O ważnych rozmowach

poniedziałek, kwietnia 04, 2016

- Ale nie powiecie jej, prawda? - bardziej stwierdza niż pyta Niania.
- Powiemy, oczywiście, że powiemy - odpowiada spokojnie Inżynier.
- Naprawdę? - w głosie Niani słychać niedowierzanie.

A my właściwie nie dziwimy się jej zdziwieniu. Niania jest starszą od Mamuśki, sympatyczną i wzbudzającą zaufanie kobietą. Gdyby taka nie była, na pewno nie upatrzylibyśmy jej sobie na opiekunkę Fruzi. Ale Niania dorastała w czasach, kiedy temat adopcji istniał tylko w kręgach plotkarskich, w zabawie w głuchy telefon i w domysłach, a temu wszystkiemu towarzyszyło mnóstwo mitów, uprzedzeń i stygmatów. Skoro dziś, w XXI wieku, w cywilizowanym, wydawać być się mogło, kraju można usłyszeć coś takiego, to jak było cztery czy pięć dekad temu? 

Nie dziwimy się jej zdziwieniu. Wielu naszych rówieśników mogłoby zadać takie pytanie, uważając je za zasadne i kluczowe w sprawie, tak jakby odpowiedzi naprawdę mogły być dwie. Z pewnością dla niektórych są i chcę wierzyć, że argumenty przemawiające za ukryciem przed dzieckiem jego pochodzenia są równie mocne, jak te, które świadczą na korzyść prawdy, choć ja osobiście nie potrafię przytoczyć ani jednego. Wielu ludzi naprawdę sądzi, że wszystkim żyłoby się łatwiej i spokojniej, gdyby tak po prostu zapomnieć o wszystkim. Wymazać z pamięci swojej i ewentualnej pamięci dziecka. A przy okazji jakichś trzystu osób, które o naszej adopcji dowiedziały się bezpośrednio od nas lub pośrednio z opowieści znajomych i sąsiadów. Dziewczyna z mojej pracy właśnie adoptowała kilkumiesięczne dziecko, taka blondynka, może ją kojarzysz? A wiesz, że jego córka jest adoptowana? To ci z tą adoptowaną dziewczynką, zobacz, jaka jest do nich podobna, niesamowite! Znacie to, prawda? Nie sposób wyeliminować tego z życia. Przecież ja też tak mówię. O znajomej znajomej, która urodziła bliźniaki; niestety, maluchy chorują i musiały zostać w szpitalu, ale wszystko jest na dobrej drodze. O dawno nie widzianej koleżance, która też adoptowała, ich córka musi już chodzić do szkoły. O sąsiadce, która samotnie wychowuje dziecko, bo jej facet okazał się wyjątkowym dupkiem i zostawił ją samą w ciąży. Nie plotkuję o tym w ramach newsa dnia, ale mówię o tym jemu lub przyjaciółce, bo ktoś jest w podobnej sytuacji albo dlatego, że się po ludzku przejęłam, a moim odruchem jest dzielenie się tym, co mnie dręczy, z bliskimi. Kto tego nie robi, niech pierwszy ciśnie we mnie hejtem.

Znacie to, wiem. Ale nie dziwię się zdziwieniu Niani, bo kiedyś wszystko wyglądało zupełnie inaczej, a wolny dostęp do fachowej wiedzy na temat złożoności ludzkiej psychiki i potrzeb człowieka był mocno ograniczony. A co jest jednym z podstawowych praw i jedną z najważniejszych potrzeb społecznych człowieka? Posiadanie własnej tożsamości. A tę zapewnia prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu, swoich korzeniach i swojej historii. Prawdziwej historii.

Zresztą, nie bardzo wiem, jak niby miałoby to dzisiaj wyglądać.

Natychmiast po adopcji musielibyśmy wrócić do Polski, bo jak ukryć fakt nagłego pojawienia się w naszym życiu dziecka? (A jeśli byłby to dwulatek?) Przecież jeśli znajomi tutaj będą wiedzieć, każde spotkanie z nimi będzie stresem. Wystarczy, że ktoś przegnie z procentami i chlapnie coś tak, że aż dziecko w sypialni usłyszy. Ile to razy słyszałam, jak mama szepcze (tak im się wydawało) z Babcią o prezentach od Śniętego Mikołaja? Ile razy wiedziałam dokładnie, kto ze znajomych Rodziców zdradza żonę, choć oni święcie wierzyli, że jestem zbyt mała, żeby znać takie słowo jak zdrada? Dziesiątki, jeśli nie setki takich sytuacji. Dorosłym wciąż się wydaje, że dzieci są niczego nieświadome, niczego nie rozumieją, niczego nie wyczuwają.

