O tym, że oni już

Siedzimy na naszym kawałku trawnika. Szoruję ogrodowe zabawki, które Fruzia dostała od starszej koleżanki. Dziecię co rusz wkłada łapki do starego garnka z wodą i płynem do naczyń. Potem oczywiście je oblizuje, szybko więc kończę akcję czyszczenia i przynoszę jej w tym samym garze czystą już wodę. Sadzam ją w cieniu i patrzę, co też Fruzia uczyni. Szeroki uśmiech rozjaśnia lico dziecięcia, oczy jej błyszczą, jeszcze tylko jedno szybkie spojrzenie na matkę i już woda pryska na wszystkie strony ogródka. Fruzia piszczy jak szalona, nie przeszkadza jej woda spływająca po twarzy, koszulce i getrach, ani bagno, które w błyskawicznym tempie zaczyna tworzyć się wokół jej małego tyłka, jednym słowem świetnie się bawi. Co tylko zachęca Rudolfa do natychmiastowej reaktywacji po leniwej drzemce w słońcu. Za chwilę są już przy garze oboje. Tyłem do mnie. Widzę jej blond loki i jego rudą kitę. Ona produkuje fale i co rusz oblizuje mokre łapki, on stoi obok niej i głośno chłepcze jęzorem wodę.

To ten moment, kiedy tych dwoje naprawdę pije z jednej miski.

Gdyby Mamuśka widziała ten obrazek, natychmiast podniosłaby larum, że Rudolfowe zarazki i inne demony. Ja jednak nie przerywam tej wspólnoty doświadczeń.

Zapisuję na twardym dysku pamięci.

Zresztą nie wiem, kto tu dla kogo jest większym zarazkiem.

***

A tymczasem pamiętajcie o Adzie i wypatrujcie wirtualnej pocztówki z Polandii. Czy uwierzycie, jeśli Wam powiem, że Fruzia już się spakowała?! (A my jak zwykle w lesie...)

Ahoj!

O leżeniu

Kraina Deszczu ubrała się w słońce i udaje, że u niej tak zawsze, więc kiedy nikt nie odsypia, nie piecze bułek i nie walczy z gorączką, udaje nam się w komplecie poleżeć na łące. Brzmi kusząco, wiem, bo wolne popołudnie, kwiatki, błękitne niebo, Fruzia wśród traw i rudy ogon migający człowiekowi przed oczami to tu, to tam... I tylko z tym błogim leżeniem coś nie tak. Wiadomo - Fruzia wśród traw i rudy ogon migający człowiekowi przed oczami to tu, to tam. A ściślej mówiąc - po oczach i po twarzy.
- Rudy, idź pobiegaj - zachęca nasze first baby Inżynier.
First baby jak zwykle w takich okolicznościach przyrody ani myśli biegać. Owszem, w czasie spaceru cieszy się wolnością, wącha kwatki, hasa i szczerzy radośnie kły, ale niech no tylko pańciuniostwo zasiądą wśród zieleni, a Rudolf już do nas lezie, już się ładuje w sam środek tej imprezy. I niech mu nawet będzie, skoro taki spragniony rodzicielstwa bliskości; problem w tym, że Rudolf zawsze przyłazi z całym arsenałem sposobów na wyrażenie siebie. Jęczy. Jęczy, bo gryzie patyk, a lepiej się go gryzie i trawi, jęcząc. Mlaszcze. Nawet jeśli odgryzł właśnie pół milimetra patyka, trzeba to pół milimetra przemielić w paszczy tak samo, jak się mieli dziesięć centymetrów kija bejsbolowego. Zieje. Ogniem z paszczy i wyziewami z tego, co właśnie zeżarł. Liże. Bo mu się Fruzia wtarabania na głowę, a on jeszcze nie znalazł lepszego sposobu na powiedzenie jej, żeby dała mu spokój. Rudolf tak samo okazuje miłość jak i zniecierpliwienie. Rozpycha się. Przewala się z boku na bok, a ponieważ leży pomiędzy nami, co rusz ładuje swoje białe dupsko na któregoś z nas.
- Rudy, idź, kurwa, pobiegaj! - mówi Inżynier, a w tonie jego pobrzmiewa nuta rezygnacji.
Rudolf radośnie macha kitą na znak, że w tej kwestii chyba nie osiągniemy porozumienia, ale on nie chowa urazy. Mąż Mój dostaje ogonem w twarz.

