O Rudolfie, co w niełaskę (znów) popadł

Przez całą drogę szedł bez smyczy. Nie martwiłam się jednak, że ucieknie, wpadnie pod samochód, przechodząc jak łajza przez ulicę, ani że pierwszą napotkaną osobę, która się do niego uśmiechnie, znokautuje swoją trzydziestoczterokilogramową radością życia. Nie tym razem. Szedł karnie, nie rozglądając się na boki, wpatrzony w moje plecy, pilnując, aby odstęp między nami wynosił przynajmniej pięć metrów. Ja natomiast klęłam jak szewc, nie zważając na obecność Fruzi.

Znów to zrobił. Upolował zdechłego gołębia i postanowił przywlec go do domu.

- Poczekaj, ty mordo zakiszona, będziesz dziś gnił w ogródku, aż zapuścisz tam korzenie! - odgrażałam się, co chwilę odwracając się w kierunku sierściucha. - Nie masz wstępu do domu i nie waż się do nas łasić, bo nie zamierzam cię dotykać przez najbliższy tydzień. Jesteś obrzydliwy!

Rudolf, ma się rozumieć, niewiele sobie z moich wywodów robił. Pokornie, aczkolwiek czujnie, cobym mu przypadkiem trofeum podstępnie nie zwędziła, wlazł do ogródka, olał moje obrażone trzaśnięcie bramką od płotu, od którego sam płot niemal stracił życie, po czym zabrał się do pracy.

Godzinę później ogródek usłany był gołębimi piórami. Nie dociekałam, czy sam ptak został zeżarty czy też pochowany bez piór. Serce chciałoby wierzyć w to ostatnie, choć rozum podpowiada coś zgoła innego.

Rozważałam przez chwilę dezynfekcję psiej mordy Domestosem, ale w ostatniej chwili żal mi się zrobiło tak pięknie wyhodowanych wąsów Rudolfa.

A już trzymałam butelkę w dłoni.

Rozmowy o umieraniu

Trzecia. Nie wiem, czy powinno się mówić w nocy, czy nad ranem. Dla mnie to głęboka noc, ale też świadomość, że za dwie godziny z kawałkiem zacznie świtać. A wtedy na duszy zrobi się lżej.
- Miałaś kiedyś do czynienia ze zmarłą osobą? - pyta Ta-Która-Sypia-Tylko-W-Dzień. Nawet kiedy nie pracuje.
- Nie, właściwie nigdy - odpowiadam. - A dlaczego pytasz?
- Bo Chudzinka umiera, a kiedy jeden z Seniorów odchodzi, my musimy zająć się nim w pierwszej kolejności.
Chudzinka to jeden z tych mieszkańców Błękitnej, którzy dość szybko zapadli mi w pamięć. Same kości, przezroczysta skóra i zdecydowana świadomość własnego stanu. Chudzinka to ten, który na pierwszej mojej zmianie powiedział 'co ja bym bez was zrobił'. A kilka dni później poprosił, żebyśmy pozwolili mu odejść, bo on ma już dość.
Z fotela podnosi się krótkowłosa piguła.
- Chodź, musisz go zobaczyć - mówi, robiąc w moim kierunku charakterystyczny, ponaglający gest dłonią.
- Ale ja wiem, który to Senior - odpowiadam. - Byłam dziś u niego dwa razy.
- Chodź - Krótkowłosa nie odpuszcza.
Jedziemy na pierwsze piętro. Wchodzimy do sypialni Chudzinki i stajemy nad jego łóżkiem. Senior śpi. Oddycha ciężko, ale śpi głęboko. Krótkowłosa produkuje się na temat koloru jego skóry, ostatniej fazy życia i czegoś tam jeszcze, ale średnio jej słucham. Czuję się strasznie niezręcznie. Nie wiem w zasadzie, po co tu przyszłyśmy, bo wywody na temat stanu pacjenta nad jego łóżkiem, kiedy wydaje nam się, że ten nie słyszy, są trochę nie na miejscu. A co, jeśli jednak słyszy?

