O tym, jak mówić, żeby Fruzia słuchała i jak słuchać, żeby Fruzia mówiła

środa, lipca 13, 2016

Przedtem (jakiś tydzień temu):

Fruzia domaga się kolejnego opakowania chusteczek nawilżających. Kiedy odmawiam, wiedząc, że za chwilę będę zbierać z podłogi kilkadziesiąt zmarnowanych ściereczek, Fruzia podnosi larum. Daje jej więc inne opakowanie, takie z plastikowym, mocno zatrzaskującym się wieczkiem, którego młodzież na szczęście jeszcze nie potrafi otworzyć.
- Proszę, możesz wziąć te - mówię głośno.
Młoda radośnie przyjmuje podarek i zaczyna majstrować przy wieczku.
- I tak go nie otworzysz - mruczę do siebie.
I dodaję jeszcze ciszej:
- A jeśli ci się uda jakimś cudem, to ci je zabiorę.

Zła, bardzo zła matka.

Po lekturze "How to Talk So Kids Will Listen and Listen So Kids Will Talk":

I. Fruzia siedzi w wannie. Po chwili ekscytującej zabawy (rozchlapywanie wody na całą łazienkę) chwyta się brzegu wanny i wstaje. Piszczy radośnie, podnosząc ręce do góry i usiłując złapać równowagę.
- Fruziu, na pupę - mówię krótko.
Młodzież wybucha śmiechem.
- Siadaj na dupkę - proszę po raz kolejny, bo wiem, że rozumie.
Kiedy dziecię nadal nie reaguje, gapiąc się na mnie z uroczym uśmiechem na twarzy, uzbrajam się w oficjalny i lekko podniosły ton z książki:
- Fruziu, masz wybór. Albo usiądziesz i będziesz kontynuować kąpiel, albo postoisz tak chwilę, ja przygotuję ręcznik i wychodzisz z wody. Decyzja należy do ciebie.
Fruzi posłusznie siada. Po czym wstaje, łapie się za buzię, mruży oczy z radości i rechocze do siebie. Zanim cokolwiek jestem w stanie powiedzieć, znów kładzie tyłek na dnie, wstaje, następnie siada... I śmieje się. Znów się ze mnie nabija.
- Gaaaa! Babaaaa! - mówi.

Powinnam ją wyciągnąć, czy zostawić? Tego chyba nawet same Adele i Elaine nie przewidziały.

II. Fruzia ryczy, bo jest zmęczona, więc oferuję jej smoczka.
- Którego chcesz - niebieskiego czy pomarańczowego? - pytam śpiewająco, podsuwając jej dłoń ze smokami niemal pod sam nos.
Dziecię rzuca radosne aaaaa!, łapie za obydwa, po czym zgrabnym raczkiem pędzi do sypialni i podnosi z ziemi trzeciego przyjaciela. Zadowolona pakuje pomarańczowego do buzi, a dwa pozostałe dydusie przytula z czułością do siebie.

Najwyraźniej Fruzi nie wystarcza prosty wybór A czy B. Ona chce cały dostępny alfabet!

III. Fruzia narysowała... hmm... coś.
- Mmm, jak pięknie, olala, fantastycznie! - zachwycam się.
I przypomina mi się, że konstruktywna pochwała powinna zawierać szczegóły i opis, więc po chwili wypalam tonem krytyka sztuki nowoczesnej:
- Kochanie, udało ci się uchwycić falistość kresek i bardzo interesująco wymieszałaś kolory. Przesunęłaś również środek ciężkości obrazu na sam jego dół, nie każdemu się to udaje. I cóż za niesamowita forma, kartka jest cała pognieciona, a mimo to aż chce się powiesić to dzieło na ścianie!

Fruzia patrzy na mnie, lekko przekrzywia głowę i zabiera się za odgryzanie końcówki świecowej kredki.

(Myślę, że nieźle mi idzie. Mam szansę na tytuł Super Mamy.)