W przeciwieństwie do swojego brata, Fruzia szybko postanawia opuścić to kółko wzajemnej adoracji i zaznać trochę wolności. Przełazi w poprzek leżącego Inżyniera na drugą stronę, raczkuje do swojej nowej, spacerowej bryki, podciąga się przy niej do pionu i pchając przed siebie wózek z taką determinacją, jakby ją ktoś gonił, nawiewa. Obserwuję ją kątem oka mając nadzieję, że dziecię wkrótce się zatrzyma. Bo ja wiem? Może tęsknota ją zmorzy? Poczuje się samotna? Dobre sobie. Fruzia tak jest zachwycona powodzeniem swojego ucieczkowego planu, że wreszcie muszę się zerwać i przekierować jej zapędy na drogę powrotną, bo dotarła do krzaczorów, za którymi już tylko asfaltowa droga. Nie łazi jeszcze, a zawędrowała w drugi koniec łąki.
- Gagagagaga! - kłóci się ze mną, kiedy zawracam jej brykę.
- Ja ci dam gagaga! - uzbrajam się w wychowawczy ton. - Nie przesadzaj z tą samodzielnością, bo jak wdepniesz w psie łajno, to nikomu nie będzie do śmiechu.
Co jest wierutną bzdurą, bo jestem w stanie sobie wyobrazić, że akurat jej byłoby wtedy bardzo do śmiechu.

Rudolf tymczasem zwąchał innego nadchodzącego sierściucha, stroszy ogon i pędzi w jego kierunku. Już wiem, że to kolejny samiec alfa i będą się siłować. Zostawiam Fruzię z Inżynierem, a sama pędzę po Rudego, w biegu łapiąc smycz. Miałam rację, czarny i Rudy warczą na siebie, więc razem z właścicielką czarnego odciągamy czworonogi w dwie różne strony świata. Wracamy na nasze legowisko.

W międzyczasie Fruzia dorwała się do reklamówki z paluszkami. Przed tym małym sępem niczego nie da się ukryć. Jemy więc wszyscy, Inżynier, jak na głównodowodzącego w kulinariach przystało, wydziela porcje. Fruzia karmi Rudolfa, podnosząc raban za każdym razem, kiedy sierściuch zje za duży kawałek paluszka (czyt: cały) niż ona chciała mu zaproponować, albo kiedy bez jej pozwolenia sam się poczęstuje. Łagodzimy konflikty. Kiedy po paluszkach zostaje wspomnienie, a my usiłujemy znów przyjąć pozycję horyzontalną, Rudolf zaczyna się nudzić. A więc i jęczeć smęcąco. W jego mniemaniu takie leżenie bez celu (czyt: bez patyka) jest bez sensu. Ale samotne łażenie po polu, kiedy pańciuniostwo leżą, też mu się nie podoba. On by chciał być w ruchu, ale razem z nami. Z kolei Fruzia, która właśnie częstuje tatę patykiem, na nudę nie narzeka. Po raz tysięczny ściąga z głowy chustkę, bo przecież gorąco jest i ona nie rozumie, o co nam chodzi z tym czymś uwiązanym na jej czubku. W końcu się poddaję, to jest ponad moje siły. Chustka ląduje w torbie. Fruzia szczerzy się, zadowolona z wygranej. I natychmiast znajduje sobie nową zabawkę - smycz Rudolfa. Obserwujemy ją spokojnie, kiedy zawiązuje ją sobie wokół pasa. Kiedy Fruzia postanawia zjeść metalowe zapięcie smyczy, nie wytrzymuję.
- Fruziu, na litość boską, to nie jest do jedzenia!
Za chwilę Inżynier wyplątuje ją z psiego sznurka. Zawędrował już w okolice ramion.
- Jezuuuu! - Inżynier wywraca oczami i widzę, że zaraz wybuchnie śmiechem. Podrywa Fruzię z trawy i unosi ją w górę.  - Czy z wami się nie da normalnie?

