O tym, dlaczego więcej znaczy lepiej

sobota, sierpnia 27, 2016

Odebrałam ich na dworcu kolejowym. Po serii uścisków i okrzyków Mamuśki, że o mój ty Boże, więcej nie lecę!, Rodzice radośnie podreptali ze mną w kierunku przystanku autobusowego.
- To teraz można się zrelaksować - westchnął Ojczulo. - A w domu napijemy się drinka!
Przezornie nic nie odpowiedziałam, ale kąciki ust same zaczęły piąć się ku górze.
- Wódkę przywieźli? - zapytał czujny Ojciec.
- Przywieźli, przywieźli... - zaczęłam grzecznie, ale Dyrektor wszedł mi natychmiast w słowo:
- To dobrze, bo koniecznie chcieliśmy wypić ją z wami wszystkimi na angielskiej ziemi, a samolotem nie mogliśmy przewieźć jej w podręcznym.
- ... ale jej już nie ma, niestety - dokończyłam.
Ojciec Dyrektor triumfalnie spojrzał na Mamuśkę.
- Wiedziałem! - zakrzyknął. - Złodzieje korony polskiej! Wiedziałem!
(I doprawdy nie wiem dlaczego w jego głosie dało się wyczuć nutę szlacheckiej dumy.)
- Uczciwie muszę wyznać, że to ja postulowałam o jej otwarcie, mimo gwałtownych protestów Inżyniera - rozpoczęłam mowę obronną. - Mój Wielki Brat, a twój własny syn, poparł mnie i oznajmił, że mam otwierać, skoro jego sister chce polskiego drinka. Więc otworzyłam. I wypiłam jednego. Pyszny był! - zakończyłam swoją spowiedź rozmarzonym akcentem.
Ojciec spojrzał na mnie wyraźnie rozbawiony.
- Jednego? To w takim razie gdzie jest reszta?
- Aaaaa... - machnęłam lekceważąco dłonią. - Resztę to już oni wypili. Co się miała tak wietrzyć w przeciągach?

Poszłam do pracy, a towarzystwo chciało mnie wesprzeć duchowo i postanowiło w ogóle nie kłaść się spać.

Skarb, nie rodzina.

(...)
Tutejsi znajomi chwytali się za głowy.
- A gdzie wy ich wszystkich pomieścicie? - pytali z troską w głosie, kiedy już udało nam się przekonać ich, że nie, na serio nie bierzemy pod uwagę żadnego B & B.
- Damy radę, mamy przecież trzy pokoje - mówiliśmy.
Choć tylko dwie sypialnie według norm wyspiarskich, więc sami rozumiecie. Na salonach się nie śpi.
Liz zaoferowała dmuchane łóżko, ale w obawie przed Rudolfem skusiliśmy się na to proponowane przez Drugich Rodziców, słusznie przeczuwając, że będą kłopoty, a jeśli tak, to niech może wszystko zostanie w rodzinie. Już podczas drugiego noclegu, po szaleńczym skoku Rudolfa na pęczniejące od powietrza łoże, zlądowaliśmy na ziemi. To było tej samej nocy, kiedy wydawało mi się, nie wiedzieć czemu, że to Diabeł śpi obok mnie.
- Misiu kochany, idź się połóż do siebie - głaskałam jego czuprynę. - Tu ci będzie niewygodnie.
Kiedy się ocknęłam na flaku z materaca i zaskoczyłam, że to jednak nie Diabeł, Inżynier wymamrotał:
- Tak mi się właśnie coś nie zgadzało. Dla mnie nie jesteś taka miła.
Ano.

Rodzina Wielkich i Rodzice spotkali się pod dachem Piątej na całe dwie noce. Było nas wówczas dziewięcioro człowieków w różnych rozmiarach oraz jeden sierściuch. Średnio trzy osoby i jedna trzecia psa na pokój. W domu piętrzyły się piernaty, prawdziwe i udawane łoża, a łazienka na stałe spowiła się w wodne opary.
- Jak w kołchozie - oznajmił uradowany Ojciec Dyrektor.
Literackie porównania i metafory to jego specjalność.
- U nas mówiło się, że śpimy na kupie - dorzuciła Mamuśka.