Nie przepadam za czytaniem poradników. Nie tylko tych dotyczących wychowania, ale też tych psychologicznych, związkowych, motywacyjnych. Czasem zaglądam do jakiegoś szczególnie polecanego, ale zwykle po przeczytaniu jednej trzeciej jestem tak znudzona, że z trudem udaje mi się dobrnąć do końca. Być może to przesyt wszechobecnym trendem psychologiczno-motywacyjnej pracy nad sobą, a może po prostu w głębi duszy uważam, że pozjadałam wszystkie rozumy i nie potrzeba mi już nic więcej do delektowania się swoją zrównoważoną i jakże harmonijną osobowością. (Czego dowiodłam w niedzielny wieczór, płacząc histerycznie nad swoim najnowszym kolorem włosów w odcieniu pomarańczy. Miał być jasny blond, kurwa!) "How to Talk..." wpadło mi w ręce w bibliotece, zabrałam do domu z ciekawości i... też mnie nie zaskoczyło, choć przeczytałam całość w dwa wieczory, a w zasadzie dwie pracujące nocki, z prawdziwą przyjemnością. Akceptowanie uczuć dziecka, zachęcanie do samodzielności, uwalnianie dzieci od narzuconych im ról, nie-etykietyzowanie, pochwały, brak kar jako takich, wybory, krótkie komunikaty - to wszystko już jest mi znane nie tylko z Różowej Chmurki, ale też z własnego, rodzinnego domu. Bo do niego właśnie zmierzam.

Uświadomiłam sobie, że ja to wszystko miałam w domu, a przecież Mamuśka Moja nie przeczytała ani jednego poradnika na temat wychowywania dzieci. I ona, i Ojciec Dyrektor są pedagogami, ale nie sądzę, żeby sposób, w jaki komunikowali się z nami, był jedynie efektem ich zawodowej ścieżki. Nie byli idealni, o nie, takich ludzie zresztą nie ma. Z Ojcem Dyrektorem darłam takie koty, że w pewnym momencie życie z nami pod jednym dachem stało się dla Mamuśki nie do zniesienia. Ale wypracowaliśmy sobie własne kompromisy, doszliśmy do porozumienia i nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Z Mamuśki zawsze wypływało to naturalnie. Ona po prostu dostrajała się do nas w zależności od tego, w jakim wieku byliśmy i jak najłatwiej było do nas dotrzeć, biorąc pod uwagę nasze charaktery. Wiedziała na przykład, że przed Świętami mam swoje mitingi z Kocurem i Warszawianką. Siadała więc ze mną przy stole kilka dni wcześniej i ustalałyśmy, kiedy sprzątam, kiedy zakupy, a kiedy prasuję, żebym bez jej gderania mogła spokojnie cieszyć się wolnym wieczorem. Pozwalała mi na kupowanie glanów na zimę, choć twierdziła, że wyglądam w nich wyjątkowo strasznie; jedynym warunkiem było to, żeby były ocieplane od wewnątrz. Nie dręczyła mnie lawiną pytań, co, kto, gdzie, dlaczego - chciała wiedzieć, gdzie jestem i z kim, tłumacząc, że się martwi. O swoim dniu w szkole opowiadałam jej w kuchni, kiedy ona przygotowywała mi obiad, a potem między jedną łyżką zupy a drugą. Dopiero teraz dotarło do mnie, że głównie to ja mówiłam, a ona słuchała, bez moralizowania i natrętnego wypytywania.

Pewne rzeczy są więc dla mnie oczywiste. Wielu będę musiała się nauczyć, inne poprawić, kiedy Fruzia będzie doprowadzała nas do szału (nasza Fruziulka?? ależ skąd!) na różnych etapach jej życia, a na jeszcze inne pewnie dopiero wyrobię sobie swoje własne spojrzenie. Ale podstawę mam z domu, oboje mamy, i to jest chyba naszą siłą.

