Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (4): To wszystko, za czym tęskniliśmy

piątek, czerwca 10, 2016

- Kochanie, to jak? Poćwiczymy chodzenie? - zachęciła Fruzię Druga Babcia, mrugając do nas szelmowsko.
- Powodzenia, mamo - zaśmiał się Mąż Mój.
Fruzia dała się postawić do pionu, złapała Babcine dłonie i z radosnym piskiem ruszyła do przodu. Widok to był pocieszny. Fruzia szła na miękkich jak jajko nogach, zamaszyście machała do przodu kończynami, zanim postawiła stopy na ziemi, po czym po kilku krokach po prostu opadła na kolana, dając znać, że już dość tej zabawy i ona szybciej dotrze do końca korytarza na czterech.
- Ślicznie, kochanie - pochwaliła Babcia. - Zobaczysz, jeszcze chwilka i zaczniesz chodzić.
Jeszcze chwilka ma u nas miejsce mniej więcej od marca. Babcie prześcigają się w proroctwach w kwestii kiedy dokładnie, a podczas naszej wizyty w Polandii Druga Babcia oznajmiła przekonująco, że wielki dzień nastąpi jutro albo pojutrze, tak więc najnowsze osiągnięcie wnuczki wypadnie w połówce wakacji należącej do nich.
- A wtedy wszyscy już będą pamiętać, że zaczęłaś chodzić u nas! - oświadczyła triumfalnie i aż się zaniosła astmatycznym kaszlem ze śmiechu.

Brakowało nam tego. Tych ich wyścigów w tym, kto pierwszy widział na żywo jak Fruzia je / śmieje się / włazi na kanapę / raczkuje. Tych wyliczeń Ojca Dyrektora, że w Rodzinnym Town Inżyniera spędziliśmy 3 godziny i 42 minuty więcej niż z nimi i pytań, jak zamierzamy im to wynagrodzić. Tych ich tajemnych konsultacji za naszymi plecami, po których oświadczają całą czwórką, że "w ramach prezentu bez okazji mamy dla was, kochane dzieci, propozycję..." Fajni są. Wkurzają nas czasem, nie myślcie sobie (- A dlaczego wy w ogóle nie dzwonicie? - pyta któraś z Mam zaniepokojonym głosem. Bo 48 godzin bez informacji, co słychać u Fruzi to doprawdy rażące zaniedbanie!), czasem ktoś się z kimś pokłoci, ale szybko zakopujemy wojenne topory, bo szkoda nam czasu na mało znaczące afery. Lepiej nam w gwarnych i zaprawionych dobrym jadłem klimatach.

- Mamo, a co będzie, jak twój wspaniały plan się jednak nie powiedzie? - zapytałam. - Nie żebym wątpiła, ale... - wskazałam palcem na rozchachane dziecko, raczkujące po pokoju jak perszing.
Przez chwilę zastanawiałam się, po co ona właściwie ma się uczyć chodzić. Przecież i tak dociera tam, dokąd chce. I przypomniało mi się, że Mamuśka też przecież miała kiedyś swój własny plan.
- Nie szkodzi - Druga Mama najwyraźniej miała przygotowany awaryjny scenariusz. - Gdziekolwiek zacznie chodzić, to będzie nasz wspólny sukces, bo tutaj Fruzia dostaje solidne fundamenty pod chodzenie. Tak czy owak, mam już w tym swoje zasługi.

Jakie to proste!

- Właściwie najlepiej byłoby, gdyby zaczęła chodzić dokładnie w połowie drogi pomiędzy naszymi Towns - zamyślił się Inżynier. - W samochodzie na przykład.
- Albo jeszcze lepiej w samolocie - dodałam. - Pomiędzy wszystkimi domami i obiema ojczyznami.
Fruzia spojrzała na nas z pobłażaniem i głęboko westchnęła.