Biorąc pod uwagę, że Rudolf uwielbia spać na różnych ludzkich częściach ciała, to to by się nawet zgadzało.

(...)
Już pierwszego dnia po przyjeździe Wielkich, kiedy Gwiazda rozsiadła się wygodnie na krześle w ogródku, rozpuszczając długie włosy i wyciągając przed siebie jeszcze dłuższe nogi, syn Zamroczonej natychmiast zmaterializował się w sąsiednim ogródku i gorliwie zajął autopromocją, spuszczając przeciwsłoneczne okulary z czubka głowy na nos oraz skejtersko kołysząc się na boki.
 - Ty, zobacz, jaki Alvaro! - Inżynier trącił mnie łokciem w ramię i stłumił parsknięcie.
Doprawdy, pełna podziwu jestem dla Gwiazdy, która przez osiem długich dni cierpliwie znosiła nie tylko podchody Alvaro, ale również typowy dla przedstawicieli naszego pokolenia nadmierny entuzjazm spowodowany rozkwitem nastoletnich (nieważne, że mocno naciąganych) uczuć, a mający zapewne swoje źródło w tęsknocie do lat szczenięcych.
- Ty wiesz, jak możesz przylansić w szkole? - ekscytował się Wielki Brat między polską kiełbaską z grilla a angielskim "sikaczem, który udaje piwo, ale przynajmniej możesz więcej go wysączyć i łeb tak potem nie boli". - Wiesz, polsko-angielskie love story, dramatyczne rozstanie, dziewczyno, możesz być gwiazdą na szkolnym korytarzu!
Gwiazda posłała ojcu swemu litościwe acz rozbawione spojrzenie. Wszak ona jest Gwiazdą od zawsze, nie tylko w szkole, a już na pewno nie potrzebuje do tego amanta w stroju kadeta z Akademii Policyjnej, w którym  to outficie ów kadet czyści basen w środku najgorętszego dnia w historii Krainy Deszczu.

Feministka po chrzestnej.

(...)
- Zobaczycie, jak szybko to strzeli - poinformował Wielki.
Gapiliśmy się akurat na Fruzię, która czule przytulała się do swojego Diabła. Dwumiesięczna rozłąka nie osłabiła uczuć między kuzynostwem i tych dwoje wciąż spędzało ze sobą mnóstwo czasu. Podczas wspólnych spacerów Fruzia kategorycznie domagała się dłoni Diabła w swojej, nawet jeśli akurat nie dreptała ochoczo przed siebie, a korzystała ze spacerówki. Śmiem twierdzić, że to kwestia pokrewieństwa dusz. I nie zdziwię się, jeśli przyszłość zrobi z nich najlepszych kumpli.
- Ja sam nie mogę uwierzyć, że moje dzieciaki niedługo wyfruną mi z domu - dokończył Brat.
Na nasze protesty, że chyba jeszcze chwilę to potrwa, Wielki wypalił:
- Przecież za dwa lata do Gwiazdy zaczną się schodzić kłęki!
Kłęki, czyli tabuny Alvarów.
- A co? Zamierzasz ich powystrzelać? - zaśmiał się Inżynier.
- Nie, ale jak mi któryś nie będzie odpowiadał, to tak mu utruję życie, że sam się zwinie - oświadczył ojciec nastoletniej córki.
Po czym opowiedział nam o wizycie kolegi Gwiazdy na Ranczo. Gwiazda trajkotała akurat w pokoju ze swoją przyjaciółką Patrycją, kiedy młodzieniec zjawił się na progu ich domu.
- A ty do kogo świrujesz, do Gwiazdy czy Patrycji? - zapytał Wielki zuchwale.
- Do Patrycji - mężnie wyznał nieletni kłęk.
- To możesz wchodzić - łaskawie zezwolił Wielki.

Jeśli niełatwo być ojcem dorastającej córki, to chyba jeszcze trudniej być kłękiem.