Być może udałoby nam się wcisnąć znajomym w ojczyźnie, że ostatni rok chodziłam w ciąży, ale co ze zdjęciami? Wykasować te z przynajmniej sześciu miesięcy przed. Albo dorobić brzuch w photoshopie. Bo przecież ona też może kiedyś zapytać, jak bardzo mała się urodziła, skoro wow, na trzy tygodnie przed porodem wyglądałaś, mamo, jakbyś nigdy nie była w ciąży! Nie zapomnijmy o wszelkich dokumentach i książeczce zdrowia. Bardzo mi przykro, kochanie, najwidoczniej musiały zagubić się gdzieś podczas przeprowadzki z Krainy Deszczu. Albo nie, spłonęły w gigantycznym pożarze (na szczęście nikomu nic się nie stało!), tak będzie bardziej filmowo. A przy okazji wytłumaczy kilka innych źle skleconych opowieści. 

Musielibyśmy być w nich bardzo spójni. I przewidzieć jej każde pytanie, które najprawdopodobniej zada w sytuacji najmniej sprzyjającej wiarygodnej konfabulacji. Przy kasie w supermarkecie. W zatłoczonym autobusie. W kościele przy "panna czysta porodziła syna". Albo w przedszkolu przy wieszaczku, kiedy w towarzystwie innych mam będę żartowała, że nasze trzylatki zaczynają interesować się tematem sprowadzania dzieci na świat. Znacie to, prawda? One zawsze wyskakują z czymś wtedy, kiedy nie masz gotowej odpowiedzi na najbardziej banalne pytanie. Nie mówiąc już o tym, kto mnie włożył do twojego brzucha? (Pytała moja chrześnica o brzuch Bratowej. Mnie pytała. Udało mi się nie stracić twarzy. Ani powagi.) Musielibyśmy przewidzieć KAŻDE możliwe i niemożliwe pytanie na każdym etapie jej życia. Jaka była pogoda, kiedy ją rodziłam. Kto wiózł mnie do porodu. Skąd wiedziałam, że to już. Czy bolało. A jak bardzo. Czy krzyczałam. A gdzie wtedy był tata. Czy wiedzieliśmy, że będzie dziewczynką. Czy karmiłam piersią. I dlaczego nie. Czy. Jak. Kiedy. Kto. O której. Dlaczego.

Ja zadawałam te wszystkie pytania Mojej Mamie na różnych etapach mojego życia. I pewnie pięć tysięcy innych też. 

To musiałaby być naprawdę dobra i spójna opowieść. A we mnie nie ma nic z autora kryminałów.

I jeszcze ta pokerowa twarz! Ani on, ani ja nie jesteśmy w tym dobrzy. Jeśli się solidnie przygotuję, mogę okłamać obcą osobę. Jeśli mam ważny powód, zrobię to w miarę dobrze. Ale gdybym tylko próbowała okłamać Mamą, jego, Kocura, czy Fruzię... Z bliskimi kompletnie nam nie wychodzi.
- Od razu byś wiedziała, gdybym kiedyś dostał zaćmienia i cię zdradził - zażartował kiedyś Inżynier. - O ile sam bym ci nie powiedział trzy minuty po fakcie.
- Ty wiesz, że u mnie byłoby pewnie tak samo? - wypaliłam po chwili zastanowienia.
Ale z nas gołąbki, co?;-)
- Czy wy naprawdę chcecie kupić psa? - zapytała kiedyś Mama.
To miała być tajemnica. Pilnie strzeżona tajemnica. Nie miałam pojęcia, kto mógł puścić parę z gęby. Więc zamiast kręcić, kombinować, zaśmiać się, zyskując na czasie, sprawdzić, co ona tak naprawdę wie, ja wypaliłam z ulgą w głosie:
- A kto wypaplał?

Życie budowane na kłamstwie zapewne wyszłoby nam koncertowo.

- Naprawdę jej powiecie? - powtarza ze zdumieniem Niania.
- Naprawdę - mówimy jednogłośnie.

