O zrujnowanej karierze

czwartek, czerwca 23, 2016

Trochę zrobiło mi się nieswojo, kiedy pewnego wieczoru stojąc na korytarzu i grzebiąc w papierkologii, usłyszałam jak Paula rozmawia z kimś w swoim pokoju. Wiedziałam, że jest w nim sama, bo przed chwilą u niej byłam; wiedziałam też, że ludziom z demencją wiele rzeczy się wydaje, a jednak dziwnie było słuchać tuż na progu nocy jak Paula poucza swojego nieobecnego synka, że ten nie może dostać kawy, bo jest za mały.
- Ile lat mają twoje dzieci? - zapytałam ją kilka minut później.
- 7, 8 i 10 - usłyszałam.
Imion nie była w stanie sobie przypomnieć. Nie wspominając o tym, że cała trójka jest tak naprawdę dorosła i ma swoje rodziny.

Może to i dobrze, pomyślałam na otrząśnięcie się z gęsiej skórki. Może w takim stanie człowiekowi jest łatwiej, kiedy cofnie się duchem do swojej młodości.

Ale to tyle w temacie duchów w moim wydaniu.

W dzieciństwie wszystko psułam, bo nigdy nie chciałam ich wywoływać. Uciekałam na samo wspomnienie tej jakże wyrafinowanej zabawy, a potem nie mogłam spać przez trzy noce z rzędu, nikomu nie przyznając się, jakie wewnętrzne męczarnie przeżywam na myśl o latających stolikach i wiadomościach z zaświatów. Nigdy mi w zasadzie nie przeszło. Do dziś się boję. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa. Podczas samotnych nocy we własnym domu każdy najmniejszy szmer niewiadomego pochodzenia podrywa mnie na równe nogi, śpię przy włączonej lampce i choć wraz z dorosłością przyszło niejakie opamiętanie i umiejętność przywołania zdrowego rozsądku w sytuacjach kryzysowych, to i tak uważam się za tchórza wszechczasów. Nie cierpię horrorów, thrillerów ani niczego, co zaburza mój spokój - nomen omen - ducha. I pewnie dlatego tak bardzo pokochałam realizm magiczny Marqueza i Allende. Kiedy pierwszy raz przeczytałam "Sto lat samotności", potwornie zazdrościłam klanowi Buendiów symbiozy z duchami, tej akceptacji dwóch form życia, przenikania się świata materialnego i duchowego, a przede wszystkim zazdrościłam im braku lęku. Tak jakby obcowanie z duszami zmarłych było najnaturalniejszą sprawą pod słońcem. Ja? Mieszkanie w nawiedzonym domu byłoby dla mnie jednoznaczne ze zgodą na własny zawał serca i natychmiastowe przejście na drugą stronę mocy.

A tymczasem, jeśli wierzyć Belgijce i Filipince, już trzeci miesiąc pracuję w wylęgarni duchów. I do tego w nocy. Musiałam doszczętnie zwariować od tego całego macierzyństwa.

To była moja pierwsza zmiana z Filipinką. Dotąd pracowałyśmy na różnych piętrach, ona w dzień, ja po zachodzie słońca. Kiedy wreszcie spotkałyśmy się na moim paliatywno-rehabilitacyjnym, grubo po północy Filipinka zaczęła zachowywać się dziwnie. Nawet do toalety ciągnęła ze sobą Belgijkę.
- Boję się iść sama tam - powiedziała, znacząco zniżając głos, kiedy napotkała moje pytające spojrzenie.
Intuicja podpowiedziała mi, żeby czym prędzej ewakuować się z grząskiego tematu.
- Okey, cokolwiek to jest, nie opowiadaj mi - poprosiłam. - Jestem największym chickenem tej planety.
- Nie powiem - szepnęła Filipinka teatralnie. - Zresztą nie powinnam. I tak zbyt dużo ludzi już wie.
Ciary przeszły mi po plecach, ale nie drążyłam tematu i postanowiłam skierować myśli ku zdecydowanie żywszym kolorom.
Filipinka, wbrew temu, co powiedziała trzy minuty wcześniej, nie potrafiła jednak utrzymać języka za zębami. Chcąc nie chcąc, dowiedziałam się.
- Stała w progu tamtej sypialni. Głowa spuszczona, stopy równo przy sobie. Duch małej dziewczynki. To było między trzecią a piątą rano. Podobno kilka osób ją widziało. Od tamtej pory nie chodzę nocą po tym korytarzu sama.

Zaprawdę powiadam Wam, nie ma nic bardziej otrzeźwiającego z nocnej senności niż kilka takich zdań!

- Po jaką cholerę ty mi to mówisz? - niemal się rozpłakałam. - Przecież cię prosiłam!

