Fruzia - odsłona szesnasta

wtorek, czerwca 28, 2016

Ruszyła znienacka, jak to ona. Szukałam czegoś w kuchennej szafce, opierając się jednym kolanem o podłogę, kiedy Fruzia bez ostrzeżenia odkleiła się od pralki, złapała równowagę, po czym z ogromnym bananem na twarzy zrobiła jeden krok do przodu i runęła w moje ramiona. Z wrażenia nie byłam pewna, czy to faktycznie był krok, półkrok, czy może jednak sen, więc na wszelki wypadek zanotowałam w głowie 7 czerwca jako Ten Dzień z opcją uaktualnienia oraz drżącym głosem obwieściłam zaniepokojonym Dziadkom, że oto ruszyła. (Napięcie w Polandii opadło.) Następnego dnia wiedziałam już, że to naprawdę nie halucynacje po nocnej zmianie. Fruzia z własnej woli poczyniła dwa kroki. A później trzy. (A następnie oświadczyła, że mamy się wypchać i zrobiła sobie kilka dni przerwy.) Aktualnie sama decyduje, czy pójdzie, czy też nie. Przy czym "pójście" odbywa się krokiem nowonarodzonego źrebięcia, na chwiejnych nogach, lekko ugiętych kolanach i obowiązkowo kończy się bezpiecznym osadzeniem tyłka na podłodze po przemaszerowaniu jednej trzeciej długości pokoju. W porywach do połowy, jeśli motywacja wewnętrzna błyszczy.

Najczęściej jednak szlifuje nową umiejętność na trasach pralka - szafka z mąką (1 krok), piekarnik - półka z garami (2 kroki) oraz lodówka - szafka ze przetworami (1,5 kroku). W związku z powyższym, wciąż boleśnie potykam się o rondle wywalone na podłogę, następuję bosą stopą na pozostawiony gdzieś w kąciku magnes z F jak Fruzia oraz na przemian zmiatam i odkurzam rozsypaną kaszę, cukier lub inne sypkie ustrojstwo. Zabezpieczenia do szafek od dwóch tygodni leżą na stole w salonie i czekają aż sobie o nich przypomnimy w bardziej sprzyjających im/nam okolicznościach. Jest szansa, że zdążymy przed osiemnastką Fruzi.

Uwielbia bawić się w skrzynkach na pieczywo. Najlepiej gdyby były pełne croissantów, ale puste też mogą być. Jeśli są pełne, ustawione jedna na drugiej, Fruzia tak długo kombinuje, aż przez maleńką dziurkę lub szparę uda jej się wyskubać kawałek bułki lub innej słodyczy. A jaka jest dumna, jak żuje swoją zdobycz, triumfująco i zuchwale patrząc w oczy rodzicom i bratu! Jak to dobrze, że na razie piekarnia działa weekendowo. Obawiam się, że przy całotygodniowym obrocie pieczywem Fruzia sama zamieniłaby się w pulchnego rogalika.

Bardzo dużo rozumie. Poproszona, podaje i przynosi znajome jej sprzęty, macha na do widzenia, przesyła buziaczki, rozbawiona pokazuje, gdzie pępek i cycki. Mówi. Po kosmicku jak na kosmiczne dziecko przystało, niczym Claude w "Kapuśniaczku" rolując zabawnie język i wydając z siebie serię blelelele, oraz chyba-po-polsku. (Po angielsku mówi od dawna.) A do tego dużo. Ta-to-ga-go-da-dzia--- A także koj-koj-kaj-kaj. I tak bez końca. Inżynier usłyszał coś, co miało brzmieć jak dydek, co w sumie mogłoby się zgadzać, wszak dydek to niemal jak mama. Ja najczęściej słyszę, jak młodzież bezustannie poucza Rudolfa. Ga-ga-ga i ga-ga-ga. Na tonach mocno podniesionych, piskliwych wręcz.
- Fruziu, zredukuj decybele! - prosi Inżynier.
Fruzia interpretuje tego typu przekazy po swojemu, wznosząc się na wyżyny swoich wokalnych możliwości, którymi zabija nasze dogorywające szare komórki. A wszystko przez to, że Rudolf zjadł ten kawałek chleba, którym jawnie go poczęstowała. Wyciągnęła dłoń, uśmiechnęła się zachęcająco, wpakowała sierściuchowi podwieczorek do pyska, poczekała aż ten skonsumuje... a potem wszczęła arię. Wciąż jednak kocha swojego sierściucha miłością ponadczasową i ponadgatunkową, przytulając się do psiego futra -dziesiąt razy na dobę i całując go otwartą buzią w mokry nos. A to wszystko w przerwach między awanturami, które mu urządza, czym wprawia Rudolfa w stan absolutnego osłupienia. Niech się chłopak przyzwyczaja. Nie przeżyje takiego szoku, kiedy w końcu się zakocha i odkryje złożoność kobiecej natury.