Fruzia rechocze. Rudolf wali kitą gdzie popadnie.

Leżymy.

Nic się nie dzieje.

O tym, że każdego dnia zdarzają się małe cuda!

Nie mogę w to uwierzyć.

W konsulacie powiedziano nam wyraźnie - jesteśmy obłożeni wnioskami o paszporty, czas oczekiwania wydłużył się do 7 tygodni, wasz paszport będzie do odebrania 20 maja. Dzień przed naszym wylotem do Polski. Po tej informacji koperta, w której paszport Fruzi miał dotrzeć do Piątej Chatki, zaadresowana moją własną ręką, miała pójść do kosza. Zmęczony pan urzędnik przekreślił adnotację o wysyłce, anulował jej koszt i zapewnił, że dwudziestego paszport na pewno będzie na nas czekał w Londynie.

Jakież było moje zdziwienie dokładnie kilka minut temu, kiedy listonosz dostarczył mi do rąk własnych nowiutki, pachnący świeżym papierem paszport Fruzi!

Leży na stole obok mnie. Gapię się na niego co kilka sekund. Prawdziwy. Bez literówek i błędów.

Koperta zaadresowana jest moim pismem. Koszt wysyłki pokrył konsulat.

I jak tu nie wierzyć w powracające dobro?

Jest poniedziałek. Idealny dzień na niesienie pomocy.

Kochani, będzie prosto z mostu.

Ada Kupiec potrzebuje Waszej pomocy. Ma tylko 21 lat i bardzo, bardzo chce żyć. Cierpi na ekstremalnie rzadką chorobę Niemanna-Picka i potrzebuje pieniędzy na lek, który pomoże ją okiełznać. Kopiując za Kaczką, szczegóły tutaj:

https://www.siepomaga.pl/adrianna

https://www.facebook.com/Adrianna.Sebastian.NPC1/

http://pomocwiecej.com.pl/adrianna-kupiec.html

Pomóżmy jej, co? Bo nie wiem, czy wiecie, ale...

a/ Dobro powraca. Nawet jeśli czynisz je z myślą, żeby powróciło:-)

b/ Nie ma fajniejszego uczucia od tego, że się komuś pomogło. A do tego w dobie internetów jedyne, co musisz zrobić, to postukać chwilę w klawiaturę, aby się dokonało. Prawie samo!

c/ W ramach pomocy Adzie możecie wylicytować prawdziwe dzieła sztuki Bardzo Utalentowanych Osobistości - zerknijcie u Kaczki na te nazwiska!

Będę śledzić aukcje, bo trochę zaspałam i dopiero teraz dowiaduję się, że gdzieś coś, ale żeby nie czekać i nie zgubić celu, już dziś robię przelew na konto Ady w fundacji Siepomaga. A wiecie dlaczego?

Bo nasza Fruzia jest zdrowa. Ada nie. I nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co czuje jej mama.

