Fruzia - odsłona szesnasta

Ruszyła znienacka, jak to ona. Szukałam czegoś w kuchennej szafce, opierając się jednym kolanem o podłogę, kiedy Fruzia bez ostrzeżenia odkleiła się od pralki, złapała równowagę, po czym z ogromnym bananem na twarzy zrobiła jeden krok do przodu i runęła w moje ramiona. Z wrażenia nie byłam pewna, czy to faktycznie był krok, półkrok, czy może jednak sen, więc na wszelki wypadek zanotowałam w głowie 7 czerwca jako Ten Dzień z opcją uaktualnienia oraz drżącym głosem obwieściłam zaniepokojonym Dziadkom, że oto ruszyła. (Napięcie w Polandii opadło.) Następnego dnia wiedziałam już, że to naprawdę nie halucynacje po nocnej zmianie. Fruzia z własnej woli poczyniła dwa kroki. A później trzy. (A następnie oświadczyła, że mamy się wypchać i zrobiła sobie kilka dni przerwy.) Aktualnie sama decyduje, czy pójdzie, czy też nie. Przy czym "pójście" odbywa się krokiem nowonarodzonego źrebięcia, na chwiejnych nogach, lekko ugiętych kolanach i obowiązkowo kończy się bezpiecznym osadzeniem tyłka na podłodze po przemaszerowaniu jednej trzeciej długości pokoju. W porywach do połowy, jeśli motywacja wewnętrzna błyszczy.

Najczęściej jednak szlifuje nową umiejętność na trasach pralka - szafka z mąką (1 krok), piekarnik - półka z garami (2 kroki) oraz lodówka - szafka ze przetworami (1,5 kroku). W związku z powyższym, wciąż boleśnie potykam się o rondle wywalone na podłogę, następuję bosą stopą na pozostawiony gdzieś w kąciku magnes z F jak Fruzia oraz na przemian zmiatam i odkurzam rozsypaną kaszę, cukier lub inne sypkie ustrojstwo. Zabezpieczenia do szafek od dwóch tygodni leżą na stole w salonie i czekają aż sobie o nich przypomnimy w bardziej sprzyjających im/nam okolicznościach. Jest szansa, że zdążymy przed osiemnastką Fruzi.

Uwielbia bawić się w skrzynkach na pieczywo. Najlepiej gdyby były pełne croissantów, ale puste też mogą być. Jeśli są pełne, ustawione jedna na drugiej, Fruzia tak długo kombinuje, aż przez maleńką dziurkę lub szparę uda jej się wyskubać kawałek bułki lub innej słodyczy. A jaka jest dumna, jak żuje swoją zdobycz, triumfująco i zuchwale patrząc w oczy rodzicom i bratu! Jak to dobrze, że na razie piekarnia działa weekendowo. Obawiam się, że przy całotygodniowym obrocie pieczywem Fruzia sama zamieniłaby się w pulchnego rogalika.

Bardzo dużo rozumie. Poproszona, podaje i przynosi znajome jej sprzęty, macha na do widzenia, przesyła buziaczki, rozbawiona pokazuje, gdzie pępek i cycki. Mówi. Po kosmicku jak na kosmiczne dziecko przystało, niczym Claude w "Kapuśniaczku" rolując zabawnie język i wydając z siebie serię blelelele, oraz chyba-po-polsku. (Po angielsku mówi od dawna.) A do tego dużo. Ta-to-ga-go-da-dzia--- A także koj-koj-kaj-kaj. I tak bez końca. Inżynier usłyszał coś, co miało brzmieć jak dydek, co w sumie mogłoby się zgadzać, wszak dydek to niemal jak mama. Ja najczęściej słyszę, jak młodzież bezustannie poucza Rudolfa. Ga-ga-ga i ga-ga-ga. Na tonach mocno podniesionych, piskliwych wręcz.
- Fruziu, zredukuj decybele! - prosi Inżynier.
Fruzia interpretuje tego typu przekazy po swojemu, wznosząc się na wyżyny swoich wokalnych możliwości, którymi zabija nasze dogorywające szare komórki. A wszystko przez to, że Rudolf zjadł ten kawałek chleba, którym jawnie go poczęstowała. Wyciągnęła dłoń, uśmiechnęła się zachęcająco, wpakowała sierściuchowi podwieczorek do pyska, poczekała aż ten skonsumuje... a potem wszczęła arię. Wciąż jednak kocha swojego sierściucha miłością ponadczasową i ponadgatunkową, przytulając się do psiego futra -dziesiąt razy na dobę i całując go otwartą buzią w mokry nos. A to wszystko w przerwach między awanturami, które mu urządza, czym wprawia Rudolfa w stan absolutnego osłupienia. Niech się chłopak przyzwyczaja. Nie przeżyje takiego szoku, kiedy w końcu się zakocha i odkryje złożoność kobiecej natury.

Bo Fruzia naprawdę jest typową kobietą i rzadko kiedy jest cicho. Dominują u niej stany świadczące o uwielbieniu dla życia na krawędzi. W jednej chwili rozkosznie zrywa boki ze śmiechu, pokazując dwa rządki uroczych, białych mleczaków, gada do siebie i do nas, w następnej potok rzęsistych łez moczy koszulkę, getry i obowiązkowe gołe stopy. Bywa, że dla odmiany winny jest dydek. Ten podły, złośliwy dydek, który leży na wyciągnięcie jej małej dłoni, a który nie chce wstać i przyjść do niej w podskokach. A przecież ona tak chce, żeby on przyszedł, buuuu! I patrzy na mnie, i szuka ukojenia, a matka niedobra w jakiejś cichej zmowie z dydkiem też nie rwie się do pomocy, więc pomarańczowy przyjaciel leży, Fruzia ryczy, matka tłumaczy, że wystarczy minimalny wysiłek, licząc w duchu do dziesięciu i jednocześnie tak bardzo żałując sfrustrowanego dziecięcia, a Rudolf patrzy na to przedstawienie skołowany i lekko niepewny co do tego, jakie kroki powinien podjąć wobec takiej apokalipsy. (Na wszelki wypadek wzdycha ciężko i wraca do przerwanego snu.) Zdruzgotane jawną niesprawiedliwością tego świata dziecko wreszcie się uspokaja, odnajduje drogę do dydusia, następnie do matki i można odetchnąć. Całusom i przytulańcom nie ma końca. Kolejna histeria is over. Trzy sekundy później nikt nie powiedziałby, patrząc na rozchachaną Fruzię, że ta kiedykolwiek miała w życiu jakikolwiek kryzys egzystencjalny. Patrząc na matkę, każdy by powiedział.

Oprócz Rudolfa, kocha miłością szczerą i bezgraniczną swoja różową bobaskę. Tę samą, którego dawno temu w darze dziecięciu przywieźli Dziadek Dyrektor i Babcia Mamuśka, a której to bobasce tuż przed szóstą miesięcznicą Fruzia spuściła wpierdol. Tak w ramach ustalenia, kto tu rządzi, gdyż obie dziewczyny, ta prawdziwa i ta sztuczna, były wówczas mniej więcej tego samego rozmiaru. Od tamtego czasu Tasman wystrzelił w górę i na boki, różowa nie jest już żadną konkurencją, tym bardziej, że swój blask straciła dawno temu zaliczając wielokrotne szorowanie różowym ciałem po panelach, we Fruzi obudziły się więc pierwsze instynkty macierzyńskie. I doprawdy dumna z niej jestem, widząc jak przytula swoje adoptowane dziecko, jak karmi, głaszcze po plastikowej główce i jak żąda ode mnie (głośnym wrzaskiem) owinięcia lalki w kocyk. Kilka rzeczy w tym macierzyństwie kuleje, na przykład układanie do snu (na główkę do pudełka), ale przecież żadna z nas nie jest idealna, prawda?

Wieczorna rutyna kąpiel-buziak-papa-łóżeczko już dawno temu poszła się paść na łące. Nie udało nam się uzyskać stuprocentowej pewności, czy to wina wspólnych eskapad do Sąsiedniej Wioski w ramach podrzucenia matki do pracy, popielgrzymkowego rozstrojenia Fruzi, czy też może Euro 2016, bo przecież kibicem człowiek nie staje się po przekroczeniu pewnego wieku, kibicem jest się od urodzenia. Szczególnie kiedy mamy nie ma w domu. Obecnie Fruzia serwuje nam codzienną dawkę wieczornych emocji, bo nigdy nie wiemy, kiedy uda nam się wyjść z jej pokoju i z ulgą obwieścić drugiemu, że uff, zasnęła. Ostatnio zaczęłam zabierać ze sobą tablet z e-bookami i prowiant. Tablet leży na podłodze, ja - na barierce łóżeczka. Zwykle po dłuższej sesji usypiania Fruzi jestem kilka przeczytanych stron dalej. Z jedzeniem jest gorzej. Fruzia jest jak Rudolf. Wyczuwa żarcie szóstym zmysłem i szesnastą szufladą żołądka.

