O masie

poniedziałek, lipca 04, 2016

Rozwijam na panelach matę. Rudolf natychmiast złazi z kanapy, wącha niebieską piankę i sadowi dupsko na samym jej środku. To przecież oczywiste, że rozwinęłam ją specjalnie dla niego. Rudy wszystko sobie przywłaszcza, więc równie dobrze mogę uznać, że moja mata do ćwiczeń też należy już do sierściucha. Na razie to jednak nieważne, bo Ewa zarządza kilka minut kardio. Biegnę w miejscu, depcząc po dywaniku Rudolfa.  Z nogi na nogę. Pajace. Przyspieszamy. Tap. Wytrzymaj! Pajace. Kątem oka widzę, że Rudolf stracił wenę do drzemki i bacznie mi się przygląda.
- Błagam, tylko mi tu nie przyłaź! - mamroczę, lekko dysząc.
Jak na komendę, sierściuch podnosi cielsko, przełazi z maty na dywanik i siada tuż przede mną. Jeszcze mogę biec, bo łaskawie zostawił kilkucentymetrową przestrzeń pomiędzy moimi stopami a swoim pyskiem, ale teraz już muszę koncentrować się również na tym, żebym przypadkiem nie wylądowała adidasem na jego nosie. Odsuwam się lekko do tyłu, tak trochę, bo dywan zaraz mi się skończy. Rudolf przesuwa się razem ze mną. Patrzę na niego i parskam śmiechem, bo już wiem, co to będzie za trening.

Ilekroć Inżynier wskakuje na rower stacjonarny, Rudolf sadowi się tuż obok niego. Trzyma pysk uniesiony w górze na wysokości jednego z pedałów i w takiej od niego odległości, żeby ten smyrnął go lekko po brodzie i wąsach. Jazda w takich warunkach jest mocno niekomfortowa, bo człowiekowi wydaje się, że Rudolf zaraz oberwie solidnie z rozpędzonego buta, zaleje się rudą krwią i będzie płacz, pisk i podkulony ogon. A tymczasem sierściuch mruży rozkosznie oczy, raz po raz ocierając mordę o ruchomy pedał i jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się źle obliczyć odległości na swoją niekorzyść. No fetyszysta jakiś! A kiedy Mąż Mój rozciąga się na podłodze, Rudy liże ukochanego pańciunia po ramionach i nogach, czym doprowadza go do spazmatycznego śmiechu i zalegania na dywanie dłużej niż najnowsze trendy w stretchingu przewidują. Takie dodatkowe brzuszki w gratisie.

Przechodzimy do ćwiczeń zasadniczych. Ewa nie ma litości. Zostawiam Rudego na dywaniku, a sama przenoszę się na matę. Pozycja pompki, lewe ramię w górę, dół, prawe, lewa noga w górę, dół, prawa. Od nowa. Rudy czołga się w moją stronę. Czołga się, na litość boską, jak wytrawny partyzant! I natychmiast obrywa moim łokciem w pysk. Marna to jednak nauczka, bo labisko wytrwale tkwi na swojej pozycji, niejako z nadzieją oczekując kolejnego ciosu.
- Idźże sobie, Rudy! - usiłuję go przegonić.
A-ha.
Siadamy. I skręcamy. Łokieć do kolana. Nogi rytmicznie płyną w powietrzu, kondycja siadła, bo dyszę jak lokomotywa. Rudolf za to ma się świetnie, dalej uskutecznia partyzantkę i już jest pod moimi kolanami. Nie wytrzymuję i zaczynam się śmiać na głos. Sierściowi w to graj, rozochocił się jeszcze bardziej, w końcu udało mu się rozbawić pańciunię, a przecież o to od początku chodziło! Żwawo podnosi się z podłogi, wywija młynki ogonem, liże mnie po twarzy i cały jest chodzącą radością.

(Ewa ćwiczy dalej. Sama.)

