Adopcja w UK (12): Twoje prawa i obowiązki

To oczywiście nie będzie post o tym, jakie masz prawa i obowiązki po uprawomocnieniu się orzeczenia o adopcji, bo wtedy... masz dokładnie te same prawa i obowiązki jak każdy inny rodzic. Dziś kilka kwestii dotyczących tego okresu, kiedy dziecko już jest z wami, ale wciąż jeszcze nie nosi waszego nazwiska.

CO CI PRZYSŁUGUJE

- Płatny urlop adopcyjny dla głównego opiekuna 

Statutory Adoption Pay & Leave przysługuje jednemu opiekunowi, który przepracował bez przerwy przynajmniej 26 tygodni u danego pracodawcy oraz zarabia minimum £112 tygodniowo.

Pracodawcę należy poinformować przynajmniej 28 dni przed rozpoczęciem urlopu, że wybieracie się na wczasy, zaś w ciągu 7 dni od matchingu poinformować o dokładnej dacie rozpoczęcia tych wczasów.

Po matchingu przysługuje ci również 5 dni wolnego na spotkania z dzieckiem.

Statutory Adoption Leave może trwać do 52 tygodni, natomiast tylko 39 tygodni jest płatnych. Przez pierwszych 6 tygodni otrzymujesz 90% średniej twoich zarobków, przez kolejne 33 tygodnie jest to zawrotna kwota £139.58 tygodniowo (lub 90% twoich zarobków, jeśli te wynosiły MNIEJ niż owe £139.58). Warto wspomnieć, że dopiero w kwietniu zeszłego roku wysokość świadczenia adopcyjnego została zrównana z macierzyńskim.

- Paternity leave, czyli  dwutygodniowy urlop tacierzyński przysługuje drugiemu opiekunowi.

źródło: Statutory Adoption Pay & Leave

- Child Benefit

Child Benefit przysługuje rodzicom opiekującym się dziećmi do lat 16. Aktualnie na najstarsze lub jedyne dziecko w rodzinie jest to kwota £20.70 tygodniowo, na każde kolejne dziecko £13.70.

O Child Benefit można ubiegać się już w dniu, w którym dziecko zamieszka z wami. Aby to zrobić, należy wypełnić formularz CH2 (do pobrania tutaj) i wysłać pod wskazany adres wraz z dołączonym aktem urodzenia dziecka (powinniście dostać kopię od social workera dziecka) lub adoption certificate, jeśli ubiegasz się o zasiłek po zakończeniu procesu sądowego. Można również wysłać formularz z adnotacją, że aktu urodzenia zostanie dołączony asap.

Świadczenie wypłacane jest do 3 miesięcy wstecz.

- Fostering Allowance

Nawet jeśli przed adopcją przez chwilę będziesz pełnił rolę opiekuna zastępczego dziecka, wciąż przysługuje ci Statutory Adoption Pay & Leave na tych samych zasadach co wyżej. Oprócz tego, otrzymasz równiesz zasiłek dla opiekuna zastępczego. Aktualne kwoty tutaj.

- 15 godzin wybranego żłobka tygodniowo dla dziecka, które ukończyło 2 lata

15 godzin odnosi się do tzw. term-time, czyli wtedy, kiedy szkoły pracują. Trzeba więc przygotować się na to, że przerwy semestralne i wakacje nie obowiązują, chyba że przedszkole zgodzi się - tak jak moja Różowa, kiedy rezerwowałam miejsce dla Fruzi na przyszły rok - aby dziecko uczęszczało do placówki przez cały rok (podczas wakacji i przerw również) po 12h tygodniowo.

Można to oczywiście połączyć z dodatkowymi, płatnymi godzinami.

OBOWIĄZKI

- Trzymanie się Transition and Adoption Plan - w tym planu kontaktów z rodziną biologiczną.

Oczywista sprawa. Jeśli coś zostało wspólnie uzgodnione, to po to, aby potem tego przestrzegać. Jednak praktyka często okazuje się inna od teorii i plany mogą ulegać modyfikacji. Ważne, aby nie robić tego na własną rękę. Coś nie działa? Skontaktuj się ze swoim social worker. (Ale bez przesady. To, że nie chodzisz na baby group, choć masz to w planie, nie oznacza, że natychmiast musisz sięgać po telefon.)

- Uczestnictwo we wszystkich zaplanowanych wizytach social workerów, health visitor, a także dotrzymywanie terminów szczepień, kontroli lekarskich itp.

- W przypadku rodzin zastępczych, choćby nawet miało trwać to przez chwilę, jesteś zobowiązany do prowadzenia dziennika opiekuna zastępczego. Przynajmniej tak to działało u nas. Powinno się w nim znaleźć wszystko to, co istotne dla zdrowia i prawidłowego rozwoju dziecka - ile mleka pije (to u bobasów), co je, czy nie pojawiają się uczulenia oraz wszystkie wypadki / upadki, w efekcie których na ciele dziecka pojawiły się zadrapania, rany, siniaki. Jak się łatwo domyślić, to ostatnie najbardziej interesuje social services.

SPRAWY SĄDOWE

- Wniosek o adopcję (application for an adoption order) można składać po 10 tygodniach od zamieszkania z dzieckiem (w przypadku foster to adopt - od popanelowej decyzji ADM o tym, że jesteście perfect match dla waszego potomka). Formularz można pobrać tutaj, ale skontaktujcie się z agencją, zanim zaczniecie go wypełniać, bo z pewnością będzie tam kilka punktów, które należałoby skonsultować.