Choć gardzi bananem! Bananem, który do niedawna był miłością jej życia! Z dnia na dzień spożycie bananów w Piątej Chatce spadło z ośmiu kilogramów na tydzień do ośmiu plasterków przemyconych w owsiance. Fruzia wzięła chyba przykład ze starszego brata, wszak to jedyna jadalna rzecz, na widok której Rudolf odwraca się z obrzydzeniem. Oboje wiedzą jednak doskonale, gdzie są szpinakowe bredstiki, gdzie herbatniki (zgiń, przepadnij, siło nieczysta! aż musiałam zrobić Stefankę!), a gdzie ryżowe ciastka. Mogłabym przyczepić je do sufitu, a i tak znaleźliby sposób, żeby je ode mnie wydobyć.

Rozbraja nas znienacka podarowanym przytulańcem i buziakiem. Oplata nasze szyje małymi łapkami i ściska nas, ile tylko siły w tasmańkich ramionach. Uwielbia momenty, kiedy całą rodziną leżymy na materacu, zawinięci w kołdry, a ona łazi po nas, przewala się z prawej na lewą, lądując głową na czyichś nogach lub brzuchu. Piszczy z radości, kiedy razem z Rudolfem przytulamy się do niej, a ona zanurza rozchachaną buzię w jego futrze, jednocześnie pilnując, żeby każdego mogła dotknąć policzkiem lub łapką.

Urosła. Sama nie wierzę, jak bardzo. Oszukiwałam się na tyle długo, że któregoś dnia, kiedy w wieczornym szale usiłowałam znaleźć dla niej coś czystego do spania, raptem zostałam z trzema bodziakami i jednymi śpiochami w ręku. Reszta uformowała całkiem pokaźny stos wdzianek z etykietą Ratunku-Za-Małe! Najmniejsze buty jakie kupiliśmy, w których do niedawna jej stopy wyglądały jak w płetwach, za chwilę będą w sam raz.

I te włosy! Burza loków! Najcudowniej wygląda rano, taka zaspana, z nieodłącznym dydkiem w buzi i szopą jasnego siana. Jakby w nią piorun w nocy strzelił. Nie pozwala ich ujarzmić, ja zresztą też nie naciskam. Niech się nosi po swojemu.

Nasz mały wariat.

O zrujnowanej karierze

Trochę zrobiło mi się nieswojo, kiedy pewnego wieczoru stojąc na korytarzu i grzebiąc w papierkologii, usłyszałam jak Paula rozmawia z kimś w swoim pokoju. Wiedziałam, że jest w nim sama, bo przed chwilą u niej byłam; wiedziałam też, że ludziom z demencją wiele rzeczy się wydaje, a jednak dziwnie było słuchać tuż na progu nocy jak Paula poucza swojego nieobecnego synka, że ten nie może dostać kawy, bo jest za mały.
- Ile lat mają twoje dzieci? - zapytałam ją kilka minut później.
- 7, 8 i 10 - usłyszałam.
Imion nie była w stanie sobie przypomnieć. Nie wspominając o tym, że cała trójka jest tak naprawdę dorosła i ma swoje rodziny.

Może to i dobrze, pomyślałam na otrząśnięcie się z gęsiej skórki. Może w takim stanie człowiekowi jest łatwiej, kiedy cofnie się duchem do swojej młodości.

Ale to tyle w temacie duchów w moim wydaniu.

W dzieciństwie wszystko psułam, bo nigdy nie chciałam ich wywoływać. Uciekałam na samo wspomnienie tej jakże wyrafinowanej zabawy, a potem nie mogłam spać przez trzy noce z rzędu, nikomu nie przyznając się, jakie wewnętrzne męczarnie przeżywam na myśl o latających stolikach i wiadomościach z zaświatów. Nigdy mi w zasadzie nie przeszło. Do dziś się boję. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa. Podczas samotnych nocy we własnym domu każdy najmniejszy szmer niewiadomego pochodzenia podrywa mnie na równe nogi, śpię przy włączonej lampce i choć wraz z dorosłością przyszło niejakie opamiętanie i umiejętność przywołania zdrowego rozsądku w sytuacjach kryzysowych, to i tak uważam się za tchórza wszechczasów. Nie cierpię horrorów, thrillerów ani niczego, co zaburza mój spokój - nomen omen - ducha. I pewnie dlatego tak bardzo pokochałam realizm magiczny Marqueza i Allende. Kiedy pierwszy raz przeczytałam "Sto lat samotności", potwornie zazdrościłam klanowi Buendiów symbiozy z duchami, tej akceptacji dwóch form życia, przenikania się świata materialnego i duchowego, a przede wszystkim zazdrościłam im braku lęku. Tak jakby obcowanie z duszami zmarłych było najnaturalniejszą sprawą pod słońcem. Ja? Mieszkanie w nawiedzonym domu byłoby dla mnie jednoznaczne ze zgodą na własny zawał serca i natychmiastowe przejście na drugą stronę mocy.

A tymczasem, jeśli wierzyć Belgijce i Filipince, już trzeci miesiąc pracuję w wylęgarni duchów. I do tego w nocy. Musiałam doszczętnie zwariować od tego całego macierzyństwa.

To była moja pierwsza zmiana z Filipinką. Dotąd pracowałyśmy na różnych piętrach, ona w dzień, ja po zachodzie słońca. Kiedy wreszcie spotkałyśmy się na moim paliatywno-rehabilitacyjnym, grubo po północy Filipinka zaczęła zachowywać się dziwnie. Nawet do toalety ciągnęła ze sobą Belgijkę.
- Boję się iść sama tam - powiedziała, znacząco zniżając głos, kiedy napotkała moje pytające spojrzenie.
Intuicja podpowiedziała mi, żeby czym prędzej ewakuować się z grząskiego tematu.
- Okey, cokolwiek to jest, nie opowiadaj mi - poprosiłam. - Jestem największym chickenem tej planety.
- Nie powiem - szepnęła Filipinka teatralnie. - Zresztą nie powinnam. I tak zbyt dużo ludzi już wie.
Ciary przeszły mi po plecach, ale nie drążyłam tematu i postanowiłam skierować myśli ku zdecydowanie żywszym kolorom.
Filipinka, wbrew temu, co powiedziała trzy minuty wcześniej, nie potrafiła jednak utrzymać języka za zębami. Chcąc nie chcąc, dowiedziałam się.
- Stała w progu tamtej sypialni. Głowa spuszczona, stopy równo przy sobie. Duch małej dziewczynki. To było między trzecią a piątą rano. Podobno kilka osób ją widziało. Od tamtej pory nie chodzę nocą po tym korytarzu sama.

Zaprawdę powiadam Wam, nie ma nic bardziej otrzeźwiającego z nocnej senności niż kilka takich zdań!

- Po jaką cholerę ty mi to mówisz? - niemal się rozpłakałam. - Przecież cię prosiłam!

Filipinka o oczach wiedźmy roześmiała się gdzieś tak z samego dna brzucha. To tylko potwierdziło moją tezę, że ludzie uwielbiają straszyć innych. Bo niby dlaczego kobiety lubują się w opowiadaniu potwornych historii z porodów swoim ciężarnym koleżankom??

- Błagam, powiedz mi, czy ten dom jest nawiedzony? - zapytałam na wpół komicznie, na wpół dramatycznie Belgijkę.
Liczyłam na to, że spojrzy pobłażliwie na tę pierwszą i postuka sie w czoło, po czym powie mi, że tamta mnie wkręca, ale się przeliczyłam.
- Krążą tu różne opowieści - powiedziała po chwili namysłu. - Ale każdy dom opieki jest nawiedzony. Tu przecież umieraja ludzie, dusze odchodzą, wracają... To jest część życia. Mieszkańcy widzą też różne rzeczy, wiesz, w ich stanie oni są jedną nogą po tamtej stronie. I to prawda, najczęściej mówią nam, że widzą bawiące się dzieci. Dla nas to znak, że niebawem ktoś umrze.

Aaaaa! (Skuliłam się w sobie.)

Następnej nocy ledwie dotrwałam do rana, zastanawiając się, jakim cudem mam teraz ujarzmić galopującą wyobraźnię, błądząc pustymi korytarzami Błękitnej po północy. Dotąd udawało mi się zachować trzeźwość umysłu i odgonić pojawiające się od czasu do czasu fantastyczne wizje. Ale teraz?

W kolejnej aplikacji o pracę w rubryce "reason for leaving the last job" zamierzam wpisać "spiritual". Zważywszy, że od następnego razu mam w planach strzelać sobie dla kurażu dwie setki przed pójściem do Przystani, będzie tworzyło to spójną i wiarygodną całość.

Adopcja w UK (11): Kontakt z rodziną biologiczną

Moją pierwszą reakcją było oburzenie.
- Ty sobie to wyobrażasz? - pytałam retorycznie Inżyniera, relacjonując mu świeżo zdobyte informacje na długo przed rozpoczęciem procesu adopcyjnego. - Adoptujesz dziecko, często wyrwane z patologicznego środowiska, stajecie się rodziną, próbujesz stworzyć mu stabilny i spokojny dom, a tu co jakiś czas w ten coraz bardziej poukładany świat wkracza wam rodzina biologiczna! Po co? Jakim prawem?
Oboje uznaliśmy to za mocno niesmaczny żart systemu.

Potem jednak zagłębiłam się w temat. Przeszliśmy szkolenia. Wyprano nam mózgi;) I już wiem, dlaczego i jaki w tym sens, choć wciąż nie ze wszystkim się zgadzam.

