O tym, że tylko zmiana

niedziela, czerwca 19, 2016

Powietrze jest duszne i ciężkie. Wentylatory rozstawione wzdłuż głównego korytarza buczą jak oszalałe, ale nawet one nie są w stanie rozrzedzić gęstej atmosfery, w której brodzimy. Dopiero weszłam do Błękitnej, ale zanim dojdę do pokoju pielęgniarek, znów poczuję ten charakterystyczny zapach końca dnia, tej mieszaniny kawy z mlekiem, nadchodzącego snu, wieczornej toalety i zmienianej pościeli. Mam wrażenie, że tych trzech tygodni nigdy nie było, a ja wędrowałam po Błękitnej zaledwie wczoraj. Przekazanie zmiany jak zdarta płyta, wciąż te same informacje, lekkie przetasowania w tym, kogo dotyczą, ale to ciągle to samo zamknięte koło ludzi przykutych do łóżek. Podczas obchodu kilka zdziwionych twarzy na moje wspomnienie o urlopie, naprawdę aż tyle czasu cię nie było, bloody hell, a wydawało mi się, że cię tu widziałem chwilę temu. Wcieram maść w te same nogi tej samej rekonwalescentki po złamaniu, tak samo boli i uważaj, proszę, ałaaaa! Dziwne uczucie przyprawiające o gęsią skórkę. Podaję napoje. Nie potrzebuję już notesu. Wiem, że John wypije kawę i będzie narzekał, że za gorąca, Katie niemal na jednym oddechu opróżni swój kubek z herbatą, koniecznie z cukrem, a Ta z Krainy Czarów poprosi o filiżankę. Właściwie nie musi prosić, pamiętam. Co cztery godziny będziemy wchodzić do pokojów i przekładać na drugi bok tych z długiej listy antyodleżynowej. Będziemy przepraszać za gwałtowne wybudzenie, włączone światło i za to, że zimno, gorąco, niewygodnie. Będziemy poprawiać pościel, śmiać się z żartownisiami, pocieszać strapionych, zaznaczać w formularzach, kto nie pozwolił nam zbliżyć się do siebie.

Przez dwa miesiące mojej pracy w Przystani tyle się wydarzyło w naszym życiu. Fruzia wyrosła ze wszystkich bodziaków. Zaczęła sama myć zęby. Myć, a nie tylko gryźć szczoteczkę. Polecieliśmy do ojczyzny. Podopinaliśmy na ostatni guzik mnóstwo spraw związanych z własną działalnością. Podcięłam grzywkę. Odrosła. Ufarbowałam włosy. Mam odrosty. Rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Złapaliśmy trochę słońca. Kilka razy zmokliśmy. Dwa razy bałam się, że będzie prawdziwa burza.

W Błękitnej czas jakby się zatrzymał. Oplótł pajęczyną łóżka, korytarze i pacjentów, pozwolił im zastygnąć w pozycjach, które bolą obserwującego, z grymasem cierpienia na twarzy lub z aureolą zjednoczenia z wszechświatem nad głową, którego twardo stąpający po ziemi mogą tylko im pozazdrościć. Czas zapomniał o Przystani, a może zostawił na później, omijając szerokim łukiem, jakby nie do końca miał pomysł, co z nią dalej. Co z nimi.

- Jakbym dostała w twarz - opowiadałam mu rano po powrocie z tamtej pierwszej pourlopowej nocy. - Jakbym znów zaczęła tam pracować.

Drugiego dnia idę pomóc Tej z Krainy Czarów dotrzeć do łóżka. Nie widziałam jej poprzedniego wieczoru, więc uderza mnie regres, jaki nastąpił na polu jej samodzielnego poruszania się. Udaje jej się wstać z fotela za czwartym podejściem. Dwumetrowy dystans do łazienki urasta do rangi półmaratonu z przeszkodami. Nie spuszczam Tej z Krainy Czarów z oczu. A i tak boję się, że nie zdążę, nie dam rady, i gdzie, do cholery, jest ten dzwonek?

A więc to chyba nie tak. To nieprawda, że w Błękitnej nic. Tam czasem więcej i bardziej niż w tym tak-zwanym-normalnym-życiu. I tak jak w zwykłym życiu, raz góra, a raz bolesny dół. Z tą tylko różnicą, że tam wszystko sprowadza się do pracy u podstaw. Pracy, której nie widać gołym okiem.

Fruzia uczy się chodzić, a oni tam, ci, którzy jeszcze mogą, walczą o każdy samodzielny krok. O każdy, literalnie, pokonany centymetr. Mijają minuty, zanim Tej z Krainy uda się podnieść stopę. Kolejne, zanim uda się ją przesunąć. Jedna pionizacja z fotela, dwa metry do łazienki, trzy minuty toalety, dwa metry z powrotem, pozycja horyzontalna w łóżku. Pięćdziesiąt minut. Ci, którzy nie mogą, walczą o samoobsługę na siedząco. O podniesiony własnoręcznie kubek. Nie pomagam więc, choć przecież byłoby szybciej i sprawniej. Udaję, że coś poprawiam, układam, nie chcę ponaglać świdrującym spojrzeniem. Triumf, kiedy kawa wypita, nic się nie rozlewa. Kiedy my odbywamy dziesiątki rozmów ze znajomymi i potencjalnymi klientami, kiedy czasem plączą nam się fakty, oni tam zaskakują jednym wyraźnie wypowiedzianym zdaniem, które głęboko zapada w pamięć. Po raz pierwszy zrozumiałam, co mówi Eryk. Dreszcz mnie przeszedł na dźwięk jego czystego głosu. Dotąd tylko potakiwał lub mamrotał, a tu odzywa się do mnie pełnym zdaniem, prosząc o kawę!

Wracam do domu i mówię mu, że to chyba jednak nie tak. I że jedyną stałą w życiu jest zmiana. W każdym życiu i choćby tylko w skali mikro była ta zmiana. Choćby miała oznaczać jeden centymetr triumfu.

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Walka o normalność ze świadomością przemijania i własnych ograniczeń. Jestes niesamowitym obserwatorem i potrafisz swoje obserwacje wspaniałe opisać, ubrać w słowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:-) Rzeczywiście, lubię sobie podglądać ludzi, bo człowiek to naprawdę fascynujące stworzenie.

      Usuń