- Wasza obecność na rozprawach sądowych najczęściej nie jest potrzebna, ale wszelkie wytyczne w tej sprawie dostaniecie w liście z sądu. W zależności od tego, jak bardzo obłożona pracą jest dana placówka, sprawa może zakończyć się błyskawicznie (tzn. w ciągu trzech miesięcy) lub ciągnąć się miesiącami. Nie jest to wyznacznikiem tego, czy nagle pojawiły się jakieś przeszkody, czy nie. Czasem papiery leżą na czyimś biurku całymi tygodniami (nasze, nasze!), czasem nagle okazuje się, że brak jakiegoś papierka (znowu my!), bo ktoś czegoś nie dopatrzył i człowiek dostaje białej gorączki.

Przeszkody mogą oczywiście się pojawić (uaktywniający się nagle po miesiącach nieobecności rodzice biologiczni), ale zwykle o ewentualnych zawirowaniach wiadomo wcześniej, a do tego na tym etapie rodzice adopcyjni najczęściej mogą już spać spokojnie.

- Ale w końcu następuje ten dzień -  Celebration Hearing zwane również Naming Ceremony (o tym, jak to wygląda - tutaj)

Po tej ostatniej, formalnej rozprawie jesteście jedynymi legalnym rodzicami waszej pociechy i macie dokładnie te same prawa i obowiązki jak rodzice biologiczni. Możecie też ubiegać się o wydanie (płatne; niestety nie pamiętam kwoty) pełnej wersji tzw. adoption certificate, które zawiera nowe nazwisko dziecka, wasze dane i jest niezbędne do wyrobienia paszportu. Do wszystkich innych urzedowych / szkolnych spraw będziecie korzystać z odpisu skróconego. Jedną kopię dostaniecie pocztą, o pozostałe (tak jak o pełny odpis) należy zgłosić się do General Register Office (Anglia i Walia) bądź National Records of Scotland i General Register Office Northern Ireland. Czas oczekiwania na dokumenty to około 4 tygodnie w Anglii, jeśli jednak macie zaplanowane wakacje i potrzebny wam adoption certificate do wyrobienia paszportu, warto zadzwonić do w/w urzędów i zwyczajnie poprosić o tryb pilny. Jeśli dobrze pamiętam, trochę więcej to kosztuje, ale nie są to ogromne kwoty.

(...)

Chciałabym opowiedzieć Wam jeszcze o nadawaniu polskiego obywatelstwa, umiejscowieniu aktu urodzenia dziecka w Polsce oraz wyrabianiu PESELu (Joanna, natchnęłaś mnie!), o tym, jak powinno wyglądać smooth transition, o wychowywaniu w wielokulturowości oraz o second time adopters (wygląda na to, że to samo życie dba o to, żebym miała o czym pisać...). Jeśli chcielibyście przeczytać o czymś, co mi umknęło, a co interesuje / dręczy Was w kwestii adopcyjnej, szczególnie jeśli odnosi się to do specyfiki adopcji w UK, piszcie na maila. Daliście mi już wystarczająco dużo dowodów na to, że tam jesteście i czytacie. Motywujecie mnie do dalszego stukania w klawiaturę. Dzięki Wam za to!

O tym, co się nie zmienia

Wchodzę do Błękitnej. Robię dwa kroki w kierunku recepcji, kiedy z końca korytarza dobiega mnie znajomy, drżący, ale pełen mocy głos:
- Brandy! Brandy!

Za pierwszym razem wydawało mi się, że słyszę wołanie o Brendę. Późnym wieczorem i nocą Seniorów dręczą koszmary i często wzywają do siebie swoich bliskich, tych żyjących i tych, którzy już odeszli. Imiona odbijają się od ścian, a człowiek, idąc korytarzem o drugiej, trzeciej nad ranem ma wrażenie, że dusze tych wszystkich ludzi otaczają go ze wszystkich stron. Tylko mocna kawa pozwala otrząsnąć się z tej dziwnej, astralnej lepkości.

- Brenda? - zapytałam wtedy koleżankę.
- Nie - zaśmiała się tamta. - Brandy. Czas na jej brandy.

Nie mogłam uwierzyć, że ktokolwiek z Seniorów tak po prostu dostaje w Błękitnej brandy na kolację, więc uznałam, że to taki placówkowy żargon. Szybko okazało się, że nie ma w tym słowie drugiego ukrytego dna. Brandy to brandy i już.

- To ile ona tego wypija? - pytam bezgłośnie nad głową Seniorki, której właśnie pomagamy włożyć koszulę nocną.
- Małą szklankę - pokazuje na migi koleżanka.
Parskam śmiechem. Nic dziwnego, że Seniorka wygląda jak wygląda. Jak na dobrej bani.
- Ale to legalne? Lekarz o tym wie? - dopytuję.
Wie rodzina, lekarz i wszyscy dookoła. Nie ma przeciwwskazań. Seniorka nie jest chora, nie jest ubezwłasnowolniona i rezyduje na parterze, na którym dotąd zdarzyło mi się pracować raz. Mówią, że parter jest jak hotel, a opiekunki jak obsługa hotelowa. Nasz klient, nasz pan. To ich dom, za który płacą ciężkie pieniądze, więc jeśli ktoś wymyśli sobie szklankę brandy do kolacji, a lekarz nie widzi zdrowotnych przeszkód, brandy wjeżdża do pokoju na tacy.
- Nie dziw się - tłumaczy mi potem piguła. - Ona całe życie piła, a na starość nikt nie zmienia swoich przyzwyczajeń ot tak, tylko dlatego, że się starzeje.