W UK istnieją różne formy postadopcyjnego kontaktu z rodziną biologiczną. O ile oczywiście kontakt ma na celu dobro dziecka.

a) Kontakt listowny (Letterbox contact, Indirect contact) 

Listy wymieniane są najczęściej raz lub dwa razy w roku za pośrednictwem agencji, która dla dobra wszystkich sprawdza treść zawartych w niej informacji. Listy mogą wędrować do i od rodziców biologicznych, rodzeństwa, dziadków itp. Nie powinny zawierać żadnych informacji mogących ułatwić identyfikację rodziny adopcyjnej. Pisze się w nich o rozwoju dziecka, jego osiągnięciach i zainteresowaniach na danym etapie życia. Zwykle ta forma kontaktu uzgadniana jest z agencją, a strony podpisują swego rodzaju zobowiązanie do podtrzymywania korespondencji.

b) Kontakt bezpośredni (Direct contact) 

Spotkania twarzą w twarz z członkami rodziny biologicznej (głównie z rodzeństwem i dziadkami, najrzadziej z rodzicami), zwykle raz w roku, w obecności opiekuna socjalnego, w uzgodnionym wcześniej neutralnym miejscu. Kontakt bezpośredni może być zasądzony odgórnie przed wydaniem orzeczenia o adopcji i strony muszą się do niego stosować, choć są to naprawdę wyjątkowe sytuacje.

c) Kontakt telefoniczny (Telephone contact, Indirect contact)

Najrzadziej występująca forma kontaktu, ponieważ bardzo trudno utrzymać tu kontrolę nad treścią rozmów i przekazywanych informacji.

d) Zdarza się, że jeśli nie ma przeciwwskazań (związanych np. z bezpieczeństwem dziecka i rodziny adopcyjnej) rodzicom adopcyjnym i biologicznym proponuje się jednorazowe spotkanie lub rozmowę telefoniczną. Dla adoptersów jest to czasem jedyna okazja, aby uzyskać odpowiedzi na pytania dotyczące tego okresu życia dziecka, o którym niewiele wiedzą, a które ich zdaniem mogą okazać się znaczące dla nich lub potomka. Dla rodziny biologicznej, która świadoma jest własnych ograniczeń i niejako godzi się z faktem, że ich dziecko będzie wychowywało się bez nich, jest to dobry moment do "uspokojenia" własnego sumienia. Widzą, do kogo trafia dziecko i mają szansę raz jeszcze oficjalnie zapewnić o tym, że swoją decyzją, aby nie walczyć za wszelką cenę o prawa rodzicielskie, chcą dla niego jak najlepiej. (To nie są historie z palca wyssane. To się dzieje naprawdę!) Takie spotkania są oczywiście okupione stresem obu stron, ale akurat te pary, od których dane mi było usłyszeć relacje z takiego widzenia, jednogłośnie twierdziły, że warto było. Ten jeden raz.

Jakie są plusy kontaktu z rodziną biologiczną dziecka?

Po pierwsze, dziecko podtrzymuje (wątłą najczęściej) nitkę łączącą je z korzeniami. Być może kilkuletniemu maluchowi nie jest to potrzebne na tu i teraz, ale w przyszłości pomoże mu zbudować sensowną tożsamość i poczucie, że wie, skąd się wywodzi i jaka jest jego historia. Dzięki temu samo będzie mogło zdecydować, co chce z tym zrobić - brnąć w przeszłość, czy stwierdzić, że poznało ją wystarczająco dobrze i to mu wystarczy do dalszego, świadomego życia.

Po drugie, obala mity, bajki i fantazje na temat rodziny biologicznej, które mają szansę powstać w głowie dziecka lub zbuntowanego nastolatka. W trudnym okresie dojrzewania młodego człowieka mogą nachodzić wizje, że gdyby jednak został z rodziną biologiczną..., że może to wszystko, co opowiadają mu rodzice adopcyjni, to jednak historie z palca wyssane... Szczególnie kontakt bezpośredni w takich przypadkach rozwiewa wątpliwości i (czasem brutalnie i boleśnie) pozbawia złudzeń.

Po trzecie, tam, gdzie to wskazane, taki kontakt daje szansę rodzinie biologicznej (np. dziadkom, którzy ze względu na wiek nie mogli adoptować wnuka) na utrzymanie więzi z dzieckiem. Nie wszystkie historie adopcyjne są czarno-białe, nie każdy rodzic biologiczny tracący prawda rodzicielskie jest zły. Scenariusze adopcyjne bywają tak zagmatwane i pełne szarości, że trudno pokusić się o jednoznaczne oceny. Ponadto, regularny kontakt z rodzeństwem pomaga budować człowiekowi własną tożsamość, a co istotne, może zaowocować cenną relacją w dorosłym życiu.

Minusy są bardziej oczywiste dla osób niezaangażowanych w adopcję.

Rodzice adopcyjni mogą odbierać kontakt z rodziną biologiczną jako najazd na ich prywatność oraz włażenie z butami w życie ICH dziecka. Jeśli adoptersi zgadzają się na proponowaną formę kontaktu dla świętego spokoju, żeby przypadkiem nie stracić dziecka, jestem pewna, że niechęć i frustracja tym spowodowane będą tylko narastać. Ważne jest więc, żeby jasno komunikować, jak się czujecie z tym, co wchodzi w skład waszego nowego życia z dzieckiem i przegadać wszystkie wątpliwe kwestie. Kiedy jeszcze przed Erą Fruzi byliśmy zainteresowani jedną małą dziewczynką i prowadzono z nami bardzo wstępne rozmowy na jej temat, wyraźnie zaznaczyliśmy, że kiepsko wyobrażamy sobie proponowany kontakt bezpośredni z jej biologicznym ojcem. Agencja zgodziła się z nami i temat miał być poddany rozmowom podczas panelu.

Rodzina biologiczna może wykorzystywać spotkania (listy raczej nie, jako że ich treść jest monitorowana, zanim trafią do waszych rąk) do prób przekonywania dziecka, że zostało ono niesłusznie odebrane kochającej mamie / tacie. Tutaj powinna wkroczyć agencja, ponieważ spotkania odbywają się w obecności osób trzecich.

Kontakt z rodziną, z którą nie ma praktycznie żadnej więzi, a dodatkowo dziecko ma pewne wspomnienia z przeszłości, może wprowadzać w jego życie niepotrzebny stres, zamieszanie, chaos. Nawet zwykła kartka od biologicznych rodziców potrafi wywołać kilkudniowy / kilkutygodniowy zamęt u młodego człowieka. Trzeba więc być czujnym.

Po otrzymaniu orzeczenia adopcyjnego to wy, legalni rodzice waszego dziecka, podejmujecie decyzje, czy wasze dziecko jest gotowe na umówione spotkanie z przeszłością, odczytanie listu, czy napisanie własnego! To w końcu WY jesteście rodzicami. Wyjątkiem są sytuacje, gdzie kontakt bezpośredni narzucony jest wam sądownie, ale zakładam, że i tutaj nikt nie może zmusić was do zaciągnięcia siłą dziecka na takie spotkanie, jeśli wyraźnie źle to na nie wpływa. Poza takimi przypadkami, możecie podtrzymywać kontakt listowny bez wiedzy dziecka, jeśli czujecie, że to niekoniecznie najlepszy moment na przypominanie przeszłości, możecie też z niego zrezygnować w każdej chwili, jeśli uznacie, że to nie działa. W końcu, jeżeli dziecko jest starsze, możecie zdecydować wspólnie z nim, czy chcecie podtrzymywać ten temat. Zastanówcie się jednak, czy naprawdę chodzi wam o potomka, czy może o was samych. Pamiętajcie, że pewnego dnia wasze dziecko może zadać wam pytanie, dlaczego przerwaliście kontakt. Sami musicie być przekonani co do słuszności waszej decyzji, aby na takie pytanie udzielić wiarygodnej odpowiedzi.

Warto również zdać sobie sprawę z tego, że każdy przypadek adopcyjny jest inny. Jeśli w domu rodzinnym dziecka panowała przemoc, a dzieciństwo malucha wiąże się z traumą, nikt nie będzie proponował spotkań z ojcem - oprawcą. Bywa jednak, że niektóre scenariusze są bardzo śliskie i - moim zdaniem - niektóre formy proponowanego przez agencje kontaktu są kompletnie chybione i pozbawione sensu. Myślę, że wówczas należy zaufać własnym instynktom i działać w zgodzie z sobą i własną intuicją. Czasem to najlepsze, co można podarować swojemu dziecku.