(...)
Sprzeczaliśmy się zajadle o studencką przyszłość Gwiazdy. Wielki Brat optował za japonistyką (odkąd usłyszał, ile zarabia tłumacz z japońskiego) bądź arabistyką (bo brzmi to równie nieźle), Inżynier przestrzegał przed mało przyszłościową pedagogiką (co w obecności dwóch Wielkich pedagogów z wykształcenia doprawdy mogło wyglądać jak kuksaniec w żebra wyżej wymienionych, gdyby nie fakt, iż żadne z nich nigdy, nawet przez sekundę nie pracowało w swym wyuczonym zawodzie), ja zaś miotałam się pomiędzy hasłami o pasji (coś, co kochasz, koniecznie!) i koniecznością jednoczesnego włączenia rozumu przy wyborze studiów (gdyby ktoś dawno temu umożliwił mi studiowanie pisarstwa na Wydziale Grafomanii, niby robiłabym to, co kocham, ale długo bym nie pożyła, żywiąc się jedynie literami). Wielka Bratowa wstrzymała się od głosu.

W szale twórczym wspólnymi siłami połączyliśmy pasję ze stabilnością finasową, czyniąc z Gwiazdy dziennikarkę sportową (Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu we Wrocławiu), z Diabła zaś (jak już planować, to po całości) następcę Lewandowskiego. Tego Lewandowskiego.

Tak że ten. Ustalone.

Gwiazda będzie przeprowadzać wywiady z własnym bratem. W wolnych chwilach tłumacząc je na japoński.

(...)
- Wiesz, ona zupełnie nie przypomina wiejskiego dziecka - zaczęła filozoficznie Mamuśka.
Patrzyła właśnie na Fruzię, dzielnie pomykającą na własnych nogach do pubu. Nie bardzo wiedziałam, czy Mama pije do naszej zakrzaczonej miejscowości, sposobu naszego wychowywania, czy może to zawoalowany komplement, za który powinnam podziękować. Dzięki Bogu i Karmie, kontynuowała swą myśl:
- Bo wiejskie dzieci mają skórę wysmaganą wiatrem i rumiane policzki, ja sama taka byłam, a ona jest taka delikatna jak laleczka porcelanowa. Widać, że to jednak miejskie dziecko.
O. Już wszystko jasne.
Choć nie do końca.
Nadal nie wiedziałam, czy mam jednak uznać naszą miejscowość za miasteczko, czy może sposób  wychowania za miejski.
I czy to dobrze, czy źle?
- Tylko ta jej energia nie pasuje do tego wizerunku - roześmiała się nagle Mamuśka. - Bo przecież to jest łobuz! Matko, jaki to łobuz! Ani ty, ani Wielki nie mieliście w jej wieku tyle energii, co ona!

Miejski hultaj, znaczy się.

(...)
Agencje adopcyjne jak jeden mąż twierdzą,  że powinniśmy poczekać do Fruzinej podstawówki (!), zanim pokusimy się o kolejne dziecko. Żeby Fruzia miała czas zaaklimatyzować się w rodzinie, szkole i zbudować z nami najtrwalszą więź w kosmosie. Z jednej strony rozumiem konieczność stania w kolejce, jest przecież mnóstwo ludzi czekających na swoje pierwsze dziecko. Ale biorąc pod uwagę tylko powyższy argument...

Serio?

You Might Also Like

13 komentarze

  1. No bez jaj... 😞 Ps. Świetna macie rodzinę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bez jaj... Ale nie poddajemy się. Burza mózgów za nami i na pewno nie zamierzamy czekać, nic nie robiąc po drodze, bo to nie w naszym stylu. :-)

      Usuń
  2. Wesoło mieliście przez te kilka dni :) Na następny rodzinny zjazd zaproś też kogoś z agencji niech zobaczą jak silne więzy ma z całą rodziną Fruzia to adoptujecie na raz z trójkę i nikt obiekcji nie będzie miał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było tak wesoło, że jak wszyscy wyjechali, to dom okazał się nagle wielki i pusty... Tym z agencji to my jeszcze pokażemy niejedno!;-)