I być może dlatego właśnie najbardziej poruszyły mnie listy czytelników dołączone do poradnika jako świadectwo efektywności tego sposobu komunikacji z dziećmi. Do autorek pisali ludzie z całego świata, ludzie, którym opadły ręce, bo nie potrafili porozumieć się ze swoimi pociechami. Część z nich to rodzice tacy jak ja, z domów, w którym kontakt rodzic - dziecko mimo nieuchronnych konfliktów zawsze opierał się na szacunku. Ale byli też tacy, którzy musieli nauczyć się tej lepszej formy komunikacji od podstaw. Bo sami nie zaznali tego w rodzinnych domach, bo wiecznie słyszeli, jacy są tępi, głupi, jak to oni zawsze albo nigdy. Z całej tej lektury najbardziej zapamiętałam to, że największym sukcesem nie jest formułowanie gładkich zdań i głoszenie przy dziecku jedynie słusznych i ugrzecznionych prawd, ale próba nauczenia ich, jak się wznieść ponad siebie. Jak zaakceptować to, że mam ochotę wyskoczyć ze złości przez okno, jednocześnie nie raniąc nikogo po drodze w dół, jak myśleć o innych, nie zapominając o sobie, jak nie wtłaczać dziecku do głowy, że to, jak myślą o nim inni, nie zawsze powinno wpływać na to, jak ono samo widzi siebie. Wyobrażacie sobie, jakie to musi być trudne dla kogoś, komu właśnie przez całe życie wmawiano coś zupełnie innego?

Rodzice, którym ktoś spieprzył dzieciństwo, a którzy świadomie pracują nad tym, żeby nie powielać cudzych błędów, kiedy wychowują swoje własne już dzieci, to dla mnie supermeni. I supermenki.

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Ej no nie mogę być zawsze pierwsza. Poczekam, aż ktoś coś napisze to wtedy też wstawię komentarz. Jeszcze jutro i dwa tygodnie urlopu!!!!!! 😄

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mogę ja coś napisać?

      Ludzie, piszcie cokolwiek, bo nam Red_Sonia tupnie nogą ze złości, odwróci się na pięcie i trzaśnie wirtualnymi drzwiami tak, że z futryny wylecą. A tego przecież nie chcemy! ;-)

      To dokąd wybywacie?

      Usuń
  2. Raczej się zacznę martwić, że mnie o stalking zaczniesz podejrzewać, a poza tym to tak głupio bo wygląda, ze cały dzień nic nie robię tylko na blogach siedzę, a tak na prawdę to po prostu mam fart - wchodzę i coś jest ;) Wyjeżdżamy nad jezioro do Skorzęcina ale na krótko, bo wpadliśmy w szał remontowo-budowlany, a urlopu tylko dwa tygodnie. Jedziemy z dzieciatymi znajomymi, bo tak to nie wiem ale chyba dziewczyny by nas zamęczyły ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, kochana, jeśli Ciebie ktoś miałby podejrzewać, że nic nie robisz, bo piszesz komentarze, to ja jeszcze bardziej nic nie robię, pisząc posty i odpowiadając na komentarze. I jeszcze fejsa ogarniając! :-) Fajnie, że tu jesteś, serio!

      Uuu, urlop z remontem, brzmi mocno! Bawcie się więc dobrze i zbierajcie siły:-)

      Usuń
  3. To ja druga! :)
    Mam ten poradnik na półce. Nieruszony...
    A Fruzia (i Mama) jak zwykle boska :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I od razu nam raźniej :-)
      Ileż ja mam nieruszonych książek na półce! Za dużo.

      Usuń
  4. Ok to teraz na temat ;) Nie czytałam i nie czytam poradników (tez mnie nudzą), płynę z prądem, a efekty pewnie będą za kilka lat. Mam nadzieję, że takie jakie chciałabym osiągnąć, bo obraz relacji mama dziecko mam wyniesiony z domu i do takiego modelu jaki mam w głowie dążę :)

    OdpowiedzUsuń