***

Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, kiedy spędziliśmy ostatnią noc na Ranczo. Plączą mi się Sylwestry i procentowe spotkania z Tamtej Ery, ale wiem na pewno, że było to dawno, dawno temu, za siedmioma lasami i siedmioma górami. Po drodze zawsze było krótko, w przelocie, jesteśmy i już nas nie ma. W tym roku był to więc dla nas priorytet. Noc na Ranczo. After party po chrzcinach. I nawet wyraźnie pogarszające się przeziębienie Fruzi nie mogło nas powstrzymać. (Źli, źli rodzice!) Ostatecznie po krótkiej dyskusji jechać czy nie kolektywnie doszliśmy do jakże słusznego wniosku, że dla kaszlu to wszystko jedno, czy będzie spał z Fruzią u Dziadków czy u wujostwa. A dla samej Fruzi oznaczało to jedynie więcej zabawy ze swoim kuzynostwem.

Ach, jak mi tego brakowało!

Tych nocnych Polaków rozmów, złotych myśli cytowanych później przez kolejne spotkania, upadków z tarasu, ławek i łóżek! Poranki na Ranczo też od zawsze były niezapomniane. Człowiek potykał się o czyjeś porozrzucane na podłodze nogi, ktoś wylewał schowany gdzieś pod kanapą złocisty napój bogów, Wielka Bratowa serwowała kawę i herbatę na oprzytomnienie i wszyscy razem składaliśmy do kupy wspomnienia z minionej nocy. Niezależnie od tego, w jakim momencie życia się znajdowaliśmy, jaki kolor włosów rzucony był na głowę, Ranczo leczyło nas z wszystkich trosk. Przynajmniej na tych kilkanaście wspólnie spędzonych godzin.

Jedną Fruzię, kilka zmarszczek pod oczami i parę siwych włosów później (nie u mnie, of kors!) Ranczo wciąż ma tę samą siłę rażenia.

Przyjaciel Domu, na przykład, nie zmienił się nic a nic, a historie z nim w roli głównej nadal kwitną. Na przykład ta, w której Przyjaciel pomylił plecaki i zamiast do swojego, wrzucił ćwiartkę wódki do szkolnej torby Diabła, swojego chrześniaka. Ten odkrył nadprogramowy pakunek w czasie lekcji, zadzwonił do rodzicielki i konspiracyjnym szeptem poinformował, że ma wódkę między książkami! Trzecia klasa podstawówki, szanowni państwo. Albo ta z kurtką. Przyjaciel Domu obudził się we własnym lokalu po jednym ze spotkań na Ranczo, ubrał się, po czym chcąc wyjść z domu narzucił na grzbiet kurtkę. A raczej próbował narzucić, gdyż z przerażeniem odkrył, że ta jakoś mu się skurczyła. Po uważnych oględzinach zorientował się, że do domu wrócił z płaszczem Gwiazdy. Dla jasności - Przyjaciel Domu to okolice trzycyfrowej wagi, zaś Gwiazda jest chuda jak patyk.

Ale i reszta towarzystwa niby zmieniona, a jednak taka sama. Wielki Brat i Bratowa uraczyli nas cudownymi opowieściami z krypty - on z ambulansu, ona bezpośrednio ze szpitala. W nowej roli opiekunki seniorów po raz pierwszy mogłam dorzucić do nich swoje pięć groszy, kiedy anegdoty zaczęły kręcić się wokół odleżyn, wypadków i nieboszczyków. Na Ranczo te historie, spowite ciemnością nocy na tarasie, brzmią trochę jak soczyście angielski humor, a trochę jak epizody z ID channel, w których tak lubuje się Mamuśka. Dzielnie zniosłam opowieść o starszej kobiecie, której pękł żylak i choć ta próbowała się ratować, podwiązując sobie nogę powyżej kolana, niestety zmarła. Kiedy drużyna Wielkiego Brata dotarła do jej mieszkania, krew była wszędzie. Na ścianach, meblach i na podłodze. Na tej ostatniej w formie powodzi.
- Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem, sister, a widziałem już w życiu sporo - opowiadał przejęty Brat. - Brodziliśmy we krwi po kostki, a dźwięk tego chlupotania wciąż dzwoni mi w uszach.
Wymiękłam dopiero przy opowieści o wypadku, w którym zginęło roczne bobo. (I ani słowa więcej. Chcę o tym zapomnieć.)