O zdjęciach z podróży

Tamtego majowego dnia, kiedy po raz pierwszy przyjechała z kilkugodzinną wizytą do Piątej Chatki, było ciepło i słonecznie. Fostersowie wypili grzecznościową herbatę, wygłaskali Rudolfa i zostawili nas samych na całe popołudnie. Włożyliśmy ją do łóżeczka, włączyliśmy karuzelę, z której popłynęła "Oda do radości". Miała na sobie jasne śpiochy w pastelowe wzorki, ledwie widoczne od któregoś z kolei prania. Machała łapkami jak oszalała, a my staliśmy nad łóżeczkiem, gapiąc się to na nią, to na siebie i nie mogąc uwierzyć, że to nasze dziecko, w naszym domu i w naszym życiu. Później połączyliśmy się na skypie z czekającymi w napięciu Rodzicami. Ojciec Dyrektor wciąż powtarzał "jaka maleńka!", Drudzy Rodzice, że taka śliczna, a Mamuśka prawie nic nie mogła powiedzieć, bo płakała. Do dziś twierdzi, że wciąż ma ten obraz w głowie i nawet jeśli kiedyś dopadnie ją finalna skleroza, jest pewna, że tamten widok wciąż będzie śnił jej się po nocach.

Zbijam jej gorączkę, głaszczę po głowie, poskramiając rozbestwione blond fale. Patrzę na nią i przeżywam to po raz kolejny. Mieszają mi się obrazy z dwóch różnych bajek, choć to przecież jedna i ta sama historia. Pierwszy spacer ulicami naszej wsi tamtej majowej soboty, podekscytowanie Rudolfa na jej widok i ten zapach niemowlaka. Miałam w sobie tyle emocji, że nie byłam w stanie napisać nic sensownego, złożyć prostego zdania, które oddałoby choćby w minimalnym stopniu wagę tego, co nam się właśnie przydarzyło. A zaraz potem migawki ze szpitalnych korytarzy. Po laparoskopii kilka pacjentek z oddziału ginekologii przyniosło mi galaretkę ze śniadania, bo "ty dziecko taka młoda jesteś, musisz nabrać siły, musisz zdrowieć, a dzieci będziesz jeszcze miała, nie martw się". Moje kciuki uniesione w górę, kiedy po zabiegu hsg ktoś pchał mój wózek przez korytarz, na którym czekał na mnie on. Niezliczone twarze lekarzy, z których pamiętam tylko dwie. Zasypianie w pół zdania po głupim jaśku. I coś pomiędzy jawą a snem, kiedy usłyszałam jakby zza ściany - "mam kolejną". Kolejną komórkę jajową, którą udało im się ze mnie wydrzeć. Zastrzyków właściwie nie pamiętam. Oprócz jednego. Mój osobisty pielęgniarz w osobie Inżyniera zbyt gorliwie zabrał się za przygotowanie mikstury i spora część menopuru wystrzeliła mi wtedy ze strzykawki prosto w twarz. Przez chwilę nie mogłam się zdecydować, czy panikować, że teraz dawka niepełna, czy zacząć się śmiać. Wybrałam to drugie.

Spomiędzy zdjęć z wyjazdu do Pragi wypadły mi niedawno fotografie naszych embików. Trzy z pięciu, które wróciły z nami do domu. Nazywaliśmy je Rzepikami. Trzy z pięciu, które dotrwały do transferów. Dziwna to pamiątka z jeszcze dziwniejszej podróży. O czwartej próbie nie powiedzieliśmy nikomu. Nie do końca była nam na rękę. Od początku wiedzieliśmy, że w tej jeździe bez trzymanki trzeba kiedyś umieć powiedzieć sobie dość. Trzy. To był nasz limit. Mr Ostry uważał jednak inaczej i chwała mu za to. Potrzebowaliśmy jeszcze jednego rozczarowania, żeby naprawdę się przelało. Na moje stwierdzenie, że wchodzimy w adopcję, Mr Ostry wypalił bez ostrzeżenia, patrząc mi prosto w oczy:
- Transferu nie było, więc wciąż jesteście w trzeciej, refundowanej próbie. To tak, jakbym właśnie położył na stole pięć tysięcy funtów. Choć nie, w twoim przypadku to byłoby sześć tysięcy. Nie każdy dostaje taką szansę. Chcesz z niej zrezygnować?
Nie, oczywiście, że nie chciałam. Nie chcieliśmy.
- Dobrze, ale czy możemy zrobić to jak najszybciej? Chcę mieć to już za sobą.
Oto motywacja. Chcę mieć to już za sobą.
A tak naprawdę zaczynałam czuć się trochę tak, jakbyśmy zawodzili nasze dziecko, które być może gdzieś tam już na nas czeka, w jakimś obcym domu. A co, jeśli się miniemy?
Jeśli mamy się spotkać, to się spotkamy. Spokojnie, maleństwo, mówiłam bezgłośnie, nie bardzo wiedząc, do kogo bardziej kieruję te myśli - do Rzepików, czy do Potomka z kosmosu.