Źródła: (klik)(klik)

O tym, że tylko zmiana

Powietrze jest duszne i ciężkie. Wentylatory rozstawione wzdłuż głównego korytarza buczą jak oszalałe, ale nawet one nie są w stanie rozrzedzić gęstej atmosfery, w której brodzimy. Dopiero weszłam do Błękitnej, ale zanim dojdę do pokoju pielęgniarek, znów poczuję ten charakterystyczny zapach końca dnia, tej mieszaniny kawy z mlekiem, nadchodzącego snu, wieczornej toalety i zmienianej pościeli. Mam wrażenie, że tych trzech tygodni nigdy nie było, a ja wędrowałam po Błękitnej zaledwie wczoraj. Przekazanie zmiany jak zdarta płyta, wciąż te same informacje, lekkie przetasowania w tym, kogo dotyczą, ale to ciągle to samo zamknięte koło ludzi przykutych do łóżek. Podczas obchodu kilka zdziwionych twarzy na moje wspomnienie o urlopie, naprawdę aż tyle czasu cię nie było, bloody hell, a wydawało mi się, że cię tu widziałem chwilę temu. Wcieram maść w te same nogi tej samej rekonwalescentki po złamaniu, tak samo boli i uważaj, proszę, ałaaaa! Dziwne uczucie przyprawiające o gęsią skórkę. Podaję napoje. Nie potrzebuję już notesu. Wiem, że John wypije kawę i będzie narzekał, że za gorąca, Katie niemal na jednym oddechu opróżni swój kubek z herbatą, koniecznie z cukrem, a Ta z Krainy Czarów poprosi o filiżankę. Właściwie nie musi prosić, pamiętam. Co cztery godziny będziemy wchodzić do pokojów i przekładać na drugi bok tych z długiej listy antyodleżynowej. Będziemy przepraszać za gwałtowne wybudzenie, włączone światło i za to, że zimno, gorąco, niewygodnie. Będziemy poprawiać pościel, śmiać się z żartownisiami, pocieszać strapionych, zaznaczać w formularzach, kto nie pozwolił nam zbliżyć się do siebie.

Przez dwa miesiące mojej pracy w Przystani tyle się wydarzyło w naszym życiu. Fruzia wyrosła ze wszystkich bodziaków. Zaczęła sama myć zęby. Myć, a nie tylko gryźć szczoteczkę. Polecieliśmy do ojczyzny. Podopinaliśmy na ostatni guzik mnóstwo spraw związanych z własną działalnością. Podcięłam grzywkę. Odrosła. Ufarbowałam włosy. Mam odrosty. Rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Złapaliśmy trochę słońca. Kilka razy zmokliśmy. Dwa razy bałam się, że będzie prawdziwa burza.

W Błękitnej czas jakby się zatrzymał. Oplótł pajęczyną łóżka, korytarze i pacjentów, pozwolił im zastygnąć w pozycjach, które bolą obserwującego, z grymasem cierpienia na twarzy lub z aureolą zjednoczenia z wszechświatem nad głową, którego twardo stąpający po ziemi mogą tylko im pozazdrościć. Czas zapomniał o Przystani, a może zostawił na później, omijając szerokim łukiem, jakby nie do końca miał pomysł, co z nią dalej. Co z nimi.

- Jakbym dostała w twarz - opowiadałam mu rano po powrocie z tamtej pierwszej pourlopowej nocy. - Jakbym znów zaczęła tam pracować.

Drugiego dnia idę pomóc Tej z Krainy Czarów dotrzeć do łóżka. Nie widziałam jej poprzedniego wieczoru, więc uderza mnie regres, jaki nastąpił na polu jej samodzielnego poruszania się. Udaje jej się wstać z fotela za czwartym podejściem. Dwumetrowy dystans do łazienki urasta do rangi półmaratonu z przeszkodami. Nie spuszczam Tej z Krainy Czarów z oczu. A i tak boję się, że nie zdążę, nie dam rady, i gdzie, do cholery, jest ten dzwonek?

A więc to chyba nie tak. To nieprawda, że w Błękitnej nic. Tam czasem więcej i bardziej niż w tym tak-zwanym-normalnym-życiu. I tak jak w zwykłym życiu, raz góra, a raz bolesny dół. Z tą tylko różnicą, że tam wszystko sprowadza się do pracy u podstaw. Pracy, której nie widać gołym okiem.

Fruzia uczy się chodzić, a oni tam, ci, którzy jeszcze mogą, walczą o każdy samodzielny krok. O każdy, literalnie, pokonany centymetr. Mijają minuty, zanim Tej z Krainy uda się podnieść stopę. Kolejne, zanim uda się ją przesunąć. Jedna pionizacja z fotela, dwa metry do łazienki, trzy minuty toalety, dwa metry z powrotem, pozycja horyzontalna w łóżku. Pięćdziesiąt minut. Ci, którzy nie mogą, walczą o samoobsługę na siedząco. O podniesiony własnoręcznie kubek. Nie pomagam więc, choć przecież byłoby szybciej i sprawniej. Udaję, że coś poprawiam, układam, nie chcę ponaglać świdrującym spojrzeniem. Triumf, kiedy kawa wypita, nic się nie rozlewa. Kiedy my odbywamy dziesiątki rozmów ze znajomymi i potencjalnymi klientami, kiedy czasem plączą nam się fakty, oni tam zaskakują jednym wyraźnie wypowiedzianym zdaniem, które głęboko zapada w pamięć. Po raz pierwszy zrozumiałam, co mówi Eryk. Dreszcz mnie przeszedł na dźwięk jego czystego głosu. Dotąd tylko potakiwał lub mamrotał, a tu odzywa się do mnie pełnym zdaniem, prosząc o kawę!

Wracam do domu i mówię mu, że to chyba jednak nie tak. I że jedyną stałą w życiu jest zmiana. W każdym życiu i choćby tylko w skali mikro była ta zmiana. Choćby miała oznaczać jeden centymetr triumfu.

O ważnym pytaniu

Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, czułam, że Fruzia nie będzie pierwsza, ale nie sądziłam, na Boga i Karmę, że to już, zaraz, teraz!

Trzy minuty po wejściu do jej domu, moja pięcioletnia chrześnica (dla porządku: mam ich pięcioro, w wieku od 2 do 20 lat) spojrzała uważnie na swoją mamę, na mnie, na Fruzię, a następnie wypaliła:
- Ciociuuuuuuu, a czy Fruzia była w twoim brzuszku?

Cóż.

A więc...

Tak jakby chyba nie.

- Nie, kochanie - odparłam spokojnie bez mrugnięcia powieką. - Była w brzuszku innej pani, ona ją urodziła, ale teraz Fruzia jest naszą córeczką i tak już zostanie na zawsze.

Wizualizacje pomagają, uwierzcie mi na słowo. Przerobiłam to w wyobraźni setki razy.

Młoda znów popatrzyła na mnie uważnie. Widać było, że w jej blond główce zachodzi jakiś ważny proces myślowy.
- Aha - odparła po chwili, całkowicie wyluzowana.
I jak gdyby nigdy nic, zaczęła pokazywać nam swoje zabawki.

Pierwszy stopień wtajemniczenia za nami. Teraz będzie już z górki.

Dopóki to Fruzia nie przemówi.

H & H Family Bakery - kilka faktów z życia firmy

1. Baba z Sanepidu pojawiła się raz jeszcze, aby skontrolować Inżyniera w trakcie pracy. Pieczenia czyli. Mąż Mój zorganizował się na tip top, Piekarnia błyszczała, sam piekarz również. Wiecie, profesjonalny outfit, zasady higieny wyryte na blachę do pieczenia, adrenalina na odpowiednim poziomie.  A tymczasem Baba z Sanepidu chyba na dobre mu zaufała, bo poprosiła o gotowe produkty, dała Mężowi Memu piątkę, życzyła mu powodzenia i tyle ją widziano.

2. Pierwszym płacącym klientem naszej Piekarni została Liz. Tak bardzo upatrzyła sobie to miejsce na podium, że kiedy pewnego poranka Inżynier zastukał do jej drzwi z darmową próbką wypieków do przetestowania przez całą rodzinę Liz, ta wrzuciła mu kilka funtów do kieszeni, odgrażając się, że nie przeżyje, jeśli nie będzie pierwsza.
- Zarobiłem dziś niechcący cztery funty - oznajmił Mąż Mój po powrocie do domu.
Pierwszy utarg.

3. Zostałam księgową firmy. A także stemplarką (na spółę z Fruzią), sprzątaczką z doskoku oraz dekoratorką wnętrz. Ta ostatnia rola ograniczyła się do białego obrusu, balonów i wstęgi, ale niech będzie.

4. Twarzą firmy została Fruzia. (Też mi news!) Nic bardziej nie przekonuje potencjalnych klientów do zakupu pieczywa niż małe dziecko siedzące w skrzynce, jedzące chleb, bułkę i rogalika jednocześnie. No chyba że ktoś nie lubi dzieci. Albo pieczywa.

5. Czerwoną wstęgę do uroczystego przecięcia zawiązałam na drzwiach Piekarni tuż pod koniec biznesowego poranka. Sąsiedzi mieli zrobić zdjęcie. Wstęga musiała być jednak odwiązana jeszcze dwa razy, gdyż zatarasowała wejście spóźnionym klientom. Jestem przekonana, że potraktowali to jako jeden z naszych dziwnych, wschodnioeuropejskich zwyczajów.

6. Na uroczystym otwarciu nie było kawy ani herbaty. Ani nic do picia oprócz mineralnej.
- Gdybym wiedziała, przywiozłabym swoją kawę dla nas wszystkich! - wykrzyknęła zdumiona Sąsiadka.
Ja też byłam zdumiona, że wyleciało nam to z głowy. 
- Och, kochana, ostatecznie przyszłaś tu jeść, a nie pić - odparłam uprzejmie.

7. Kalkulatora też nie zabrałam, choć był przygotowany. Na szczęście okazało się, że potrafię liczyć. W końcu jestem księgową.

