O tym, dlaczego więcej znaczy lepiej

Odebrałam ich na dworcu kolejowym. Po serii uścisków i okrzyków Mamuśki, że o mój ty Boże, więcej nie lecę!, Rodzice radośnie podreptali ze mną w kierunku przystanku autobusowego.
- To teraz można się zrelaksować - westchnął Ojczulo. - A w domu napijemy się drinka!
Przezornie nic nie odpowiedziałam, ale kąciki ust same zaczęły piąć się ku górze.
- Wódkę przywieźli? - zapytał czujny Ojciec.
- Przywieźli, przywieźli... - zaczęłam grzecznie, ale Dyrektor wszedł mi natychmiast w słowo:
- To dobrze, bo koniecznie chcieliśmy wypić ją z wami wszystkimi na angielskiej ziemi, a samolotem nie mogliśmy przewieźć jej w podręcznym.
- ... ale jej już nie ma, niestety - dokończyłam.
Ojciec Dyrektor triumfalnie spojrzał na Mamuśkę.
- Wiedziałem! - zakrzyknął. - Złodzieje korony polskiej! Wiedziałem!
(I doprawdy nie wiem dlaczego w jego głosie dało się wyczuć nutę szlacheckiej dumy.)
- Uczciwie muszę wyznać, że to ja postulowałam o jej otwarcie, mimo gwałtownych protestów Inżyniera - rozpoczęłam mowę obronną. - Mój Wielki Brat, a twój własny syn, poparł mnie i oznajmił, że mam otwierać, skoro jego sister chce polskiego drinka. Więc otworzyłam. I wypiłam jednego. Pyszny był! - zakończyłam swoją spowiedź rozmarzonym akcentem.
Ojciec spojrzał na mnie wyraźnie rozbawiony.
- Jednego? To w takim razie gdzie jest reszta?
- Aaaaa... - machnęłam lekceważąco dłonią. - Resztę to już oni wypili. Co się miała tak wietrzyć w przeciągach?

Poszłam do pracy, a towarzystwo chciało mnie wesprzeć duchowo i postanowiło w ogóle nie kłaść się spać.

Skarb, nie rodzina.

(...)
Tutejsi znajomi chwytali się za głowy.
- A gdzie wy ich wszystkich pomieścicie? - pytali z troską w głosie, kiedy już udało nam się przekonać ich, że nie, na serio nie bierzemy pod uwagę żadnego B & B.
- Damy radę, mamy przecież trzy pokoje - mówiliśmy.
Choć tylko dwie sypialnie według norm wyspiarskich, więc sami rozumiecie. Na salonach się nie śpi.
Liz zaoferowała dmuchane łóżko, ale w obawie przed Rudolfem skusiliśmy się na to proponowane przez Drugich Rodziców, słusznie przeczuwając, że będą kłopoty, a jeśli tak, to niech może wszystko zostanie w rodzinie. Już podczas drugiego noclegu, po szaleńczym skoku Rudolfa na pęczniejące od powietrza łoże, zlądowaliśmy na ziemi. To było tej samej nocy, kiedy wydawało mi się, nie wiedzieć czemu, że to Diabeł śpi obok mnie.
- Misiu kochany, idź się połóż do siebie - głaskałam jego czuprynę. - Tu ci będzie niewygodnie.
Kiedy się ocknęłam na flaku z materaca i zaskoczyłam, że to jednak nie Diabeł, Inżynier wymamrotał:
- Tak mi się właśnie coś nie zgadzało. Dla mnie nie jesteś taka miła.
Ano.

Rodzina Wielkich i Rodzice spotkali się pod dachem Piątej na całe dwie noce. Było nas wówczas dziewięcioro człowieków w różnych rozmiarach oraz jeden sierściuch. Średnio trzy osoby i jedna trzecia psa na pokój. W domu piętrzyły się piernaty, prawdziwe i udawane łoża, a łazienka na stałe spowiła się w wodne opary.
- Jak w kołchozie - oznajmił uradowany Ojciec Dyrektor.
Literackie porównania i metafory to jego specjalność.
- U nas mówiło się, że śpimy na kupie - dorzuciła Mamuśka.

Biorąc pod uwagę, że Rudolf uwielbia spać na różnych ludzkich częściach ciała, to to by się nawet zgadzało.

(...)
Już pierwszego dnia po przyjeździe Wielkich, kiedy Gwiazda rozsiadła się wygodnie na krześle w ogródku, rozpuszczając długie włosy i wyciągając przed siebie jeszcze dłuższe nogi, syn Zamroczonej natychmiast zmaterializował się w sąsiednim ogródku i gorliwie zajął autopromocją, spuszczając przeciwsłoneczne okulary z czubka głowy na nos oraz skejtersko kołysząc się na boki.
 - Ty, zobacz, jaki Alvaro! - Inżynier trącił mnie łokciem w ramię i stłumił parsknięcie.
Doprawdy, pełna podziwu jestem dla Gwiazdy, która przez osiem długich dni cierpliwie znosiła nie tylko podchody Alvaro, ale również typowy dla przedstawicieli naszego pokolenia nadmierny entuzjazm spowodowany rozkwitem nastoletnich (nieważne, że mocno naciąganych) uczuć, a mający zapewne swoje źródło w tęsknocie do lat szczenięcych.
- Ty wiesz, jak możesz przylansić w szkole? - ekscytował się Wielki Brat między polską kiełbaską z grilla a angielskim "sikaczem, który udaje piwo, ale przynajmniej możesz więcej go wysączyć i łeb tak potem nie boli". - Wiesz, polsko-angielskie love story, dramatyczne rozstanie, dziewczyno, możesz być gwiazdą na szkolnym korytarzu!
Gwiazda posłała ojcu swemu litościwe acz rozbawione spojrzenie. Wszak ona jest Gwiazdą od zawsze, nie tylko w szkole, a już na pewno nie potrzebuje do tego amanta w stroju kadeta z Akademii Policyjnej, w którym  to outficie ów kadet czyści basen w środku najgorętszego dnia w historii Krainy Deszczu.

Feministka po chrzestnej.

(...)
- Zobaczycie, jak szybko to strzeli - poinformował Wielki.
Gapiliśmy się akurat na Fruzię, która czule przytulała się do swojego Diabła. Dwumiesięczna rozłąka nie osłabiła uczuć między kuzynostwem i tych dwoje wciąż spędzało ze sobą mnóstwo czasu. Podczas wspólnych spacerów Fruzia kategorycznie domagała się dłoni Diabła w swojej, nawet jeśli akurat nie dreptała ochoczo przed siebie, a korzystała ze spacerówki. Śmiem twierdzić, że to kwestia pokrewieństwa dusz. I nie zdziwię się, jeśli przyszłość zrobi z nich najlepszych kumpli.
- Ja sam nie mogę uwierzyć, że moje dzieciaki niedługo wyfruną mi z domu - dokończył Brat.
Na nasze protesty, że chyba jeszcze chwilę to potrwa, Wielki wypalił:
- Przecież za dwa lata do Gwiazdy zaczną się schodzić kłęki!
Kłęki, czyli tabuny Alvarów.
- A co? Zamierzasz ich powystrzelać? - zaśmiał się Inżynier.
- Nie, ale jak mi któryś nie będzie odpowiadał, to tak mu utruję życie, że sam się zwinie - oświadczył ojciec nastoletniej córki.
Po czym opowiedział nam o wizycie kolegi Gwiazdy na Ranczo. Gwiazda trajkotała akurat w pokoju ze swoją przyjaciółką Patrycją, kiedy młodzieniec zjawił się na progu ich domu.
- A ty do kogo świrujesz, do Gwiazdy czy Patrycji? - zapytał Wielki zuchwale.
- Do Patrycji - mężnie wyznał nieletni kłęk.
- To możesz wchodzić - łaskawie zezwolił Wielki.

Jeśli niełatwo być ojcem dorastającej córki, to chyba jeszcze trudniej być kłękiem.