Patrząc na zdjęcia Rzepików, nie myślę o tym, jak by to było, bo wystarczy mi to, że wiem, jak jest. Równie dobrze to Fruzia mogłaby mieć takie zdjęcie z czwartej doby od poczęcia. Prawdopodobnie niewiele różniłaby się na nim od Rzepików. Może tylko obwód w talii, sugerujący dobry apetyt, miałaby pełniejszy.

Ból sprowadzania dzieci na świat to jedyny rodzaj bólu, w którym jeszcze potrafię dopatrzeć się jakiegoś sensu. Coś tak fantastycznego jak nowe życie nie może pojawić się ot tak, po prostu, na jednym wydechu. Chyba. Kiedy Fruzia dotrze do gimnazjalnego etapu kuriozalnych przechwałek, kto dłużej się rodził i która mama więcej wycierpiała przy porodzie, nasze dziecię zawsze będzie mogło powiedzieć, że jej mamie poród wyjął kilka lat z życiorysu.

Jestem pewna, że po takim wyznaniu nikt już nie śmie rywalizować z nią w żadnej innej dziedzinie.

O tym, że nie po drodze mi z polityką

Nie powinnam Wam opowiadać o Seniorach, bo to wbrew polityce Błękitnej Przystani. Zamierzam jednak nagminnie łamać tę zasadę, przepuszczając opowieści przez sito mojej własnej etyki. Wielka to szkoda, bo mało będzie niecenzuralnych słów, za które między innymi tak bardzo uwielbiam mieszkańców Błękitnej, ale jeśli macie bogatą wyobraźnię - albo chociaż fajnego dziadka lub babcię, którzy lubią zakląć - to będziecie w stanie zwizualizować sobie, jak niekiedy potrafi rozmawiać obecne pokolenie 90+.

Złamałam też inną zasadę Przystani. Tę, która mówi o 'nie faworyzowaniu'. Co prawda nikogo jak dotąd nie faworyzowałam (bo niby czym? herbatą podaną w ładniejszym, takim samym jak sto innych, kubku? a może lepiej rozprostowanym prześcieradłem?), ale ulubieńców swoich mam, wyznaję to z ciężkim sercem. Dokładnie tak samo, jak kilku Lucasów uwielbiałam ciut więcej niż innych. A mimo to żaden nie skarżył się, że ma gorzej założoną pieluchę niż reszta bejbików.

BloodyHell skradł moje serce barytonem z chrypką, kiedy wygłasza swoje słynne Bloody Przemówienia.
- Bloody hell! - trąbi, kiedy wybudzamy go w nocy, przekładając na drugi bok.
- Bloody cold! - krzywi się pod wpływem kontaktu skóra-nawilżona chusteczka.
- Bloody holiday! - rzucił kiedyś ironicznie, kiedy powiedziałyśmy mu, że jedna z opiekunek jest na urlopie.
Całe moje nocne wyczerpanie znika pod wpływem rozmów z BloodyHell.
- Jesteś Niemką? - zapytał mnie dziś nad ranem.
- Nie, Polką. A czemu pytasz? Czy mój akcent jest aż tak charakterystyczny? - zapytałam.
- Bloody yes! - usłyszałam w odpowiedzi i otrzymałam najbardziej zawiadiacki uśmiech świata.