Chwilę później wychodzimy i wracamy na dół, na swoje miękkie fotele. Rozmowa nocnego teamu zeszła tymczasem na opowieści z krypty. Ta-Która-Sypia-Tylko-W-Dzień pyta, czy jeśli poproszą mnie o pomoc przy zmarłej osobie, będę panikować. W zeszłym tygodniu jedna z nowych strasznie się zestresowała, była bliska omdlenia.
- Nie wiem, okaże się - mówię. - A powiedz mi, co się dokładnie dzieje w przypadku śmierci mieszkańca i jakie są nasze obowiązki, przynajmniej do tego będę przygotowana.
Trzeba wezwać lekarza, potem tylko dopilnować, żeby zmarły był przebrany w czystą bieliznę. W zasadzie to tyle. Tylko tyle i aż tyle.
Ach. I oczy. Zamykanie oczu, które często nie chcą się zamknąć. Jakby odmawiały ostatecznego końca.
I nie martw się, dasz radę. Zmarli zwykle wyglądają jakby spali, możesz nie zauważyć różnicy. Zresztą, po ich odejściu my wciąż do nich mówimy, zupełnie jak teraz. Masz też prawo odmówić tych ostatnich obowiązków, jeśli nie czujesz się na siłach. Od razu mi lepiej, ekhm.

Grubo przed szóstą zaglądam do Chudzinki. Nie śpi, witam się z nim, podnoszę górę łóżka, poprawiam mu poduszki, pytam, czy czegoś potrzebuje. Mówi coś do mnie, nie rozumiem. Proszę o powtórzenie, nachylam się do niego, żeby lepiej słyszeć. Martwię się, że będę go stresować, jeśli znów nie pokapuję, o co mu chodzi.
- ...cup of tea... - słyszę.
Uff.
- Dobrze, zaraz ci zrobię herbatę - odpowiadam.

Siadam na fotelu obok łóżka. Pytam Chudzinkę, czy dobrze spał, choć jest tak diabelsko wcześnie, że dla niego to pewnie dalej noc. Tak sobie, ale nie najgorzej. Pomagam mu trzymać w dłoniach kubek ze słomką. Patrzę na niego, zagaduję. Nie mogę pozbyć się myśli, że kiedy wrócę tu za kilka dni, jego może już nie być. Kiedyś wydawało mi się, że kiedy mówi się o ostatniej fazie, z umierającym w zasadzie nie ma już łączności. A my tu z Chudzinką o pogodzie. I że w Krainie Deszczu to ona strasznie nieprzewidywalna jest.

Jak życie.

Za oknem świta. Powoli przestawiam się na myślenie o wspólnym śniadaniu z Fruzią.

Fruzia - odsłona czternasta

Używa Rudolfa do wchodzenia na sofę. Wystarczy, że sierściuch rozłoży się na dywaniku, a Fruzia już jest przy nim, opiera dłonie o siedzisko, jedną nogą odpycha się od Rudolfa, a potem wdrapuje do góry i z okrzykiem triumfu natychmiast staje do pionu przy oparciu kanapy. Dzika jest przy tym i nieokrzesana, uważa bowiem, że rzucanie się do tyłu na małe dupsko to świetna zabawa. Po co, matka, sterczysz przy tej sofie? Przecież nic mi nie będzie!