(...)
Sprzeczaliśmy się zajadle o studencką przyszłość Gwiazdy. Wielki Brat optował za japonistyką (odkąd usłyszał, ile zarabia tłumacz z japońskiego) bądź arabistyką (bo brzmi to równie nieźle), Inżynier przestrzegał przed mało przyszłościową pedagogiką (co w obecności dwóch Wielkich pedagogów z wykształcenia doprawdy mogło wyglądać jak kuksaniec w żebra wyżej wymienionych, gdyby nie fakt, iż żadne z nich nigdy, nawet przez sekundę nie pracowało w swym wyuczonym zawodzie), ja zaś miotałam się pomiędzy hasłami o pasji (coś, co kochasz, koniecznie!) i koniecznością jednoczesnego włączenia rozumu przy wyborze studiów (gdyby ktoś dawno temu umożliwił mi studiowanie pisarstwa na Wydziale Grafomanii, niby robiłabym to, co kocham, ale długo bym nie pożyła, żywiąc się jedynie literami). Wielka Bratowa wstrzymała się od głosu.

W szale twórczym wspólnymi siłami połączyliśmy pasję ze stabilnością finasową, czyniąc z Gwiazdy dziennikarkę sportową (Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu we Wrocławiu), z Diabła zaś (jak już planować, to po całości) następcę Lewandowskiego. Tego Lewandowskiego.

Tak że ten. Ustalone.

Gwiazda będzie przeprowadzać wywiady z własnym bratem. W wolnych chwilach tłumacząc je na japoński.

(...)
- Wiesz, ona zupełnie nie przypomina wiejskiego dziecka - zaczęła filozoficznie Mamuśka.
Patrzyła właśnie na Fruzię, dzielnie pomykającą na własnych nogach do pubu. Nie bardzo wiedziałam, czy Mama pije do naszej zakrzaczonej miejscowości, sposobu naszego wychowywania, czy może to zawoalowany komplement, za który powinnam podziękować. Dzięki Bogu i Karmie, kontynuowała swą myśl:
- Bo wiejskie dzieci mają skórę wysmaganą wiatrem i rumiane policzki, ja sama taka byłam, a ona jest taka delikatna jak laleczka porcelanowa. Widać, że to jednak miejskie dziecko.
O. Już wszystko jasne.
Choć nie do końca.
Nadal nie wiedziałam, czy mam jednak uznać naszą miejscowość za miasteczko, czy może sposób  wychowania za miejski.
I czy to dobrze, czy źle?
- Tylko ta jej energia nie pasuje do tego wizerunku - roześmiała się nagle Mamuśka. - Bo przecież to jest łobuz! Matko, jaki to łobuz! Ani ty, ani Wielki nie mieliście w jej wieku tyle energii, co ona!

Miejski hultaj, znaczy się.

(...)
Agencje adopcyjne jak jeden mąż twierdzą,  że powinniśmy poczekać do Fruzinej podstawówki (!), zanim pokusimy się o kolejne dziecko. Żeby Fruzia miała czas zaaklimatyzować się w rodzinie, szkole i zbudować z nami najtrwalszą więź w kosmosie. Z jednej strony rozumiem konieczność stania w kolejce, jest przecież mnóstwo ludzi czekających na swoje pierwsze dziecko. Ale biorąc pod uwagę tylko powyższy argument...

Serio?

O wszystkich odcieniach czerni

Wpis jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest (nie)przypadkowe i (nie)zamierzone. Wszystkie (jedno) fikcyjne imiona zostały zmienione na jeszcze bardziej fikcyjne. Wrażliwych na czerń uprasza się o niezwłoczne opuszczenie strony.

Środek nocy. Stoimy z koleżanką nad łóżkiem Francesco i poprawiamy mu dmuchane poduszki ochronne wokół nóg. Jedną kończynę od kolana do stopy Franceso ma owiniętą bandażem. Wiem, dlaczego. Przed urlopem widziałam jego stopę, była cała granatowa. Tak granatowa, że aż czarna, powiedziałaby z emfazą Mamuśka. Albo odwrotnie. Dziś jestem zszokowana faktem, że infekcja dotarła tak wysoko w ciągu zaledwie dziesięciu dni mojej nieobecności.
- Uważaj na tę nogę - przypomina mi koleżanka. - Żeby nie została ci w ręku.
Parskam śmiechem.
Nasza team leader jest zawsze taka poprawna i poważna w kwestii obowiązków służbowych, że nie podejrzewałam ją o zdolność do żartów tego typu nad głową Seniora. Zaskoczyła mnie zupełnie, choć akurat czerń humoru nie powinna dziwić na tej szerokości geograficznej.
Proszę, proszę, myślę rozbawiona.
Jestem pewna, że 20 lat temu Francesco sam by się chętnie z nami pośmiał, choć dziś prawdopodobnie miałby ochotę przywalić nam czymś ciężkim przez łeb, gdyby tylko mógł odczytać nasze myśli.

Następnego wieczoru podczas przejęcia zmiany odpływam myślami gdzieś daleko. Po całym tym szaleństwie z Wielkimi i Rodzicami naprawdę trudno wraca się do rzeczywistości. Nagle dociera do mnie fragment rozmowy pielęgniarek:
- ... lekarz jeszcze nie wie, czy amputować tę nogę, bo Francesco może tej operacji nie przeżyć, czy poczekać, aż sama odpadnie...
Gwałtownie poprawiam się na krześle.
- Ale jak to 'odpadnie'?! - pytam lekko histerycznie.
- No normalnie - odpowiada ponuro piguła.
I jakby w obawie, że nie zrozumiałam po angielsku, wyjaśnia jeszcze bardziej po angielsku:
- Oddzieli się od reszty.
- Yyy? - bąkam niewyraźnie.
- Przecież mówiłam ci wczoraj - nasza team leader patrzy na mnie zdziwiona.
- Ale ja sądziłam, że żartujesz - mówię cicho.
W odpowiedzi otrzymuję karcące spojrzenie.

Godzinę później rozmawiam z Ciemnowłosą, która tego dnia pełni pielęgniarski dyżur na naszym oddziale.
- Słuchaj, ja jestem trochę spanikowana w kwestii tej nogi - mówię. - Ona naprawdę może w każdej chwili tak po prostu odlecieć?
Po twarzy Ciemnowłosej przebiega cień rezygnacji.
- Najwyraźniej tak. Widziałaś zdjęcia? - pyta.
Nie, nie widziałam. Ciemnowłosa pokazuje mi je w pokoju pielęgniarek. Mówiąc szczerze, na pierwszy rzut oka noga Francesco nie wygląda ani strasznie, ani odrzucająco. To tak, jakby patrzeć na zwęglony kawałek drewna. Dopiero kiedy do mózgu dociera informacja, że to ludzka kończyna... Kończyna żyjącego człowieka! Wtedy tak. Wtedy robi się słabo.
- Czy ty będziesz mu zmieniać opatrunek? - pytam.
- Będę musiała - głos Ciemnowłosej trąca dramatyczną nutą . - Ale nadal nie wiem, co jeśli. Nawet managerka nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Co, oprócz wezwania ambulansu, mam zrobić z tą nogą?!

Dobre pytanie.

#iNaCoMiToByło?

#NiepłodnościNieWidać: Epilog

#NiepłodnościNieWidać to kampania, która ruszyła mnie bardziej niż inne, ponieważ dotknęła moich czułych strun. Podzieliłam się z Wami odczuciami i emocjami, których doświadczyliśmy w trakcie starań o dziecko po to, aby dołożyć własną cegiełkę do budowania społecznej świadomości w tym temacie.

Niepłodność to choroba. In vitro jest jednym ze sposobów leczenia niepłodności. Adopcja jest jedną z dróg do rodzicielstwa, nie lepszą, nie gorszą, tylko jedną z wielu. Jedni są jej pewni w zasadzie od zawsze, inni muszą do niej dojrzeć, a bywa i tak, że adopcja zwyczajnie nie jest dla nas i to też jest w porządku. Chciałabym, abyśmy nauczyli się mówić o tym wszystkim otwarcie, naturalnie, bez etykietyzowania.

