O dniu pierwszym, w którym nikt nie poległ

wtorek, kwietnia 12, 2016

Z Błękitnej Przystani zabiera nas taksówka. We trzy jedziemy do innej placówki w miasteczku położonym godzinę jazdy od naszej żywicielki. Godzinę! Dobrze, że nie wiedziałam o tym wcześniej, bo zdecydowanie bardziej przeżywałabym fakt, że do Piątej Chatki wrócę przed siódmą, na tyle późno, żeby za chwilę położyć Fruzię spać. Od bladego świtu leje jak z cebra. Idealny dzień na szkolenie, jeszcze lepszy na podróże taksówką - człowiek nie moknie na przystankach, a gdyby ktoś przynudzał, nikogo nie zdziwi przeciągłe ziewanie. Przecież ciśnienie spadło. W Krainie Deszczu chyba nawet poniżej norm trzymających przy życiu.

Siedzę z tyłu z Gadułą, obok kierowcy Shanon-Nie-Sharon. Kierowca przez całą drogę milczy jak głaz. Rozmawiamy o dzieciach, mężach, poprzednich życia, Gaduła mówi z takim akcentem, że muszę mocno się skupiać, żeby nie stracić sensu rozmowy. Im dłużej jedziemy, tym jednak bardziej go tracę, atmosfera robi się senna i lepka. Milkniemy w końcu, poddając się kołyszącemu szumowi auta. W tej ciszy zaczyna mnie rozkładać. Przed oczami mam Fruzię, która tego ranka spokojnie dała nam buziaka, a potem pomachała w oknie na do widzenia. Wyszliśmy szybko i zdecydowanie, bez dramatycznych pożegnań i niekończącego się przytulania. Różowa Chmurka dobrze mnie wyszkoliła. Buziak, pa pa, baw się dobrze, jedziemy. Ale nic nie poradzę na to, że już za nią tęsknię. Nie rozdzieram szat, to w końcu tylko kilka dni, nawet nie zauważymy, kiedy tydzień się skończy. Ale.Wiecie.Jak.To.Jest. Niewątpliwym plusem tej sytuacji jest to, że nic innego nie jest w stanie mnie zestresować. Praca, szkolenie, kolejny nowy początek - to wszystko jest gdzieś obok, ważne, ale nie na tyle, żeby nie spać po nocach. To tak, jakbym na rynek pracy wracała w tej samej powłoce, ale z całkowicie inną warstwą wyściełającą mój środek. Inaczej mówię, inaczej myślę, czym innym się przejmuję.

Amanda, nasza instruktorka, nie traci czasu na zbyt wiele formalności. Informuje nas, że jest potwornie chora, czego naprawdę nie da się nie zauważyć, więc będzie mówiła cicho i często będziemy robić przerwy. Nie patyczkuje się też z kolejnością tematów. Być może chce nas obudzić, proponując na pierwszy ogień ... bezpieczeństwo przeciwpożarowe. Poprawiam się w fotelu i natychmiast przeskakuję do innej rzeczywistości, kiedy patrzę na zdjęcia z pożaru jednej z już naszych placówek. Plastikowa taca pozostawiona na rozgrzanym wózku do przewożenia posiłków. Staram się nie pozwolić wyobraźni na swobodny galop do przeszłości, do momentu, w którym pewnego ranka przed wyjściem do pracy zorientowałam się, że poprzedniego wieczoru nie wyłączyłam żelazka. Albo kiedy on zasnął sam w domu, zostawiając na gazie gotujące się żarcie dla Rudego. Alarm usłyszał dopiero wtedy, kiedy Zamroczona zaczęła dobijać się do drzwi, a Rudolf szczekać. (Mimo wszystko nie mógł przestać się śmiać na wspomnienie zaspanej wersji samego siebie w kłębach gęstego dymu. - Patrzyła na mnie, jakbym konstruował bombę - powiedział, odbierając mnie z pracy i tłumacząc, dlaczego musimy spędzić popołudnie i wieczór w pubie.) Amanda prezentuje nam maty do ewakuacji niemobilnych seniorów. Jedna ze słuchaczek na ochotnika kładzie się na podłodze i pozwala przewozić po korytarzu w tę i z powrotem. Dziewczyna musi ważyć niewiele więcej ode mnie, ale przeciągnięcie jej na cztery ręce na drugą stronę pomieszczenia to jednak wysiłek. Ćwiczenia obserwuje jedna z seniorek przykuta do łóżka w swojej sypialni. Ja kątem oka obserwuję ją. Zastanawiam się, o czym myśli, kiedy patrzy na te nasze poczyniania. W Różowej było zdecydowanie łatwiej. Na dźwięk alarmu każda z nas łapała dwójkę, trójkę maluchów, ktoś krzyknął "dziennik", ktoś zaglądał w łóżeczka i wózki i już byliśmy na zewnątrz. Często na boso, na trawie mokrej od deszczu. Kilka razy w roku. Ewakuacja seniorów w Błękitnej Przystani musi przypominać przygotowania do wojny.