W kolejnym pokoju kolejna Seniorka przygląda mi się uważnie.
- A ty jesteś tu nowa? Bo wydajesz się znajoma, ale nie widuję cię tutaj.
- To dlatego, że pracuję u góry, a ty przez dzień lub dwa tam leżałaś, prawda? - wyjaśniam.
- Aaa, rzeczywiście - przypomina sobie leciwa dama. - A skoro jesteś na piętrze, to musisz znać mojego szwagra!
Po krótkiej wymianie informacji już łączę damę z jednym z moich leżących Seniorów.
- Jesteście ze sobą w dobrych układach? - pytam na zasadzie small talku.
- Dobrych?? - prycha groźnie Seniorka. - Nigdy w życiu! To jest zły, okropnie zły człowiek!
I rozpoczyna litanię na temat wad i niegodziwego życia szwagra.
- Każdy popełnia w życiu błędy - wtrącam trochę bez sensu, bo Seniorka najwyraźniej nie oczekuje mojego udziału w rozmowie. Jest tak pogrążona w swoim monologu, że nie zauważa, że nasza praca dobiegła końca i stoimy z Robertem w drzwiach, gotowi do dalszego obchodu.
- ... ja ci powiem, co on jeszcze kiedyś wywinął...
 Robert patrzy na mnie i przewraca oczami.
- Żałuję, że zapytałaś.
- Ja też - mruczę i gaszę światło.
Kiedy wreszcie udaje nam się na dobre wyjść, Robert wzdycha komicznie.
- Nie znam jej szwagra i nie wiem, ile prawdy jest w tym, co ona o nim mówi, ale wiem jedno - współczuję wszystkim, którzy przez wiele lat musieli jej słuchać - mówi i puszcza do mnie oko.

A mnie przypomina się to, co często mówi Mamuśka o ludziach.
- Im człowiek starszy, tym bardziej zaostrzają się jego wady i słabości. Pamiętaj, dorośli ludzie raczej się nie zmieniają. A jeśli już, to najczęściej, niestety, na gorsze.

Chyba ma rację. Bo demencja i choroby umysłowe późnego wieku to jedno, z tym się nie dyskutuje. One z anioła potrafią zrobić diabła. Ale charakter to zupełnie inna historia.

Potwierdza to Sophia.
- Popatrz na Żartownisię. Nie widzi, nie porusza się sama, a wciąż dowcipkuje i od rana tryska dobrym humorem. Przecież nie nauczyła się tego wczoraj.
Opowiada mi też o jednej z mieszkanek, całkowicie sprawnej umysłowo, która wykrzyczała jej kiedyś, że ma wracać do swojego kraju. Sophia pochodzi z Holandii.
- Nietolerancji człowiek też nie nabywa na starość - mówi.
Mamuśka miała rację.
- A co jej na to odpowiedziałaś? - pytam z ciekawości.
- Powiedziałam jej prawdę - Sophia uśmiecha się szeroko. - Wytłumaczyłam jej, że jeśli wszystkich imigrantów wyśle do swoich ojczyzn, to w Błękitnej nie zostanie nikt, kto zmieniłby jej pieluchę. Natychmiast zamilkła.

Więc to tak będzie wyglądało, jeśli los ześle mnie kiedyś do jednej z tych błękitnopodobnych placówek w roli mieszkanki. Będę zaostrzoną wersją siebie, przeklinającą i irytującą dla otoczenia. Z każdego kąta mojego pokoju będą wypadały kartki i karteczki, na których w chwilach olśnienia będę spisywać anegdotki z personelem w roli głównej, grożąc opiekunom, że kiedyś wreszcie napiszę o nich książkę. Nocami będę zawodzić z tęsknoty do moich bliskich, a imię Fruzi będzie odbijało się od bladych ścian i straszyło zmęczone pielęgniarki. Wieczorami zaś, tuż przed kolacją, mój chropowaty, zniszczony i drżący głos będzie niósł się korytarzami placówki:

- Czekola-a-a-a-da! Czekola-a-a-a-da! Gdzie jest moja czekola-a-a-a-da??!

O uważnym podglądaczu

Pokazałam jej, jak się karmi różową bobaskę i zawija ją w kocyk, żeby nie zmarzła. Nauczyłam, o głupia matko!, że Rudolfa można całować po łapach i klepać lekko po brzuchu, zamiast okładać go po głowie, co dziecię i tak czyni, dorzucając teraz do swojego repertuaru pieszczot próbę zjedzenia jego pazurów. Zaraziłam ją przytulaniem do drzew i teraz każda nasza wspólna wyprawa do parku to rodzinne przykładanie policzków do kory. On pokazał jej jak fajnie łaskocze po policzkach jego golarka, ja podszkoliłam ją w opróżnianiu pralki tak, żeby czysty ładunek nie wycierał brudnej podłogi w kuchni, a trafiał prosto do plastikowego wiaderka. Różnie z tym bywa, choć zadziwiające, że podłoga jak była brudna tak jest nadal, ale postęp jest zauważalny. (W trafianiu ubraniami do wiaderka, nie w moim sprzątaniu.)

Fruzia to pojętny Tasman.

Czasem nawet zbyt. Bywa, że w lot łapie, że na czymś mi zależy i czyni dokładnie odwrotnie, uważnie studiując mimikę mojej twarzy. Zacznie się śmiać, czy nie? Pozwoli dalej ciągnąć to pranie po podłodze, czy zabierze? Decyzja należy do mnie. Zabrać, zostawić, wybuchnąć śmiechem lub zrobić srogą minę i oznajmić, że nie wolno. Nie wolno jest magiczne. Nawet Rudolf czasem się na nie nabiera.

Fruzia to pojętny Tasman. (Gdyby 20 lat temu to Mamuśka Moja wygłaszała to stwierdzenie publicznie, zaraz dodałaby, jak pensjonarka skromnie wywracając oczami, że może "nie wypada mi chwalić się tak własnymi dziećmi". Już wypada, Mamuśko, nie martw się. A nawet jest to wskazane.) Lubi, kiedy jej pokazuję, wyjaśniam, a potem pozwalam samej próbować i testować, ale najbardziej zaskakuje mnie wszystkim tym, co chwyciła sama, podpatrzyła, kiedy my, zanurzeni w codzienności, zwyczajnie byliśmy. Sobą.