Jeśli po moich i wielu podobnych wpisach ktoś nadal będzie twierdził, że niepłodność to jedynie problem blokady psychicznej, a in vitro to kaprys, bo przecież tyle dzieci czeka w domach dziecka, a powinnością niepłodnej pary jest 'sobie adoptować', to znaczy, że chyba nie przeczytał dokładnie, o czym my tutaj prawimy. Każdy ma prawo do swoich poglądów i wątpliwości natury etycznej na temat dostępnych metod leczenia niepłodności, ale nauczmy się szanować odczucia i opinie innych, bo każdy powinien iść swoją własną drogą do rodzicielstwa. Taką, którą czuje. Nie stygmatyzujmy więc. Nie powtarzajmy mitów na temat zapłodnienia pozaustrojowego, nie opowiadajmy niepłodnym historii o kuzynce męża siostry dalekiego kolegi, która po adoptowaniu dziecka wreszcie doczekała się 'swojego!' Doedukujmy się i nie kłóćmy z faktami. Wykażmy się taktem i empatią. A jeśli nie wiemy, co powiedzieć, lepiej nie mówmy nic.

Wsłuchajmy się w innych. Nie tylko w temacie niepłodności.

(...)

Do poczytania:

Niepłodnych zrozumie tylko ktoś, kto jest niepłodny
O niepłodności z perspektywy mężczyzny
Chcemy być rodzicami
Obalamy mity (zarodki w in vitro)

#NiepłodnościNieWidać: O powrotach

Luty 2014

Siedzimy we trzy nad kawą.

Lisa, świeżo upieczona mama, co chwilę zerka w kierunku wózka stojącego obok naszego stolika. Malutka, urodzona ponad miesiąc przed terminem, zdecydowanie nie wygląda na swoje 11 tygodni. Kiedy Lisa przenosi ją na moje ręce, wiem, że tak jak mi ją wręczy, tak już zostanie. Emma jest tak maleńka, że nie odważę się na zbyt skomplikowane manewry, mając przy sobie tak kruche zawiniątko. Marie, najmłodsza z nas, powoli dobijająca do klubu trzydziestek, zdradza Lisie nowinę o ciąży. Po jednym poronieniu, półtorarocznych staraniach i wreszcie skierowaniu na leczenie z diagnozą niepłodność wtórna, wciąż jeszcze jest zaskoczona, że jednak się udało i wciąż jeszcze się boi. Wreszcie ja. Z kilkuletnią historią wędrówek po lekarzach, aktualnie na zupełnie innym etapie starań. Słucham opowieści o porodzie, zachwycam się małą, uspokajam Marie, że wszystko będzie dobrze. Rozmawiamy głównie o Emmie, Lucasach i pracy. Jako jedyna nie widziałam Lisy od czasu jej odejścia na urlop macierzyński, bo kiedy ona odwiedziła z Emmą Różową Chmurkę, ja i on odbywaliśmy pierwsze spotkanie adopcyjne ze Strażniczką w Piątej Chatce. Nadrabiamy więc w kawiarni. Ot, zwykłe koleżeńskie spotkanie.

Potem jak zwykle myślę.

Kiedy Lisa wróci z macierzyńskiego, Marie będzie szykowała się do swojego urlopu. Trochę później ja. Dokładnie nie wiadomo, kiedy nadejdzie moja kolej, ale jedno jest pewne - ona nadejdzie. 


Niesamowite. Abstrakcyjne. Trudne do uwierzenia. A jednocześnie realne jak nigdy dotąd.

Już nie potrzebuję być w ciąży. Nie marzę już o niej i nie śnię. Nie myślę. Przestałam widzieć ciążowe brzuchy dookoła mnie. A jeśli je widzę, to nie zajmują one moich myśli. Potrafię rozmawiać z Marie o jej mikro-dziecku, nie zastanawiając się w duchu, kiedy mnie to spotka. Cudze nowiny o dwóch kreskach przyjmuję tak, jak większość innych ludzi. Bez gonitwy myśli i głęboko chowanego w sercu żalu, że to znowu nie my. Głęboko, głęboko, na samo dno duszy.

Chciałabym kiedyś doświadczyć cudu narodzin jednego z naszych dzieci.
Ale już nie prześladuje mnie to pragnienie.
Już nie muszę być w ciąży, żeby spełnić nasze marzenia o pełnej rodzinie.


Uwalniające uczucie.
Cenne doświadczenie.

To tak, jakbym wróciła do domu z bardzo dalekiej podróży.

#NiepłodnościNieWidać: O bliznach

2014

Czasem się zawieszam. Zastygam na bujanym fotelu w Różowej i lekko kołysząc Lucasa do snu, myślami odpływam gdzieś daleko. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będzie nam dane zostawić choć część tego kilkuletniego balastu za sobą. Niefrasobliwości w tej kwestii nie odzyskamy już nigdy, to pewne, ale czy to możliwe, że kiedykolwiek poczujemy się tak ja inni? Tak... normalnie? Czy w mojej głowie już na zawsze, na wieki wieków amen, pewne słowa, obrazy i myśli będą wywoływać jedno i wciąż to samo wspomnienie?

Czasem mam dość czekania. Mam go tak dość, że już nie chcę nic i nikogo, mam przecież cudownie dobre życie, mam tego, którego wymyśliłam sobie w wieku nastu lat, mam bliskich, ciepłe stopy wtulone w sierść psa, herbatę na dobranoc i na dzień dobry. Jest mi dobrze. Więc po co wciąż czekać?

A jednak czasem się rozpływam. Zawieszam się, myśląc o tych, którzy tam, którzy tak bliscy od tylu już lat, i o tych, co to przecież tuż przed chwilą, przed momentem stanęli na naszej drodze, a już trudno wyobrazić sobie, jak byłoby tu bez nich. Jak byłoby w ogóle. Myślę o tym, jaka byłabym ja, gdyby. Gdyby wszystko przychodziło nam z łatwością, gdyby nie było potrzeby tak bardzo się starać. Gdyby wcześniej, gdyby to, gdyby tamto.

I wiem, że jest tak, jak ma być.

(...)

Liz: 
- Wiesz, może i nie mamy rozstępów po ciąży, ale mamy mentalne blizny, które już zawsze będą dla nas widoczne.

A Ty, Potomku? Gdzie jesteś? Wciąż tam, czy już tutaj? Ile blizn nosisz już w sobie?

2016

Jak dobrze, że one już nie bolą. 

#NiepłodnościNieWidać: O gorzkiej matematyce

Sierpień 2013

Liczę na palcach wszystkie ciąże i (>) wszystkie dzieci, które pojawiły się wśród znajomych i bliskich od początku naszych starań. Pierwsza piątka, dziesiątka, piętnastka... Rany boskie.

Kiedyś Matka Przełożona zapytała mnie, czy dobrze czuję się w bejbikowej sali i czy może nie chciałabym pracować ze starszakami. Szczerze zdziwiona odpowiedziałam, że nie, bejbikownia to moje  miejsce. Dopiero po chwili zorientowałam się, dlaczego pyta. Nie ona jedna zresztą. A ja nie mam problemu z pracą wśród Lucasów, nawet jeśli wracam do nich chwilę po nieudanym transferze. Jak zaczynają ryczeć wszystkie naraz i mam ochotę uciekać, wiem przynajmniej na co się piszę. Nie boli mnie patrzenie na dzieci przyjaciół. Kochanie ich.

Tylko ten moment, kiedy dowiadujesz się, że kolejna para dwa miesiące temu zdecydowała się na dziecko, a dziś informuje cię o ciąży, jest jak wielki, podświetlony baner, przypominający o tym, czego nie mamy. To boli. Nie fakt, że oni będą mieli dziecko, ale to, że my swojego mieć nie możemy, choć dla wszystkich wokół wydaje się to najprostszą rzeczą na świecie. Którą na dodatek - o szyderczy losie! - można zaplanować.

Za-pla-no-wać!

Teraz to wiem. Można się cieszyć i rozpaczać jednocześnie.
Z tego samego powodu.

Liczę tych, którzy zostali na planecie bezdzietnych. Mogę policzyć na palcach jednej dłoni. Ale i oni już za chwilę nas opuszczą. Już się ustabilizowali, mówią o dzieciach. Zostaniemy sami.

Choć i tak akurat w tej jednej, jedynej kwestii nigdy nie byliśmy z tej samej bajki.

Próbuję doliczyć się prawdopodobnej liczby bezowocnych cykli od rozpoczęcia starań. Ale jak to policzyć, skoro po drodze blokady, sztuczne menopauzy... Gubię się w okolicach trzeciej dziesiątki.

Co za żałosna praktyka.
Żałosna ja.