Na otrząśnięcie się z mrocznych klimatów Wielki Brat rzucił:
- A jak to się właściwie stało, że ty i Inżynier postanowiliście się spotkać?
Pytanie, którego starym małżeństwom takim jak my nikt już nie zadaje, bo albo na nikim nie robi już wrażenia nasza internetowa historia, albo niektórzy wciąż się zastanawiają, która z przedstawionych przez nas wersji jest prawdziwa.
- Bo to było tak... - zaczął entuzjastycznie Mąż Mój.
Po pięciu minutach postanowiłam delikatnie przywołać monologującego do porządku.
- Ale do sedna, Mężu - trąciłam go łokciem.
Po dziesięciu minutach Wielki Brat pokładał się ze śmiechu.
- Szwagier, ale nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
- No przecież odpowiadam właśnie! - oburzył się Inżynier, łykając na ochłodę złocisty napój bogów. - Tylko najpierw musisz poznać cały kontekst!
Po piętnastu minutach chciałam trącić go łokciem tak trochę mocniej, żeby naprawdę zaczął dobijać do brzegu, kiedy raptem z dzikiego chichotu wyrwało mnie oświadczenie Męża Mego Romantycznego:
- Ee tam, co ty gadasz, jaka rutyna, JA KOCHAM MOJĄ ŻONĘ TAK SAMO JAK WTEDY, KIEDY SIĘ W NIEJ ZAKOCHAŁEM!

Co prawda trzy minuty później Inżynier spał snem niewinnego niemowlęcia, a rano kompletnie nic nie pamiętał ze swoich wywodów, ale nie szkodzi. Pod wpływem człowiek robi się szczery. A poza tym mam świadków.

Chociaż Wielki Brat też może nie pamiętać, bo on akurat wpadł w trans wspomnień z przeszłości. O drugiej nad ranem odgrzebał swoje tajne archiwum ze zdjęciami sprzed stu lat, których naprawdę, przysięgam!, nikt nie powinien oglądać (i to nie tylko ze względu na mój tleniony blond), po czym przyjrzał mi się uważnie i stwierdził zupełnie nieadekwatnie do tego, co przedstawiały fotografie:
- Ty, sister, w ogóle nic się nie zmieniasz!
A potem jeszcze spojrzał na moje ręce okiem ratownika i po chwili zadumy wypalił:
- I powiem ci, że żyły to masz dobre do wkłuwania!

Jak dla mnie - komplement stulecia.

(Rano było jak zawsze. Ktoś spał na podłodze, ktoś coś wylał, a mrówki zeżarły resztę tortów Diabła i Fruzi. Fruzia obudziła się chora, choć gotowa była do dalszej imprezy, więc Bratowa, zamiast rozdzielać kawę i herbatę, przydzieliła nam maść rozgrzewającą, syrop oraz nakaz udania się do lekarza. Co też uczyniliśmy. Fruzia was not impressed at all.)

***

Dziewczyny. Moja ostoja w tym dziwnym świecie, w którym znajomi z facebooka nie rozpoznają cię na ulicy. Nie widziałam Kocura od piętnastu miesięcy, Warszawianki od dwudziestu jeden. Miniony rok był trudny dla naszej trójki, ale też uzdrawiający. Trójka ma moc, bo kiedy znów się zobaczyłyśmy...
- ... jest tak, jakbyśmy widziały się wczoraj! - zdumiała się Kot.
Za każdym razem to mówi.

