Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (2): Pielgrzyma portretów kilka

sobota, czerwca 04, 2016

Byliśmy przygotowani jak na wojnę. W myśl zasady, że głodna Fruzia to zła Fruzia, zapas bananów, herbatników, ciastek ryżowych i kanapek przewidziany był na całodniową, bezustanną konsumpcję, podczas gdy Smerfy miały zapewnić Tasmanowi rozrywkę na wypadek gdyby inne aktywności, te pochodzące z naturalnych źródeł (zaczepianie współpasażerów, wyglądanie przez okno, deptanie po ojcu i matce etc.) zawiodły. Tasman miał oczywiście swoją własną wizję pierwszego w życiu lotu. Bufet zamknęła tuż przed wejściem do powietrznej maszyny, przywitała stewardessę głośnym aaaaa!, przez szparę między siedzeniami zerknęła, kto przed nią, a kto za nią, uznała, że nic się nie dzieje, po czym zasnęła znudzona, zanim samolot zdążył wystartować. Wcześniej jednak głośnym wrzaskiem upewniła się, że pomarańczowy pas, którym miała być do mnie przypięta, zniknął z zasięgu jej wzroku. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. David Copperfield byłby z nas dumny.  W połowie lotu Fruzia ocknęła się, rozejrzała ponownie, bo a nuż nastąpiły jakieś interesujące przetasowania wśród pasażerów, podeptała ojca i matkę, wysłuchała czołówki Smerfów trzydzieści dwa razy, po czym zażądała końca lotu. I ten, imaginujcie to sobie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki akurat nastąpił. Jako że powietrzna podróż powrotna wyglądała niemal identycznie, rozważam napisanie poradnika "Jak podróżować z dzieckiem i dlaczego to takie proste." Intuicja podpowiada, aby wydać go przed kolejną wyprawą, zanim się zdezaktualizuje.

Przez sześć okrągłych dni nie wnosiła jakiegokolwiek sprzeciwu do planu korpusu dyplomatycznego. Pozwoliła się  wozić, przenosić, oglądać i podziwiać (z bezpiecznej odległości). Raz usadzona na powierzchni płaskiej, natychmiast wprowadzała w życie swój własny plan zwiedzania. Tym sposobem rozpracowała  osiem domów, pięć lokali gastronomicznych, jedną salę bankietową, jedną psią budę, jeden gabinet pedagoga szkolnego, jeden lekarski, kilka ogródków oraz niezliczoną liczbę chodników i ścieżek. I doprawdy nie wiem jakim cudem, ale podarła tylko jedną tiulową kieckę, jedną parę rajstop i getry. (Być może dlatego, że jednak większość czasu spędziła odziana w samego pampersa. Dlaczego nikt nam nie powiedział, że w Polandii będzie tak gorąco?!) Podróżne łóżeczko wędrowało razem z Fruzią niczym wierny Rudolf. Stanęło w dwóch miastach i dwóch wsiach oraz w sali bankietowej. Albowiem wszystkim wiadomo, że gdzie królowa, tam jej tron. Czy jakoś tak.

O ile znajdowaliśmy się w zasięgu jej wzroku, gdziekolwiek się znalazła, szybko zaczynała czuć się jak u siebie w domu. Otwierała to, co otworzyć się dało (lub dotąd nie dało), zaglądała za i pod kanapy, wzbudzając we mnie nagłe zakłopotanie, kiedy żądała wyjęcia spod nich zagubionych przedmiotów gospodarzy, czyściła podłogi i parapety chusteczkami nawilżającymi, polerowała powierzchnie do sucha własnymi getrami, właziła pod stoły i krzesła, w trzydziestostopniowym upalem owijała się w dywaniki i chodniczki, a jeden z nich usiłowała nawet wyrzucić Babci Mamuśce z czwartego piętra przez szparę między balkonową balustradą a podłogą. Wprowadzała też swoje własne porządki - zero obrusów, zero bibelotów na meblach, zaś firany zaszufladkowała jako niemodne, nakazując Babciom zawiązywanie ich do wysokości parapetu pod groźbą własnoręcznego ściągnięcia ich razem z karniszami. Nauczyła się sama włazić na sofy i fotele, często przemieszczając się z jednego na drugi po oparciach. A wieczorem odmawiała szybkiej toalety pod prysznicem, gdyż prawdziwe damy biorą kąpiele w misce / brodziku pełnym wody albo wcale. Spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że często było to wcale. Dzień Dziecka rozpoczęła Fruzia już w maju.