#NiepłodnościNieWidać: O jedynym skutecznym znieczulaczu

To nie jest tak, że spędziliśmy kilka lat, użalając się nad swoim losem. Czasem, kiedy już wszystkie ręce i łapy nam opadły, zaczynaliśmy patrzeć na siebie z boku, z pozycji obserwatorów. Często był to dość zabawny widok.

Wrzesień 2013

Ledwie zdążyliśmy na punkcję. Odbyliśmy szaleńczą jazdę Rustim po wszystkich okolicznych wioskach, ja ze łzami w oczach i wkurwem w żyłach, on blady jak ściana i z obłędem wypisanym na twarzy - może przeczuwał, co mu zrobię, jeśli nie zdążymy. 

A pytałam 400 metrów od domu, kiedy okazało się, że zapomnieliśmy nawigacji:
- Pamiętasz drogę?

Twierdził, że pamięta.

Kiedy czekałam już na zabieg na swoim łóżku, ubrana w seksowną, szpitalną koszulę, oświadczyłam, że go zamorduję, jak tylko obudzę się po oddaniu jajek. Miałam nadzieję, że jeszcze tam są. A ten gad tak mnie zaczął rozśmieszać, że na koniec zapomniałam się na niego obrazić.

(...)


Siedzę i piję. Widzę swoje odbicie w tej paskudnej szybie, którą ktoś wstawił zamiast ściany między przedpokojem a salonem. Dżizas, kto to w ogóle projektował?

Wyglądam żałośnie, jak menelka. Tusz spływa po policzkach, włosy mokre od potu, stara bluza. Przede mną do połowy opróżniona butelka wina.

Piję do szyby, bo nawet lustra nie mam.

Zaczynam się śmiać. Powinnam zrobić sobie selfie i wstawić na fejsa. Ciekawe, ile lajków bym zebrała?

Grudzień 2013

- Bo widzisz, ty i ja zostaliśmy stworzeni jako istoty doskonałe. Jesteśmy tak perfekcyjni, że na świecie nie ma już miejsca na nic bardziej perfekcyjnego. I to dlatego nie możemy mieć dzieci, bo wyobraź sobie, co by powstało z dwóch takich ideałów jak my - wyjaśnił mi dość radośnie on podczas przejażdżki naszą czerwoną Skorupką.

No tak. Świat mógłby tego nie unieść.

Maj 2013

- Coś wam miałam powiedzieć, ale co to było? - zastanawiała się na głos Mamuśka, siedząc przed monitorem komputera. - Aaaa! - przypomniała sobie raptem. - Śniło mi się, że mieliście dwójkę chłopców!
O żesz.
Prorocze sny Mamy znowu na topie.
- Takich dwu-, trzyletnich widziałam i zupełnie czarnych! - ekscytowała się Rodzicielka. - Śliczne czarne łebki!
Parsknęłam.
- Czarnych? Ale to chyba pozostaje nam tylko adopcja, bo jeśli mam mieć je z Inżynierem, to mała szansa - zaczęłam. I nie dając Mamuśce dojść do słowa, perorowałam dalej - Bo wiesz, my to nawet chętnie moglibyśmy adoptować takiego czekoladowego muffinka, ale Inżynier twierdzi, że wszędzie, 
gdzie byśmy się pojawiali, przystawiano by mu rogi.

Inżynierowi znaczy, nie muffinkowi.

[Nie pomyślał oczywiście, mężczyzna jeden, że równie dobrze jego można by posądzać o skoki w bok, a mnie sklasyfikować jako macochę muffinków z nieprawego łoża. Ale ja tak bym chciała bulwersować mentalnych moherów!]

Mamuśka przez chwilę patrzyła na mnie nic-nierozumiejącym wzrokiem. Po czym wypaliła w typowym dla niej stylu:
- Głupia, oni mieli czarne włosy! Czarne jak u Inżyniera!

Listopad 2012

Igły, strzykawki, waciki, Synarel do nosa. Od groma tego.

Ulokowałam cały ten piorunujący sprzęt na dnie szafy, ponieważ Synarel nie powinien być nadmiernie wystawiany na światło, wysoką temperaturę, no i nie powinien znajdować się w zasięgu labowego pyska. Inżynier szykował się dzisiaj rano do pracy i na widok gustownego granatowego opakowania w szafie wypalił z radością:

- Wiesz co? W tym całym in vitro dobre jest to, że później będziemy mieli fajną kosmetyczkę!

(...)

2 dpt

- Jak na kogoś, kto jest drugi dzień po transferze, zdecydowanie za dużo się śmieję - oznajmiłam po kolejnej tonowanej salwie śmiechu, kiedy wracaliśmy Blaszakiem z oględzin nowego członka rodziny, Rustiego.
W trakcie i po zabiegu upominałam Męża Mego, żeby przez najbliższe trzy dni starał się mnie nie rozśmieszać, bo z pewnością doprowadzi mnie to do schizy, że głupawy, trzęsawki, a nawet zwykłe poruszanie się nie służą Embikowi. 

- A co? - zapytał w odpowiedzi Mąż Mój. - Boisz się, że Małe pomyśli sobie, że śmiejesz się z niego?

#NiepłodnościNieWidać: O wsparciu

Nie trzeba wielkich i wzniosłych słów. Czasem wystarczy pomilczeć. Popłakać wspólnie. Posłuchać. Być.

Maj 2013

Noc. Zdająca się nie mieć końca. Dookoła cisza, a w duszy zawierucha. Moja dłoń zaciśnięta w jego dłoni. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Trzymam się tej obietnicy tak kurczowo, jakby od niej zależeć miało nasze istnienie. Zupełnie jak kiedyś, dawno temu, w poprzednim życiu, kiedy zasypiałam, przełykając łzy, a Mama trzymała moją dłoń i obiecywała to samo. Uwierzyłam jej wtedy, a ona miała rację.

Tak samo dziś wierzę jemu.

(...)

Kiedy wyklinałam Boga i jakikolwiek sens życia, napisała, że nieważne w jaki dokładnie sposób, ale ona wierzy głęboko, że ta historia dobrze się skończy, bo nasze serca pomieszczą każde dziecko, które znajdzie drogę do naszej rodziny.

To zdanie trzyma mnie na powierzchni i nie pozwala utonąć.

(...)

Pociesza na swój sposób. Mówi krótko i konkretnie. Żeby znaleźć najlepszych lekarzy, żeby nie martwić się o pieniądze. I milczy. Słucha jakby z oddali, zwykle nie ma go w kadrze. Ale.

Niedawno napisał jedynego smsa w tym temacie. Że on i Mamuśka będą kochać każde dziecko, które do nas trafi.

Wrzesień 2013

Dzwonię do Mamy, choć przed chwilą wysłałam jej wiadomość, że transferu nie będzie. Nie przeszłoby mi to przez gardło.

Odbiera.

Cisza na łączach. Nie jestem w stanie nic z siebie wydusić. Fuck.

Po chwili obie tylko chlipiemy.

W zasadzie powiedziałyśmy już wszystko. 

Bez słów.

Kwiecień 2011

Rozmawiam z Wielkim Bratem. Ja oczywiście ryczę, on pociesza.

- A jak się nie uda, to adoptujecie, sama mówiłaś, że chcielibyście. Bo bez dzieci to chuj, serio. Ale wy będziecie je mieć. A poza tym, sister - Wielki Brat, kierowca karetki i ratownik medyczny, wpada w filozoficzny nastrój - ty wiesz, na jakie ja się przypadki w robocie napatrzyłem? To wszystko chuj, szkoda życia na zamartwianie się. Jesteście zdrowi i jesteście razem.

Cisza. (Przerywana moim chlipaniem.)


- Ale coś w tym jest, wiesz? Hołota się rozmnaża jak króliki, na melinach zdrowe dzieci się rodzą, chociaż nikt się nimi nie zajmuje, a tu o jedno upragnione trzeba walczyć... Takie życie, ale nie łam się, będzie dobrze!

Sama już nie wiem, czy wciąż płaczę, czy może już się śmieję. W pocieszaniu Wielki nie ma sobie równych!

Kwiecień 2015


Jeszcze jej z nami nie ma, a zewsząd spływają gratulacje. Jej pokój tonie w podarunkach. Mój baby shower trwa już od tygodnia. Mój. Baby. Shower. Mój własny.


Festiwal radości. 

