Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (3): Królowa jest tylko jedna. Król zresztą też.

środa, czerwca 08, 2016

Z dnia na dzień Diabeł stał się prawdziwym mężczyzną. Nasze obawy, że dzielenie tytułu głównego bohatera dnia z Fruzią będzie dla niego bolesnym policzkiem, okazały się nie tylko bezpodstawne, ale i doprawdy śmieszne w obliczu więzi, którą tych dwoje zadzierzgęło w ułamku sekundy na preparty w pewnym lokalu. A ściślej mówiąc, na karuzeli przy naszym stoliku. Od tej chwili w zasadzie byli nierozłączni, a siła instynktu opiekuńczego u Diabła powaliła nas na kolana. A ściślej mówiąc, na piach przy karuzeli. Fruzia nie protestowała, kiedy starszy o dziewięć lat brat cioteczny usiłował ją (pod)nosić, razem grali w piłkę, a na after party Fruzia dostąpiła również zaszczytu objęcia w swe władanie nowego, obrotowego krzesła Diabła. Krótko mówiąc, zgodnie podzielili się tronem.

Noc przed fetą Fruzia spędziła niespokojnie. Inżynier utrzymuje, że to świadomość nadciągającej kąpieli w wodzie święconej tak poruszyła tasmańską duszę, ja skłaniam się ku tezie, że nie o wiarę jej chodziło, a o poczynania instytucji, do której miała wstąpić. Jeśli bowiem wierzyć w przewagę nurture nad nature, to Fruzia wyssała swe mieszane uczucia do niej wraz z mlekiem modyfikowanym od matki i ojca. Wybudziła się o drugiej, rycząc wniebogłosy i do dziś w zasadzie nie jestem pewna słuszności rodzinnej diagnozy. Najprawdopodobniej Fruzia przedawkowała. Nie tylko ogórki, choć te z pewnością najbardziej, ale w zasadzie wszystko. Zasnęłyśmy po piątej w dużym pokoju, na kołdrze rozłożonej na dywanie i w takiej to porannej scenerii zastała nas o siódmej przerażona Mamuśka. Sami rozumiecie - świat się wali, skoro pod jej własnym dachem dopiero na podłodze znalazła Fruzia ukojenie! (Inżynier NIC nie słyszał. NIC!)

Zadanie dnia przypadło w udziale Inżynierowi. Mnie wzywały obowiązki chrzestnej matki. Po pierwsze - obligowały do niespóźnienia się na komunijną mszę Diabła, a po drugie - do uczestniczenia w niej od kościelnego dziedzińca, gdzie strzeliłam mnóstwo rozmazanych zdjęć przybranemu dziecku, do samego ołtarza, przy którym Ojciec Dyrektor wraz z małżonką zasiadali w loży gości honorowych. (Ja chyba zasiadłam w loży szyderców, bo wśród mnóstwa wzruszeń z tytułu "on już jest prawie dorosły! gdzie jest mój maleńki Domino?" nie zabrakło również momentów, w których szatańsko notowałam w głowie fragmenty przemówienia dziękczynnego księżula, coby się potem raz jeszcze podzielić nimi z Rodzicielami, dodając do nich nie szczyptę, a całe wiadro sarkazmu i ironii. Bo że Mamuśka, to w sumie nic takiego. Ale Ojciec Dyrektor! Przy ołtarzu! Doprawdy, to niemal temat na czeski film w starym dobrym stylu!) Mąż Mój Wyluzowany (- To powiedz mi raz jeszcze, co dokładnie i w jakiej kolejności mam zrobić, bo nie pamiętam) spędził ten czas z córką na Ranczo, gdzie Fruzia tak radośnie udzielała się towarzysko, jakby minionej nocy ani kryzysu dnia siódmego nigdy nie było. (Może i nie było, może to ja przedawkowałam.) Inżynier zapisał się więc na kartach rodzinnej historii jako Ten-Który-Ubrał-Córkę-Do-Chrztu. Czujecie to? Przez chwilę nawet zazdrosna byłam, ale zaraz mi przeszło, bo pękałam z dumy, patrząc na Diabła wywijającego radosny taniec na cześć Pana tuż przy ołtarzu. Przed nosem Dziadka Dyrektora, ha! Ale do brzegu. Ubrał ją więc sam. Od A do Z. Od podrabianego pampersa z Lidla, przez bladoróżową tiulową kieckę i malinowe buty, po kapelusz na głowie, w którym to Fruzia przybyła na własną uroczystość. (Kapelusze, nomen omen, z głów! Nadal nie wiem, jak mu się udała ta sztuczka. On zresztą też nie jest pewien.) Wzrusz na dobre już się u mnie rozgościł pod wpływem pieśni dziękczynnej małych komunistów dla rodziców ("on taki malutki był!"), a to przecież jeszcze nie koniec wrażeń. Szybciutko zamieniliśmy się z Wielkim Bratem rolami i znów staliśmy przy ołtarzu.

