O leżeniu

środa, maja 18, 2016

Kraina Deszczu ubrała się w słońce i udaje, że u niej tak zawsze, więc kiedy nikt nie odsypia, nie piecze bułek i nie walczy z gorączką, udaje nam się w komplecie poleżeć na łące. Brzmi kusząco, wiem, bo wolne popołudnie, kwiatki, błękitne niebo, Fruzia wśród traw i rudy ogon migający człowiekowi przed oczami to tu, to tam... I tylko z tym błogim leżeniem coś nie tak. Wiadomo - Fruzia wśród traw i rudy ogon migający człowiekowi przed oczami to tu, to tam. A ściślej mówiąc - po oczach i po twarzy.
- Rudy, idź pobiegaj - zachęca nasze first baby Inżynier.
First baby jak zwykle w takich okolicznościach przyrody ani myśli biegać. Owszem, w czasie spaceru cieszy się wolnością, wącha kwatki, hasa i szczerzy radośnie kły, ale niech no tylko pańciuniostwo zasiądą wśród zieleni, a Rudolf już do nas lezie, już się ładuje w sam środek tej imprezy. I niech mu nawet będzie, skoro taki spragniony rodzicielstwa bliskości; problem w tym, że Rudolf zawsze przyłazi z całym arsenałem sposobów na wyrażenie siebie. Jęczy. Jęczy, bo gryzie patyk, a lepiej się go gryzie i trawi, jęcząc. Mlaszcze. Nawet jeśli odgryzł właśnie pół milimetra patyka, trzeba to pół milimetra przemielić w paszczy tak samo, jak się mieli dziesięć centymetrów kija bejsbolowego. Zieje. Ogniem z paszczy i wyziewami z tego, co właśnie zeżarł. Liże. Bo mu się Fruzia wtarabania na głowę, a on jeszcze nie znalazł lepszego sposobu na powiedzenie jej, żeby dała mu spokój. Rudolf tak samo okazuje miłość jak i zniecierpliwienie. Rozpycha się. Przewala się z boku na bok, a ponieważ leży pomiędzy nami, co rusz ładuje swoje białe dupsko na któregoś z nas.
- Rudy, idź, kurwa, pobiegaj! - mówi Inżynier, a w tonie jego pobrzmiewa nuta rezygnacji.
Rudolf radośnie macha kitą na znak, że w tej kwestii chyba nie osiągniemy porozumienia, ale on nie chowa urazy. Mąż Mój dostaje ogonem w twarz.

W przeciwieństwie do swojego brata, Fruzia szybko postanawia opuścić to kółko wzajemnej adoracji i zaznać trochę wolności. Przełazi w poprzek leżącego Inżyniera na drugą stronę, raczkuje do swojej nowej, spacerowej bryki, podciąga się przy niej do pionu i pchając przed siebie wózek z taką determinacją, jakby ją ktoś gonił, nawiewa. Obserwuję ją kątem oka mając nadzieję, że dziecię wkrótce się zatrzyma. Bo ja wiem? Może tęsknota ją zmorzy? Poczuje się samotna? Dobre sobie. Fruzia tak jest zachwycona powodzeniem swojego ucieczkowego planu, że wreszcie muszę się zerwać i przekierować jej zapędy na drogę powrotną, bo dotarła do krzaczorów, za którymi już tylko asfaltowa droga. Nie łazi jeszcze, a zawędrowała w drugi koniec łąki.
- Gagagagaga! - kłóci się ze mną, kiedy zawracam jej brykę.
- Ja ci dam gagaga! - uzbrajam się w wychowawczy ton. - Nie przesadzaj z tą samodzielnością, bo jak wdepniesz w psie łajno, to nikomu nie będzie do śmiechu.
Co jest wierutną bzdurą, bo jestem w stanie sobie wyobrazić, że akurat jej byłoby wtedy bardzo do śmiechu.

Rudolf tymczasem zwąchał innego nadchodzącego sierściucha, stroszy ogon i pędzi w jego kierunku. Już wiem, że to kolejny samiec alfa i będą się siłować. Zostawiam Fruzię z Inżynierem, a sama pędzę po Rudego, w biegu łapiąc smycz. Miałam rację, czarny i Rudy warczą na siebie, więc razem z właścicielką czarnego odciągamy czworonogi w dwie różne strony świata. Wracamy na nasze legowisko.