#NiepłodnościNieWidać: O rozpaczy i odbijaniu się od dna

Grudzień 2012

Zaczęłam plamić w czwartek po południu. O ironio, myślałam, że to dobry znak. Ciążowy. Bo plamienie lekkie, zupełnie nie przypominające okresu. Kładliśmy się spać z myślą o teście. Że może, że byłoby cudnie, że...
W nocy wstałam do łazienki i już wiedziałam, że cudu nie będzie. 
Rano bez entuzjazmu poczłapałam do toalety.

- Powodzenia - powiedział on.
Umowa była jasna - ja robię test, on odczytuje wynik.
- Nic z tego nie będzie - powiedziałam smutno, kiedy wróciłam do pokoju. I opowiedziałam mu o nocnym odkryciu.
W milczeniu odczekaliśmy 10 minut. Potem on poszedł do łazienki.
- Chciałbym powiedzieć coś innego - zaczął ciężko, kiedy wrócił - ale niestety nie mogę.
Usiadł na łóżku obok mnie. Pokazał mi test.
- Wiem - westchnęłam.
A potem przytuliłam się do jego ręki i pozwoliłam sercu rozpaść się na kawałki.

(...)

Tak naprawdę to w pierwszej chwili nawet nie mogłam płakać. Ogarnęła nas pustka, niesamowita pustka. Nie było nic. Tylko otępienie. Zadzwoniłam nawet do pracy, żeby potwierdzić, że nie przyjdę, ponieważ kaszel wciąż dawał mi się we znaki, ale wyraziłam jednocześnie nadzieję, że postaram się stawić na sobotnią imprezę. Tak bardzo byłam otumaniona.
- Pójdę - bez przekonania oświadczyłam Inżynierowi. - Pójdę, bo przecież kiedyś i tak będę musiała wstać z łóżka.
A potem on poszedł do pracy, cichy jak nigdy dotąd, a ja zostałam.
I w końcu tama puściła.
Nie wiem, czy w ogóle o czymś myślałam. Wiem tylko, że płakałam tak bardzo, że rozbolało mnie całe ciało, że opadłam bez sił na podłogę w kuchni i chciałam już na niej zostać do końca życia. Rudolf natychmiast do mnie przydreptał, pocieszył mokrym jęzorem, zamerdał ogonem... A ja nie byłam nawet w stanie odwzajemnić się jednym miłym słowem.

Zrobiłam się słaba, bardzo słaba.

Weszłam do łóżka i znowu utonęłam we łzach.

Płakałam cały dzień. Od rana do wieczora. Potem pół nocy. I jeszcze kawałek dnia. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć, że to faktycznie on. Złamany wpół, szary na twarzy, pozbawiony energii do życia. Nie musieliśmy sobie nic tłumaczyć, bo przecież czuliśmy dokładnie to samo. Zarejestrowaliśmy się na stronie internetowej dla potencjalnych rodziców adopcyjnych, bo tylko działanie nie pozwala nam pogrążyć się w marazmie. Obejrzeliśmy jakiś film. Coś zjedliśmy. Zabukowaliśmy dla mnie bilet na styczniowy lot do Polski. Miałam nie jechać, bo miało być dziecko. Nie ma dziecka, więc jest wyprawa do tego, co nam najbliższe. Posklejałam karki świąteczne. Zaczęłam leczyć kaszel tym, co znowu wolno mi brać. Przegadaliśmy temat kolejnej próby. W kwietniu jedziemy razem do Paryża na maraton. Zbierzemy siły, podleczymy ciała i głowy. Będziemy żyć.


Nie wiem, gdzie zaczynała się noc, a gdzie dzień.


Ale żyjemy. Wbrew wszystkiemu, żyjemy.

Maj 2013

W Dzień Matki moje ciało wyraźnie dało mi do zrozumienia, że matką to ja nie będę. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. A być może nie w tym wcieleniu.

Wczorajsza sentymentalna wycieczka do Oxfordu po 14 latach byłaby rewelacyjnym wspomnieniem, gdyby nie uporczywy ból brzucha. Mogłam to jeszcze podciągnąć pod ewentualne bóle ciążowo-bliźniacze, ale zbyt dobrze znam własny organizm. Po powrocie zaczęłam brudzić i już wiedziałam, że to koniec.


Chciałam oszukać samą siebie, tym razem testując dwa dni wcześniej. Jak gdyby to cokolwiek mogło zmienić. Wymyśliłam sobie poniedziałek, 12 dpt, bank holiday. Potem będziemy świętować w pubie, ja przy soczku, albo razem zapijemy smutki w procentach, twierdziliśmy zgodnie. Ale jak oszukać samą siebie, skoro to mój organizm przechytrzył mnie i tym razem, nie pozwalając podejść do testu z jakąkolwiek nadzieją? Wczoraj wieczorem już wiedziałam, a dzisiejszy test, zupełnie jak w grudniu, był już tylko formalnością. Dwie godziny po nim dostałam okres, a przed chwilą wyleciała ze mnie cała kosmiczna zawartość imprezy.


Scenariusz żywcem wyjęty z grudnia.
Z tą różnicą, że krócej to trwało.


Zaczynam przypuszczać, że druga kreska jest tylko mitem. Druga kreska nie istnieje. A w ciążę zachodzi się, domalowując ją sobie wodoodpornym markerem na teście.

(...)

Zaliczyłam zjazd z opóźnionym zapłonem.

W poniedziałek nawet nie rozpaczałam specjalnie. Byłam wściekła i rozżalona, ale poskładałam się do kupy, a przynajmniej tak mi się wydawało, wysprzątałam chatę, obejrzeliśmy z Inżynierem parę odcinków Friendsów, zabraliśmy sierściucha na spacer, a wieczorem poszliśmy do pubu na piwo i wino. So far so good, myślałam. A potem, kiedy kładłam się spać, nagle do mnie dotarło. Dwa zjedzone uspokajacze mogłam sobie o kant dupy rozbić, bo hormony były silniejsze. Nie wiem dokładnie które, bo już się gubię w rozważaniach, co aktualnie mną rządzi, ale wiem, że wzięły mnie z zaskoczenia.

Względnie spokojnie potrafiłam rozmawiać tylko z nim. Dziewczyny w pracy wykazały się empatią i nie naciągały na pogawędki, widząc, że nawet pytanie, czy mam ochotę na herbatę, będzie w stanie wywołać u mnie łzy. Nie znoszę tego. Tego całkowitego braku zaufania do siebie i swoich reakcji na toczące się w najlepsze życie. Jakby nic się nie stało. Siedziałam więc w pracy, próbując wykrzesać z siebie choćby jedną sensowną myśl, rozbita na milion drobnych kawałków i nie mogąc odnaleźć nawet dwóch pasujących do siebie. Rozedrganie. Wewnętrzna trzęsawka. Mięśnie spięte do granic możliwości. Mokre od potu czoło. Głębokie wdechy.


Dwa ogromnie długie dni.


Już wiem, że znów damy radę. Bo kto jak nie my, a poza tym wybór właściwie żaden. Depresja chyba jeszcze nie.


Oglądam siebie w lustrze. Nadal cię lubię, Ciało. Nie obwiniam cię.


Nic z tego nie rozumiem, ale chyba nawet już nie chcę rozumieć. Żadna teoria nie wydaje mi się na tyle przekonująca, żeby w nią uwierzyć. Ani żeby przestać wierzyć.


Powiedzieliśmy dziś Mamuśce. Popłakała trochę. Wiem, jaką będzie dziś miała noc. Ona pomartwi się o nas, ja o nią. Inżynier śpi w najlepsze, wyczerpany ostatnimi wydarzeniami.


Dziś znów śmiałam się tak, że rozbolał mnie brzuch.


Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę moje CV. Z wyliczanką złożoną z samych mądrze brzmiących haseł.

Szanowni państwo, przejażdżka dobiega końca. Czas wrócić do świata zwykłych problemów. (O, jak mi się nie chce w poniedziałek iść do pracy!)
Proszę wysiadać!
Następna jazda we wrześniu.
Ostatnia, więc przydadzą się dobre pasy bezpieczeństwa.

Wrzesień 2013

Po dzisiejszym spektakularnym szlochu w Różowej wiem, że to jest kres mojej wytrzymałości, jeśli chodzi o radzenie sobie z rozczarowaniami.
Tym razem jeszcze się podniosę.
Ale na więcej upadków nie mam zwyczajnie siły.