I właśnie tam Fruzia natychmiast rozpoczęła koncert.

Ryczała, kiedy siedzieliśmy, staliśmy, próbowaliśmy przekazywać ją sobie z ręki do ręki. Włączyła jej się faza 'mama' i najlepiej oraz najgłośniej ryczało jej się u mnie na ręku. Biedny Inżynier bardzo chciał pomóc, ale niewiele mógł. Ja zresztą też nie. Pamiętam, że próbowałam koncentrować się na słowach księdza, żeby przypadkiem nie wyrzec się Jezusa, jak to podobno miało miejsce podczas legendarnego chrztu Wielkiego Brata, oraz żeby nie zgubić wspinającej się (i wciąż ryczącej) po moim ramieniu Fruzi. Piętnaście minut. Tyle to trwało, a wrażenia jak z wrześniowego biegu przełajowego na dychę. Punkt kulminacyjny był dla naszej trójki momentem traumatycznym i jedynym w zasadzie, w którym miałam ochotę osobiście i gołymi rękami udusić księdza.
- Ja ciebie chrzczę...
Efektowna pauza. Fruzia, podtrzymywana przeze mnie za ramiona i przez Inżyniera za nogi, najwyraźniej zamierza konkurować z mocą najlepszych kościelnych organów, bo drze się jak opętana.
- ... w imię Ojca...
Pauza.
Kurwa, szybciej!, myślę po chrześcijańsku. Później okaże się, że on myślał dokładnie o tym samym. Czuliśmy się jak członkowie sekty składającej własne dziecko w ofierze.
- ... i Syna...
Pauza.
Pauza, pauza, pauza. Ksiądz patrzy na nas z lekką naganą w spojrzeniu, jakby spodziewał się, że oboje z Inżynierem celowo chowamy za pazuchą jakieś magiczne rodzicielskie sztuczki potrafiące uciszyć Tasmana, z których nie wiadomo dlaczego nie korzystamy.
- ... i Ducha Świętego, amen.
Ryczę razem z Fruzią. Już po wszystkim, ale czuję się, jakby walec przejechał po nas wszystkich.
Łzy płyną mi ciurkiem po twarzy, chowam je we włosach, patrzę tylko na Inżyniera, nie chcę, żeby ktoś widział mnie w takim stanie. Wtedy w tle rozbrzmiewa anielski głos małej dziewczynki śpiewającej dla Fruzi "Kołysankę dla Tosi" Golców. Niespodzianka od Dziadka Dyrektora.

No teraz to już na pewno nigdy nie przestanę płakać.

Schodkami w dół zeszłaś prosto z nieba
Stąpając tak, by nie słyszał nikt.
Twój pierwszy płacz był jak zwiastun dnia
Po nocy ciemnej i długiej.

Na uspokojenie samowolnie wleźliśmy całą trójką za ołtarz, próbując rozbawić Fruzię. Jak inaczej wygląda kościół z tej perspektywy.

Na dziedzińcu już się śmiałam. Inżynier chyba miał rację, przewidując, że Tasman tak łatwo nie da się przeprowadzić na jasną stronę mocy. 
- Wiesz co, przy tym wszystkim ona jest chyba po prostu głodna - dodał Mąż Mój.
- A ty ją nakarmiłeś przed wyjściem z domu? - zapytałam podejrzliwie.
Instrukcja słowna przewidywała ten punkt, choć Inżynier przysięga, że zupełnie go nie pamięta.
- Nie, bo nie było już czasu - wyznał szczerze. - Nawet miałem zamiar, ale wtedy zadzwoniłaś i musiałem szybko ją ubierać.
Spojrzałam na niego i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Kiedy dwadzieścia minut później Fruzia dorwała się do mojego rosołu jakby nie uświadczyła pokarmu od przynajmniej dwóch sezonów, wszystko stało się jasne.