Zmywam makijaż. Fruzia przydreptuje do łazienki i nieznoszącym sprzeciwu "a!" oraz cienkim jak patyk palcem wskazującym domaga się się ode mnie wacika.
- Ty wiesz, Fruziu, ile trzeba się napracować, żeby zarobić na takie jedno małe nic? - pytam retorycznie, wręczając jej okrągły płatek. - Dobrze, że od tego mamy tatę.
- A! - rzuca Fruzia.
Dobrze, mleczko też już mi niepotrzebne.
(Ani krem, podkład, tusz do rzęs... weź wszystko, córko, wszak jako Matka Polka muszę się poświęcać i zapomnieć o próżności.)
Fruzia zgrabnie chwyta butelkę z mleczkiem do demakijażu, sadowi się na podłodze, po czym przyklada płatek do zamkniętego wieczka pojemnika, dotyka go kilka razy, a następnie pociera wacikiem buzię.
- A! - oznajmia z przejęciem.

Właśnie zmyła sobie makijaż z powietrza. Ewentualnie maseczkę z Rudolfowych zarazków.

Przed snem grandzi jeszcze w salonie. Wyciąga z pudła książkę o kotkach i przynosi mi ją do przeczytania. Po kilku minutach nudzi się, więc proszę ją, żeby włożyła książeczkę do pudełka, tam, skąd ją wzięła. Drepcze. Patrzę i czekam, aż wrzuci knigę na chybił trafił, a potem z radosnym piskiem ruszy przed siebie jak to ma w zwyczaju, a tymczasem Fruzia pochyla się nad pudłem, jedną ręką z niemałym trudem rozdziela grzbiety równo poukładanych książek, a drugą usiłuje wcisnąć pomiędzy nie księgę o kotkach. Jedna próba, druga, trzecia... Jest! Odwraca się do mnie z wyrazem triumfu na małej twarzy.

Patrzę i nie wierzę. To ja, to przecież ja! Cały dom może tonąć w bałaganie, ale książki... Książki podlegają innym zasadom. Snuję się za młodzieżą przez cały boży dzień i zbieram je, układam, zbieram i układam, bo nawet tym dziecięcym należy się szacunek. I Fruzia zdaje się już o tym wiedzieć!

Pogląda nas, ewidentnie nas podgląda i naśladuje. Wie, że przed śniadaniem zwykle studzę jej owsiankę przykucając w otwartych drzwiach na tyłach domu, mieszając ją i dmuchając. Któregoś dnia kucnęła obok mnie i zaczęła zabawnie dmuchać w kierunku swojej miseczki. Siadając za kółkiem Blaszaka, w iście zawodowym stylu łapie za kierownicę, na chybił trafił włącza światła i kierunkowskazy, łapie za drążek zmiany biegów. Pełna profeska. I nawet Rudolfa nie pomija w swym papugowaniu. Chowa się pod łóżkiem w naszej sypialni zupełnie jak on. I jak on wrzuca piłeczki pod sofę, oczekując, że będę je spod niej dla nich wyciągać.

Nie pozostaje nam nic innego jak tylko przyjrzeć się sobie uważniej, zanim w naszym nowym, żywym zwierciadle ujrzymy coś, co niekoniecznie nam się spodoba.

Albo, co nieuchronne, coś od niego usłyszymy.

Od jutra przestaję przeklinać.

O letniej impresji

Ilekroć na nich patrzę, przychodzi mi na myśl portret Puchatka i Prosiaczka w oryginalej wersji, niewielki taki, stworzony z pośpiesznych jakby kresek Ernesta Shepharda. Idą we dwoje przed siebie, jeden duży, okrągły, w ciepłym odcieniu zachodzącego słońca; drugi mały, różowy, na krótkich nóżkach. Trzymają się za ręce i wygląda na to, że rozmawiają, bo twarze mają zwrócone ku sobie. 

Inżynier zapewne miałby ochotę zapytać mnie teraz, czy ta urocza asocjacja ma coś wspólnego z jego gabarytami, choć tak się składa, że pod to kryterium najbardziej podpada Rudolf. Nawet kolor się zgadza.

Idą leśną ścieżką dwa metry przede mną. On wysoki, z krótko przystrzyżoną czarną czupryną, lekko zgarbiony i przekrzywiony zabawnie na lewą stronę, bo piętro niżej ściskający w swej dużej dłoni malutką dłoń. Ona z blond lokami, w getrach w panterkę i różowej bluzce-tunice, obie ręce uniesione, bo tą drugą, niezajętą, pomaga sobie utrzymywać równowagę, nogi szeroko rozstawione, ugięte lekko w kolanach. Drepczą. Ona co rusz potyka się o wystający konar lub badyl, on pozwala jej lekko upaść, po czym zachęca do powstania. Dalej, Fruziu, na nogi, już potrafisz. Potrafi. Wstaje sama, piszcząc z ekstazy, podpierając się dłońmi o ziemię, wypinając tyłek w powietrze i dzielnie pnąc się do góry. Albo wyciąga rękę do niego, patrzy mu ufnie w oczy i wie, że za chwilę on bez słowa podciągnie ją do góry i powędrują dalej. Odwrócą się do mnie co jakiś czas, śmiejąc się, że tak się ociągam z tym wózkiem.

A ja nakreślam ten obraz w głowie, zanim rozpłynie się w drgającym, letnim powietrzu.

O tym, jak mówić, żeby Fruzia słuchała i jak słuchać, żeby Fruzia mówiła

Przedtem (jakiś tydzień temu):

Fruzia domaga się kolejnego opakowania chusteczek nawilżających. Kiedy odmawiam, wiedząc, że za chwilę będę zbierać z podłogi kilkadziesiąt zmarnowanych ściereczek, Fruzia podnosi larum. Daje jej więc inne opakowanie, takie z plastikowym, mocno zatrzaskującym się wieczkiem, którego młodzież na szczęście jeszcze nie potrafi otworzyć.
- Proszę, możesz wziąć te - mówię głośno.
Młoda radośnie przyjmuje podarek i zaczyna majstrować przy wieczku.
- I tak go nie otworzysz - mruczę do siebie.
I dodaję jeszcze ciszej:
- A jeśli ci się uda jakimś cudem, to ci je zabiorę.

