrzucająco. To tak, jakby patrzeć na zwęglony kawałek drewna. Dopiero kiedy do mózgu dociera informacja, że to ludzka kończyna... Kończyna żyjącego człowieka! Wtedy tak. Wtedy robi się słabo.
- Czy ty będziesz mu zmieniać opatrunek? - pytam.
- Będę musiała - głos Ciemnowłosej trąca dramatyczną nutą . - Ale nadal nie wiem, co jeśli. Nawet managerka nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Co, oprócz wezwania ambulansu, mam zrobić z tą nogą?!

Dobre pytanie.

#iNaCoMiToByło?

You Might Also Like

5 komentarze

  1. To chyba jeszcze gorsze niż duch dziewczynki na progu pokoju. I wiesz co? Ja bym chyba odetchnęła z ulgą, że nie jestem pielęgniarką i nie muszę tego opatrunku zmieniać... brrr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej, że w nocy to my, opiekunki, dotykamy tej nogi częściej niż pielęgniarki!

      Usuń
  2. O my God....przeciez to tykajaca bomba zakazenia organizmu!....maja dziwne podejscie...biedny Francesco.....

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. To jest trochę tak, że Francesco jest wiekowy i w zasadzie przy samej końcówce życia, więc tak jakby nie wiadomo, co robić. I - na szczęście dla niego - chyba już nie jest świadomy swojego stanu. Biedny, to prawda!

      Usuń