Nie dość, że ją poświęcili (brr!), to jeszcze z pustym żołądkiem!

You Might Also Like

12 komentarze

  1. Głodna Fruzia to zła Fruzia, no co się dziwisz? Z drugiej strony to wkurz na całą instytucję kościelną też rozumiem ;) Dlaczego w takim razie sama ochrzciłam swoje dzieci? Głębiej się zastanawiając to droga do Boga wiedzie przez sakramenty, a te muszą być udzielane w kościele. To właściwie dlatego. U nas w zapanowanu nad dziewczynami (sprawdziło się u obu) pomógł worek chrupek kukurydzianych, butelka picia i mała wiązanka kwiatów, którą zarówna Martyna jaki i Kasia rozłożyły na czynniki pierwsze podczas trwania mszy ;) Przy drugim podejściu po prostu dzień wcześniej spakujesz survivalowy plecak ze stelażem i będzie dobrze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam taki czas, że bardzo potrzebowałam się określić - jestem katoliczką albo nie, przyjmuję z wiarą kościelne rytuały albo całkowicie je odrzucam. Tyle tylko, że to nie jest takie czarno-biało jak kiedyś myślałam. Odkąd mamy Fruzię, inaczej patrzę na pewne sprawy. Kościół zawsze będzie częścią mnie, bo tak zostałam wychowana i to jest dla mnie ważne. Wiara też w tym jest, ale zupełnie niekościelna. Chrzty, komunie i śluby są teraz dla mnie częścią pięknej tradycji rodzinnej i to chcielibyśmy oboje przekazać naszym dzieciom. A co one potem z tym zrobią, to już one same zdecydują.

      Plecak ze stelażem - że też wcześniej na to nie wpadłam! ;-) A Twoje dziewczyny nie chciały zjeść bukietów? Bo obawiam się, że ja musiałabym wydłubywać Fruzi liście spomiędzy zębów!;-)

      Usuń
    2. Aż tak dobrze to nie pamięta, ale Martyna nie była "zjadaczem", ale czy Kasia nie spróbowała kwiatków to ręki sobie uciąć nie dam ;) W każdym razie trujące nie były...

      Usuń
  2. Aaaaaaa! Ryczę!!!! I trzęsę się cała ze śmiechu:) Boska puenta! Inżynier mistrz!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, przychylam się - Mąż Mój miszczem jest!;-)

      Usuń
  3. Taaa, wcale mnie to nie dziwi. Czy oni wszyscy są tacy sami??? Leżę i kwiczę ze śmiechu. I nawet czytając ten tekst pomyślałam dokładnie to samo ("Szybciej, kurwa" :-))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może tak ich uczono w seminarach? Że dziecko i rodzice muszę odcierpieć swoje w punkcie kulminacyjnym, żeby "się dokonało";-)

      Usuń
  4. Najwaźniejsze, że daliście radę, przeżyliście i to już za Wami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy następnych chrztach będziemy mądrzejsi. Jak wyżej - plecak żarcia i wszyscy będą szczęśliwi:-)

      Usuń
  5. Wszystkiego naj.. dla Komunisty :-) dużo zdrówka pomyślności i spełnienia marzeń sukcesów w szkole. No to przeżyliście :-D matko! i córko ;-) gratulacje dla Was i życzenia dla Fruzi wszystkiego najlepszego uśmiechu na buziuni i pociechy z Rodziców Aniołku a nie o zgrozo! Tasmanie ;-).Ehh moja Gwiazda też jest zła jak jest głodna picia może nie być ale jedzonko to jest konieczność. Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nicole, dziękuję w imieniu Komunisty, Fruzi i naszym:-) (Następnym razem przy takich okazjach będę miała przy sobie słoik kiszonych!):-*

      Usuń
  6. ps: zostawiłam ślady pod poprzednimi dwoma postami

    OdpowiedzUsuń