#NiepłodnościNieWidać: O rozpaczy i odbijaniu się od dna

niedziela, sierpnia 14, 2016

Grudzień 2012

Zaczęłam plamić w czwartek po południu. O ironio, myślałam, że to dobry znak. Ciążowy. Bo plamienie lekkie, zupełnie nie przypominające okresu. Kładliśmy się spać z myślą o teście. Że może, że byłoby cudnie, że...
W nocy wstałam do łazienki i już wiedziałam, że cudu nie będzie. 
Rano bez entuzjazmu poczłapałam do toalety.

- Powodzenia - powiedział on.
Umowa była jasna - ja robię test, on odczytuje wynik.
- Nic z tego nie będzie - powiedziałam smutno, kiedy wróciłam do pokoju. I opowiedziałam mu o nocnym odkryciu.
W milczeniu odczekaliśmy 10 minut. Potem on poszedł do łazienki.
- Chciałbym powiedzieć coś innego - zaczął ciężko, kiedy wrócił - ale niestety nie mogę.
Usiadł na łóżku obok mnie. Pokazał mi test.
- Wiem - westchnęłam.
A potem przytuliłam się do jego ręki i pozwoliłam sercu rozpaść się na kawałki.

(...)

Tak naprawdę to w pierwszej chwili nawet nie mogłam płakać. Ogarnęła nas pustka, niesamowita pustka. Nie było nic. Tylko otępienie. Zadzwoniłam nawet do pracy, żeby potwierdzić, że nie przyjdę, ponieważ kaszel wciąż dawał mi się we znaki, ale wyraziłam jednocześnie nadzieję, że postaram się stawić na sobotnią imprezę. Tak bardzo byłam otumaniona.
- Pójdę - bez przekonania oświadczyłam Inżynierowi. - Pójdę, bo przecież kiedyś i tak będę musiała wstać z łóżka.
A potem on poszedł do pracy, cichy jak nigdy dotąd, a ja zostałam.
I w końcu tama puściła.
Nie wiem, czy w ogóle o czymś myślałam. Wiem tylko, że płakałam tak bardzo, że rozbolało mnie całe ciało, że opadłam bez sił na podłogę w kuchni i chciałam już na niej zostać do końca życia. Rudolf natychmiast do mnie przydreptał, pocieszył mokrym jęzorem, zamerdał ogonem... A ja nie byłam nawet w stanie odwzajemnić się jednym miłym słowem.

Zrobiłam się słaba, bardzo słaba.

Weszłam do łóżka i znowu utonęłam we łzach.

Płakałam cały dzień. Od rana do wieczora. Potem pół nocy. I jeszcze kawałek dnia. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć, że to faktycznie on. Złamany wpół, szary na twarzy, pozbawiony energii do życia. Nie musieliśmy sobie nic tłumaczyć, bo przecież czuliśmy dokładnie to samo. Zarejestrowaliśmy się na stronie internetowej dla potencjalnych rodziców adopcyjnych, bo tylko działanie nie pozwala nam pogrążyć się w marazmie. Obejrzeliśmy jakiś film. Coś zjedliśmy. Zabukowaliśmy dla mnie bilet na styczniowy lot do Polski. Miałam nie jechać, bo miało być dziecko. Nie ma dziecka, więc jest wyprawa do tego, co nam najbliższe. Posklejałam karki świąteczne. Zaczęłam leczyć kaszel tym, co znowu wolno mi brać. Przegadaliśmy temat kolejnej próby. W kwietniu jedziemy razem do Paryża na maraton. Zbierzemy siły, podleczymy ciała i głowy. Będziemy żyć.


Nie wiem, gdzie zaczynała się noc, a gdzie dzień.


Ale żyjemy. Wbrew wszystkiemu, żyjemy.

Maj 2013

W Dzień Matki moje ciało wyraźnie dało mi do zrozumienia, że matką to ja nie będę. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. A być może nie w tym wcieleniu.