      Usuń
  3. Ale mieliscie fajnie przez te dni nie ma to jak z rodzina :-):-D!.Nie rozumiem Agencji w koncu im mniejsza roznica miedzy dziecmi(chodzi mi o pobyt w rodzinie :-) ) tym lepiej , nie ma jakiejs detronizacji -"szoku"krola/krolowej na pojawienie sie"konkurencji".A podstawowka to przeciez tez jest wyzwanie nie tylko dla dzieci ale I dla rodzicow...I trzeba dziecku poswiecic duzo czasu na rozmowy.na odrabianie lekcji...kurcze to gdzie tu jeszcze na powaznie zajmowac sie dzieckiem ktore bedzie potrzebowalo Was Waszej uwagi czasu....A wiezi w Waszej rodzince sa bardzo silne w koncu chyba wiedzieli o.tym powierzajac Wam Fruzie :-)! :*****.PS: Wy tez wyczekaliscie swoje no nie?jest w koncu mnostwo dzieciakow ktore potrzebuja kochajacych rodzin I wszyscy sie doczekaja a Wy skoro macie Fruzie to macie.pierwszenstwo ;-) :-D I juz!.Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę to sądzę, że tu nie chodzi tylko o więzi. Agencje w naszym regionie są przepełnione kandydatami na rodziców adopcyjnych i stąd te wszystkie 'zaostrzenia', jeśli chodzi o ustawianie się w kolejce po rad drugi. Tylko strasznie mnie to wkurza, że nikt nie powie nam tego otwarcie, tylko przemyca to gdzieś między wierszami, podając przy okazji powody, które mnie osobiście wydają się absurdale. Ale nic to - mamy PLAN. Jak to my;-)

      Usuń
    2. Reception w UK zaczyna sie semester po 4 urodzinach juz -zatem np teraz edukacje rozpoczely dzieci urodzone miedzy 01.09.2011-31.08.2012 ,Wnioskujac z postow Fruzia ma okolo 2 latek ? Wiec ta podstawowka to wcale nie taka odlegla wizja :) nie orientuje sie ile trwa procedura adopcyjna ale zapewne nie krocej niz ROK sie czeka ? Moze bedzie opcja abyscie rozpoczeli w niedlugim czasie I sfinalizowali adopcje akurat niedlugo po tym jak Fruzia rozpocznie szkole :)

      Pozdrawiam cieplo -Marta

      Usuń
    3. Fruzia zacznie szkołę za 3 lata. A skoro agencja twierdzi, że najpierw powinna sie w niej zaaklimatyzować, to realnie dziecko ma szansę trafić do nas najwcześniej za 4 lata. Pewnie, to niby nie jest długo, ale mówiąc szczerze, nie jestem pewna, co usłyszymy za tych kilka lat. Adoptersów może być jeszcze więcej, czekanie może się wydłużyć... Poza tym, mówiąc szczerze, ja naprawdę nie widzę w tym sensu. Tym bardziej, że zdążyłam się już zorientować, że co agencja/region (rozmawiałam z trzema w tej kwestii, które mówią to samo, ale czwarta już nie ucięła rozmowy tak gwałtownie) to inne zasady w tej kwestii. Jeśli trzeba będzie - poczekamy, jasne. Ale jeśli da się coś zdziałaś oślim uporem, to...;-) to nie zamierzamy tyle czekać:-) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    4. 4 lata to faktycznie dlugo .. Rozumiem Wasz punkt widzenia- miedzy moimi dziecmi jest dwa lata roznicy wieku I sa naprawde zzyte(mimo klotni) maja obecnie 8&6 lat.Niedawno urodzilam trzecie dziecko I mimo iz kochaja siostre to jednak nie sadze aby byly tak blisko z nia jak sa ze soba -chociazby wspolne zabawy odpadaja (chyba ze w relacji opiekun-dziecko,ale nie na ten plaszczyznie kompan ktory jest mi rowny)mysle ze dzieci akceptuja rodzenstwo bardzo latwo (u nas zero zazdrosci)wiec Fruzia nie powinna miec problemow z adaptacja w nowej sytuacji ..trzymam kciuki aby udalo sie po Waszej mysli wszystko zalatwic I abyscie wkrotce cieszyli sie drugim skarbem .Moze po prostu zlozcie dokumenty w paru agencjach o ile to dozwolone(przepraszam jestem laikiem) wowczas jest szansa ze ktoras rozpatrzy Wasza kandydature szybciej niz za 4 lata
      Bardzo lubie Twoj blog masz talent ubierania mysli w slowa-mimo iz nie mialam do czynienia z adopcja ani nieplodnoscia przeczytalam caly I czuje ze ta lektura byla mi potrzebna chociazby aby miec szersze spojrzenie na pare spraw.
      Pozdrawiam -Marta:)