Jadła wszystko, co jej zaoferowano. A ponieważ najczęściej oferowano jej bomby cukrowe, już na zawsze pierwsze polskie wakacje Fruzi będą kojarzyły mi się z ciastkami i herbatnikami. Przegryzała je kiszonymi ogórkami, prawdopodobnie dla złamania smaku, jak na wytrawną smakoszkę przystało. Miłość do kiszonych, zarejestrowana już w Krainie Deszczu, u źródeł weszła w fazę krytyczną - wystarczyło, że na stół wjeżdżały ogórki, a wszelkie mięsa, pieczywo i inne frykasy przestawały się liczyć. Awantur o kiszone było kilka. Matka: - Fruziu, nie wypada w gościnie zjadać całego talerza ogórków! Pomyśl o innych. Fruzia: - Aaaaaa! Mamamamama! Uradowni gospodarze: - A niech je na zdrowie! Bach. Kolejny kiszony we władaniu Fruzi. Bardzo to pomocne było. Bardzo. Bo o ile Fruzi organizm zbuntował się tylko raz, to wciąż nie wiem, czy sfermentowane warzywa szczelnie wypełniające żołądek piętnastomiesięczniaka to przepis na długowieczność czy może raczej wizytę na izbie przyjęć. Tak czy owak, przez dziesięć dni w żyłach Fruzi płynął kwas ogórkowy podlewany cukrem. A ja zamykałam oczy i obiecywałam (pochodna od słowa 'grozić'), że jeszcze kilka dni i kończymy z tym szaleństwem.
- Wszyscy przechodzimy na dietę - uciszaliśmy publicznie swoje sumienia.
- Wy sobie przechodźcie, a dziecku dajcie spokój - korygowała Mamuśka, wręczając Fruzi kolejne ciasteczko, a na boku układając coraz większy kopczyk herbatników, który miał wrócić z nami do Krainy Deszczu. Dzięki czemu aktualnie nie domykają mi się szafki w kuchni.

Siódmego dnia nastąpił kryzys, ale na Boga, nawet On musiał odpocząć po sześciu dniach pełnych wrażeń. Wszak tworzenie (z) chaosu to ciężka praca. Wąż podkusił nas wówczas do pozostawienia śpiącej Fruzi pod opieką Dziadków. Kiedy Fruzia się obudziła (a ja dość spokojnie sączyłam Bodkową nalewkę), najpierw rozejrzała się uważnie po Rodzinnym Domu Matki, następnie pozwoliła Babci Mamuśce oprowadzić się po mieszkaniu, a kiedy do małej głowy dotarło, że metraż się skończył, a rodziców brak, uruchomiło dziecię najlepszą wersję syreny alarmowej, na jaką tylko było ją stać. Trzy minuty po telefonie Mamuśki byłam w domu. (Zadziwiające, że zawsze po Bodkowych nalewkach muszę biec. A to w szpilkach po piszczącego psa, a to w klapkach po płaczące dziecko. Następnym razem idę w tenisówkach.) Fruzia czekała już na balkonie. Na mój widok płakała i śmiała się jednocześnie. Mamuśka razem z nią. Ja byłam spocona jak mysz. Od pobudki Fruzi minęło zaledwie piętnaście minut.