Zła, bardzo zła matka.

Po lekturze "How to Talk So Kids Will Listen and Listen So Kids Will Talk":

I. Fruzia siedzi w wannie. Po chwili ekscytującej zabawy (rozchlapywanie wody na całą łazienkę) chwyta się brzegu wanny i wstaje. Piszczy radośnie, podnosząc ręce do góry i usiłując złapać równowagę.
- Fruziu, na pupę - mówię krótko.
Młodzież wybucha śmiechem.
- Siadaj na dupkę - proszę po raz kolejny, bo wiem, że rozumie.
Kiedy dziecię nadal nie reaguje, gapiąc się na mnie z uroczym uśmiechem na twarzy, uzbrajam się w oficjalny i lekko podniosły ton z książki:
- Fruziu, masz wybór. Albo usiądziesz i będziesz kontynuować kąpiel, albo postoisz tak chwilę, ja przygotuję ręcznik i wychodzisz z wody. Decyzja należy do ciebie.
Fruzi posłusznie siada. Po czym wstaje, łapie się za buzię, mruży oczy z radości i rechocze do siebie. Zanim cokolwiek jestem w stanie powiedzieć, znów kładzie tyłek na dnie, wstaje, następnie siada... I śmieje się. Znów się ze mnie nabija.
- Gaaaa! Babaaaa! - mówi.

Powinnam ją wyciągnąć, czy zostawić? Tego chyba nawet same Adele i Elaine nie przewidziały.

II. Fruzia ryczy, bo jest zmęczona, więc oferuję jej smoczka.
- Którego chcesz - niebieskiego czy pomarańczowego? - pytam śpiewająco, podsuwając jej dłoń ze smokami niemal pod sam nos.
Dziecię rzuca radosne aaaaa!, łapie za obydwa, po czym zgrabnym raczkiem pędzi do sypialni i podnosi z ziemi trzeciego przyjaciela. Zadowolona pakuje pomarańczowego do buzi, a dwa pozostałe dydusie przytula z czułością do siebie.

Najwyraźniej Fruzi nie wystarcza prosty wybór A czy B. Ona chce cały dostępny alfabet!

III. Fruzia narysowała... hmm... coś.
- Mmm, jak pięknie, olala, fantastycznie! - zachwycam się.
I przypomina mi się, że konstruktywna pochwała powinna zawierać szczegóły i opis, więc po chwili wypalam tonem krytyka sztuki nowoczesnej:
- Kochanie, udało ci się uchwycić falistość kresek i bardzo interesująco wymieszałaś kolory. Przesunęłaś również środek ciężkości obrazu na sam jego dół, nie każdemu się to udaje. I cóż za niesamowita forma, kartka jest cała pognieciona, a mimo to aż chce się powiesić to dzieło na ścianie!

Fruzia patrzy na mnie, lekko przekrzywia głowę i zabiera się za odgryzanie końcówki świecowej kredki.

(Myślę, że nieźle mi idzie. Mam szansę na tytuł Super Mamy.)

Nie przepadam za czytaniem poradników. Nie tylko tych dotyczących wychowania, ale też tych psychologicznych, związkowych, motywacyjnych. Czasem zaglądam do jakiegoś szczególnie polecanego, ale zwykle po przeczytaniu jednej trzeciej jestem tak znudzona, że z trudem udaje mi się dobrnąć do końca. Być może to przesyt wszechobecnym trendem psychologiczno-motywacyjnej pracy nad sobą, a może po prostu w głębi duszy uważam, że pozjadałam wszystkie rozumy i nie potrzeba mi już nic więcej do delektowania się swoją zrównoważoną i jakże harmonijną osobowością. (Czego dowiodłam w niedzielny wieczór, płacząc histerycznie nad swoim najnowszym kolorem włosów w odcieniu pomarańczy. Miał być jasny blond, kurwa!) "How to Talk..." wpadło mi w ręce w bibliotece, zabrałam do domu z ciekawości i... też mnie nie zaskoczyło, choć przeczytałam całość w dwa wieczory, a w zasadzie dwie pracujące nocki, z prawdziwą przyjemnością. Akceptowanie uczuć dziecka, zachęcanie do samodzielności, uwalnianie dzieci od narzuconych im ról, nie-etykietyzowanie, pochwały, brak kar jako takich, wybory, krótkie komunikaty - to wszystko już jest mi znane nie tylko z Różowej Chmurki, ale też z własnego, rodzinnego domu. Bo do niego właśnie zmierzam.

Uświadomiłam sobie, że ja to wszystko miałam w domu, a przecież Mamuśka Moja nie przeczytała ani jednego poradnika na temat wychowywania dzieci. I ona, i Ojciec Dyrektor są pedagogami, ale nie sądzę, żeby sposób, w jaki komunikowali się z nami, był jedynie efektem ich zawodowej ścieżki. Nie byli idealni, o nie, takich ludzie zresztą nie ma. Z Ojcem Dyrektorem darłam takie koty, że w pewnym momencie życie z nami pod jednym dachem stało się dla Mamuśki nie do zniesienia. Ale wypracowaliśmy sobie własne kompromisy, doszliśmy do porozumienia i nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Z Mamuśki zawsze wypływało to naturalnie. Ona po prostu dostrajała się do nas w zależności od tego, w jakim wieku byliśmy i jak najłatwiej było do nas dotrzeć, biorąc pod uwagę nasze charaktery. Wiedziała na przykład, że przed Świętami mam swoje mitingi z Kocurem i Warszawianką. Siadała więc ze mną przy stole kilka dni wcześniej i ustalałyśmy, kiedy sprzątam, kiedy zakupy, a kiedy prasuję, żebym bez jej gderania mogła spokojnie cieszyć się wolnym wieczorem. Pozwalała mi na kupowanie glanów na zimę, choć twierdziła, że wyglądam w nich wyjątkowo strasznie; jedynym warunkiem było to, żeby były ocieplane od wewnątrz. Nie dręczyła mnie lawiną pytań, co, kto, gdzie, dlaczego - chciała wiedzieć, gdzie jestem i z kim, tłumacząc, że się martwi. O swoim dniu w szkole opowiadałam jej w kuchni, kiedy ona przygotowywała mi obiad, a potem między jedną łyżką zupy a drugą. Dopiero teraz dotarło do mnie, że głównie to ja mówiłam, a ona słuchała, bez moralizowania i natrętnego wypytywania.