Choć przecież my już jej powiedzieliśmy. I nadal mówimy. Ćwiczymy się w opowieściach o tym, że jej historia jest może inna od historii Wiki z przedszkola, ale za to podobna do historii Superhero. I Pierwszego i Drugiego Racheli. I że dla nas jest ważna i ma piękne zakończenie. Na razie mówimy o tym wszystkim bardziej przy niej, ale też i bezpośrednio do niej. Przychodzi nam to całkiem naturalnie, bo tak było od dnia zero i to nam daje przewagę. Pewnie przyjdzie kiedyś czas na poważniejsze rozmowy niż tylko "ale fajnie, wiesz, że Rudolf też jest adoptowany?" czy "mama nie nosiła cię w brzuszku, ale w serduszku". Pewnie przyjdzie czas, że ta lampka, którą od dnia zero trzymamy zapaloną nad jej głową, nagle rozbłyśnie mocnym światłem i coś jej uświadomi. Nie wiem co, ani kiedy to nastąpi. Ale jeśli światło zawsze tam będzie, ona nigdy nie poczuje się tak, jakby całe swoje dotychczasowe życie była niewidoma.

A my nigdy nie będziemy zastanawiać się, czy i kiedy jest dobry moment na taką rozmowę.

I czy przypadkiem ktoś nas w tym nie uprzedzi.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Tak, bo tajemnice lubią często ujawniać ci, których cała sprawa wcale nie dotyczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo może być tak jak w jednym odcinku "Przyjaciół":
      "- Twoi rodzice opowiadają nam jak cię adoptowali" - mówi radośnie Chandler do małego chłopca.
      Mały robi oczy jak pięć złotych: - To ja jestem adoptowany???!)
      :-)

      Usuń
  2. Mądry tekst.
    Uściski dla Fruzi:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fruzia odściskuje i odbuziakowuje!:-*

      Usuń
  3. Chyba gorszą krzywdę można zrobić, kiedy pęka misternie utkana sieć, bo jak zrozumieć, że to w co się wierzyło całe życie to tylko jedno wielkie kłamstwo? Myślę, że temat adopcji teraz w tych czasach nie jest już tabu, nie jest czymś o czym szepcze się po kątach, ukradkiem. Przynjamniej tak mi się wydaje. Pozdrowionka dla całej Waszej czwórki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też myślę, że teraz to już nie jest taki gorący temat dla plotkarzy, chociaż ludzie mają różne doświadczenia. Nasze są jak najbardziej pozytywne. A jeśli ktoś pyta, ale tak normalnie, bez wścibstwa, my zawsze odpowiadamy na pytania, bo przecież jest wiele różnych innych kwestii, o których my nie mamy pojęcia, bo zwyczajnie nigdy się z nimi nie zetknęliśmy.

      Usuń
  4. Każdy z nas kiedyś zaczyna sięgać pytaniami do historii szukać swojej tożsamości...ja też nie mogłabym robić z tego tajemnicy a w ogóle dlaczego ją robić??!. To jest chyba najgorsze kiedy dorosłe/nastoletnie dziecko dowiaduje się o tym i ma pretensje do adopcyjnych rodziców.
    zresztą słuszne. Kiedyś czytałam wywiad z Renatą Przemyk, która ma również adoptowaną córkę i mała ( twtedy teraz to już pewnie panna) wie co i jak. Bardzo mi się spodobało co Ona malutkiej powiedziała: (...) że Pan Bóg się pomylił i "włozył" ją do brzuszka innej kobiecie ale , że zawsze miała być jej córeczką i że bardzo ją kocha. A ja napiszę jeszcze, ze miłość przecież rodzi się w sercu nie brzusiu tak jak pisałam :-) i że kłamstwo ma krótkie nogi i zatajanie prawdy też zawsze wyjdą. Nie wyobrażam sobie ukrywać czegoś takiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy ukrywać prawdę, ale piszę o tym dlatego, że naprawdę kilka razy zapytano nas, czy jej powiemy. Nie oburza mnie to pytanie, tym bardziej, że zadane było zawsze grzecznie i bez wścibstwa, którego tak nie lubimy. To tylko pokazuje mi, że ludzie wciąż jeszcze myślą, że tak się da. I nie mam nikomu tego za złe, bo nie wykluczam, że sama mogłabym o to zapytać, gdybyśmy nie siedzieli w tym temacie tak głęboko.

      Ja chyba też oglądałam jakiś wywiad z Renatą, w którym mówiła o swojej córce, bo pamiętam, że on i ja byliśmy pod wrażeniem nie tego, że adoptowała, ale tego jak fajnie o tym mówiła.

      A nasze próby kłamstw nie mają krótkich nóg - one nie mają ich wcale;-)

      Usuń