Nie wiem, co się dzieje w głowie tak małego dziecka. Części można się domyślać, a trochę pokusić o zgadywanie. Kilkadziesiąt nowych twarzy, nowe miejsca, brak jakiejkolwiek rutyny, nowe, nowe, nowe. Tamto życie być może nie ma tu nic do rzeczy. A może jednak ma. Jakkolwiek by nie było, od tamtego momentu faza na 'mamamama' w zasięgu wzroku spotęgowała się do kwadratu i trwa jeszcze teraz, kilka dni po powrocie do domu. Powolutku, krok po kroku, zapewniamy Fruzię, że mama jest i nigdzie się bez niej nie wybiera. Może młoda nie zauważy, że jutro idę do pracy.

Drugą część pielgrzymki staraliśmy się więc odbyć na zwolnionych obrotach, odwołując dwa spotkania, choć doprawdy trudno nazwać zwolnionymi obrotami imprezę na trzydzieści osób. Ale to już temat na kolejną opowieść...

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Cudnie spędziliście urlop :) Tak się zastanawiałam jak Fruzia zniosła lot. Ale widzę ze jesteście bardzo dobrze zorganizowani. Mariusz się zawsze ze mnie śmieje ze nawet jak na dzialke do rodziców jedziemy (1,5 kg) to zabieram trzy zmiany pamperow, ubranko, ubranko jakby się zimno zrobiło, picie, jedzenie itp. Jednak nie jestem sama w tym szaleństwie ;) U Dziadków zawsze są słodycze i od tego nie ma wyjątku, gdziekolwiek się zbunkrujemy to zaraz dziewczyny są karmione cukierkami, ciastkami, ciastami, lodami i wszystkich co w tygodniu jest pod wydział. Taka chyba słabość dziadkow, a Fruzię widzą rzadko wiec musisz dać im ja rozpieszczac :) Przy powrocie nie musieliście nadbagazu wykupić? :D
    Kasia w tym czasie nabawiła się guza, sińca na policzku i masy innych ma nogach o zdarciach i otarciach nie wspomnę. Następnym razem (no którymś tam) zapraszam do nas, poznasz moje dziewczyny a Fruzia gwarantuje, że będzie miała co robić :) Nocleg oferuje jakby co :)
    PS. Nie wiem czy się odnosić do tego co napisałaś o Fruzi i starym życiu. Nie wiem bo złość czuje jak pomyślę ze być może Ona tam biedulka siedziała sama i plakala. Dobrze ze ma Was a Wy Ja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być 1,5 km. Tasiemiec mi wyszedł - sorki ;)

      Usuń
    2. No w drugą stronę polecieliśmy z jedną dwudziestą tego, co się nagromadziło podczas zakupowych szaleństw (no i Fruzia! dostała tyle prezentów, że rozważaliśmy lot czarterowy tylko dla jej bagażu!), reszta poszła paczką:-)
      Och, w jeden z następnych razów wakacyjnych chętnie wpiszemy Was w nasz grafik, byłoby super!:-))) :-*