8. W trosce o zdrowie psychiczne Fruzi siedzącej w wózku, w trakcie biznesowego poranka wybrałyśmy się na spacer oraz do kawiarni (patrz: pkt.6.) Byłyśmy pierwszymi klientkami, równo o ósmej. Gdyby nie Fruzia bawiąca się na podłodze pod stolikiem, mogłabym znów poczuć się jak studentka wracająca z imprezy. *

9. Gorące croissanty z czekoladą okazały się hitem dnia. 

10. Po pierwszym biznesowym poranku Fruzia zasnęła na trzy bite godziny. Trzy godziny! Bycie twarzą firmy to ciężka praca.

* Nigdy mi się w sumie nie zdarzyło wracać z imprezy o ósmej rano, taka byłam dziwna, ale mogłabym, prawda?












Krótko po otwarciu Ojciec Dyrektor przysłała nam wiadomość: "Trzeba pamiętać, że pierwsza ocena biznesu nastąpi dopiero po około pół roku. Kiedy otworzyłem swoje biuro turystyczne w hali dworca, pierwszymi klientami byli... ludzie przychodzący po klucz do wc!"

Kochani, komu wirtualnego szampana?

Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (4): To wszystko, za czym tęskniliśmy

- Kochanie, to jak? Poćwiczymy chodzenie? - zachęciła Fruzię Druga Babcia, mrugając do nas szelmowsko.
- Powodzenia, mamo - zaśmiał się Mąż Mój.
Fruzia dała się postawić do pionu, złapała Babcine dłonie i z radosnym piskiem ruszyła do przodu. Widok to był pocieszny. Fruzia szła na miękkich jak jajko nogach, zamaszyście machała do przodu kończynami, zanim postawiła stopy na ziemi, po czym po kilku krokach po prostu opadła na kolana, dając znać, że już dość tej zabawy i ona szybciej dotrze do końca korytarza na czterech.
- Ślicznie, kochanie - pochwaliła Babcia. - Zobaczysz, jeszcze chwilka i zaczniesz chodzić.
Jeszcze chwilka ma u nas miejsce mniej więcej od marca. Babcie prześcigają się w proroctwach w kwestii kiedy dokładnie, a podczas naszej wizyty w Polandii Druga Babcia oznajmiła przekonująco, że wielki dzień nastąpi jutro albo pojutrze, tak więc najnowsze osiągnięcie wnuczki wypadnie w połówce wakacji należącej do nich.
- A wtedy wszyscy już będą pamiętać, że zaczęłaś chodzić u nas! - oświadczyła triumfalnie i aż się zaniosła astmatycznym kaszlem ze śmiechu.

Brakowało nam tego. Tych ich wyścigów w tym, kto pierwszy widział na żywo jak Fruzia je / śmieje się / włazi na kanapę / raczkuje. Tych wyliczeń Ojca Dyrektora, że w Rodzinnym Town Inżyniera spędziliśmy 3 godziny i 42 minuty więcej niż z nimi i pytań, jak zamierzamy im to wynagrodzić. Tych ich tajemnych konsultacji za naszymi plecami, po których oświadczają całą czwórką, że "w ramach prezentu bez okazji mamy dla was, kochane dzieci, propozycję..." Fajni są. Wkurzają nas czasem, nie myślcie sobie (- A dlaczego wy w ogóle nie dzwonicie? - pyta któraś z Mam zaniepokojonym głosem. Bo 48 godzin bez informacji, co słychać u Fruzi to doprawdy rażące zaniedbanie!), czasem ktoś się z kimś pokłoci, ale szybko zakopujemy wojenne topory, bo szkoda nam czasu na mało znaczące afery. Lepiej nam w gwarnych i zaprawionych dobrym jadłem klimatach.

- Mamo, a co będzie, jak twój wspaniały plan się jednak nie powiedzie? - zapytałam. - Nie żebym wątpiła, ale... - wskazałam palcem na rozchachane dziecko, raczkujące po pokoju jak perszing.
Przez chwilę zastanawiałam się, po co ona właściwie ma się uczyć chodzić. Przecież i tak dociera tam, dokąd chce. I przypomniało mi się, że Mamuśka też przecież miała kiedyś swój własny plan.
- Nie szkodzi - Druga Mama najwyraźniej miała przygotowany awaryjny scenariusz. - Gdziekolwiek zacznie chodzić, to będzie nasz wspólny sukces, bo tutaj Fruzia dostaje solidne fundamenty pod chodzenie. Tak czy owak, mam już w tym swoje zasługi.

Jakie to proste!

- Właściwie najlepiej byłoby, gdyby zaczęła chodzić dokładnie w połowie drogi pomiędzy naszymi Towns - zamyślił się Inżynier. - W samochodzie na przykład.
- Albo jeszcze lepiej w samolocie - dodałam. - Pomiędzy wszystkimi domami i obiema ojczyznami.
Fruzia spojrzała na nas z pobłażaniem i głęboko westchnęła.

***

Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, kiedy spędziliśmy ostatnią noc na Ranczo. Plączą mi się Sylwestry i procentowe spotkania z Tamtej Ery, ale wiem na pewno, że było to dawno, dawno temu, za siedmioma lasami i siedmioma górami. Po drodze zawsze było krótko, w przelocie, jesteśmy i już nas nie ma. W tym roku był to więc dla nas priorytet. Noc na Ranczo. After party po chrzcinach. I nawet wyraźnie pogarszające się przeziębienie Fruzi nie mogło nas powstrzymać. (Źli, źli rodzice!) Ostatecznie po krótkiej dyskusji jechać czy nie kolektywnie doszliśmy do jakże słusznego wniosku, że dla kaszlu to wszystko jedno, czy będzie spał z Fruzią u Dziadków czy u wujostwa. A dla samej Fruzi oznaczało to jedynie więcej zabawy ze swoim kuzynostwem.

Ach, jak mi tego brakowało!

Tych nocnych Polaków rozmów, złotych myśli cytowanych później przez kolejne spotkania, upadków z tarasu, ławek i łóżek! Poranki na Ranczo też od zawsze były niezapomniane. Człowiek potykał się o czyjeś porozrzucane na podłodze nogi, ktoś wylewał schowany gdzieś pod kanapą złocisty napój bogów, Wielka Bratowa serwowała kawę i herbatę na oprzytomnienie i wszyscy razem składaliśmy do kupy wspomnienia z minionej nocy. Niezależnie od tego, w jakim momencie życia się znajdowaliśmy, jaki kolor włosów rzucony był na głowę, Ranczo leczyło nas z wszystkich trosk. Przynajmniej na tych kilkanaście wspólnie spędzonych godzin.

Jedną Fruzię, kilka zmarszczek pod oczami i parę siwych włosów później (nie u mnie, of kors!) Ranczo wciąż ma tę samą siłę rażenia.

Przyjaciel Domu, na przykład, nie zmienił się nic a nic, a historie z nim w roli głównej nadal kwitną. Na przykład ta, w której Przyjaciel pomylił plecaki i zamiast do swojego, wrzucił ćwiartkę wódki do szkolnej torby Diabła, swojego chrześniaka. Ten odkrył nadprogramowy pakunek w czasie lekcji, zadzwonił do rodzicielki i konspiracyjnym szeptem poinformował, że ma wódkę między książkami! Trzecia klasa podstawówki, szanowni państwo. Albo ta z kurtką. Przyjaciel Domu obudził się we własnym lokalu po jednym ze spotkań na Ranczo, ubrał się, po czym chcąc wyjść z domu narzucił na grzbiet kurtkę. A raczej próbował narzucić, gdyż z przerażeniem odkrył, że ta jakoś mu się skurczyła. Po uważnych oględzinach zorientował się, że do domu wrócił z płaszczem Gwiazdy. Dla jasności - Przyjaciel Domu to okolice trzycyfrowej wagi, zaś Gwiazda jest chuda jak patyk.

Ale i reszta towarzystwa niby zmieniona, a jednak taka sama. Wielki Brat i Bratowa uraczyli nas cudownymi opowieściami z krypty - on z ambulansu, ona bezpośrednio ze szpitala. W nowej roli opiekunki seniorów po raz pierwszy mogłam dorzucić do nich swoje pięć groszy, kiedy anegdoty zaczęły kręcić się wokół odleżyn, wypadków i nieboszczyków. Na Ranczo te historie, spowite ciemnością nocy na tarasie, brzmią trochę jak soczyście angielski humor, a trochę jak epizody z ID channel, w których tak lubuje się Mamuśka. Dzielnie zniosłam opowieść o starszej kobiecie, której pękł żylak i choć ta próbowała się ratować, podwiązując sobie nogę powyżej kolana, niestety zmarła. Kiedy drużyna Wielkiego Brata dotarła do jej mieszkania, krew była wszędzie. Na ścianach, meblach i na podłodze. Na tej ostatniej w formie powodzi.
- Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem, sister, a widziałem już w życiu sporo - opowiadał przejęty Brat. - Brodziliśmy we krwi po kostki, a dźwięk tego chlupotania wciąż dzwoni mi w uszach.
Wymiękłam dopiero przy opowieści o wypadku, w którym zginęło roczne bobo. (I ani słowa więcej. Chcę o tym zapomnieć.)