Pewne rzeczy są więc dla mnie oczywiste. Wielu będę musiała się nauczyć, inne poprawić, kiedy Fruzia będzie doprowadzała nas do szału (nasza Fruziulka?? ależ skąd!) na różnych etapach jej życia, a na jeszcze inne pewnie dopiero wyrobię sobie swoje własne spojrzenie. Ale podstawę mam z domu, oboje mamy, i to jest chyba naszą siłą.

I być może dlatego właśnie najbardziej poruszyły mnie listy czytelników dołączone do poradnika jako świadectwo efektywności tego sposobu komunikacji z dziećmi. Do autorek pisali ludzie z całego świata, ludzie, którym opadły ręce, bo nie potrafili porozumieć się ze swoimi pociechami. Część z nich to rodzice tacy jak ja, z domów, w którym kontakt rodzic - dziecko mimo nieuchronnych konfliktów zawsze opierał się na szacunku. Ale byli też tacy, którzy musieli nauczyć się tej lepszej formy komunikacji od podstaw. Bo sami nie zaznali tego w rodzinnych domach, bo wiecznie słyszeli, jacy są tępi, głupi, jak to oni zawsze albo nigdy. Z całej tej lektury najbardziej zapamiętałam to, że największym sukcesem nie jest formułowanie gładkich zdań i głoszenie przy dziecku jedynie słusznych i ugrzecznionych prawd, ale próba nauczenia ich, jak się wznieść ponad siebie. Jak zaakceptować to, że mam ochotę wyskoczyć ze złości przez okno, jednocześnie nie raniąc nikogo po drodze w dół, jak myśleć o innych, nie zapominając o sobie, jak nie wtłaczać dziecku do głowy, że to, jak myślą o nim inni, nie zawsze powinno wpływać na to, jak ono samo widzi siebie. Wyobrażacie sobie, jakie to musi być trudne dla kogoś, komu właśnie przez całe życie wmawiano coś zupełnie innego?

Rodzice, którym ktoś spieprzył dzieciństwo, a którzy świadomie pracują nad tym, żeby nie powielać cudzych błędów, kiedy wychowują swoje własne już dzieci, to dla mnie supermeni. I supermenki.

O tym, że czasem o nich myślę

To przebłyski tylko.

Kiedy po dobrym dniu pełnym wrażeń próbuję uśpić rozbawioną Fruzię, a ona przewraca się z boku na bok, wybuchając śmiechem i patrzy na mnie tak, jak tylko ona potrafi, czekając na kolejną porcję łaskotek. I łaskoczę ją, wiedząc, że przedłużam usypianie o kolejne dwadzieścia minut, bo po łaskotkach koniecznie trzeba pocałować ją w szyję raz i dwa. I jeszcze raz. I po trudniejszym dniu też, kiedy jest zmęczona, leży spokojnie przyspawana do smoczka, którego siłą z niej nie wyciągniesz, a jednak wciąż nie śpi. Powieki opadają, żeby za chwilę znów się podnieść, pokontemplować własne zmęczenie i poudawać, że to już za chwilę. Nadal ją głaszczę, a ona nie wie, że tak naprawdę to już mi się nie chce, bo dziś byłam trochę sfrustrowana i jedyne, o czym marzę, to położyć się spać. Ale kiedy się wreszcie położę, to przed zaśnięciem wstanę jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy się nie odkryła albo nie powyginała w jakieś dziwne pozycje, od których rano będzie bolało ją ramię.

Patrzę na Fruzię i zimny pot mnie oblewa na myśl, że taki pająk jak ona, na chudych, kołyszących się girkach, w innych okolicznościach i przy innym splocie kosmicznych ścieżek szedłby do okna życia nieświadomy tego, że mamie odechciało się permanentnie. Że życie powaliło ją tak, że się poddała, złożyła broń i głucha na własne przebłyski, ruszyła na ten ostatni spacer ze swoją córką.

Zastygam zmrożona wizją, że w innych okolicznościach, przy innym splocie kosmicznych ścieżek i w zupełnie innym życiu to mogłabym być ja.

Gdyby postawić przede mną takich, co bez skupułów, nie miałabym litości. Gdyby rozstąpiło się wówczas niebo i boski głos zagrzmiał, że kto bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem, pomimo swoich win bodaj byłabym pierwsza. Taka ze mnie chrześcijanka. Kiedy jednak myślę o tych, którym ścieżki zaplątały się tak bardzo, że nie udało im się znaleźć drogi powrotnej, o tych, którzy niekoniecznie bez sumienia, to niemal czuję przez skórę, jak bolesne muszą być te krótkie chwile lądowania na ziemi, zrozumienia, co właściwie się stało i dlaczego. Obym w żadnym kolejnym wcieleniu nie dowiedziała się, jak to jest żyć ze świadomością, że ktoś inny tuli moje-nie-moje dziecko do snu, ktoś inny je łaskocze, ktoś inny jest zmęczony jego dziecięcymi histeriami, a mimo to wciąż głaszcze je po głowie na spokojny sen. Obym nigdy nie musiała na siłę zagłuszać tych iluminacji graniczących z obłędem.