A ja za każdym razem coraz mocniej wierzę, że zestarzejemy się w tym układzie.

Cudownie było zobaczyć ich bawiących się razem po raz pierwszy. Fruzia i Klusek. Piętnastomiesięczniak i czteroipółlatek. Ponad cztery lata temu ekscytowałam się na myśl o moim duchowym siostrzeńcu, takim maleńkim, ale za to z wielkimi oczami swojej mamy, głęboko wierząc, że zaraz dołączę do grona dzieciatych. I choć życie jak zwykle zakręciło nasze ścieżki w sposób, którego nikt nie przewidział, to w gruncie rzeczy jest dokładnie tak, jak być miało. Dołączyłam. Obie dołączyłyśmy. I wszystko jest na swoim miejscu.

Kocur, czy ty też miewasz chwile niedowierzania, że my naprawdę mamy dzieci??!

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Zaintrygowałaś mnie tym internetowym poznaniem czy inna prawdziwa bądź nie historia :) Każdy z nas musi mieć swoją przystań, takie miejsce gdzie czy będziemy mieli czarne czy różowe włosy, czy będziemy wazyli 45 czy 145 kg czy zestarzejemy się w ciągu pięciu minut możemy wrócić. Tam gdzie zawsze ktoś na nas czeka, gdzie można zostać z zapowiedzią czy bez. Trzeba mieć takie miejsce na ziemi. U Was to Ranczo, u mnie do niedawna był to dom Babci teraz bardziej dom mamy.
    Fajnie ze masz dwie ale stare i sprawdzone przyjaciółki. Niestety moje nie wytrzymały "odległości" - raptem 24 km (daleko co?). Szkoda mi tym bardziej, że tu nie ma nikogo chociaż w podobnym wieku do mnie. Wiem, że może mam męża ale to nie to samo, wolałabym kogoś kto myślał by podobnie do mnie :) No nic nie ma co marudzić :) Fruzia zacznie chodzic jak będzie gotowa, przyjdzie i na nią czas.
    A słyszałaś kiedyś "licytacje" dziadkow o swoje wnuczęta? A moje to miało 9 mies jak chodziło, a moja jak miala 9 mies to juz mówiła itp. Czasem słyszę jak gdzieś jestem w sklepie czy na rynku, zawsze mnie to bawi. Jednak nie ma miłości równej miłości dziadkow do wnuczkow :)
    Kochana ja mam dwójkę a czasem patrze na nie i nie wierzę, że one tu są... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różne wersje naszego pierwszego spotkania, które długo sprzedawaliśmy znajomym to m.in. - przywaliłam w jego samochód, parkując auto, a on zaprosił mnie na kawę / ktoś polecił mu mnie jako tłumaczkę / upiliśmy się na imprezie i skończyliśmy w hotelu itp. Żadna z powyższych wersji nie jest prawdziwa, ale mieliśmy sporo zabawy, widząc jak znajomi główkują. Rzeczywistość była dużo prostsza:-)

      Ranczo to też dom naszej Babci, moja Mamuśka go odziedziczyła, a teraz dzieczyczy Wielki Brat. Miejmy nadzieję, że później trafi w ręce jednego z jego dzieci i wciąż ktoś będzie chciał tam wracać:-)
      Tak, bardzo dbamy o tę naszą przyjaźń, bo w dorosłym życiu już niełatwo znaleźć takich naprawdę oddanych przyjaciół. Chociaż nie jest to niemożliwe, więc nie znasz dnia ani godziny;-)

      Fruzia... zaczęła chodzić! Ale pssst! Nie mówi nikomu!;-)

      Usuń
    2. Aaaa super, brawo dla Fruziaka!!! :) Nasze spotkanie tez było banalne (poznaliśmy się na ognisku, ponieważ mamy wspólnych znajomych) wiec szkoda, że nie wymyśliłam czegoś z dreszczykiem ;)

      Usuń