Na otrząśnięcie się z mrocznych klimatów Wielki Brat rzucił:
- A jak to się właściwie stało, że ty i Inżynier postanowiliście się spotkać?
Pytanie, którego starym małżeństwom takim jak my nikt już nie zadaje, bo albo na nikim nie robi już wrażenia nasza internetowa historia, albo niektórzy wciąż się zastanawiają, która z przedstawionych przez nas wersji jest prawdziwa.
- Bo to było tak... - zaczął entuzjastycznie Mąż Mój.
Po pięciu minutach postanowiłam delikatnie przywołać monologującego do porządku.
- Ale do sedna, Mężu - trąciłam go łokciem.
Po dziesięciu minutach Wielki Brat pokładał się ze śmiechu.
- Szwagier, ale nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
- No przecież odpowiadam właśnie! - oburzył się Inżynier, łykając na ochłodę złocisty napój bogów. - Tylko najpierw musisz poznać cały kontekst!
Po piętnastu minutach chciałam trącić go łokciem tak trochę mocniej, żeby naprawdę zaczął dobijać do brzegu, kiedy raptem z dzikiego chichotu wyrwało mnie oświadczenie Męża Mego Romantycznego:
- Ee tam, co ty gadasz, jaka rutyna, JA KOCHAM MOJĄ ŻONĘ TAK SAMO JAK WTEDY, KIEDY SIĘ W NIEJ ZAKOCHAŁEM!

Co prawda trzy minuty później Inżynier spał snem niewinnego niemowlęcia, a rano kompletnie nic nie pamiętał ze swoich wywodów, ale nie szkodzi. Pod wpływem człowiek robi się szczery. A poza tym mam świadków.

Chociaż Wielki Brat też może nie pamiętać, bo on akurat wpadł w trans wspomnień z przeszłości. O drugiej nad ranem odgrzebał swoje tajne archiwum ze zdjęciami sprzed stu lat, których naprawdę, przysięgam!, nikt nie powinien oglądać (i to nie tylko ze względu na mój tleniony blond), po czym przyjrzał mi się uważnie i stwierdził zupełnie nieadekwatnie do tego, co przedstawiały fotografie:
- Ty, sister, w ogóle nic się nie zmieniasz!
A potem jeszcze spojrzał na moje ręce okiem ratownika i po chwili zadumy wypalił:
- I powiem ci, że żyły to masz dobre do wkłuwania!

Jak dla mnie - komplement stulecia.

(Rano było jak zawsze. Ktoś spał na podłodze, ktoś coś wylał, a mrówki zeżarły resztę tortów Diabła i Fruzi. Fruzia obudziła się chora, choć gotowa była do dalszej imprezy, więc Bratowa, zamiast rozdzielać kawę i herbatę, przydzieliła nam maść rozgrzewającą, syrop oraz nakaz udania się do lekarza. Co też uczyniliśmy. Fruzia was not impressed at all.)

***

Dziewczyny. Moja ostoja w tym dziwnym świecie, w którym znajomi z facebooka nie rozpoznają cię na ulicy. Nie widziałam Kocura od piętnastu miesięcy, Warszawianki od dwudziestu jeden. Miniony rok był trudny dla naszej trójki, ale też uzdrawiający. Trójka ma moc, bo kiedy znów się zobaczyłyśmy...
- ... jest tak, jakbyśmy widziały się wczoraj! - zdumiała się Kot.
Za każdym razem to mówi.

A ja za każdym razem coraz mocniej wierzę, że zestarzejemy się w tym układzie.

Cudownie było zobaczyć ich bawiących się razem po raz pierwszy. Fruzia i Klusek. Piętnastomiesięczniak i czteroipółlatek. Ponad cztery lata temu ekscytowałam się na myśl o moim duchowym siostrzeńcu, takim maleńkim, ale za to z wielkimi oczami swojej mamy, głęboko wierząc, że zaraz dołączę do grona dzieciatych. I choć życie jak zwykle zakręciło nasze ścieżki w sposób, którego nikt nie przewidział, to w gruncie rzeczy jest dokładnie tak, jak być miało. Dołączyłam. Obie dołączyłyśmy. I wszystko jest na swoim miejscu.

Kocur, czy ty też miewasz chwile niedowierzania, że my naprawdę mamy dzieci??!

Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (3): Królowa jest tylko jedna. Król zresztą też.

Z dnia na dzień Diabeł stał się prawdziwym mężczyzną. Nasze obawy, że dzielenie tytułu głównego bohatera dnia z Fruzią będzie dla niego bolesnym policzkiem, okazały się nie tylko bezpodstawne, ale i doprawdy śmieszne w obliczu więzi, którą tych dwoje zadzierzgęło w ułamku sekundy na preparty w pewnym lokalu. A ściślej mówiąc, na karuzeli przy naszym stoliku. Od tej chwili w zasadzie byli nierozłączni, a siła instynktu opiekuńczego u Diabła powaliła nas na kolana. A ściślej mówiąc, na piach przy karuzeli. Fruzia nie protestowała, kiedy starszy o dziewięć lat brat cioteczny usiłował ją (pod)nosić, razem grali w piłkę, a na after party Fruzia dostąpiła również zaszczytu objęcia w swe władanie nowego, obrotowego krzesła Diabła. Krótko mówiąc, zgodnie podzielili się tronem.

Noc przed fetą Fruzia spędziła niespokojnie. Inżynier utrzymuje, że to świadomość nadciągającej kąpieli w wodzie święconej tak poruszyła tasmańską duszę, ja skłaniam się ku tezie, że nie o wiarę jej chodziło, a o poczynania instytucji, do której miała wstąpić. Jeśli bowiem wierzyć w przewagę nurture nad nature, to Fruzia wyssała swe mieszane uczucia do niej wraz z mlekiem modyfikowanym od matki i ojca. Wybudziła się o drugiej, rycząc wniebogłosy i do dziś w zasadzie nie jestem pewna słuszności rodzinnej diagnozy. Najprawdopodobniej Fruzia przedawkowała. Nie tylko ogórki, choć te z pewnością najbardziej, ale w zasadzie wszystko. Zasnęłyśmy po piątej w dużym pokoju, na kołdrze rozłożonej na dywanie i w takiej to porannej scenerii zastała nas o siódmej przerażona Mamuśka. Sami rozumiecie - świat się wali, skoro pod jej własnym dachem dopiero na podłodze znalazła Fruzia ukojenie! (Inżynier NIC nie słyszał. NIC!)

Zadanie dnia przypadło w udziale Inżynierowi. Mnie wzywały obowiązki chrzestnej matki. Po pierwsze - obligowały do niespóźnienia się na komunijną mszę Diabła, a po drugie - do uczestniczenia w niej od kościelnego dziedzińca, gdzie strzeliłam mnóstwo rozmazanych zdjęć przybranemu dziecku, do samego ołtarza, przy którym Ojciec Dyrektor wraz z małżonką zasiadali w loży gości honorowych. (Ja chyba zasiadłam w loży szyderców, bo wśród mnóstwa wzruszeń z tytułu "on już jest prawie dorosły! gdzie jest mój maleńki Domino?" nie zabrakło również momentów, w których szatańsko notowałam w głowie fragmenty przemówienia dziękczynnego księżula, coby się potem raz jeszcze podzielić nimi z Rodzicielami, dodając do nich nie szczyptę, a całe wiadro sarkazmu i ironii. Bo że Mamuśka, to w sumie nic takiego. Ale Ojciec Dyrektor! Przy ołtarzu! Doprawdy, to niemal temat na czeski film w starym dobrym stylu!) Mąż Mój Wyluzowany (- To powiedz mi raz jeszcze, co dokładnie i w jakiej kolejności mam zrobić, bo nie pamiętam) spędził ten czas z córką na Ranczo, gdzie Fruzia tak radośnie udzielała się towarzysko, jakby minionej nocy ani kryzysu dnia siódmego nigdy nie było. (Może i nie było, może to ja przedawkowałam.) Inżynier zapisał się więc na kartach rodzinnej historii jako Ten-Który-Ubrał-Córkę-Do-Chrztu. Czujecie to? Przez chwilę nawet zazdrosna byłam, ale zaraz mi przeszło, bo pękałam z dumy, patrząc na Diabła wywijającego radosny taniec na cześć Pana tuż przy ołtarzu. Przed nosem Dziadka Dyrektora, ha! Ale do brzegu. Ubrał ją więc sam. Od A do Z. Od podrabianego pampersa z Lidla, przez bladoróżową tiulową kieckę i malinowe buty, po kapelusz na głowie, w którym to Fruzia przybyła na własną uroczystość. (Kapelusze, nomen omen, z głów! Nadal nie wiem, jak mu się udała ta sztuczka. On zresztą też nie jest pewien.) Wzrusz na dobre już się u mnie rozgościł pod wpływem pieśni dziękczynnej małych komunistów dla rodziców ("on taki malutki był!"), a to przecież jeszcze nie koniec wrażeń. Szybciutko zamieniliśmy się z Wielkim Bratem rolami i znów staliśmy przy ołtarzu.

I właśnie tam Fruzia natychmiast rozpoczęła koncert.