Więc czasem o nich myślę.

Krótko, to przebłyski tylko, bo nie pretenduję do tytułu pocieszycielki zbłąkanych. Ale czasem jednak myślę.

A potem wracam do swojego życia, dziękując wszechświatowi za to, że tak naprawdę żyć można tylko swoim życiem. Co za ulga.

I cieszę się, że jest jak jest.

O matko, jak ja się cieszę.

Że jest.

O frustracjach

Zmywam naczynia. To jedyny domowy obowiązek, który kojarzy mi się z medytacją. Nawet po drodze mi z nim, jeśli tylko mogę pozmywać w spokoju. Niestraszny mi wówczas krajobraz po bibie, szklanki poustawiane piętrowo gdzie tylko się da, wszystkie kubki powyjmowane z szafek, nawet te, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, duże talerze w garnku po kurczaku, małe w miskach po sosach do tortilli, góra sztućców zajmująca pół zlewu. Spłukując ślady herbaty z ciężkiego kubka z Kłapouchym, myślę. Obracam w głowie sceny z życia. Stawiam przecinki i kropki. Woda leci, a naczynia myją się same.

O ile oczywiście nie ma przy mnie Fruzi.
Co się nawet zdarza.
Tak średnio raz na czterdzieści dziewięć medytacji przy naczyniach.

Być może u niej ze zmywaniem jest odwrotnie. Wielce prawdopodobne, że widok mamy przy zlewie wyzwala w niej jakieś niezidentyfikowane traumy, których może nawet sami jesteśmy winni, a które natychmiast, ale to na-ten-tych-miast muszą zostać ukojone. Jeden kubek, drugi. Jest nieźle, myślę sobie, kątem oka zerkając na bawiącą się w misce z płatkami owsianymi Fruzię. Trzeci kubek. Fruzia patrzy na mnie i kiedy dociera do mnie, że to już, w tej samej sekundzie młodzież zaczyna ryczeć wniebogłosy, podnosząc do góry ręce. I tak nieźle mi poszło.

- Fruziu, ja wiem, że chciałabyś popatrzeć jak zmywam, ale teraz akurat nie da rady.

Fruzia, niestety, jest innego zdania. Łeeeeee, łeeeeee, łeeeeeee. Dramat w jednym, ale za to jakże rozdzierającym akcie. Bo ona chce, a ja taka niewspółpracująca jestem. Medytację trafia szlag, nachylam się do ryczącego furiata, tłumaczę, wycieram nos, próbuję rozproszyć, otwierając na oścież szafkę z - o ironio! - czystymi garnkami i rondlami. Jeszcze gorzej. Fruzia rzuca smoczkiem w piekarnik, pomarańczowy odbija się od niego i ląduje metr dalej. Dziecię uderza w kolejną fazę ryku. Wywracam oczami do góry, bo to nie pierwszy raz, a przecież przed nami jeszcze dwadzieścia osiem tysięcy takich pokazów. Wciąż jesteśmy na poziomie dla początkujących.

Przeczekuję. Odliczam do-ilu-trzeba, w zależności od tego, co gra mi w środku. Czasem brakuje mi liczebników. Mówię albo milczę. Tulę, jak już przestanie rzucać się na wszystkie strony i wyciągnie w moim kierunku ramiona. Patrzę na jej zapłakane oczy, mokre policzki, czerwony nos i moja frustracja gdzieś ulatuje. Szczerze mi jej żal.

Pięć minut później pomarańczowy ląduje na panelach. Wózek, którym Fruzia chciała wjechać do salonu, utknął na progu, a ja nie byłam na tyle gorliwa, żeby w ułamku sekundy uprzedzić to, co następuje dalej. Krzyczy rozżalona. Nie pomaga to, że za chwilę kółka już suną gładko dalej. Nie zdążyłam.

Trochę krócej tym razem. Przestaje płakać, szuka dydka, pakuje go sobie do buzi i daje znać, że już jej przeszło. Siadam obok niej na podłodze, przytulam, tłumaczę po cichu. Fruzia przykleja się do mnie całym ciałem, oplata zmęczone ramiona wokół mojej szyi, głaszczę ją po włosach, kołyszę lekko.
- Dasz mamie buziaczka? - pytam cicho.
Fruzia na chwilę się odkleja, daje mi całusa pomarańczowym smoczkiem, którego wciąż trzyma w buzi, po czym szybko wraca do przerwanej pozycji, opierając głowę na moim ramieniu.
- Mój ty kosmito - mówię.

Kołyszemy się spokojnie.

Nieuchronnie dryfujemy ku kolejnej burzy.

O masie

Rozwijam na panelach matę. Rudolf natychmiast złazi z kanapy, wącha niebieską piankę i sadowi dupsko na samym jej środku. To przecież oczywiste, że rozwinęłam ją specjalnie dla niego. Rudy wszystko sobie przywłaszcza, więc równie dobrze mogę uznać, że moja mata do ćwiczeń też należy już do sierściucha. Na razie to jednak nieważne, bo Ewa zarządza kilka minut kardio. Biegnę w miejscu, depcząc po dywaniku Rudolfa.  Z nogi na nogę. Pajace. Przyspieszamy. Tap. Wytrzymaj! Pajace. Kątem oka widzę, że Rudolf stracił wenę do drzemki i bacznie mi się przygląda.
- Błagam, tylko mi tu nie przyłaź! - mamroczę, lekko dysząc.
Jak na komendę, sierściuch podnosi cielsko, przełazi z maty na dywanik i siada tuż przede mną. Jeszcze mogę biec, bo łaskawie zostawił kilkucentymetrową przestrzeń pomiędzy moimi stopami a swoim pyskiem, ale teraz już muszę koncentrować się również na tym, żebym przypadkiem nie wylądowała adidasem na jego nosie. Odsuwam się lekko do tyłu, tak trochę, bo dywan zaraz mi się skończy. Rudolf przesuwa się razem ze mną. Patrzę na niego i parskam śmiechem, bo już wiem, co to będzie za trening.