Wczorajsza sentymentalna wycieczka do Oxfordu po 14 latach byłaby rewelacyjnym wspomnieniem, gdyby nie uporczywy ból brzucha. Mogłam to jeszcze podciągnąć pod ewentualne bóle ciążowo-bliźniacze, ale zbyt dobrze znam własny organizm. Po powrocie zaczęłam brudzić i już wiedziałam, że to koniec.


Chciałam oszukać samą siebie, tym razem testując dwa dni wcześniej. Jak gdyby to cokolwiek mogło zmienić. Wymyśliłam sobie poniedziałek, 12 dpt, bank holiday. Potem będziemy świętować w pubie, ja przy soczku, albo razem zapijemy smutki w procentach, twierdziliśmy zgodnie. Ale jak oszukać samą siebie, skoro to mój organizm przechytrzył mnie i tym razem, nie pozwalając podejść do testu z jakąkolwiek nadzieją? Wczoraj wieczorem już wiedziałam, a dzisiejszy test, zupełnie jak w grudniu, był już tylko formalnością. Dwie godziny po nim dostałam okres, a przed chwilą wyleciała ze mnie cała kosmiczna zawartość imprezy.


Scenariusz żywcem wyjęty z grudnia.
Z tą różnicą, że krócej to trwało.


Zaczynam przypuszczać, że druga kreska jest tylko mitem. Druga kreska nie istnieje. A w ciążę zachodzi się, domalowując ją sobie wodoodpornym markerem na teście.

(...)

Zaliczyłam zjazd z opóźnionym zapłonem.

W poniedziałek nawet nie rozpaczałam specjalnie. Byłam wściekła i rozżalona, ale poskładałam się do kupy, a przynajmniej tak mi się wydawało, wysprzątałam chatę, obejrzeliśmy z Inżynierem parę odcinków Friendsów, zabraliśmy sierściucha na spacer, a wieczorem poszliśmy do pubu na piwo i wino. So far so good, myślałam. A potem, kiedy kładłam się spać, nagle do mnie dotarło. Dwa zjedzone uspokajacze mogłam sobie o kant dupy rozbić, bo hormony były silniejsze. Nie wiem dokładnie które, bo już się gubię w rozważaniach, co aktualnie mną rządzi, ale wiem, że wzięły mnie z zaskoczenia.

Względnie spokojnie potrafiłam rozmawiać tylko z nim. Dziewczyny w pracy wykazały się empatią i nie naciągały na pogawędki, widząc, że nawet pytanie, czy mam ochotę na herbatę, będzie w stanie wywołać u mnie łzy. Nie znoszę tego. Tego całkowitego braku zaufania do siebie i swoich reakcji na toczące się w najlepsze życie. Jakby nic się nie stało. Siedziałam więc w pracy, próbując wykrzesać z siebie choćby jedną sensowną myśl, rozbita na milion drobnych kawałków i nie mogąc odnaleźć nawet dwóch pasujących do siebie. Rozedrganie. Wewnętrzna trzęsawka. Mięśnie spięte do granic możliwości. Mokre od potu czoło. Głębokie wdechy.


Dwa ogromnie długie dni.


Już wiem, że znów damy radę. Bo kto jak nie my, a poza tym wybór właściwie żaden. Depresja chyba jeszcze nie.


Oglądam siebie w lustrze. Nadal cię lubię, Ciało. Nie obwiniam cię.


Nic z tego nie rozumiem, ale chyba nawet już nie chcę rozumieć. Żadna teoria nie wydaje mi się na tyle przekonująca, żeby w nią uwierzyć. Ani żeby przestać wierzyć.


Powiedzieliśmy dziś Mamuśce. Popłakała trochę. Wiem, jaką będzie dziś miała noc. Ona pomartwi się o nas, ja o nią. Inżynier śpi w najlepsze, wyczerpany ostatnimi wydarzeniami.


Dziś znów śmiałam się tak, że rozbolał mnie brzuch.


Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę moje CV. Z wyliczanką złożoną z samych mądrze brzmiących haseł.