Ryczała, kiedy siedzieliśmy, staliśmy, próbowaliśmy przekazywać ją sobie z ręki do ręki. Włączyła jej się faza 'mama' i najlepiej oraz najgłośniej ryczało jej się u mnie na ręku. Biedny Inżynier bardzo chciał pomóc, ale niewiele mógł. Ja zresztą też nie. Pamiętam, że próbowałam koncentrować się na słowach księdza, żeby przypadkiem nie wyrzec się Jezusa, jak to podobno miało miejsce podczas legendarnego chrztu Wielkiego Brata, oraz żeby nie zgubić wspinającej się (i wciąż ryczącej) po moim ramieniu Fruzi. Piętnaście minut. Tyle to trwało, a wrażenia jak z wrześniowego biegu przełajowego na dychę. Punkt kulminacyjny był dla naszej trójki momentem traumatycznym i jedynym w zasadzie, w którym miałam ochotę osobiście i gołymi rękami udusić księdza.
- Ja ciebie chrzczę...
Efektowna pauza. Fruzia, podtrzymywana przeze mnie za ramiona i przez Inżyniera za nogi, najwyraźniej zamierza konkurować z mocą najlepszych kościelnych organów, bo drze się jak opętana.
- ... w imię Ojca...
Pauza.
Kurwa, szybciej!, myślę po chrześcijańsku. Później okaże się, że on myślał dokładnie o tym samym. Czuliśmy się jak członkowie sekty składającej własne dziecko w ofierze.
- ... i Syna...
Pauza.
Pauza, pauza, pauza. Ksiądz patrzy na nas z lekką naganą w spojrzeniu, jakby spodziewał się, że oboje z Inżynierem celowo chowamy za pazuchą jakieś magiczne rodzicielskie sztuczki potrafiące uciszyć Tasmana, z których nie wiadomo dlaczego nie korzystamy.
- ... i Ducha Świętego, amen.
Ryczę razem z Fruzią. Już po wszystkim, ale czuję się, jakby walec przejechał po nas wszystkich.
Łzy płyną mi ciurkiem po twarzy, chowam je we włosach, patrzę tylko na Inżyniera, nie chcę, żeby ktoś widział mnie w takim stanie. Wtedy w tle rozbrzmiewa anielski głos małej dziewczynki śpiewającej dla Fruzi "Kołysankę dla Tosi" Golców. Niespodzianka od Dziadka Dyrektora.

No teraz to już na pewno nigdy nie przestanę płakać.

Schodkami w dół zeszłaś prosto z nieba
Stąpając tak, by nie słyszał nikt.
Twój pierwszy płacz był jak zwiastun dnia
Po nocy ciemnej i długiej.

Na uspokojenie samowolnie wleźliśmy całą trójką za ołtarz, próbując rozbawić Fruzię. Jak inaczej wygląda kościół z tej perspektywy.

Na dziedzińcu już się śmiałam. Inżynier chyba miał rację, przewidując, że Tasman tak łatwo nie da się przeprowadzić na jasną stronę mocy. 
- Wiesz co, przy tym wszystkim ona jest chyba po prostu głodna - dodał Mąż Mój.
- A ty ją nakarmiłeś przed wyjściem z domu? - zapytałam podejrzliwie.
Instrukcja słowna przewidywała ten punkt, choć Inżynier przysięga, że zupełnie go nie pamięta.
- Nie, bo nie było już czasu - wyznał szczerze. - Nawet miałem zamiar, ale wtedy zadzwoniłaś i musiałem szybko ją ubierać.
Spojrzałam na niego i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Kiedy dwadzieścia minut później Fruzia dorwała się do mojego rosołu jakby nie uświadczyła pokarmu od przynajmniej dwóch sezonów, wszystko stało się jasne.

Nie dość, że ją poświęcili (brr!), to jeszcze z pustym żołądkiem!

Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (2): Pielgrzyma portretów kilka

Byliśmy przygotowani jak na wojnę. W myśl zasady, że głodna Fruzia to zła Fruzia, zapas bananów, herbatników, ciastek ryżowych i kanapek przewidziany był na całodniową, bezustanną konsumpcję, podczas gdy Smerfy miały zapewnić Tasmanowi rozrywkę na wypadek gdyby inne aktywności, te pochodzące z naturalnych źródeł (zaczepianie współpasażerów, wyglądanie przez okno, deptanie po ojcu i matce etc.) zawiodły. Tasman miał oczywiście swoją własną wizję pierwszego w życiu lotu. Bufet zamknęła tuż przed wejściem do powietrznej maszyny, przywitała stewardessę głośnym aaaaa!, przez szparę między siedzeniami zerknęła, kto przed nią, a kto za nią, uznała, że nic się nie dzieje, po czym zasnęła znudzona, zanim samolot zdążył wystartować. Wcześniej jednak głośnym wrzaskiem upewniła się, że pomarańczowy pas, którym miała być do mnie przypięta, zniknął z zasięgu jej wzroku. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. David Copperfield byłby z nas dumny.  W połowie lotu Fruzia ocknęła się, rozejrzała ponownie, bo a nuż nastąpiły jakieś interesujące przetasowania wśród pasażerów, podeptała ojca i matkę, wysłuchała czołówki Smerfów trzydzieści dwa razy, po czym zażądała końca lotu. I ten, imaginujcie to sobie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki akurat nastąpił. Jako że powietrzna podróż powrotna wyglądała niemal identycznie, rozważam napisanie poradnika "Jak podróżować z dzieckiem i dlaczego to takie proste." Intuicja podpowiada, aby wydać go przed kolejną wyprawą, zanim się zdezaktualizuje.

Przez sześć okrągłych dni nie wnosiła jakiegokolwiek sprzeciwu do planu korpusu dyplomatycznego. Pozwoliła się  wozić, przenosić, oglądać i podziwiać (z bezpiecznej odległości). Raz usadzona na powierzchni płaskiej, natychmiast wprowadzała w życie swój własny plan zwiedzania. Tym sposobem rozpracowała  osiem domów, pięć lokali gastronomicznych, jedną salę bankietową, jedną psią budę, jeden gabinet pedagoga szkolnego, jeden lekarski, kilka ogródków oraz niezliczoną liczbę chodników i ścieżek. I doprawdy nie wiem jakim cudem, ale podarła tylko jedną tiulową kieckę, jedną parę rajstop i getry. (Być może dlatego, że jednak większość czasu spędziła odziana w samego pampersa. Dlaczego nikt nam nie powiedział, że w Polandii będzie tak gorąco?!) Podróżne łóżeczko wędrowało razem z Fruzią niczym wierny Rudolf. Stanęło w dwóch miastach i dwóch wsiach oraz w sali bankietowej. Albowiem wszystkim wiadomo, że gdzie królowa, tam jej tron. Czy jakoś tak.

O ile znajdowaliśmy się w zasięgu jej wzroku, gdziekolwiek się znalazła, szybko zaczynała czuć się jak u siebie w domu. Otwierała to, co otworzyć się dało (lub dotąd nie dało), zaglądała za i pod kanapy, wzbudzając we mnie nagłe zakłopotanie, kiedy żądała wyjęcia spod nich zagubionych przedmiotów gospodarzy, czyściła podłogi i parapety chusteczkami nawilżającymi, polerowała powierzchnie do sucha własnymi getrami, właziła pod stoły i krzesła, w trzydziestostopniowym upalem owijała się w dywaniki i chodniczki, a jeden z nich usiłowała nawet wyrzucić Babci Mamuśce z czwartego piętra przez szparę między balkonową balustradą a podłogą. Wprowadzała też swoje własne porządki - zero obrusów, zero bibelotów na meblach, zaś firany zaszufladkowała jako niemodne, nakazując Babciom zawiązywanie ich do wysokości parapetu pod groźbą własnoręcznego ściągnięcia ich razem z karniszami. Nauczyła się sama włazić na sofy i fotele, często przemieszczając się z jednego na drugi po oparciach. A wieczorem odmawiała szybkiej toalety pod prysznicem, gdyż prawdziwe damy biorą kąpiele w misce / brodziku pełnym wody albo wcale. Spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że często było to wcale. Dzień Dziecka rozpoczęła Fruzia już w maju.

Jadła wszystko, co jej zaoferowano. A ponieważ najczęściej oferowano jej bomby cukrowe, już na zawsze pierwsze polskie wakacje Fruzi będą kojarzyły mi się z ciastkami i herbatnikami. Przegryzała je kiszonymi ogórkami, prawdopodobnie dla złamania smaku, jak na wytrawną smakoszkę przystało. Miłość do kiszonych, zarejestrowana już w Krainie Deszczu, u źródeł weszła w fazę krytyczną - wystarczyło, że na stół wjeżdżały ogórki, a wszelkie mięsa, pieczywo i inne frykasy przestawały się liczyć. Awantur o kiszone było kilka. Matka: - Fruziu, nie wypada w gościnie zjadać całego talerza ogórków! Pomyśl o innych. Fruzia: - Aaaaaa! Mamamamama! Uradowni gospodarze: - A niech je na zdrowie! Bach. Kolejny kiszony we władaniu Fruzi. Bardzo to pomocne było. Bardzo. Bo o ile Fruzi organizm zbuntował się tylko raz, to wciąż nie wiem, czy sfermentowane warzywa szczelnie wypełniające żołądek piętnastomiesięczniaka to przepis na długowieczność czy może raczej wizytę na izbie przyjęć. Tak czy owak, przez dziesięć dni w żyłach Fruzi płynął kwas ogórkowy podlewany cukrem. A ja zamykałam oczy i obiecywałam (pochodna od słowa 'grozić'), że jeszcze kilka dni i kończymy z tym szaleństwem.
- Wszyscy przechodzimy na dietę - uciszaliśmy publicznie swoje sumienia.
- Wy sobie przechodźcie, a dziecku dajcie spokój - korygowała Mamuśka, wręczając Fruzi kolejne ciasteczko, a na boku układając coraz większy kopczyk herbatników, który miał wrócić z nami do Krainy Deszczu. Dzięki czemu aktualnie nie domykają mi się szafki w kuchni.