Donżuan znalazł na mnie  inny sposób. Szanowny Senior ledwie potrafi ruszyć ręką, prawie w ogóle nie rozumiem, co próbuje nam powiedzieć, ale na widok dziewczyny potrafi wydobyć z siebie coś, co przypomina gwizd sztubaka na widok laski z długimi nogami. A wczorajszej nocy Donżuan przeszedł samego siebie.
- Napijesz się soku? - zaproponowałam.
Donżuan skwapliwie skorzystał z zaproszenia, podniosłam więc kubek do wysokości jego brody, wetknęłam mu słomkę do ust i czekam. Senior upił maleńki łyczek, po czym natychmiast zaczął się krztusić. W ciągu sekundy zrobił sie purpurowy na twarzy, nie pomagało klepanie po plecach, zaczęłam więc gorączkowo rozglądać się za dzwonkiem alarmowym. Jak zwykle w takich sytuacjach nie mogłam go zlokalizować, pewnie zaplątał się gdzieś w pościeli, a poza tym szybko doszłam do wniosku, że skuteczniejsze będzie narobienie rabanu. Wybiegłam na korytarz i wrzasnęłam, że potrzebuję pomocy.
Kiedy do pokoju Donżuana dobiegła piguła, ten już dochodził do siebie. Odzyskiwał kolory, a ja normalne tętno.
- Ale napędziłeś mi strachu! - pogłaskałam Seniora po dłoni dwie minuty później.
Jak na komendę, Donżuan wybuchnął chrypkowatym, rzężącym śmiechem. Oczy na nowo zaszły mu łzami, modliłam się, żeby znów nie zaczął się dławić. Cały był przy tym rozchachany.

Wyraźnie się ze mnie nabijał!

- Ty małpiszonie! - zaczęłam się śmiać razem z nim.
W odpowiedzi lico Seniora jeszcze bardziej pojaśniało, a kiedy Donżuan odzyskał panowanie nad zmęczonym życiem ciałem, uśmiechnął się do mnie raz jeszcze, po czym...

Wytknął na mnie język!

Najwyraźniej polityka szacunku i zasad dobrego wychowania w Błękitnej nie obowiązuje samych Seniorów...;-)

O pracowitości

Bank holiday. Cała Kraina Deszczu wypoczywa. A właściwie prawie cała. Przed południem on wraca z promocyjnej rundy po lokalnych znajomych z pustymi skrzynkami po wypiekach. Jego komórka co rusz oznajmia nadejście kolejnej dziękczynnej wiadomości pełnej ochów i achów. Po południu ja wynurzam się z sypialni po nadprogramowej drzemce, bo wieczorem pędzę do Seniorów. Fruzia wędruje z rąk do rąk.

Lekko chwiejnym krokiem, bo po drodze wciąż przecieram oczy, wtaczam się do salonu. W salonie dziecię. Wygląda na to, że również pracuje.

Siedzi na dywaniku przy sofie. Nawet na mnie nie spojrzy, tak jest zajęta. Pilnie wystukuje coś na klawiaturze mojego przedpotopowego notebooka. A ściślej mówiąc, szuka czegoś w google. Po swojej lewej ma telefon stacjonarny, którego nigdy nie możemy znaleźć, bo używamy go jedynie do załatwiania irytujących spraw urzędowych. Słuchawka zdjęta jest z widełek, leży na podłodze obok aparatu. Najwyraźniej Fruzia nie chce, aby jej przeszkadzano. Po prawej pęk kluczy Inżyniera. Jeszcze dalej magnetyczny rysownik, prawdopodobnie pełniący funkcję notatnika, bo widzę, że Fruzia zdążyła coś już na nim naprędce nagryzmolić.

Stoję i patrzę na to nowe biuro w naszym domu. Musiałam chyba długo spać, bo nie zarejestrowałam żadnych odgłosów sugerujących jakikolwiek redesign dziejący się za ścianą sypialni.

I tylko Rudolf wypoczywa na całego.

Wiadomo.