Czterokołowy chodzik czasem zastępuje wielkim krzesłem. W sumie wyglądają podobnie, a że temu drugiemu brak kółek to już nie Fruzi wina. Szura więc tym krzesłem po panelach aż dotrze do ściany. Tam się poddaje, bo szybko doszła do wniosku, że chodzik zdecydowanie łatwiej wykręcić lub wycofać. Coraz częściej postanawia puścić jeden kawałek mebla, żeby za sekundę złapać drugi. Udało jej się w ten sposób wykonać coś, co od biedy można by nazwać próbą półkroku. Przewidujemy, że na prawdziwą próbę prawdziwego kroku przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka miesięcy, gdyż dziecię nasze wykazuje w tej kwestii daleko posunięte lenistwo i niefrasobliwość.
- Fruziu, kiedy zaczniesz chodzić? - pyta Babcia Mamuśka.
Fruzia prycha radośnie.
- Chodź, poćwiczymy - mówi od wielkiego dzwonu Inżynier, równie niefrasobliwy w dziedzinie postępów córki w chodzeniu jak i jego małżonka.
Stawia wtedy Fruzię do pionu, chwyta jej małe łapki w swoje dłonie i idą. Raz, dwa, trzy kroki... Wystarczy. Fruzia siada na tyłku, a kiedy Inżynier lekko podciąga ją do góry, ta podnosi nogi w powietrze i głośnym śmiechem daje znać, że na kolejne pół roku wystarczy jej tych treningów. Uff, ale się zmęczyłam, tato, zdaje się mówić. Co absolutnie nie przeszkadza jej śmigać dalej po domu jak perszing. Na czterech.

Po dłuższym i upartym okresie milczenia któregoś razu znów postanowiła przemówić. Nic z tego nie rozumiemy, ale dokładnie wiemy, kiedy nas opieprza, kiedy chwali, a kiedy mówi o sobie. Coraz częściej mam wrażenie, że próbuje rozkazywać Rudolfowi, ale na niego działa tylko żarcie (lub jego brak), więc będzie dziewczyna musiała wymyślić coś lepszego, jeśli chce mu przemówić do rozsądku.

Już nie przynosimy sterty zabawek do łóżka bladym świtem. Wystarczą dzwonki w telefonie lub teledyski z tabletu. Smerfy, owszem, obejrzy, ale najlepiej tylko czołówkę. Hej, dzieci, jeśli chcecie zobaczyć smerfów las... To muzyka na nią działa, obraz też, ale niekoniecznie. "I love to Boogie" to wciąż jej numer jeden. Do swojego układu gospel dorzuciła nowe ruchy - podskakiwanie na tyłku, podnoszenie w górę rąk, najlepiej z telefonem w dłoni i bicie pokłonów. Fruzia wygląda teraz jak nieletnia ofiara muzycznej sekty składająca hołd swoim bóstwom.

Tak długo oczekiwane pierwsze kredkowe arcydzieło dokonało się na panelach tego samego dnia, którego kredki dotarły do Piątej Chatki. Wieczorem odkryłam, że na ścianie powstał kolejny fresk. Papier przeznaczony na wiekopomne dzieła ku rozczarowaniu matki pozostał nietknięty. Fruzia odmawia rysowania. Nie pogardzi jednak kawałkiem odgryzionego narzędzia pracy twórczej.

W całym swoim łobuzerstwie ma chwile, kiedy pochłaniają ją prace detaliczne. Siada w kąciku sypialni i przekłada klocki z jednego pojemnika do drugiego. Kiedy buduję dla niej wieżę, zawsze zdejmuje jeden klocek z jej szczytu, ostrożnie, żeby budowla nie gruchnęła na podłogę. Tym sposobem moje wieżowce nigdy nie zostają ukończone, kończy się na fundamentach i parterze. Ściąga z lodówki magnetyczne literki i wrzuca je do kubka po jogurcie, a potem przykleja od nowa na drzwiach. Podaje mi karty edukacyjne i cieszy się, że pakuję je do starej kosmetyczki Inżyniera. Kiedy leży w łóżeczku, zawsze znajdzie jeden mikroskopijny paproszek na prześcieradle i tak długo nad nim pracuje, aż wreszcie go podniesie za pomocą palca wskazującego i kciuka. A potem zje.