Ilekroć Inżynier wskakuje na rower stacjonarny, Rudolf sadowi się tuż obok niego. Trzyma pysk uniesiony w górze na wysokości jednego z pedałów i w takiej od niego odległości, żeby ten smyrnął go lekko po brodzie i wąsach. Jazda w takich warunkach jest mocno niekomfortowa, bo człowiekowi wydaje się, że Rudolf zaraz oberwie solidnie z rozpędzonego buta, zaleje się rudą krwią i będzie płacz, pisk i podkulony ogon. A tymczasem sierściuch mruży rozkosznie oczy, raz po raz ocierając mordę o ruchomy pedał i jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się źle obliczyć odległości na swoją niekorzyść. No fetyszysta jakiś! A kiedy Mąż Mój rozciąga się na podłodze, Rudy liże ukochanego pańciunia po ramionach i nogach, czym doprowadza go do spazmatycznego śmiechu i zalegania na dywanie dłużej niż najnowsze trendy w stretchingu przewidują. Takie dodatkowe brzuszki w gratisie.

Przechodzimy do ćwiczeń zasadniczych. Ewa nie ma litości. Zostawiam Rudego na dywaniku, a sama przenoszę się na matę. Pozycja pompki, lewe ramię w górę, dół, prawe, lewa noga w górę, dół, prawa. Od nowa. Rudy czołga się w moją stronę. Czołga się, na litość boską, jak wytrawny partyzant! I natychmiast obrywa moim łokciem w pysk. Marna to jednak nauczka, bo labisko wytrwale tkwi na swojej pozycji, niejako z nadzieją oczekując kolejnego ciosu.
- Idźże sobie, Rudy! - usiłuję go przegonić.
A-ha.
Siadamy. I skręcamy. Łokieć do kolana. Nogi rytmicznie płyną w powietrzu, kondycja siadła, bo dyszę jak lokomotywa. Rudolf za to ma się świetnie, dalej uskutecznia partyzantkę i już jest pod moimi kolanami. Nie wytrzymuję i zaczynam się śmiać na głos. Sierściowi w to graj, rozochocił się jeszcze bardziej, w końcu udało mu się rozbawić pańciunię, a przecież o to od początku chodziło! Żwawo podnosi się z podłogi, wywija młynki ogonem, liże mnie po twarzy i cały jest chodzącą radością.

(Ewa ćwiczy dalej. Sama.)

- No dobra, daj mi teraz dokończyć, a potem dostaniesz żarcie - obiecuję.
Błąd!
Rudy natychmiast rozkodowuje przekaz i rusza w tango po macie, dywanie i po mnie. Gdyby przerabiać labradory na pastylki, te byłyby lepsze od ekstazy. I do tego bez konserwantów.
Wreszcie udaje mi się go uspokoić. Rozczarowany odroczeniem posiłku, wędruje na kanapę. Co za ulga. Przez chwilę faktycznie ćwiczę bez asysty.

Ale w trzeciej rundzie znów ląduję na macie, a Rudolf postanawia się odbrazić. Wraca na stanowisko. Pozycja pompki. Biegniemy. Poezja. Rudolf usiłuje zdjąć mi gumkę z włosów, gryzie, ciągnie, memła, przy okazji boleśnie wyrywając mi z głowy fragmenty cennego siana. I nie daje za wygraną. A przy tym chucha i dmucha mi w szyję.
- Wynoś się, siło nieczysta! - psioczę, opędzając się od niego jak od uprzykrzonej muchy.
Za chwilę włosy rozsypują mi się po ramionach i twarzy. Gumka pękła. Tragedia niejednej kobiety.

Wyciągamy ciało. Odpoczywamy. Rudolf relaksuje się, podgryzając moje sznurówki. Chwilę później, wykończony intensywnym treningiem, podciąga się do wysokości moich barków, kładzie mi pysk na ramieniu, patrzy w oczy i zachęcająco merda ogonem.

No dalej, pańcia, nie wygłupiaj się. Ty się możesz odchudzać, robić rzeźbę* czy co tam ci po głowie chodzi, a mnie dawaj żarcie! Nie zapominaj, że ja robię masę!

*Chyba nikt mnie o to nie posądza przy tych wszystkich croissantach?

O kobiecej naturze

Niedawno jedna z Seniorek obchodziła urodziny. Już w okolicach drugiej nad ranem wykrzyczałyśmy jej wprost do ucha życzenia.
- Co??? - odkrzyknęła Seniorka.
- Happy birthday! - wrzasnęłyśmy na całą Przystań, za nic sobie mając porę, bo przecież taka okazja usprawiedliwia burzenie nocnej ciszy. - Masz dzisiaj urodziny!
- A co to takiego? - zdziwiła się komicznie Seniorka.
- Rocznica dnia, w którym sie urodziłaś! - tłumaczyłyśmy dalej.
Koleżanka uświadomiła też Seniorkę, która dokładnie to rocznica.
- Co??? - wrzasnęła znowu oświecona dama.
Powtórzyłyśmy chórem.
- Oh, no! - Seniorka, autentycznie zdegustowana i przerażona, chwyciła poduszkę w dłonie i schowała w niej twarz. - Horrible, horrible!

Wszystkie kobiety są takie same. Każda chce żyć jak najdłużej, a żadna nie jest zadowolona ze swojego wieku, kiedy przychodzi pora na kolejny tort ze świeczkami.

Nic się w tej kwestii nie zmienia, kiedy tych świeczek jest 103. :-)