Czy uważam, że życie jest niesprawiedliwe?
Tak.
Dla nas i milionów takich jak my. Dla dzieci, które nie mają szansy przyjść na świat i dorastać w kochającej rodzinie. Dla tych, które przyjdą na świat i których nikt nie kocha. Ale też dla mnóstwa innych ludzi, którzy cierpią z takiego czy innego powodu.


Czy jestem szczęśliwa?
Tak.
Kurwa mać, jestem szczęśliwa, pomimo potoku łez, który nie przestaje płynąć.
Jak to jest możliwe?
Nie mam, kurwa, pojęcia.


Wiem jedno i powiedziałam to wczoraj Inżynierowi - jeśli z jakichś względów za 10 lat wciąż będziemy bezdzietni i zostaną nam odebrane jakiekolwiek nadzieje na życie z potomstwem, to ja zamierzam się zabić.
On
zapewnił mnie, że wtedy zabijemy się razem.
Metoda samobójstwa nie została jeszcze przedyskutowana.

Zasugerował też, że zawsze możemy otoczyć się Rudolfami, jak Violetta.

O ja pierdolę, nic z tego nie rozumiem.
Może to dlatego, że piję różowe wino.
W środku tygodnia przed południem.

Grudzień 2013

Dziś miał być dzień pozytywnego testu.
Zamiast tego - od soboty wiemy, że się nie udało.

Nie uroniłam ani jednej łzy.

A od wczoraj jesteśmy na początku adopcyjnej drogi.

Podanie o dziecko wysłane.


Ulga.

#NiepłodnościNieWidać: O nadziei

Zachowywaliśmy się irracjonalnie.

Na początku nadzieja dodawała nam sił, trzymała przy zdrowych zmysłach, dawała motywacyjnego kopniaka i dużo radości. Z biegiem czasu coraz bardziej unikaliśmy jej towarzystwa. Gdybyśmy tylko mogli, wykopalibyśmy ją za drzwi, z hukiem je za nią zatrzaskując. Taka persona non grata. Problem w tym, że ona równie irracjonalnie wracała. Jak jakiś pieprzony bumerang.
- Nie nakręcajmy się – mówiliśmy.
Po czym po chwili milczenia dawaliśmy się ponieść wyobraźni.

Bez niej byłoby łatwiej. Tylko czy wtedy cokolwiek miałoby sens?

Listopad 2012

1 dpt (= 1 dzień po transferze)

Wróciliśmy wczoraj z kliniki z zamętem w głowie i radością w sercach. Nie potrafimy inaczej i nie wiem, czy jest na tym świecie ktoś, kto po takich przeżyciach mógłby wrócić do codziennych spraw ot tak, odkładając na bok całą tę nadzieję. Nie, my nie potrafimy. I choć oboje doskonale wiemy, że upadek z takiej wysokości grozi studnią rozpaczy bez dna, to ta cholera nadzieja jest silniejsza. Ona chyba nie ma granic.

Dotarliśmy dalej niż kiedykolwiek wcześniej, razem, ramię w ramię. Jeszcze nie do szczęśliwego końca, ale on już majaczy gdzieś niedaleko, mocno w to wierzę, wręcz uczepiłam się tej wiary i za nic nie chcę jej puścić. I wzruszyłam się, naprawdę się wzruszyłam. Poczułam, że jeszcze chwila, a zwyczajnie się rozpłaczę. Nie wolno ci, nie wolno, ganiłam samą siebie.
Bo wiem, jaka jestem. U mnie nie ma pojedynczych łez. U mnie są tylko rwące potoki.

Nadal nie umiem tak do końca nazwać tego, co czuję. Głaszczę się po brzuchu i zaklinam wszystkie siły wszechświata, żeby Maluch został z nami już na zawsze. Myślę o nim nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że nie myślę. Staram się osadzić swoją radość na tu i teraz, nie wybiegać z nią za daleko w przyszłość. Na odległość mobilizuję Drugiego do walki. Rozmawiam z Inżynierem i jakoś wciąż wracamy do tego samego punktu.

Grudzień 2012

12 dpt

Myśl o tym, że naprawdę mogę być w ciąży jest czymś, czego nie potrafimy ogarnąć rozumem. Coś, co dla innych jest zupełnie naturalnym procesem, kolejnym etapem w życiu, dla nas urosło do rangi cudu, a tego przecież nie da się pojąć głową. Więc tylko serce jak takie głupie wciąż wyrywa do przodu i chce wierzyć, wbrew wszystkiemu tak bardzo, bardzo chce wierzyć.

Maj 2013

Lewy nieco się uspokoił.
Ale chyba przedtem kopnął mnie w żołądek, bo teraz ten mnie ściska.
Kładę to na karb przedtransferowych emocji.
A może po prostu głodna jestem, ale że mi mózg zlasowało, to już wszystko rozpatruję w kategoriach
robimy-sobie-dziecko-albo-nawet-dzieci.
Nie, no co ty, mała, pełen luz. Peeeełeeeeen luuuuuuz.
Luzik nawet.

Ucięłam sobie na fejsie pogawędkę z dawno nie widzianym kolegą. O 6.30 am., na rany Chrystusa! Pitu pitu, co u ciebie, musimy obejrzeć płytę ze studniówki, na którą cię zabrałam, rozmawiałem ostatnio z twoją mamą...
A ja sobie dziś na transfer jadę, tralalalalala!, myślałam.
Fajnie tak czasem ukrywać coś miłego przed resztą świata. I nieważne, że ''coś miłego'' to pojęcie mocno względne.

Cała nasza rodzina w rozsypce, do chuja dzwona, a nawet jeszcze porządnie z nią nie wystartowaliśmy. Mąż Mój na niemieckiej ziemi, ja z Rudolfem w Cegle, a nasze dzieciaki w klinice na szkiełku.

Ale szczęśliwa jestem.

Wrzesień 2013

Zadzwoniłam do Kliniki, żeby zapytać o samopoczucie naszych Embików. Z trzepoczącym sercem czekałam na wieść, że mają się dobrze.
- Wszystkie cztery wciąż się dzielą - poinformowała Alex, embriolog z greckimi korzeniami.
Cztery! Wciąż mamy cztery!
- Trzy są w prawidłowym na ten dzień stadium moruli i mam nadzieję, że jutro będziemy mieć ładne blastocysty, a czwarty rozwija się trochę wolniej, ale może do jutra coś się jeszcze zmieni - wyjaśniła.

"Czwarty trochę nie nadąża, ale i tak go kochamy, prawda?", napisałam do Inżyniera.

No, Embiki, do boju!

Listopad 2013

Powiesiłam na szybie szafki zdjęcia Rzepików.
Głaszczę je przez brzuch i na fotkach. 

#NiepłodnościNieWidać: O blokadzie

Jedna znajoma poradziła mi egzotyczne wczasy pod palmami. Zupełnie jakby tropikalne upały zwiększały ruch, ekhm, w interesie. Inna, żeby odpuścić, przestać myśleć, a wtedy 'samo zaskoczy'. Nelly Rokita uznała, że zwykła kolacja przy świecach powinna wystarczyć. Przecież niepłodność to tylko problem psychiczny.

Lipiec 2011

Wokół niepłodnych roi się od samozwańczych ekspertów w dziedzinie medycyny prokreacyjnej.

- To na pewno blokada psychiczna.
- Oczyść głowę.
- Nie myśl, wyluzuj!

Dżizas. Jeszcze raz usłyszę o tej blokadzie, a zacznę strzelać!

Staram się być wyrozumiała. Tłumaczę więc sobie, że ludzie nie znają i nie rozumieją naszego problemu. Że niektórzy nie potrafią powiedzieć nic więcej ponad wyświechtaną frazę, bo zwyczajnie nie potrafią odnaleźć się w takiej historii. Tłumaczę sobie, że często chcą dobrze, poklepując lekko po plecach i każąc odpuścić, nie mając pojęcia, że przywołują o zawrót głowy albo chęć ucieczki. Niektórym po prostu brak wrażliwości, empatii, a jeszcze inni – od tych uciekamy jak najdalej – marszczą zabawnie czoło, sądząc zapewne, że wymyślam, że nie ma czegoś takiego jak niepłodność.