Bo smakoszką wciąż jest wyborną. Ogórki kiszone, żurek, biała kiełbasa, cebula z szaszłyka, papryka - niczym Fruzia nie pogardzi.
- Dajesz jej surową paprykę?- dziwiła się kiedyś Mamuśka.
Skinęłam głową.
- I ona to je? - nie dowierzała Mama.
Dzisiaj zdziwiłaby się, gdybym jej powiedziała, że Fruzia czegoś nie lubi.
Po posiłku - to znaczy, kiedy ona uzna, że jest najedzona - dziecię bez ostrzeżenia zaczyna karmić Rudolfa. Karmić, czyli zrzucać wszystko, co ma wyłożone na blacie, na podłogę. Czasem dyskretnie ściąga kawałki jedzenia pod swój stolik. Tam już czeka przyklejona do Fruzinych kolan morda wiecznie nienasyconego sierściucha. I tak sobie spiskują razem sądząc chyba, że niedowidzę, aż do momentu, w którym Rudolf zbyt gorliwie skorzysta z zaproszenia Fruzi i jeden z kłów omsknie mu się o jej palec. Ależ jest wtedy raban! Jaki lament i zgrzytanie mleczakami! Matka musi ratować (cedząc przez zęby "przecież cię ostrzegałam, Fruziu Fruzińska!"),  pocieszać i głaskać po małej głowie. Tylko po to, żeby za chwilę sierściuch znów wrócił do łask swej młodszej siostry, kładąc łeb na jej kolanach i czekając na kolejną porcję.

Sama bije sobie i nam brawo sto razy dziennie. Miałyście rację, one same wychwytują takie sztuczki w ułamku sekundy. Wystarczy raz pokazać, a dziecię już klaszcze całemu światu. Bo wstała, usiadła, bo zjadła, bo Rudolf zjadł, bo lubi, bo ma ochotę... Tak samo szybko nauczyła się, że 'ała' wypowiedziane zbyt radośnie to nie jest prawdziwe 'ała' i cokolwiek się zrobiło, co je wywołało, warto to powtórzyć. Na przykład stuknąć tatę czołem w jego czoło. Fruzia ma chyba stalową głowę, bo śmiała się do końca. W przeciwieństwie do taty.

Przed snem miętoli jeden smoczek w buzi, a drugi w dłoni. Co jakiś czas zamienia je sobie, wydając rozkoszne pomruki zadowolenia, kiedy na wpół przytomnie udaje jej się trafić dydkiem do buzi i jednocześnie nie zgubić tego, który teraz będzie obracać w paluszkach. Jeśli kiedyś uznam, że szukanie w środku nocy wywalonych na podłogę smoczków to jednak dla mnie za dużo, kupię całą zgrzewkę dydusiów, wsypię je Fruziakowi do łóżeczka i niech młoda śpi w smoczkowym basenie. W końcu jeden lubi spać na miękkim materacu, drugi na twardym, a jeszcze ktoś inny w pościeli z dydków. Samo życie.

O lewej i prawej

Na rozmowie kwalifikacyjnej Duża Matka zapytała, jakie przewiduję wyzwania czekające na mnie w Błękitnej Przystani. Bez wahania odpowiedziałam, że największym będzie dla mnie poznanie wszystkich Seniorów.

Z Lucasami było podobnie. Pierwsze dni w Różowej były dla mnie chaosem złożonym z małych, ruszających się głów i kończyn, do których nie potrafiłam dopasować  imion, rodziców, pogubionych części garderoby, alergii, rodzaju mleka, rozmiaru pieluch ani dni i godzin pobytu w Chmurce. Trudno się tak funkcjonuje, człowiek ma wrażenie, że wciąż dociera do ściany, a najprostsza prośba współosadzonych w jednej sali członków personelu (- Mogłabyś podać mi bluzę Jacka?) wiąże się z lawiną wciąż tych samych pytań i poczuciem, że muszę być strasznie irytująca dla otoczenia.