W międzyczasie Fruzia dorwała się do reklamówki z paluszkami. Przed tym małym sępem niczego nie da się ukryć. Jemy więc wszyscy, Inżynier, jak na głównodowodzącego w kulinariach przystało, wydziela porcje. Fruzia karmi Rudolfa, podnosząc raban za każdym razem, kiedy sierściuch zje za duży kawałek paluszka (czyt: cały) niż ona chciała mu zaproponować, albo kiedy bez jej pozwolenia sam się poczęstuje. Łagodzimy konflikty. Kiedy po paluszkach zostaje wspomnienie, a my usiłujemy znów przyjąć pozycję horyzontalną, Rudolf zaczyna się nudzić. A więc i jęczeć smęcąco. W jego mniemaniu takie leżenie bez celu (czyt: bez patyka) jest bez sensu. Ale samotne łażenie po polu, kiedy pańciuniostwo leżą, też mu się nie podoba. On by chciał być w ruchu, ale razem z nami. Z kolei Fruzia, która właśnie częstuje tatę patykiem, na nudę nie narzeka. Po raz tysięczny ściąga z głowy chustkę, bo przecież gorąco jest i ona nie rozumie, o co nam chodzi z tym czymś uwiązanym na jej czubku. W końcu się poddaję, to jest ponad moje siły. Chustka ląduje w torbie. Fruzia szczerzy się, zadowolona z wygranej. I natychmiast znajduje sobie nową zabawkę - smycz Rudolfa. Obserwujemy ją spokojnie, kiedy zawiązuje ją sobie wokół pasa. Kiedy Fruzia postanawia zjeść metalowe zapięcie smyczy, nie wytrzymuję.
- Fruziu, na litość boską, to nie jest do jedzenia!
Za chwilę Inżynier wyplątuje ją z psiego sznurka. Zawędrował już w okolice ramion.
- Jezuuuu! - Inżynier wywraca oczami i widzę, że zaraz wybuchnie śmiechem. Podrywa Fruzię z trawy i unosi ją w górę.  - Czy z wami się nie da normalnie?

Fruzia rechocze. Rudolf wali kitą gdzie popadnie.

Leżymy.

Nic się nie dzieje.

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Kasia na swoim pierwszym kocowym posiedzeniu wzbogaciła menu o czarny i żółty piasek, patyka, trawę tylko mrówki i pająka nie zlapała (uff), ale próbowała baaardzo. Fruzia spróbowaa jakichś "nowości"? ;) Piękny obrazek, rodzinna sielanka :) W Polsce z pogodą szału nie ma ale ponoć od dzisiaj ma być coraz cieplej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie próbowała badyli, ziemi i traw wszelakich (no, może oprócz tej spornej), o insektach nic mi nie wiadomo, choć to oczywiście o niczym nie świadczy:-) Liczę na przyzwoitą pogodę w Polsce, nie może być tak, że w Krainie Deszczu jest ładniej niż tam, kiedy my akurat w pielgrzymce do ojczyzny!

      Usuń
  2. I tak jest miło i fajnie i rodzinnie:)
    I może przegapiłam, ale czy piekarnia już piecze codziennie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piekarnia oficjalnie otwiera się w czerwcu, weekendowo na początek. Rozwieszę na blogu odpowiednie banery:-) A tymczasem Inżynier piecze, bardziej testując moce przerobowe sprzętu niż przepisy, a korzystają na tym najbliżsi znajomi i sąsiedzi. Można by powiedzieć, że kampania promocyjna w toku:-)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Dokładnie, o to w tym wszystkim chodzi:-)

      Usuń
  4. Zawsze się czuję niegodna zostawiać komentarze pod Twoimi postami. Co ja bym dała za taki zmysł obserwatorski, talent literacki i poczucie humoru!!! Uwielbiam Cię czytać! Nie wiem jak zniosę detoks wywołany wakacjami w Polandii;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uczuciowa, no żesz Ty, "niegodna"! Ty to masz dopiero poczucie humoru!:-)) Ale za uwielbienie dziękuję i się szczerze rumienię, gdyby Inżynier mnie teraz widział, to by się zaczął śmiać ze mnie:-))) Detoks faktycznie będzie, dla mnie największy, choć uwielbiam wracać z urlopu po przerwie w pisaniu z głową pełną opowieści. Wtedy niemal spać nie mogę po nocach, bo zdania za mną łażą i wszystkie chcą swojej uwagi natychmiast:-)

      Usuń
  5. Tak,oczywiście leżymy, odpoczywamy i myślimy o niebiskich migdałach;-0
    Marzenia ściętej głowy;-)
    Tak to opisałaś, że czułam się jakbym tam była z Wami;-)
    Udanej pierwszej wizyty z Fruzią w Polsce!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, no widzisz, a mówią, że jak dziecko w domu, to już nie ma jak odpoczywać! Jesteśmy najlepszym przykładem na to, że się da leżeć i nawet o migdałach myśleć:-))))
      Dziękujemy, będziemy łapać każdą chwilę!:-)

      Usuń