A niechże tak myślą. Ale dlaczego usiłują wmówić nam, że za bardzo chcemy? Że, omójboże, o niczym innym nie potrafimy myśleć, że jesteśmy zablokowani, a brak ciąży to tak naprawdę wina naszej psychiki, a nie jakiejś tam endometriozy? Nie polemizuję z tym, że przy problemie niepłodności psychika cierpi. Jeśli kiedykolwiek uznamy, że nie dajemy sobie rady z obciążeniem psychicznym, skorzystamy z profesjonalnej pomocy. Na chwilę obecną dajemy  radę. Bo psychika zwykle cierpi w efekcie choroby, najczęściej nie jest jej przyczyną! A nawet gdyby była, to czy naprawdę ktokolwiek ma prawo dodatkowo obarczać nas pseudopsychologicznymi diagnozami, potwierdzającymi, że nawet z własną psychiką nie potrafimy się dogadać, skoro nie ma nic prostszego od powołania na świat potomstwa, a my jednak mamy z tym problem? 

I - co najważniejsze – czy ktoś właściwie prosił tu o radę?

Jesteśmy otwarci, nie mamy problemu z mówieniem o niepłodności tym, którym chcemy o tym powiedzieć, choć czasem płacimy za to cenę. Wyluzuj. Oczyść głowę. Kurrrrwaaaa! 

I jeszcze ten stres.
- Za dużo pracujecie.

A więc to nasza wina. Pracujemy i bardzo chcemy mieć dziecko. A powinniśmy leżeć na kanapie i nie chcieć. To tak się w dzisiejszych czasach zachodzi w ciążę.

Więc jutro składam wymówienie. O. Pojutrze jedziemy na wczasy. Będziemy oczyszczać głowy i luzować się w spa.

Za te pieniądze z mojej ostatniej pensji.

Grudzień 2011

Gabinet lekarski. Kolejny.

Doktor Blondi przez dłuższą chwilę przypatruje się w ciszy temu, co widzi na ekranie monitora usg.
- Kochana, ty się nadajesz do in vitro - mówi w końcu.

Na koniec wizyty wypisuje mi receptę na clostilbegyt. Podaje mi ją, patrzy w oczy i rzuca:
- I nie daj sobie wmówić, że za bardzo chcesz. Walcz.

Jeszcze chwila, a wybuchnęłabym płaczem.
Nareszcie ktoś zrozumiał.

#NiepłodnościNieWidać: O tym, skąd się biorą dzieci

Maj 2013

Siedzę w poczekalni. Na stoliku kolorowa prasa. Na okładkach piękni i młodzi. I pewnie płodni, myślę ironicznie. W takim miejscu jak to wszystko kojarzy mi się jednoznacznie. Zresztą, kogo ja oszukuję? Od dłuższego czasu wszystko i wszędzie kojarzy mi się z jednym. Rany boskie, kto mi ukradł mózg? 

Na sofie obok para; oboje przyglądają mi się ukradkiem. Chyba nowi, bo rozglądają się ciekawie po pomieszczeniu. (Jedna z pięciu anonimowych par, które mijam codziennie na ulicy. Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek, na kogo wypadnie, na tego niepłodność.) Muszę wyglądać na stałą bywalczynię, kiedy tak z marszu pewnym krokiem zmierzam w kierunku okienka recepcji, przedstawiam się i informuję o umówionym na 8.30 skanie, po czym rozsiadam się wygodnie na jednej z miękkich kanap i wyciągam książkę.

De facto, tak właśnie się czuję.
Jak stała bywalczyni Fertility Centre.

Zerkam na tablicę korkową, do której przypięta jest ulotka z moim 'ulubionym' tekstem: "There is only one thing more painful than having a baby. Not being able to have a baby." Jakie prawdziwe.

Otwieram "Projekt matka. Niepowieść" Małgosi Łukowiak. Zimno.

"Cóż, są kobiety, które zachodzą w ciążę od pobieżnego rzutu oka na męskie spodnie. Ja dostałam hormony na dzieci, do nabycia w aptece, na receptę. Ten, Który Tym Zawiaduje, wykazał się poczuciem humoru w gatunku zbliżonym do mojego.

Więc luteina pod język.
Dwa razy dziennie. Rano i wieczorem.
To stąd się biorą dzieci.
Dzieci są za dwa pięćdziesiąt, w tandetnym opakowaniu.
A ich robienie ma gorzki i proszkowy smak.
Od dzisiaj przez dwa tygodnie, dwa razy dziennie.

Tak pragnęłam kontroli, pożądałam jej, od początku PLANU DZIECKO wychodziłam z założenia, że mój plan ma tylko jedną opcję - powieść się.
Nie powiódł się.

Aniele Boży, Stróżu Mój,
Pomódl się do moich jajników,
Albo w ich intencji, zresztą - jak tam chcesz.
Byle skutecznie.
Amen."

Mój Anioł Stróż chyba dobrze zna twojego, Zimno, choć mój ma ze mną trochę więcej pracy. O nie, nie dlatego, że zakładałam powodzenie planu. O ironio, wkraczałam na tę ścieżkę w pełni świadoma wybojów, na które możemy się natknąć. W pełni? No dobrze, trochę przesadziłam. Aż tak daleko moja świadomość nie sięgała. I nasze dziecko kosztuje trochę więcej. 70-80 funtów za jedną dawkę Menopuru [w moim przypadku razy pięć do jednego zastrzyku], dodając do tego koszty innych leków i wizyt lekarskich. Ale, o wspaniałomyślny Losie!, nasze dziecko sponsoruje NHS.

Uśmiecham się do siebie, bo wiem, co będzie dalej. Trójka dzieci. W niepowieści.
Zupełnie inaczej niż w życiu, w którym nie jestem w stanie przewidzieć nawet rezultatu dzisiejszej wizyty.

Prosto z kliniki pędzę do pracy. Po Różowej Chmurce plącze się Sarah, nasza Area Manager, przełożona Matki Przełożonej. Trafia do naszej sali akurat w momencie, kiedy pytam Kate o miejsce w lodówce w naszej przysalowej kuchni. Ogromne pudło dragów musi przetrwać ze mną w Różowej do późnego popołudnia. Jedno spojrzenie i już wiem, że Sarah wie. Nie bez powodu tak myślę. Sarah sama ma córkę jedynaczkę. Właśnie z IVF. Pomaga mi ulokować szarą papierową torbę z kosmiczną zawartością w lodówce w kuchni głównej. Tuż nad półką z kurczakami, obok jogurtów dla dzieci.

To stąd się biorą dzieci, Zimno. 

Z lodówki w przedszkolu.

#NiepłodnościNieWidać: Prolog

Jest takie określenie w języku angielskim wyrażające stan niepewności, zawieszenia, oczekiwania. Limbo. Odkąd natknęłam się na nie w jakimś tekście, zapewne na studiach, ono wciąż do mnie wraca jak bumerang. Obracałam je na języku, czekając na ocenę z egzaminu z praktycznej znajomości języka, powtarzałam po cichu modląc się o dobre wyniki badań, przeklinałam wszystkie limbo tego świata, wyglądając nadejścia nieszczęsnego świstka z CRB, mającego wreszcie pozwolić mi na rozpoczęcie pracy w Krainie Deszczu.

Taka jest niepłodność. Cała in limbo. Zawiesza ci plany, marzenia, ambicje. Każe czekać i nabierać pokory, kiedy cały świat pędzi do przodu, a pokorę wpisał do słownika jako niewygodny archaizm. Serwuje ci całą gamę emocji, stawia w sytuacjach, które dotąd uznawałeś za sceny żywcem wyjęte z jakiejś kiepskiej telenoweli. I boli. Niepłodność to choroba ciała i duszy, więc jak każda choroba boli. Na prawym boku i lewym. Na plecach i na brzuchu. Choćbyś nie wiem jak się ułożył, będzie bolało.

A do tego jej nie widać. Wprawne oko być może dostrzeże ją w tęsknym spojrzeniu wodzącym za niemowlęciem w wózku, w cieniach pod oczami po bezsennej nocy albo w czyjejś nagłej bladości na wieść o kolejnej ciąży w rodzinie. Ale takie rzeczy to tylko dla weteranów z radarem własnych doświadczeń. Dla całego otaczającego świata życie toczy się swym zwykłym, utartym torem. Nic się nie dzieje.