Bo Fruzia naprawdę jest typową kobietą i rzadko kiedy jest cicho. Dominują u niej stany świadczące o uwielbieniu dla życia na krawędzi. W jednej chwili rozkosznie zrywa boki ze śmiechu, pokazując dwa rządki uroczych, białych mleczaków, gada do siebie i do nas, w następnej potok rzęsistych łez moczy koszulkę, getry i obowiązkowe gołe stopy. Bywa, że dla odmiany winny jest dydek. Ten podły, złośliwy dydek, który leży na wyciągnięcie jej małej dłoni, a który nie chce wstać i przyjść do niej w podskokach. A przecież ona tak chce, żeby on przyszedł, buuuu! I patrzy na mnie, i szuka ukojenia, a matka niedobra w jakiejś cichej zmowie z dydkiem też nie rwie się do pomocy, więc pomarańczowy przyjaciel leży, Fruzia ryczy, matka tłumaczy, że wystarczy minimalny wysiłek, licząc w duchu do dziesięciu i jednocześnie tak bardzo żałując sfrustrowanego dziecięcia, a Rudolf patrzy na to przedstawienie skołowany i lekko niepewny co do tego, jakie kroki powinien podjąć wobec takiej apokalipsy. (Na wszelki wypadek wzdycha ciężko i wraca do przerwanego snu.) Zdruzgotane jawną niesprawiedliwością tego świata dziecko wreszcie się uspokaja, odnajduje drogę do dydusia, następnie do matki i można odetchnąć. Całusom i przytulańcom nie ma końca. Kolejna histeria is over. Trzy sekundy później nikt nie powiedziałby, patrząc na rozchachaną Fruzię, że ta kiedykolwiek miała w życiu jakikolwiek kryzys egzystencjalny. Patrząc na matkę, każdy by powiedział.

Oprócz Rudolfa, kocha miłością szczerą i bezgraniczną swoja różową bobaskę. Tę samą, którego dawno temu w darze dziecięciu przywieźli Dziadek Dyrektor i Babcia Mamuśka, a której to bobasce tuż przed szóstą miesięcznicą Fruzia spuściła wpierdol. Tak w ramach ustalenia, kto tu rządzi, gdyż obie dziewczyny, ta prawdziwa i ta sztuczna, były wówczas mniej więcej tego samego rozmiaru. Od tamtego czasu Tasman wystrzelił w górę i na boki, różowa nie jest już żadną konkurencją, tym bardziej, że swój blask straciła dawno temu zaliczając wielokrotne szorowanie różowym ciałem po panelach, we Fruzi obudziły się więc pierwsze instynkty macierzyńskie. I doprawdy dumna z niej jestem, widząc jak przytula swoje adoptowane dziecko, jak karmi, głaszcze po plastikowej główce i jak żąda ode mnie (głośnym wrzaskiem) owinięcia lalki w kocyk. Kilka rzeczy w tym macierzyństwie kuleje, na przykład układanie do snu (na główkę do pudełka), ale przecież żadna z nas nie jest idealna, prawda?

Wieczorna rutyna kąpiel-buziak-papa-łóżeczko już dawno temu poszła się paść na łące. Nie udało nam się uzyskać stuprocentowej pewności, czy to wina wspólnych eskapad do Sąsiedniej Wioski w ramach podrzucenia matki do pracy, popielgrzymkowego rozstrojenia Fruzi, czy też może Euro 2016, bo przecież kibicem człowiek nie staje się po przekroczeniu pewnego wieku, kibicem jest się od urodzenia. Szczególnie kiedy mamy nie ma w domu. Obecnie Fruzia serwuje nam codzienną dawkę wieczornych emocji, bo nigdy nie wiemy, kiedy uda nam się wyjść z jej pokoju i z ulgą obwieścić drugiemu, że uff, zasnęła. Ostatnio zaczęłam zabierać ze sobą tablet z e-bookami i prowiant. Tablet leży na podłodze, ja - na barierce łóżeczka. Zwykle po dłuższej sesji usypiania Fruzi jestem kilka przeczytanych stron dalej. Z jedzeniem jest gorzej. Fruzia jest jak Rudolf. Wyczuwa żarcie szóstym zmysłem i szesnastą szufladą żołądka.