Filipinka o oczach wiedźmy roześmiała się gdzieś tak z samego dna brzucha. To tylko potwierdziło moją tezę, że ludzie uwielbiają straszyć innych. Bo niby dlaczego kobiety lubują się w opowiadaniu potwornych historii z porodów swoim ciężarnym koleżankom??

- Błagam, powiedz mi, czy ten dom jest nawiedzony? - zapytałam na wpół komicznie, na wpół dramatycznie Belgijkę.
Liczyłam na to, że spojrzy pobłażliwie na tę pierwszą i postuka sie w czoło, po czym powie mi, że tamta mnie wkręca, ale się przeliczyłam.
- Krążą tu różne opowieści - powiedziała po chwili namysłu. - Ale każdy dom opieki jest nawiedzony. Tu przecież umieraja ludzie, dusze odchodzą, wracają... To jest część życia. Mieszkańcy widzą też różne rzeczy, wiesz, w ich stanie oni są jedną nogą po tamtej stronie. I to prawda, najczęściej mówią nam, że widzą bawiące się dzieci. Dla nas to znak, że niebawem ktoś umrze.

Aaaaa! (Skuliłam się w sobie.)

Następnej nocy ledwie dotrwałam do rana, zastanawiając się, jakim cudem mam teraz ujarzmić galopującą wyobraźnię, błądząc pustymi korytarzami Błękitnej po północy. Dotąd udawało mi się zachować trzeźwość umysłu i odgonić pojawiające się od czasu do czasu fantastyczne wizje. Ale teraz?

W kolejnej aplikacji o pracę w rubryce "reason for leaving the last job" zamierzam wpisać "spiritual". Zważywszy, że od następnego razu mam w planach strzelać sobie dla kurażu dwie setki przed pójściem do Przystani, będzie tworzyło to spójną i wiarygodną całość.

You Might Also Like

13 komentarze

  1. O kurcze, ale mi ciary przeszły...Chyba już bym się rozglądała za jakimś innym miejscem - bo jeśli jest na świecie jakiś większy chicken od Ciebie, to właśnie ja nim jestem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przybij piątkę, chickenie!! W towarzystwie zdecydowanie mi raźnie!:-)

      Usuń
  2. Ochoczo wstępuję w szeregi trzęsiportków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest nas więcej! Co ja bym dała, żeby z Wami pracować!:-)

      Usuń
  3. Ojtam, ojtam! Czosnek do kanapek, osikowy kolek do mieszania herbaty i rozpylacz z woda swiecona i po sprawie!

    A jesli nie, to pozostaje zawezwac Ghostbusters! :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Kaczko, naprawdę sądzisz, że ja tego wszystkiego jeszcze nie poczyniłam? Poszłam nawet o krok dalej, zgodnie z radą Filipinki, i pozatykałam sobie wszystkie otwory w ciele (sic!) tamponami, coby żaden demon mnie nie nawiedził. Inżynier jest tak zajęty piekarnią, że nic nie zauważył, jedynie Fruzia i Rudolf mają nowe zajęcie, usiłując mnie odetkać, ale niska to cena za poczucie bezpieczeństwa.

      Oraz wybacz, moja droga, ale coś mi mówi, że Twój analityczny umysł nie ogarnia powagi sytuacji! Kaczko, doprawdy, beztroską istotą jesteś!

      Usuń
    2. Fakt! Ja zawsze taka pragmatyczna. Widze ducha to mu mowie 'tylko mi pan tu ektoplazma nie upapraj podlogi'. Nic szacunku, NIC!
      Ale WSZYSTKIE otwory tamponami?
      Gebowy to jednak lepiej czekolada chyba? (Znow wyrywa mi sie z piersi pragmatyzm.)

      Usuń
  4. Ja tez nie oglądam horrorów, bo jak kiedyś dawno temu jeden obejrzałam to nadal mam wrażenie ze w nocy z sufitu wyjdzie mi czarna plama a z niej upiorna dziewczynka ;) U nas dziś tropiki, u Kasi chodzi klimatyzator, a w basenie nagrzewa woda, jeszcze drink z palemką i jak w Chorwacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczyno, jesteś gorsza niż te horrory! U nas pada (o, pardon, aktualnie jest słońce od czterech i pół minuty) od tygodnia, a Ty mi tu z klimatyzatorem i palemką! Litości nie masz!
      PS. A ta czarna plama... Sprawdziłam wieczorem przed pójściem spać, czy sufit mamy cały;-)

      Usuń
  5. Normalnie mogę polecać moich dzieciakom z klasy - mam grupkę wielbicieli horrorów! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci to doprawdy dziwne stworzenia... ;-)

      Usuń
  6. Jakbyś szukała schronienia w przypadku początku palpitacji - polecam pelerynę własną. Uwielbiam takie historie. Uwielbiam się bać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak można?? Uwielbiać się bać!? ;-)

      Usuń