      Usuń
  2. Zamilowanie Fruzi do kiszonek przypomnialo mi historie z mojego wlasnego dziecinstwa, ktora znam tylko z opowiadan, bo bylam wtedy dokladnie w wieku Fruzi. Pojechalismy do rodzicow ojca na wies, gdzie babcia suszyla na sloncu sliwki, przepolowione, wypestkowane, lezaly na blaszce do pieczenia chleba tudziez innych wypiekow i sie suszyly na sloncu jak Bozia przykazala. Oczywiscie do czasu kiedy ja sie pojawilam i rodzice uznali, ze nalezy gdzies te blache z fermentujacymi sliwkami schowac, co bym sie nie nazarla. No i babcia schowala, do pokoju goscinnego, w ktorym nawiasem mowiac nikt nigdy nie goscil (moze gdyby papiez przybyl to by go ten zaszczyt spotkal, ale nie przybyl). Pokoj zawieral lozko z piernatami pierzyn i poduszek odzianych w haftowane i falbankowane poszewki wszytko wykrochmalone i wyprasowane na deske :) Nad lozkiem wisial ogromny obraz Matki Boskiej Czestochowskiej, obok stala komoda i dwa krzesla.
    Nie pytajcie po co babcia wsadzila te blache ze sliwkami pod lozko, chyba tylko po to zeby nie psula wizerunku swiatyni, jak moj ojciec nazywal ten pokoj. No i po jakims czasie sie okazalo, ze dziecko zaginelo, znaczy ja konkretnie. Brat grzecznie bawil sie w przydomowej piaskownicy, a po mnie ani sladu. Zaczely sie goraczkowe poszukiwania, zataczajace co raz wieksze kregi. Juz cala wies szukala dziecka, zagladajac do okolicznych cembrowanych studzienek na polach i lakach. Moja matka oczywiscie odchodzila od zmyslow z rozpaczy a babcia poszla do pokoju (swiatyni) modlic sie do Matki Boskiej o pomoc, bo juz biedna nie wiedziala co robic.
    Babcine modly doczekaly sie rychlej odpowiedzi w postaci jeku wydobywajacego sie z pod lozka. Babcia zagladnela i wyciagnela mnie, obzarta do granic przytomnosci sliwkami. Przygoda zakonczyla sie na gminnym pogotowiu, a potem w szpitalu gdzie lekarz zafundowal mi plukanie zoladka, zeby ochronic przed zatruciem. Ponoc brzuch mialam jak balon od tych fermentujacych sliwek.
    Dzieci sa nieobliczalne... macie szczescie, ze Fruzia nie zafundowala Wam powazniejszych rozrywek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mała Stardust już od najmłodszych lat siała ferment i zamieszanie! Ha ha ha! Bardzo pasuje mi ta historia do Ciebie:-) A tak serio, to mimo że pilnowaliśmy Fruziaka, żeby nie zeżarła za dużo tych ogórków, to trochę jednak mi się niemrawo zrobiło, jak pomyślałam o tym, że jeden ogórek więcej mógł nam wszystkim zaserwować takie wrażenia jak Twoje :-/
      (Ale historia opowiadana już po latach jest przednia. Szczególnie ten moment, kiedy babcia wyciąga Cię jęczącą spod łóżka;-))

      Usuń
  3. Kryzys dopiero siódmego dnia ? No, no , gratulacje - u nas zwykle ma miejsce już kilka godzin po przyjeździe w nowe miejsce - kiedy okazuje się, że zamierzamy zostać na noc. A kiszone ogórki - Bąbel nawet nie tknie niczego, co choć troszeczkę przypomina warzywo :/ Szkoda, bo ja z kolei mogłabym je jeść non stop - ale niestety na wspólne ogórkowe uczty nie ma u nas szans ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieciom tak się czasem wszystko zmienia, że być może kiedyś to Bąbel przebije Fruzię w jedzeniu warzyw;-) Kiedyś miałam w przedszkolu małego delikwenta, który nie tykał owoców. W żadnej formie. Wyczuwał je na kilometr i nie udawało nam się przemycić nawet kawałeczka jabłka czy truskawki utopionej w jogurcie:-) A potem podrósł i fobia przeszła jak ręką odjął:-) Dzieci sa dziwne, co?

      Usuń
  4. Pacze i paczę ;-D i widzę, że problemów z jedzeniem to Ona nie ma najmniejszych :-D to chyba ten rocznik bo moja Gwiazda jest taka sama jadłaby wszystko byle jeść i mieć pełen brzusio. A jak kiedys jechaliśmy do mojej mamy to sąsiadka zapytała czy się wyprowadzamy ;-) bo ja biore zawsze coś na wszelki wypadek;-). Och Litermatko zapraszamy kiedyś do nas dziewczyny by się poznały
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, koniecznie! Tak sobie nawet myślę, że w przyszłym roku musi mi się udać to, o czym od jakiegoś czasu myślę, tzn. weekendowy wypad do Polski pod kątem spotkania się z blogowymi friendsami:-) Bo jak znam życie, to przy okazji wypadu rodzinnego to się nie uda, nasza rodzina jest zbyt zachłanna i zaborcza;-) Trzymaj mnie za słowo, będzie mi łatwiej się zorganizować:-)))

      Usuń