Choć gardzi bananem! Bananem, który do niedawna był miłością jej życia! Z dnia na dzień spożycie bananów w Piątej Chatce spadło z ośmiu kilogramów na tydzień do ośmiu plasterków przemyconych w owsiance. Fruzia wzięła chyba przykład ze starszego brata, wszak to jedyna jadalna rzecz, na widok której Rudolf odwraca się z obrzydzeniem. Oboje wiedzą jednak doskonale, gdzie są szpinakowe bredstiki, gdzie herbatniki (zgiń, przepadnij, siło nieczysta! aż musiałam zrobić Stefankę!), a gdzie ryżowe ciastka. Mogłabym przyczepić je do sufitu, a i tak znaleźliby sposób, żeby je ode mnie wydobyć.

Rozbraja nas znienacka podarowanym przytulańcem i buziakiem. Oplata nasze szyje małymi łapkami i ściska nas, ile tylko siły w tasmańkich ramionach. Uwielbia momenty, kiedy całą rodziną leżymy na materacu, zawinięci w kołdry, a ona łazi po nas, przewala się z prawej na lewą, lądując głową na czyichś nogach lub brzuchu. Piszczy z radości, kiedy razem z Rudolfem przytulamy się do niej, a ona zanurza rozchachaną buzię w jego futrze, jednocześnie pilnując, żeby każdego mogła dotknąć policzkiem lub łapką.

Urosła. Sama nie wierzę, jak bardzo. Oszukiwałam się na tyle długo, że któregoś dnia, kiedy w wieczornym szale usiłowałam znaleźć dla niej coś czystego do spania, raptem zostałam z trzema bodziakami i jednymi śpiochami w ręku. Reszta uformowała całkiem pokaźny stos wdzianek z etykietą Ratunku-Za-Małe! Najmniejsze buty jakie kupiliśmy, w których do niedawna jej stopy wyglądały jak w płetwach, za chwilę będą w sam raz.

I te włosy! Burza loków! Najcudowniej wygląda rano, taka zaspana, z nieodłącznym dydkiem w buzi i szopą jasnego siana. Jakby w nią piorun w nocy strzelił. Nie pozwala ich ujarzmić, ja zresztą też nie naciskam. Niech się nosi po swojemu.

Nasz mały wariat.

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Rośnie Wam rasowa kobieta, a z taką życie jest neprzewidywalne :) Świetna jest, normalnie wszystko to widzę i tą jej buźkę słodką i uśmiech zawadiacki i to jak grzebie w skrzynkach z pieczywem - skupienie na twarzy i bam! jest triumf :) Zabezpieczenia na szafki u mnie też przeleżaly, a Mloda z uporem maniaka wykradała mi z szuflad przyprawy, aż któregoś dnia jej się znudziło i już :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, to znaczy, że jest szansa, że jej się znudzi? Przed osiemnastką?

      A widzisz też może, jak zaczyna wpadać w histerię?;-))) :-*

      Usuń
    2. Ona nie wpada w histerie tylko wyraża sprzeciw - bardzo głośno i dobitnie, cobyście nie przeoczyli tego faktu :D

      Usuń
    3. Też tak to tłumaczyłam Ojcu Dyrektorowi, kiedy w wieku nastu lat kłóciłam się z nim o byle głupotę:-))

      Usuń
    4. Czyli jednak sprawdza się przysłowie niedaleko poda jablko od jabłoni.
      PS. Trzeba się było nie przyznawać bo dziecko po mamie ma same najlepsze cechy te pozostałe są po tacie ;)

      Usuń
    5. My te najgorsze zwalamy na biednego sierściucha :-)

      Usuń
  2. U nas za zabezpieczenia robi taśma klejąca 😄

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak o tym przeczytałam u Ciebie na blogu, przez chwilę zastanawiałam się, czy to rozwiązanie nie byłoby prostsze, ale doszłam do wniosku, że Fruzia tak lubi skubać wszystko, co się obskubać da, że chyba jednak poczekam aż platikowe ustrojstwo wreszcie zostanie wykorzystane:-)

      Usuń