      Usuń
    5. Nam wlasnie tez zalezy na tym, zeby Fruzia byla jak najmlodsza, kiedy dolaczy rodzenstwo. Jest szansa, ze wtedy szybciej uzna nowego czlonka rodziny za pelnoprawnego obywatela:-) Aktualnie prowadzimy dysputy telefoniczne z agencjami - tu niestety jest tak, ze jesli przez telefon powiedza "nie", to tak naprawde nie ma po co produkowac sie na papierze. Coz, pozostaje nam pukac do roznych drzwi.

      Fajnie, ze masz trojke, my tez dazymy do tej liczby:-) I dziekuje za mile slowa. Zawsze kiedy pisze o adopcji lub nieplodnosci, czyli dosc czesto, zastanawiam sie, kogo, oprocz ludzi z podobnymi doswiadczeniami, moze to obchodzic. A potem czytam taki komentarz jak Twoj i robi mi sie cieplej na duszy. Dzieki! :-*

      Usuń
    6. 3mam kciuki abyscie trafili na te "wlasciwe drzwi" :*
      Wierze ze sie uda ,bede zagladac w oczekiwaniu na dobre nowiny :)

      Mysle ze temat nieplodnosc -adopcja powinien byc obowiazkowy dla kazdego niezaleznie czy mielismy klopoty z poczeciem czy tez nie wlasnie po to aby sobie wypracowac empatie,aby zrozumiec,nie zranic kogos nieswiadomie glupim slowem wynikajacym z niewiedzy..

      Pozdrawiam serdecznie :*

      Usuń
  4. Pedagogika mało przyszłościowa? No weź, nie dobijaj mnie - właśnie ten kierunek zamierzam studiować od października ;)

    A kiedy czytam Twoje wpisy - to jakbym powieść czytała! I to taką bestsellerową, rozchodzącą się jak ciepłe bułeczki! Nie bez przyczyny zwiesz się Litermatką - a Twoja rodzina to galeria naprawdę interesujących, specyficznych postaci ;)

    Natomiast te agencyjne argumenty trącą mi absurdem na kilometr - i wydają mi się (delikatnie mówiąc) mocno naciągane. Może jednak się ugną z czasem, jeśli będziecie ich odpowiednio urabiać i upierdliwie nagabywać...

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana, ale mało przyszłościowa z perspektywy pedagoda, który nigdy pedagogiem nie był! Moi Rodzice oboje są po pedagogikach i pracy od zawsze mają tyle, że głowa pęka! A najważniejsze, żeby być w tym, co się robi, dobrym. Jakoś nie widzę Wielkiego Brata w roli pedagoga, ha ha! Niech lepiej te życia ratuje :-)

    Dziękuję za ciepłe słowa, choć Litermatką to ja bardzo samozwańczą jestem i jak sobie przypomnę mojego pierwszego bloga, którego przez długi czas NIKT nie czytał, to się zastanawiam, jakim cudem w ogóle udało mi się zdobyć czytelników. Bez kokieterii. Ale zaraz przypomina mi się, że wszystko dzięki Fruzi. To nie ja mam czytelników, tylko ona i Rodzinka.pl :-)

    O tak, dziękuję, że Ty jako mama z doświadczeniem adopcyjnym też dostrzegasz ten absurd, którym karmią nas w agencjach. Już myślałam, że to może ja czegoś nie widzę i mam po prostu kolejny wybuch instynktu macierzyńskiego, który czyni mnie ślepą na rozsądne argumenty ;-) Właśnie tak zamierzamy czynić - dzwonić i dopytywać. Znalazłam agencję, która nie pogoniła mnie zwykłym "przykro mi bardzo" i jest otwarta na rozmowę. Uczepiłam się ich jak rzep psiego ogona:-) Ściskam!

    OdpowiedzUsuń