Ktoś musi pracować, żeby lenić mógł się ktoś.

O nocnej zmianie bluesa

W pracy na nocnej zmianie najgorsza jest noc. Zaskakujące.

Praca nocą jest wbrew. Wbrew biologii, wbrew fizyce i logice. Ciało domaga się odpoczynku, a zamiast tego dostaje niekończącą się wędrówkę korytarzami Przystani. Zamiast wyciszyć pracę układu pokarmowego, o północy przypomina, że potrzebuje energii, żeby nie obalić się na podłogę. Mózg działa na zwolnionych obrotach, spada koncentracja, a o czwartej nad ranem regularnie przychodzi myśl, że musiałam mocno upaść na głowę, wchodząc w taki system. Kwestia przyzwyczajenia, mówią. Nocny team to banda szaleńców, dzięki którym łatwiej jest pamiętać, dlaczego to robię. Tylko jedno zombie pracuje tak, bo lubi - noc za nocą przez pół roku, żeby kolejnych sześć miesięcy spędzić na afrykańskich plażach. Zdecydowana większość to mamy takie jak ja. Chcą lub chciały być z dziećmi w domu, a jednocześnie zalepiać dziury w budżecie. Lepszego rozwiązania jak dotąd nie znalazły.

W powrotach z nocnej zmiany najgorsze jest oczekiwanie na sen. To Fruzia zarządza pory i długość drzemek. Wbrew moim wcześniejszym obawom, nawet godzina snu robi różnicę. Na tyle dużą, że jesteśmy w stanie wprowadzić w życie plan minimum - trochę zabawy, spacer, jedzenie. Nic porywającego, nic wymagającego zbyt dużych nakładów sił. Fruzia zwykle jest łaskawa i w okolicach lunchu obie jesteśmy w lepszych humorach po małym ukołysaniu przez Morfeusza. O siedemnastej dziecię przechodzi pod opiekę taty, a ja sama wędruję do sypialni po kolejne przydziałowe dwie godziny snu. Tylko dwie godziny, bo o dwudziestej kolejna zmiana.

Można nie spać trzy noce z rzędu i nie zemdleć, teraz to wiem. Wiem też, że po kiepskiej nocy, kiedy kręcę się z boku na bok, śpiąc po dwadzieścia minut w dwugodzinnych odstępach, bo Fruziak zawirusowany, prędzej ugryzę się w język niż powiem, że całą noc nie zmrużyłam oka. Całą noc to ja nie zmrużyłam oka na własnym weselu i teraz, w Błękitnej. Bo Błękitna, owszem, zapewnia solidne przerwy, miękkie fotele i beczkę kawy, oczekuje natomiast pełnej przytomności umysłu podczas całego dwunastogodzinnego dyżuru. Efekt jest taki, że czasem ktoś straci kontrolę nad własną głową, kiedy zbyt mocno pochyli się nad dokumentami do wypełnienia, a ktoś inny zaśnie w pionie oparty o łóżko jednego z Seniorów. Częściej jednak zapobiegamy ryzykownym odpłynięciom tym wszystkim, co na nas działa. Na mnie w kryzysowych momentach najbardziej działają zdjęcia z Fruzią w telefonie. I ta myśl, że punktualnie o ósmej zobaczę  w samochodzie jej wyszczerzoną w uśmiechu buzię. (Na widok mojej torby tak się cieszy. Zawsze wygrzebie z niej coś dla siebie.) To lepsze niż kolejny łyk kawy, na którą w domu nie mam już najmniejszej ochoty.

Toczymy się więc przez siedem dni nowej rzeczywistości na dwóch poziomach energetycznych, zaliczając mocno zwolnione obroty w jednej części tygodnia i nabierając rozpędu w drugiej. Bardzo niepoukładana jest jeszcze ta rzeczywistość, ale nabieramy wprawy.

Nie kładźcie na nas krzyżyka. Jeszcze nie napisaliśmy ostatniego słowa. ;-)