O uważnym podglądaczu

wtorek, lipca 19, 2016

Pokazałam jej, jak się karmi różową bobaskę i zawija ją w kocyk, żeby nie zmarzła. Nauczyłam, o głupia matko!, że Rudolfa można całować po łapach i klepać lekko po brzuchu, zamiast okładać go po głowie, co dziecię i tak czyni, dorzucając teraz do swojego repertuaru pieszczot próbę zjedzenia jego pazurów. Zaraziłam ją przytulaniem do drzew i teraz każda nasza wspólna wyprawa do parku to rodzinne przykładanie policzków do kory. On pokazał jej jak fajnie łaskocze po policzkach jego golarka, ja podszkoliłam ją w opróżnianiu pralki tak, żeby czysty ładunek nie wycierał brudnej podłogi w kuchni, a trafiał prosto do plastikowego wiaderka. Różnie z tym bywa, choć zadziwiające, że podłoga jak była brudna tak jest nadal, ale postęp jest zauważalny. (W trafianiu ubraniami do wiaderka, nie w moim sprzątaniu.)

Fruzia to pojętny Tasman.

Czasem nawet zbyt. Bywa, że w lot łapie, że na czymś mi zależy i czyni dokładnie odwrotnie, uważnie studiując mimikę mojej twarzy. Zacznie się śmiać, czy nie? Pozwoli dalej ciągnąć to pranie po podłodze, czy zabierze? Decyzja należy do mnie. Zabrać, zostawić, wybuchnąć śmiechem lub zrobić srogą minę i oznajmić, że nie wolno. Nie wolno jest magiczne. Nawet Rudolf czasem się na nie nabiera.

Fruzia to pojętny Tasman. (Gdyby 20 lat temu to Mamuśka Moja wygłaszała to stwierdzenie publicznie, zaraz dodałaby, jak pensjonarka skromnie wywracając oczami, że może "nie wypada mi chwalić się tak własnymi dziećmi". Już wypada, Mamuśko, nie martw się. A nawet jest to wskazane.) Lubi, kiedy jej pokazuję, wyjaśniam, a potem pozwalam samej próbować i testować, ale najbardziej zaskakuje mnie wszystkim tym, co chwyciła sama, podpatrzyła, kiedy my, zanurzeni w codzienności, zwyczajnie byliśmy. Sobą.

Zmywam makijaż. Fruzia przydreptuje do łazienki i nieznoszącym sprzeciwu "a!" oraz cienkim jak patyk palcem wskazującym domaga się się ode mnie wacika.
- Ty wiesz, Fruziu, ile trzeba się napracować, żeby zarobić na takie jedno małe nic? - pytam retorycznie, wręczając jej okrągły płatek. - Dobrze, że od tego mamy tatę.
- A! - rzuca Fruzia.
Dobrze, mleczko też już mi niepotrzebne.
(Ani krem, podkład, tusz do rzęs... weź wszystko, córko, wszak jako Matka Polka muszę się poświęcać i zapomnieć o próżności.)
Fruzia zgrabnie chwyta butelkę z mleczkiem do demakijażu, sadowi się na podłodze, po czym przyklada płatek do zamkniętego wieczka pojemnika, dotyka go kilka razy, a następnie pociera wacikiem buzię.
- A! - oznajmia z przejęciem.

Właśnie zmyła sobie makijaż z powietrza. Ewentualnie maseczkę z Rudolfowych zarazków.

Przed snem grandzi jeszcze w salonie. Wyciąga z pudła książkę o kotkach i przynosi mi ją do przeczytania. Po kilku minutach nudzi się, więc proszę ją, żeby włożyła książeczkę do pudełka, tam, skąd ją wzięła. Drepcze. Patrzę i czekam, aż wrzuci knigę na chybił trafił, a potem z radosnym piskiem ruszy przed siebie jak to ma w zwyczaju, a tymczasem Fruzia pochyla się nad pudłem, jedną ręką z niemałym trudem rozdziela grzbiety równo poukładanych książek, a drugą usiłuje wcisnąć pomiędzy nie księgę o kotkach. Jedna próba, druga, trzecia... Jest! Odwraca się do mnie z wyrazem triumfu na małej twarzy.

Patrzę i nie wierzę. To ja, to przecież ja! Cały dom może tonąć w bałaganie, ale książki... Książki podlegają innym zasadom. Snuję się za młodzieżą przez cały boży dzień i zbieram je, układam, zbieram i układam, bo nawet tym dziecięcym należy się szacunek. I Fruzia zdaje się już o tym wiedzieć!

Pogląda nas, ewidentnie nas podgląda i naśladuje. Wie, że przed śniadaniem zwykle studzę jej owsiankę przykucając w otwartych drzwiach na tyłach domu, mieszając ją i dmuchając. Któregoś dnia kucnęła obok mnie i zaczęła zabawnie dmuchać w kierunku swojej miseczki. Siadając za kółkiem Blaszaka, w iście zawodowym stylu łapie za kierownicę, na chybił trafił włącza światła i kierunkowskazy, łapie za drążek zmiany biegów. Pełna profeska. I nawet Rudolfa nie pomija w swym papugowaniu. Chowa się pod łóżkiem w naszej sypialni zupełnie jak on. I jak on wrzuca piłeczki pod sofę, oczekując, że będę je spod niej dla nich wyciągać.

Nie pozostaje nam nic innego jak tylko przyjrzeć się sobie uważniej, zanim w naszym nowym, żywym zwierciadle ujrzymy coś, co niekoniecznie nam się spodoba.

Albo, co nieuchronne, coś od niego usłyszymy.

Od jutra przestaję przeklinać.

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Mnie też zaskakuje to jak szybko Kasia się uczy, niestety nie zawsze łapie to co powinna - na pytanie co? Odpowiada jajco (mojego męża bratanek ja tego nauczył), o "kuda mać" nie wspomnę ;)
    PS. na fb zasypałam Cię zdjęciami z naszego wyjazdu. Plecy dzisiaj spaliłam totalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Zastanawiam się, czego nauczą Fruzię dzieciaki mojego brata ;-)

      Usuń
  2. Hurtem przeczytalam zaleglosci (chyba wszystko).
    Fruzia jest nie do podrobienia, ale tez ma dobrych nauczycieli.
    No tak z tym przeklinaniem to swieta prawda:) Ja jestem jak wcielenie anielskie przy wnukach, ale tez dziwnie malomowna jestem wtedy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak od razu pomyślałam, że używająca poprawnego politycznie języka Stardust, to musi być bardzo cicha Stardust ;-)

      Usuń