- No dobra, daj mi teraz dokończyć, a potem dostaniesz żarcie - obiecuję.
Błąd!
Rudy natychmiast rozkodowuje przekaz i rusza w tango po macie, dywanie i po mnie. Gdyby przerabiać labradory na pastylki, te byłyby lepsze od ekstazy. I do tego bez konserwantów.
Wreszcie udaje mi się go uspokoić. Rozczarowany odroczeniem posiłku, wędruje na kanapę. Co za ulga. Przez chwilę faktycznie ćwiczę bez asysty.

Ale w trzeciej rundzie znów ląduję na macie, a Rudolf postanawia się odbrazić. Wraca na stanowisko. Pozycja pompki. Biegniemy. Poezja. Rudolf usiłuje zdjąć mi gumkę z włosów, gryzie, ciągnie, memła, przy okazji boleśnie wyrywając mi z głowy fragmenty cennego siana. I nie daje za wygraną. A przy tym chucha i dmucha mi w szyję.
- Wynoś się, siło nieczysta! - psioczę, opędzając się od niego jak od uprzykrzonej muchy.
Za chwilę włosy rozsypują mi się po ramionach i twarzy. Gumka pękła. Tragedia niejednej kobiety.

Wyciągamy ciało. Odpoczywamy. Rudolf relaksuje się, podgryzając moje sznurówki. Chwilę później, wykończony intensywnym treningiem, podciąga się do wysokości moich barków, kładzie mi pysk na ramieniu, patrzy w oczy i zachęcająco merda ogonem.

No dalej, pańcia, nie wygłupiaj się. Ty się możesz odchudzać, robić rzeźbę* czy co tam ci po głowie chodzi, a mnie dawaj żarcie! Nie zapominaj, że ja robię masę!

*Chyba nikt mnie o to nie posądza przy tych wszystkich croissantach?

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Odchudzać się nie musisz bo szczuplutka jesteś jak siostra Ewy (chyba zacznę mieć kompleksy ;) to chyba jednak rzeźbę robisz. Ja mam na telefonie skalpel juz od miesiąca i jakoś zabrać się nie mogę ale wracam rowerem z pracy a to ok 16 km wiec nie jest źle. Nie mam serca do takich ćwiczeń w domu, na sali z dziewczynami miałam chęci ale w domu hantle leżą i się kurzą. Chyba powinnam sobie Rudolfa pożyczyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu wczoraj byl komentarz! Wcielo go albo Fruzia majstrowala!:-)

      Usuń
    2. U mnie jest i mój i Twój czyli Fruzia majstrowała u Ciebie :)

      Usuń
    3. No proszę, to teraz mam już pewność, że to Fruzia!:-)

      Usuń
  2. O Ewce lub Zumbie mogę jeszcze pomarzyć kilka miesięcy :) Po ubiegłorocznej kontuzji zaczynam jeździć na rowerze stacjonarnym. Kilometr co drugi dzień, ale jest. Może późną jesienią załapię się na jedną przejażdżkę rowerową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, ale po kontuzji człowiek zaczyna jakby od nowa, więc liczy się każdy metr! Trzymam kciuki za Twój szybki powrót do pełnej sprawności!

      Usuń
  3. A może by tak równolegle zaplanować posiłek Rudolfa i Twój trening? Jest szansa, że wtedy zajmie się miską, a nie matą do ćwiczeń? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, pełną miskę żarcia Rudolf zjada w trzy sekundy. Bez cienia przesady! :-)

      Usuń
  4. Tego się obawiałam;)
    W takim razie pozostaje Ci (znacznie;p) zwiększyć tempo treningu ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mój kudłaty, gdy tylko zaczynam robic brzuszki przybiega i kładzie sie na mnie, przygniatając mnie 35kg cielskiem😂Mam wtedy dodatkowe obciążenie😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko-niematko! Obciążenie trzydziestopięciokilogramowe przy robieniu brzuszków zaprowadziłoby mnie prosto w zaświaty! :-)

      Usuń