W przerwie wędrujemy do kuchni po kawę i herbatę. Przechodzimy przez jadalnię, kilkoro seniorów, głównie na wózkach, czeka na posiłek. W każdym z nich widzę czyjąś babcię, czyjegoś tatę i męża. Siebie. Jego. Naszych rodziców. Uśmiecham się do nich nieśmiało, choć mam ochotę podejść i zapytać, jak się czują. Nie robię tego. Nawet nie wiem, czy to odpowiednie pytanie. Nie wiem, co wypada, co mogę, a czego na pewno nie. Nie wiem, kto z czym się zmaga i na co czeka. Jeszcze nie potrafię poruszać się w tym miejscu z gracją i wyczuciem. Nic to, nauczę się. Patrzę na logo firmy i natychmiast wyświetla mi się w głowie jej motto. (Marketing działa.) Bardzo chciałabym, żeby nie okazało się tylko pustym sloganem.

Dzwonię do Niani. W tle słyszę znajome pokrzykiwania Fruzi. - A! - dobiega z Piątej Chatki. Płakała tylko przez chwilę, kiedy musiała pójść spać. Obudziła się w doskonałym nastroju, łobuzuje, sieje chaos i dużo je. Oddycham z ulgą. Jest dobrze. Dzwonię do Inżyniera. Śmieje się do telefonu, bo przed chwilą też rozmawiał z Nianią. Jest dobrze. Jak dobrze.

Druga połowa dnia upływa jeszcze szybciej. Skreślamy kolejne punkty z checklisty - health and safety, personal development, equality & diversity (angielska świętość nad świętościami), infection prevention and control... Lista jest długa, w normalnych okolicznościach powiedziałabym, że strasznie nudna, ale pamiętam dokładnie samą siebie cztery lata temu na szkoleniach w Różowej. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile stresu w sobie nosiłam. Bo pomimo tego wow, ale przygoda!, wszystko tak bardzo nowe, bo czegoś nie do końca zrozumiałam, bo ta czekająca wizyta w klinice, a co ja w ogóle mam powiedzieć w tej ledwie rozpoczętej pracy? Jak wytłumaczyć, dlaczego nagle potrzebuję wolnego i będę potrzebować go jeszcze więcej i do tego tak z dnia na dzień, bo przecież nie wiem, jak mój Lewy zareaguje na stymulację... Śliczna dziewczyna siedząca dwa fotele dalej pochodzi z Rumunii, w Krainie Deszczu jest od roku. Widzę i słyszę jak zmaga się ze swoim bardzo jeszcze połamanym angielskim. Jest zestresowana sytuacją i doskonale rozumiem, jak to jest. Fizycznie czuję jej napięcie i to nie dlatego, że tylko ja jedna w tym towarzystwie taka współodczuwająca jestem. Wiem, bo ja też tam byłam. Z całą masą innych rzeczy zaprzątających mój umysł. W ślicznej dziewczynie rozpoznaję siebie z początku tej przygody. Naprawdę upłynęły tylko cztery lata? Boże, jak lekkie jest teraz to moje życie, nawet tu i teraz, na tym szkoleniu! (Jaki to banał, patos i różowa chmurka, śmieję się w duchu do samej siebie.) W przerwie zagaduję do Ślicznej. Chwilę rozmawiamy, widzę i czuję, jak jej ulżyło, że ma z kim pogadać. Przeżyje. Za dwa lata takie dni będą dla niej okazją do złapania oddechu od codzienności.