Siódmego dnia nastąpił kryzys, ale na Boga, nawet On musiał odpocząć po sześciu dniach pełnych wrażeń. Wszak tworzenie (z) chaosu to ciężka praca. Wąż podkusił nas wówczas do pozostawienia śpiącej Fruzi pod opieką Dziadków. Kiedy Fruzia się obudziła (a ja dość spokojnie sączyłam Bodkową nalewkę), najpierw rozejrzała się uważnie po Rodzinnym Domu Matki, następnie pozwoliła Babci Mamuśce oprowadzić się po mieszkaniu, a kiedy do małej głowy dotarło, że metraż się skończył, a rodziców brak, uruchomiło dziecię najlepszą wersję syreny alarmowej, na jaką tylko było ją stać. Trzy minuty po telefonie Mamuśki byłam w domu. (Zadziwiające, że zawsze po Bodkowych nalewkach muszę biec. A to w szpilkach po piszczącego psa, a to w klapkach po płaczące dziecko. Następnym razem idę w tenisówkach.) Fruzia czekała już na balkonie. Na mój widok płakała i śmiała się jednocześnie. Mamuśka razem z nią. Ja byłam spocona jak mysz. Od pobudki Fruzi minęło zaledwie piętnaście minut.

Nie wiem, co się dzieje w głowie tak małego dziecka. Części można się domyślać, a trochę pokusić o zgadywanie. Kilkadziesiąt nowych twarzy, nowe miejsca, brak jakiejkolwiek rutyny, nowe, nowe, nowe. Tamto życie być może nie ma tu nic do rzeczy. A może jednak ma. Jakkolwiek by nie było, od tamtego momentu faza na 'mamamama' w zasięgu wzroku spotęgowała się do kwadratu i trwa jeszcze teraz, kilka dni po powrocie do domu. Powolutku, krok po kroku, zapewniamy Fruzię, że mama jest i nigdzie się bez niej nie wybiera. Może młoda nie zauważy, że jutro idę do pracy.

Drugą część pielgrzymki staraliśmy się więc odbyć na zwolnionych obrotach, odwołując dwa spotkania, choć doprawdy trudno nazwać zwolnionymi obrotami imprezę na trzydzieści osób. Ale to już temat na kolejną opowieść...

Pierwsza Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (1): O Grzywce, która podzieliła rodzinę

Mogłabym przysiąc, że wsiadaliśmy do samolotu w trójkę. Wydawać by się mogło, że w rodzinnych stronach Inżyniera wciąż jeszcze byliśmy w tym składzie, jednak w Moim Rodzinnym Town Grzywka zaczęła żyć niezależnym ode mnie życiem i raptem zrobiło się nas czworo. Przyznaję, pierwszego dnia na starych śmieciach jeszcze się przejmowałam.
- Bardzo się zmieniłaś - oświadczyła mama Warszawianki, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Zmiana fryzury - pomogłam.
- Możliwe, możliwe - zgodziła się ze mną pani mama, wciąż zerkając na mnie niepewnie.
W Rodzinnym Domu przyparłam Mamuśkę do muru.
- Czy ja naprawdę tak okropnie wyglądam?
Mama popatrzyła na mnie uważnie. Zupełnie jak wtedy, kiedy jako nastolatka po zakupach z Kocurem prezentowałam jej najświeższą kolekcję spodni w paski, glanów albo butów na takich koturnach, że do dziś nie wiem, jak zdołałam w nich biec na dworzec, żeby złapać uciekający pociąg. Mamuśka i Kocurowa Mama często były bezlitośnie szczere w swoich opiniach na temat naszej nowej garderoby. Choć trzeba przyznać, że kiedy coś im się spodobało, wychwalały nasz dobry gust pod niebiosa.
- Tak okropnie to nie - zaprzeczyła teraz Rodzicielka. - Ale powiem ci, że nie podobasz mi się ani z z tą grzywką, ani z tym kolorem.
Łuuup.
- Mamuśko, ale jesteś paskudna! - wykrzyknęłam oburzona. - Mogłabyś być trochę milsza!
(Choć fakt, ten kolor miał być zupełnie inny.)
- To mam cię okłamywać? - zapytała ze śmiechem Mama. - Przecież wiesz, że zawsze mówię ci prawdę, w końcu jestem twoją mamą.
Słuszna uwaga.
- Ale ja staram się zawsze zmiękczyć jakoś krytykę, a ty nie - zarzuciłam jej. - Nie mówię ci, że bardzo przytyłaś, tylko że trochę i że jedynie na brzuchu.
I zanim obie gruchnęłyśmy śmiechem, Mamuśka wypaliła zupełnie niezrażona:
- Ależ możesz mi mówić prawdę, przecież wiem, że już w nic się nie mieszczę.

Zaprawdę powiadam Wam, wciąż muszę się od niej uczyć.

Po konsultacji telefonicznej z Kocurem zrobiło mi się lepiej i postanowiłam przyglądać się poczynaniom Grzywki z dystansu, coby mieć później o czym pisać, jak na niespełnioną  aspirującą pisarkę przystało. A trzeba przyznać, że Grzywka siała zamęt.
- Siostra, widzę, że figurę masz mało angielską - cmoknął z uznaniem Młodszy Kuzyn.
Po czym zepsuł cały efekt swojego komplementu jednym ciachnięciem:
- Ale wolę cię w dłuższych włosach, już ich tak nie obcinaj, dobra?
Młodszy to typowy przedstawiciel tego odłamu męskiego gatunku, który słyszy, że gdzieś dzwoni, ale nie wie, w którym kościele. Nie wiedział dokładnie, co chodzi z tymi włosami, ale coś mu się nie zgadzało, więc zaryzykował długość.
- Wyjechałaś z rozwianym włosem jak prawdziwa Słowianka, a wróciłaś jako zimna Angielka - zaryczał sarkastycznie Bodek, ogromnie zadowolony ze swojego jakże oryginalnego poczucia humoru. Jestem przekonana, że długo nad tym myślał, dodając sobie kreatywności nalewkami domowej produkcji.
- Pocałuj się - odparłam dumnie, uniosłam głowę w górę i przeczesałam Grzywę palcami, aby nie czuła się taka zaszczuta.

Wsparcie odnalazła Grzywa w osobie Dawno Niewidzianej Cioci. DNC, całując się ze mną na powitanie w progu Rodzinnego Domu, wykrzyknęła z zachwytem:
- Pięknie wyglądasz! Ta fryzura jeszcze cię odmładza!
Widzisz?? Słyszysz??, mówiło moje spojrzenie skierowane do Mamuśki.
Serio?? Ciotka chyba niedowidzi, odpowiadało mi zawiadiackie spojrzenie Mamy.
Handziuk również postanowiła połechtać moją próżność, krzycząc na pół dziedzińca przykościelnego, że cudna jestem od stóp po głowę, ale Rodzicielki, jak na złość, nie było wtedy obok mnie. Po fakcie stwierdziła, że Handziuk również ma coś ze wzrokiem. Albo jeszcze gorzej - z głową.
Chociaż...
- Ty wiesz, jak tak teraz siedzę i na ciebie patrzę - zaczęła Mama pod koniec naszej wizyty w Polandii - to ten kolor nawet nie jest taki zły. To znaczy dopiero dzisiaj, jak ci się trochę już sprał.

(Sprał się!)

- Mamuśko! - nie mogłam wyjść ze zdumienia. - Przecież jeszcze wczoraj mówiłaś, że jest do kitu. A ja musiałabym od wczoraj umyć włosy przynajmniej sto razy, żeby kolor się sprał.
- Eee tam - machnęła ręką Mama. - Wyglądasz zdecydowanie lepiej.

(Na tym etapie ja i Grzywka nieźle się bawiłyśmy kosztem naszej rodziny, obmyślając, jak by tu ich wszystkich razem i każdego z osobna w internetach potraktować.)

Rodzinny spór o Grzywkę spięła srebrną klamrą Kocur, która na mój widok wykrzyknęła, że wyglądam świetnie. I natychmiast dodała, że jak Linda Evans. Wątpię, aby pani Evans kiedykolwiek musiała wysłuchiwać tak wielu sprzecznych opinii na temat swojej fryzury, ale może to dobry znak, w myśl zasady, że nieważne, jak o tobie mówią, ważne, że w ogóle mówią.
- A tobie jak się podoba żona z Grzywką? - zapytała Kot Inżyniera.
Podstępnie pytała, wszyscy zebrani to wyczuli.
- Spoko - odparł Mąż Mój Wyluzowany. - Najbardziej podoba mi się bez Grzywki, ale tak też jest ładnie.
- No tak! Najlepiej to całe życie w jednej fryzurze - mruknęła nie wiadomo do kogo Kocurowa.

Zaprawdę powiadam Wam, zmieniajcie fryzury co sezon. Albowiem najnowsza mądrość ludowa autorki głosi, że Grzywka powołana do życia raz na 35 lat potrafi zburzyć rodzinny ład i porządek niemal tak, jak Jedynie Słuszna Partia burzy prawo i sprawiedliwość.