Fruzia - odsłona czternasta

poniedziałek, kwietnia 25, 2016

Używa Rudolfa do wchodzenia na sofę. Wystarczy, że sierściuch rozłoży się na dywaniku, a Fruzia już jest przy nim, opiera dłonie o siedzisko, jedną nogą odpycha się od Rudolfa, a potem wdrapuje do góry i z okrzykiem triumfu natychmiast staje do pionu przy oparciu kanapy. Dzika jest przy tym i nieokrzesana, uważa bowiem, że rzucanie się do tyłu na małe dupsko to świetna zabawa. Po co, matka, sterczysz przy tej sofie? Przecież nic mi nie będzie!

Czterokołowy chodzik czasem zastępuje wielkim krzesłem. W sumie wyglądają podobnie, a że temu drugiemu brak kółek to już nie Fruzi wina. Szura więc tym krzesłem po panelach aż dotrze do ściany. Tam się poddaje, bo szybko doszła do wniosku, że chodzik zdecydowanie łatwiej wykręcić lub wycofać. Coraz częściej postanawia puścić jeden kawałek mebla, żeby za sekundę złapać drugi. Udało jej się w ten sposób wykonać coś, co od biedy można by nazwać próbą półkroku. Przewidujemy, że na prawdziwą próbę prawdziwego kroku przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka miesięcy, gdyż dziecię nasze wykazuje w tej kwestii daleko posunięte lenistwo i niefrasobliwość.
- Fruziu, kiedy zaczniesz chodzić? - pyta Babcia Mamuśka.
Fruzia prycha radośnie.
- Chodź, poćwiczymy - mówi od wielkiego dzwonu Inżynier, równie niefrasobliwy w dziedzinie postępów córki w chodzeniu jak i jego małżonka.
Stawia wtedy Fruzię do pionu, chwyta jej małe łapki w swoje dłonie i idą. Raz, dwa, trzy kroki... Wystarczy. Fruzia siada na tyłku, a kiedy Inżynier lekko podciąga ją do góry, ta podnosi nogi w powietrze i głośnym śmiechem daje znać, że na kolejne pół roku wystarczy jej tych treningów. Uff, ale się zmęczyłam, tato, zdaje się mówić. Co absolutnie nie przeszkadza jej śmigać dalej po domu jak perszing. Na czterech.

Po dłuższym i upartym okresie milczenia któregoś razu znów postanowiła przemówić. Nic z tego nie rozumiemy, ale dokładnie wiemy, kiedy nas opieprza, kiedy chwali, a kiedy mówi o sobie. Coraz częściej mam wrażenie, że próbuje rozkazywać Rudolfowi, ale na niego działa tylko żarcie (lub jego brak), więc będzie dziewczyna musiała wymyślić coś lepszego, jeśli chce mu przemówić do rozsądku.

Już nie przynosimy sterty zabawek do łóżka bladym świtem. Wystarczą dzwonki w telefonie lub teledyski z tabletu. Smerfy, owszem, obejrzy, ale najlepiej tylko czołówkę. Hej, dzieci, jeśli chcecie zobaczyć smerfów las... To muzyka na nią działa, obraz też, ale niekoniecznie. "I love to Boogie" to wciąż jej numer jeden. Do swojego układu gospel dorzuciła nowe ruchy - podskakiwanie na tyłku, podnoszenie w górę rąk, najlepiej z telefonem w dłoni i bicie pokłonów. Fruzia wygląda teraz jak nieletnia ofiara muzycznej sekty składająca hołd swoim bóstwom.

Tak długo oczekiwane pierwsze kredkowe arcydzieło dokonało się na panelach tego samego dnia, którego kredki dotarły do Piątej Chatki. Wieczorem odkryłam, że na ścianie powstał kolejny fresk. Papier przeznaczony na wiekopomne dzieła ku rozczarowaniu matki pozostał nietknięty. Fruzia odmawia rysowania. Nie pogardzi jednak kawałkiem odgryzionego narzędzia pracy twórczej.

W całym swoim łobuzerstwie ma chwile, kiedy pochłaniają ją prace detaliczne. Siada w kąciku sypialni i przekłada klocki z jednego pojemnika do drugiego. Kiedy buduję dla niej wieżę, zawsze zdejmuje jeden klocek z jej szczytu, ostrożnie, żeby budowla nie gruchnęła na podłogę. Tym sposobem moje wieżowce nigdy nie zostają ukończone, kończy się na fundamentach i parterze. Ściąga z lodówki magnetyczne literki i wrzuca je do kubka po jogurcie, a potem przykleja od nowa na drzwiach. Podaje mi karty edukacyjne i cieszy się, że pakuję je do starej kosmetyczki Inżyniera. Kiedy leży w łóżeczku, zawsze znajdzie jeden mikroskopijny paproszek na prześcieradle i tak długo nad nim pracuje, aż wreszcie go podniesie za pomocą palca wskazującego i kciuka. A potem zje.