Przez częściowo oszklone drzwi sali widzimy biegnący personel. Ktoś wpada i wzywa na chwilę Amandę. Jedną z seniorek znaleziono w sali leżącą na podłodze. Przeszywa mnie dreszcz. Za chwilę Amanda wraca i jak gdyby nigdy nic kontynuujemy szkolenie.

Dostajemy informację, że jutrzejsze zajęcia się nie odbędą, a dzisiejsze skończymy dwie godziny wcześniej. Trenerka ledwie mówi, a nie ma kto jej zastąpić. Ten dzień i tak trzeba będzie odrobić, ale nic nie poradzę na to, że czuję sie dokładnie jak wtedy, kiedy nauczyciel mówił, że ostatnie trzy lekcje przepadają. Fruziak dostał w bonusie kolejny dzień tylko z mamą. A może to mama dostała dzień z Fruziakiem. Kończymy o trzeciej. Wskakujemy do auta i wracamy do naszej Przystani. Gaduła i Shanon-Nie-Sharon rozprawiają o porodach. Której kiedy odeszły wody, jakie miny mieli ich mężczyźni na porodówce, która z nich przeklinała i dlaczego faceci nic z tego nie rozumieją. Śmiać mi się chce, bo ja w sumie też nic z tego nie rozumiem...

Jestem w Piątej jeszcze przed nim. Fruzia wita mnie szerokim uśmiechem i piskiem zarezerwowanym dotąd wyłącznie dla taty wracającego z pracy. Porywam ją w ramiona i ja już też wiem, jak to jest.

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Mimo, że to w gruncie rzeczy poważny temat to przygotowania do wojny mnie rozwaliły, siedzę i się śmieję jak głupia ;) Na nocnych zmianach Fruzia śpi to może będzie Ci lżej się z nią rozstać, bo jak wrócisz to będzie witał Cię ten pisk i uśmiech :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybyś zobaczyła te nasze ćwiczenia ewakuacyjne, śmiałabyś się jeszcze bardziej:-)) A na moich nocnych zmianach to Fruzia nie tylko śpi, ale jeszcze będzie z osobistym tatą, więc wtedy będę skupiać się na własnym przetrwaniu, nie na tęsknocie:-) Poza tym to był pierwszy raz, więc jestem usprawiedliwiona. Ot, odpępowienie jakich wiele na świecie.:-)

      Usuń
    2. Właśnie miałam Ci napisać, że z pierwszym dzieckiem ciężej się rozstać, gdy nagle uświadomiłam sobie, że tak nie jest :) Cały czas tak myślałam, aż nagle (po roku) doszłam do wniosku, że kurka wcale nie i chyba sama siebie przez ten cały czas oszukiwałam ;)

      Usuń
  2. Mam podobne odczucia jak Przedmówczyni - temat bardzo serio, odpowiedzialność wielka, a Ty potrafisz to tak opisać, że momentami aż boki zrywać ;)Ale ostatnie akapity wzruszające jak cholera - i wcale nie tęskno mi do momentu, kiedy i ja ten pisk zarezerwowany dla rodzica wracającego z pracy usłyszę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też nie było tęskno, więc doskonale Cię rozumiem. Cieszcie się Waszym czasem:-)

      Usuń