#NiepłodnościNieWidać: O nadziei

piątek, sierpnia 12, 2016

Zachowywaliśmy się irracjonalnie.

Na początku nadzieja dodawała nam sił, trzymała przy zdrowych zmysłach, dawała motywacyjnego kopniaka i dużo radości. Z biegiem czasu coraz bardziej unikaliśmy jej towarzystwa. Gdybyśmy tylko mogli, wykopalibyśmy ją za drzwi, z hukiem je za nią zatrzaskując. Taka persona non grata. Problem w tym, że ona równie irracjonalnie wracała. Jak jakiś pieprzony bumerang.
- Nie nakręcajmy się – mówiliśmy.
Po czym po chwili milczenia dawaliśmy się ponieść wyobraźni.

Bez niej byłoby łatwiej. Tylko czy wtedy cokolwiek miałoby sens?

Listopad 2012

1 dpt (= 1 dzień po transferze)

Wróciliśmy wczoraj z kliniki z zamętem w głowie i radością w sercach. Nie potrafimy inaczej i nie wiem, czy jest na tym świecie ktoś, kto po takich przeżyciach mógłby wrócić do codziennych spraw ot tak, odkładając na bok całą tę nadzieję. Nie, my nie potrafimy. I choć oboje doskonale wiemy, że upadek z takiej wysokości grozi studnią rozpaczy bez dna, to ta cholera nadzieja jest silniejsza. Ona chyba nie ma granic.

Dotarliśmy dalej niż kiedykolwiek wcześniej, razem, ramię w ramię. Jeszcze nie do szczęśliwego końca, ale on już majaczy gdzieś niedaleko, mocno w to wierzę, wręcz uczepiłam się tej wiary i za nic nie chcę jej puścić. I wzruszyłam się, naprawdę się wzruszyłam. Poczułam, że jeszcze chwila, a zwyczajnie się rozpłaczę. Nie wolno ci, nie wolno, ganiłam samą siebie.
Bo wiem, jaka jestem. U mnie nie ma pojedynczych łez. U mnie są tylko rwące potoki.

Nadal nie umiem tak do końca nazwać tego, co czuję. Głaszczę się po brzuchu i zaklinam wszystkie siły wszechświata, żeby Maluch został z nami już na zawsze. Myślę o nim nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że nie myślę. Staram się osadzić swoją radość na tu i teraz, nie wybiegać z nią za daleko w przyszłość. Na odległość mobilizuję Drugiego do walki. Rozmawiam z Inżynierem i jakoś wciąż wracamy do tego samego punktu.

Grudzień 2012

12 dpt

Myśl o tym, że naprawdę mogę być w ciąży jest czymś, czego nie potrafimy ogarnąć rozumem. Coś, co dla innych jest zupełnie naturalnym procesem, kolejnym etapem w życiu, dla nas urosło do rangi cudu, a tego przecież nie da się pojąć głową. Więc tylko serce jak takie głupie wciąż wyrywa do przodu i chce wierzyć, wbrew wszystkiemu tak bardzo, bardzo chce wierzyć.

Maj 2013

Lewy nieco się uspokoił.
Ale chyba przedtem kopnął mnie w żołądek, bo teraz ten mnie ściska.
Kładę to na karb przedtransferowych emocji.
A może po prostu głodna jestem, ale że mi mózg zlasowało, to już wszystko rozpatruję w kategoriach
robimy-sobie-dziecko-albo-nawet-dzieci.
Nie, no co ty, mała, pełen luz. Peeeełeeeeen luuuuuuz.
Luzik nawet.

Ucięłam sobie na fejsie pogawędkę z dawno nie widzianym kolegą. O 6.30 am., na rany Chrystusa! Pitu pitu, co u ciebie, musimy obejrzeć płytę ze studniówki, na którą cię zabrałam, rozmawiałem ostatnio z twoją mamą...
A ja sobie dziś na transfer jadę, tralalalalala!, myślałam.
Fajnie tak czasem ukrywać coś miłego przed resztą świata. I nieważne, że ''coś miłego'' to pojęcie mocno względne.

Cała nasza rodzina w rozsypce, do chuja dzwona, a nawet jeszcze porządnie z nią nie wystartowaliśmy. Mąż Mój na niemieckiej ziemi, ja z Rudolfem w Cegle, a nasze dzieciaki w klinice na szkiełku.

Ale szczęśliwa jestem.

Wrzesień 2013

Zadzwoniłam do Kliniki, żeby zapytać o samopoczucie naszych Embików. Z trzepoczącym sercem czekałam na wieść, że mają się dobrze.
- Wszystkie cztery wciąż się dzielą - poinformowała Alex, embriolog z greckimi korzeniami.
Cztery! Wciąż mamy cztery!
- Trzy są w prawidłowym na ten dzień stadium moruli i mam nadzieję, że jutro będziemy mieć ładne blastocysty, a czwarty rozwija się trochę wolniej, ale może do jutra coś się jeszcze zmieni - wyjaśniła.

"Czwarty trochę nie nadąża, ale i tak go kochamy, prawda?", napisałam do Inżyniera.

No, Embiki, do boju!

Listopad 2013

Powiesiłam na szybie szafki zdjęcia Rzepików.
Głaszczę je przez brzuch i na fotkach. 

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Wielkie buziaki:******* przytulam Was mocno .........ja oprocz glaskania jeszcze calowalam...bosz....ile ludzie musza przejsc....

    OdpowiedzUsuń
  2. Ps: to nie jest irracjonalne zachowanie... to nadzieja....mielismy tal samo z kazdym cyklem po ktorym nie byli miesiaczek a ktory czesto okazywal sie nieprawidlowy....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nicole, to musiało być naprawdę męczące. Ja przynajmniej miałam wszystko jak w zegarku, co nie pozwalało (zbytnio) się nakręcać, że może się udało...

      Usuń
  3. Nadzieja jest zawsze pierwsza, zawsze najsilniejsza i zawsze umiera ostatnia. Ehh ileż to razy trzeba było spaść na ziemię, kiedy to rzeczywistośc nie sprostała wyobrażeniom usilnie podtrzymywanym właśnie przez nadzieję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, te upadki są najgorsze. Można sobie potłuc nieźle tyłek;-)

      Usuń
  4. Nigdy nie można tracić nadziei :) ja żebym o tym nie zapomniała uwieczniłam to w postaci trzech tatuaży 😁
    Never lose hope, Stay strong i Dum spiro spero ☺
    Nadzieja to podstawa ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też tak myślę, choć czasem to trochę męczące tak łazić z tą nadzieją ;-) Ale trzymaj się tej podstawy, a tatuaże pokażesz kiedyś dzieciom :-*

      Usuń
  5. Nie lubię jej.
    Tej całej nadziei.
    To stara dziwa, co trzyma za mordę mocno, aż narobi siniaków co niemiara, a potem... kopnie w zad, wypnie się, spierdzieli szybciutko, kurcgalopkiem, pozostawiając główną zainteresowaną z miną pt."Eee...? Ale, że co..?"
    A nadzieja tymczasem niewinną robi minkę.
    By za czas jakiś brać ponownie tych i owych za zakładników.

    Nie lubię tej szmaty.
    Zbyt często zawodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak się jej trzymamy. Po raz kolejny. :-***

      Usuń