#NiepłodnościNieWidać: O powrotach

wtorek, sierpnia 23, 2016

Luty 2014

Siedzimy we trzy nad kawą.

Lisa, świeżo upieczona mama, co chwilę zerka w kierunku wózka stojącego obok naszego stolika. Malutka, urodzona ponad miesiąc przed terminem, zdecydowanie nie wygląda na swoje 11 tygodni. Kiedy Lisa przenosi ją na moje ręce, wiem, że tak jak mi ją wręczy, tak już zostanie. Emma jest tak maleńka, że nie odważę się na zbyt skomplikowane manewry, mając przy sobie tak kruche zawiniątko. Marie, najmłodsza z nas, powoli dobijająca do klubu trzydziestek, zdradza Lisie nowinę o ciąży. Po jednym poronieniu, półtorarocznych staraniach i wreszcie skierowaniu na leczenie z diagnozą niepłodność wtórna, wciąż jeszcze jest zaskoczona, że jednak się udało i wciąż jeszcze się boi. Wreszcie ja. Z kilkuletnią historią wędrówek po lekarzach, aktualnie na zupełnie innym etapie starań. Słucham opowieści o porodzie, zachwycam się małą, uspokajam Marie, że wszystko będzie dobrze. Rozmawiamy głównie o Emmie, Lucasach i pracy. Jako jedyna nie widziałam Lisy od czasu jej odejścia na urlop macierzyński, bo kiedy ona odwiedziła z Emmą Różową Chmurkę, ja i on odbywaliśmy pierwsze spotkanie adopcyjne ze Strażniczką w Piątej Chatce. Nadrabiamy więc w kawiarni. Ot, zwykłe koleżeńskie spotkanie.

Potem jak zwykle myślę.

Kiedy Lisa wróci z macierzyńskiego, Marie będzie szykowała się do swojego urlopu. Trochę później ja. Dokładnie nie wiadomo, kiedy nadejdzie moja kolej, ale jedno jest pewne - ona nadejdzie. 


Niesamowite. Abstrakcyjne. Trudne do uwierzenia. A jednocześnie realne jak nigdy dotąd.

Już nie potrzebuję być w ciąży. Nie marzę już o niej i nie śnię. Nie myślę. Przestałam widzieć ciążowe brzuchy dookoła mnie. A jeśli je widzę, to nie zajmują one moich myśli. Potrafię rozmawiać z Marie o jej mikro-dziecku, nie zastanawiając się w duchu, kiedy mnie to spotka. Cudze nowiny o dwóch kreskach przyjmuję tak, jak większość innych ludzi. Bez gonitwy myśli i głęboko chowanego w sercu żalu, że to znowu nie my. Głęboko, głęboko, na samo dno duszy.

Chciałabym kiedyś doświadczyć cudu narodzin jednego z naszych dzieci.
Ale już nie prześladuje mnie to pragnienie.
Już nie muszę być w ciąży, żeby spełnić nasze marzenia o pełnej rodzinie.


Uwalniające uczucie.
Cenne doświadczenie.

To tak, jakbym wróciła do domu z bardzo dalekiej podróży.

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Lzy same mi poplynely....chcialabym napisac cos madrego ale zdania nie moge sklecic;-) obled...W jakis sposob doswiadczyliscie cudu narodzin..Fruzia najpierw urodzila sie w Waszych marzeniach potem myslach I wreszcie juz calkiem "namacalnie"...Buziaki dla Waszego Rodzinnego Kwartetu:-D

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślałam o tym samym co Nicole napisała, generalnie przeszliście ciążę, trwała ona dłuzej niż ta standardowa, ale u Was wszystko jest malo standardowe, więc z dzieckiem nie mogło być inaczej :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie w takich momentach brakuje mi na blogu fejsbukowego lajka :-) :-***

    OdpowiedzUsuń
  4. Zyczę, aby Pani się udało zrodzic fantastycznego potomka.

    OdpowiedzUsuń