Bo smakoszką wciąż jest wyborną. Ogórki kiszone, żurek, biała kiełbasa, cebula z szaszłyka, papryka - niczym Fruzia nie pogardzi.
- Dajesz jej surową paprykę?- dziwiła się kiedyś Mamuśka.
Skinęłam głową.
- I ona to je? - nie dowierzała Mama.
Dzisiaj zdziwiłaby się, gdybym jej powiedziała, że Fruzia czegoś nie lubi.
Po posiłku - to znaczy, kiedy ona uzna, że jest najedzona - dziecię bez ostrzeżenia zaczyna karmić Rudolfa. Karmić, czyli zrzucać wszystko, co ma wyłożone na blacie, na podłogę. Czasem dyskretnie ściąga kawałki jedzenia pod swój stolik. Tam już czeka przyklejona do Fruzinych kolan morda wiecznie nienasyconego sierściucha. I tak sobie spiskują razem sądząc chyba, że niedowidzę, aż do momentu, w którym Rudolf zbyt gorliwie skorzysta z zaproszenia Fruzi i jeden z kłów omsknie mu się o jej palec. Ależ jest wtedy raban! Jaki lament i zgrzytanie mleczakami! Matka musi ratować (cedząc przez zęby "przecież cię ostrzegałam, Fruziu Fruzińska!"),  pocieszać i głaskać po małej głowie. Tylko po to, żeby za chwilę sierściuch znów wrócił do łask swej młodszej siostry, kładąc łeb na jej kolanach i czekając na kolejną porcję.

Sama bije sobie i nam brawo sto razy dziennie. Miałyście rację, one same wychwytują takie sztuczki w ułamku sekundy. Wystarczy raz pokazać, a dziecię już klaszcze całemu światu. Bo wstała, usiadła, bo zjadła, bo Rudolf zjadł, bo lubi, bo ma ochotę... Tak samo szybko nauczyła się, że 'ała' wypowiedziane zbyt radośnie to nie jest prawdziwe 'ała' i cokolwiek się zrobiło, co je wywołało, warto to powtórzyć. Na przykład stuknąć tatę czołem w jego czoło. Fruzia ma chyba stalową głowę, bo śmiała się do końca. W przeciwieństwie do taty.

Przed snem miętoli jeden smoczek w buzi, a drugi w dłoni. Co jakiś czas zamienia je sobie, wydając rozkoszne pomruki zadowolenia, kiedy na wpół przytomnie udaje jej się trafić dydkiem do buzi i jednocześnie nie zgubić tego, który teraz będzie obracać w paluszkach. Jeśli kiedyś uznam, że szukanie w środku nocy wywalonych na podłogę smoczków to jednak dla mnie za dużo, kupię całą zgrzewkę dydusiów, wsypię je Fruziakowi do łóżeczka i niech młoda śpi w smoczkowym basenie. W końcu jeden lubi spać na miękkim materacu, drugi na twardym, a jeszcze ktoś inny w pościeli z dydków. Samo życie.

You Might Also Like

5 komentarze

  1. Właśnie dlatego u nas w domu zniknęły mazaki, Kasia uznaje malowanie po kartce jedynie kredkami, wszelkie inne sprzęty piszące nadają się do malowania rąk, nóg, buzi, stołu, krzeseł i ścian (kredki na częściach ciała nie chcą pisać, a na ścianie mało je widać). Fruzia rośnie na smakosza polskich specjałów :) Fajnie, że macie jedzące dziecko, bo wierz mi ze niejadek w domu (Martyna i do tego alergik) to totalna masakra dla nerwów. Bardzo poda mi się Wasze podejście do Fruzi - nic na siłę, szkoda ze wielu rodziców tego nie rozumie i muszą, po prostu muszą pochwalić się ze dziecko siedzi jak ma 4 mies i co z tego, że podparte z każdej strony, że plecy powyginane. Żal mi takich dzieci ale bardziej chyba rodziców, z tym ich parciem na nie wiem co.

    OdpowiedzUsuń
  2. I pochwalę się małym sukcesem - Kasia rozstała się ze smokiem. Nie wiem czy definitywnie ale od kilku dni nie chce nawet na niego spojrzeć. Ale żeby nie było tak cukierkowo to zastąpiła nocnego smoka mlekiem i butlą z piciem wiec wstaje po kilka razy. Nie można mieć wszystkiego ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to JEST sukces! Niedługo przyjdę do Ciebie na korepetycje:-)

      Usuń
  3. Wspaniała Fruzia! Każdy najdrobniejszy szczegół jej fruziakowania opisujesz, jak wielką przygodę. Czytam zawsze z zapartym tchem:)
    Łóżeczko-basen ze smoczków... to dopiero myśl:) Ja bym ją opatentowała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty wiesz, że też o tym pomyślałam? I korci mnie, jak zawsze przy takich dziwnych pomysłach, żeby to zrealizować:-)

      Usuń