Szanowni państwo, przejażdżka dobiega końca. Czas wrócić do świata zwykłych problemów. (O, jak mi się nie chce w poniedziałek iść do pracy!)
Proszę wysiadać!
Następna jazda we wrześniu.
Ostatnia, więc przydadzą się dobre pasy bezpieczeństwa.

Wrzesień 2013

Po dzisiejszym spektakularnym szlochu w Różowej wiem, że to jest kres mojej wytrzymałości, jeśli chodzi o radzenie sobie z rozczarowaniami.
Tym razem jeszcze się podniosę.
Ale na więcej upadków nie mam zwyczajnie siły.


Czy uważam, że życie jest niesprawiedliwe?
Tak.
Dla nas i milionów takich jak my. Dla dzieci, które nie mają szansy przyjść na świat i dorastać w kochającej rodzinie. Dla tych, które przyjdą na świat i których nikt nie kocha. Ale też dla mnóstwa innych ludzi, którzy cierpią z takiego czy innego powodu.


Czy jestem szczęśliwa?
Tak.
Kurwa mać, jestem szczęśliwa, pomimo potoku łez, który nie przestaje płynąć.
Jak to jest możliwe?
Nie mam, kurwa, pojęcia.


Wiem jedno i powiedziałam to wczoraj Inżynierowi - jeśli z jakichś względów za 10 lat wciąż będziemy bezdzietni i zostaną nam odebrane jakiekolwiek nadzieje na życie z potomstwem, to ja zamierzam się zabić.
On
zapewnił mnie, że wtedy zabijemy się razem.
Metoda samobójstwa nie została jeszcze przedyskutowana.

Zasugerował też, że zawsze możemy otoczyć się Rudolfami, jak Violetta.

O ja pierdolę, nic z tego nie rozumiem.
Może to dlatego, że piję różowe wino.
W środku tygodnia przed południem.

Grudzień 2013

Dziś miał być dzień pozytywnego testu.
Zamiast tego - od soboty wiemy, że się nie udało.

Nie uroniłam ani jednej łzy.

A od wczoraj jesteśmy na początku adopcyjnej drogi.

Podanie o dziecko wysłane.


Ulga.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Płakałam przy każdym słowie, dopiero przy końcu przestałam. Jak dobrze, że Fruzia jest już z Wami, jak dobrze :* :) Ściskam i ucałujcie te jej małe puchate policzki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puchate policzki ucalowane.

      Jak dobrze! :-**

      Usuń
  2. Ciezkie wspomnienia, ktore bardzo bola. Przykro mi, ze niektorym sie nie udaje... jednak moze cos dzieje sie z jakiegoa powodu. Moze Fruzia na Was czekala ... byla Wam przypisana...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie tak jest, Fruzia od zawsze nalezala do nas, tylko my wtedy o tym nie wiedzielismy, a to, na szczescie, sa tylko wspomnienia. :-) One juz nie bola. Co wiecej, niczego bym w naszej historii nie zmienila. :-)

      Usuń
  3. Kochani plakalam .... lzy same zakrecily mi sie przy niektorych zdaniach...wszystko wrocilo to trzymanie kciukow za Was..wszystkie dobre mysli..jakie Wam wysylalam...wyobrazam sobie jak Was to wszystko bolalo...jak dobrze ze Fruziak jest z Wami I ze byl od samego w zasadzie poczatku...buziaki dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A my pamiętamy Twoje kciuki i śliczną wirtualną kartkę, która powędrowała do Fruzininowego folderu na pamiątkę :-*

      Usuń
  4. I ja tez rycze jak bobr. A ze nastroj mam melancholijny, bo dzis ostatni dzien w Polandii i jutro rano wracamy do Rzymu, to nie moge przestac.... Jakie to wszystko niesprawiedliwe... Podziwiam Was noi drodzy i to bardzo, bo macie w sobie tyle sily i milosci, ze ze swieca szukac drugiej takiej pary. Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta, ale się zgrałyśmy - u nas dziś pierwszy dzień po wyjeździe rodzinki i jak zawsze spadek nastroju... Mam nadzieję, że obie szybko wrócimy do naszej codzienności. Ściskam!

      Usuń