A tymczasem w duszach niepłodnych huragan i tornado, z którymi rzadko kto ma ochotę wychodzić na świat. Puder, dobry korektor pod oczy, uśmiech do zadań specjalnych i jedziemy z tym wózkiem. Powiem Wam w sekrecie, że strasznie on ciężki.

Dlatego przyłączam się do kampanii zorganizowanej przez czasopismo Chcemy Być Rodzicami, o której dowiedziałam się z bloga Bąblowej Mamy.  #NiepłodnościNieWidać to głosy wszystkich tych, którym ten temat jest znany z własnego doświadczenia, lub tych, którzy po prostu nie są wobec niego obojętni. #NiepłodnościNieWidać to sygnał dla wszystkich - żeby nie bagatelizować, nie trywializować, nie omijać szerokim łukiem ze strachu, że się zarazisz. I nie brać za pewnik, że jeśli czegoś nie widać, to tego nie ma.

Otóż jest.

Dla mnie niepłodność to przede wszystkim emocje. Głównie te niełatwe. Te oczywiste i te strasznie poplątane, które trudno ubrać w słowa, a jeszcze trudniej je zrozumieć, zracjonalizować. Opowiem Wam o nich w ramach kampanii #NiepłodnościNieWidać. Od poniedziałku przez trzy najbliższe tygodnie będę pokazywać Wam odkurzone na potrzeby akcji obrazki z Krainy Niepłodności. (Ekhm, tajne dzienniki to niebezpieczna zabawka, bo prędzej czy później oglądają światło dzienne. Najczęściej za sprawą samego autora.) Nie będzie zbyt wiele o lekach i medycznych procedurach, nie będzie zachowanej chronologii, bo będzie o emocjach, stanach i uczuciach, a te nie podlegają przecież żadnemu porządkowi. I uprzedzam, będę bluźnić. ;-)

Posty są już gotowe. Całe 10. Znajdziecie je również w zakładce Niepłodności Nie Widać. Opublikują się same, co drugi dzień, podczas gdy my będziemy nadrabiać stracony czas z Rodziną Wielkich, Mamuśką i Ojcem Dyrektorem. (Ktoś chyba będzie musiał spać pod gołym niebem!) W miarę możliwości postaram się odpowiedzieć na Wasze komentarze.

Stay tuned!

A tymczasem o niepłodności napisali również inni blogerzy wspierający kampanię, m.in.:


Polecam również:


Rodzinne dialogi (3) [edycja dla niesfejsbuczonych]

Inżynier trzyma Fruzię na kolanach. Po chwili podnosi ją do góry i zaczyna przenosić w powietrzu ruchem wahadłowym z prawej do lewej, z lewej do prawej. Fruzia rechocze na całego, najwyraźniej uwielbia latać. Śmieję się razem z nią i zagaduję:
- Co robisz, Tasmanie?
Na co Inżynier wypala cieniutkim głosem Fruziaka:
- A tak się trochę waham, mamo!


(...)
Siadam na dywanie z talerzem makaronu w dłoni. Opieram się o sofę i zaczynam jeść. W ciągu sekundy mam ich oboje po obu stronach - Fruzię z lewej, Rudolfa z prawej. Nie muszę chyba dodawać, że mała skończyła jeść trzy sekundy wcześniej.

Fruzia twardo stoi przy mnie, trzymając się jedną ręką sofy i opierając się o nią bokiem. Tak bardzo chce, żebym podzieliła się swoim posiłkiem, że prawie wkłada mi głowę do talerza! Śmieję się z niej, ale częstuję ją (oraz sierściucha) strawą, a jakże. Jeszcze mi życie (jej i moje własne) miłe! W tych warunkach oczywiście nie da się normalnie jeść, więc za chwilę kawałek makaronu ląduje na mojej bluzce. Zanim zdążę zareagować, Fruzia błyskawicznie schyla głowę i z rozkosznym "mmmmmmm" zjada makaron wprost z mojej bluzki...

Moje dziecko, Szanowni Państwo.
(...)
- Boże, jaka ona jest piękna! - mówi Inżynier o Fruzi, wpatrując się w nią cielęcym wzrokiem.
- Nooo - przytakuję.
Milkniemy. Słychać tylko rozgrzane do czerwoności procesy myślowe u mnie i u niego.
- Może nie powinniśmy jej tak ciągle powtarzać, że jest taka śliczna, żeby nie była próżna w przyszłości - mówi on.
- Ale niech zna swoją wartość, żeby nie miała kompleksów, chociaż z drugiej strony faktycznie, mówmy jej częściej, że jest mądra i fajna - dorzucam swoje pięć groszy.
Cisza.
- Ale przecież ona jest śliczna! - zachwyca się zakochany ojciec.
- To może wymyślmy coś innego - proponuję.
Myśli więc.
- Jesteś taka kształtna, Fruziu! - decyduje wreszcie.
Kształtna!

(...)
On zabukował bilety na nasz jesienny wypad do Hiszpanii. Cieszymy się jak dzieci. 
- Odświeżę sobie te resztki hiszpańskiego, które zostały mi w głowie - ekscytuję się.
(Czytaj: 3 zdania na krzyż. Z pierwszej lekcji.)
I natychmiast uskuteczniam powtórkę:
- Będę zamawiać ci piwko: Una cerveza por mi marido, por favor - lanszę.
(Po namyśle: lanszę z błędami...)
Jemu natychmiast zaczynają błyszczeć oczy. Najwyraźniej docenia siłę mojej miłości do niego (oraz mych zdolności lingwistycznych), bo postanawia się zrewanżować.
- Ja też ci zamówię - mówi przymilnie.
I wypala "po hiszpańsku":
- Una cerveza for mia stare, por favor!

(...)
Ósma wieczorem. Dzwonię do Mamuśki, bo chwilę temu słyszałam, jak się do mnie dobijała. 
- Dzwoniłaś do mnie - mówię.
- Nie. To ty dzwoniłaś, miałam nieodebrane połączenia, więc tylko ci puściłam sygnał, żebyś weszła na skypa - słyszę.
(Nie przypominam sobie.)
- Nie, ja nie dzwoniłam. Fruzia też nie, bo właśnie zdążyłam ją uśpić.
- Aaa, ja już sama nie wiem - Mamuśka ziewa mi do słuchawki. - Obudziłam się przed chwilą.
Rodzice odsypiają wakacyjne wojaże, więc rozumiem.
- Wiesz co, to może pogadajmy jutro - proponuję.
- Ale może wejdziecie jeszcze na skypa? - prosi przymilnie Rodzicielka.
- Ale Mamuśko, Fruzia właśnie usnęła - tłumaczę. - Pogadajmy jutro.
- To ja jej dziś nie zobaczę? - pyta zawiedziona Babcia. - To może tak za godzinkę jak się obudzi, chociaż na chwilę? - nalega Mama.
Yyy?
- Ja mam właśnie nadzieję, że się nie obudzi - mówię lekko zdziwiona. - Przecież nie będę jej budzić na sesję skypową!
- No ale chyba nie będzie spać cały dzień? - Rodzicielka Moja jest równie zaskoczona.
- Cały dzień? - pytam, dokonując dziwnych kalkulacji w głowie.
I wtedy do mnie dociera.
- Mamuśko, jest ósma godzina, to prawda, ale ÓSMA WIECZOREM! - wybucham śmiechem.
W słuchawce cisza.
- O cholera! - słyszę. - Myślałam, że to już rano!

(...)
Rudolf znowu ucierpiał przez Tasmana, więc łapię małą uciekinierkę, kieruję ją delikatnie ku sierściuchowi i nakazuję:
- Przytul się do niego.
Fruzia radośnie pędzi do Rudego i wtula się w jego sierść. Rudolf patrzy na nią bardzo nieufnie.
- A teraz przeproś go za swoje zachowanie - mówię.
- A! - rzecze dziecię, nadal tuląc do siebie żywą maskotkę.
- Brawo - chwalę za odpowiednią postawę. - To teraz jeszcze obiecaj mu solennie, że już nigdy, ale to nigdy więcej nie będziesz ciągnąć go za jajka...

Sama czasem nie wierzę w to, co trzeba mówić dziecku!