Seniorzy to chaos złożony z siwych głów, imion i nazwisk, podobnych sypialni, nieskończonej liczby łóżek, przyzwyczajeń i odmiennych preferencji. Jedna tylko przegródka z etykietą Wieczorny Napój, to dla mnie gimnastyka umysłu na poziomie rozwiązanej Jolki: herbata z mlekiem, jeden cukier + słomka; gorąca czekolada w szklanym kubku, plastikowy nie przejdzie; kawa z mlekiem + 2 x cukier, kubek plastikowy z dzióbkiem; kawa z mlekiem + 1 x cukier, pomimo oporów Seniora, wskazana pomoc; kawa z mlekiem i absolutnie zero cukru, pamiętaj, chociaż będzie się domagał; ta pani musi mieć gorące mleko, więc trzeba zająć się nią w pierwszej kolejności, bo jeśli zdąży wystygnąć w dzbanku, będziesz biegła do kuchni rozgrzewać nową porcję. Pomnóż to przez blisko trzydzieści sypialni na rehabilitacyjno-paliatywnym oddziale w kształcie litery F. O czwartej nad ranem muszę przystanąć i zastanowić się, w której odnodze F właśnie się znajduję, zanim ruszę na dalszą część obchodu. Idąc, przetwarzam w głowie nowe dane.

Dama W Peruce to elegantka, nawet w nocnej koszuli musi wyglądać wytwornie. Włosy zdejmuje dopiero przed snem, mocną pomadkę ściera chusteczką w łazience. Poprawiam jej poduszki, pomagam wygodnie się ułożyć. Ona pyta mnie, jak długo pracuję w Błękitnej, bo jakoś mnie nie kojarzy. Kiedy mówię, że to dopiero moja druga zmiana, uśmiecha się i zapewnia, że świetnie mi idzie, a ona wie, co mówi, bo z zawodu jest pielęgniarką. Potem opowiada o mężu, którego straciła.
- Przez sześćdziesiąt lat spałam obok niego - mówi. - A teraz jego nie ma, a ja wciąż nie mogę przyzwyczaić się do samotności w łóżku.

Bardzo Niezależna Staruszka dokładnie instruuje mnie, czego potrzebuje i w jakiej kolejności, a przy tym wszystkim jest przesympatyczna, więc wszystko ułatwia. Najpierw buty, ostrożnie, bo przy kostce jest rana. Odepnij mi stanik, kochana. Śmiejemy się, że jeszcze nigdy nikomu nie odpinałam stanika. Balkonik musi stać pod tym kątem, bo inaczej nie będę w stanie się podnieść. Aparat słuchowy trzeba włożyć do pudełka, które stoi po prawej stronie na parapecie. Tylko pamiętaj, żeby bateria była wyjęta.

Żartownisia nie widzi, za to uwielbia gadać. Kiedy wchodzę do jej pokoju, jeszcze nie wie, kim jestem, ale już się uśmiecha. Trudno mi czasem zrozumieć, co mówi, ale z resztą personelu dowcipkuje jak szalona. Nawet obudzona w środku nocy nigdy nie protestuje, że światło, że głośno, i że co my w ogóle od niej chcemy.

W sypialni po lewej mieszka łagodność. Pełna sprawność umysłowa i całkowita niesprawność ciała. Łagodność często pyta, czy sprawiła w czymś kłopot. Uśmiecha się, wciąż dziękuje za wszystko, za każdy kęs i łyk kawy, którą ktoś trzyma dla niej tuż przy ustach. Czasem tylko westchnie, że takie życie jest straszne, ale wesoło zganiona przez kogoś z personelu za opowiadanie głupot, znów zaczyna się uśmiechać.
.
.
.
.

... i nadal nie potrafię przyporządkować imion do nowo powstałych plików. Wciąż nie wiem, jaki numer sypialni, w którym końcu korytarza, i czy ta cholerna kawa to z cukrem czy bez.

Lewa i prawa półkulo, mogłybyście wreszcie zacząć współpracować!

(Albo kupię sobie notes.)

O nich

Inżynier mówi, że ciekawość miała wymalowaną na sanepidzkim licu wszystkimi barwami tęczy, kiedy otwierał drzwi do piekarni. A kiedy wreszcie przekroczyła próg tego, nad czym on od czterech miesięcy pracował dniami i niemal nocami, nawet nie starała się ukryć swojego zachwytu.
- Naprawdę sam to wszystko zrobiłeś? - pytała.

Wynajęliśmy w zasadzie kamienne mury. I te mury dostały nowe wszystko. Instalację elektryczną, hydraulikę, wentylację, ściany, podłogi... Od góry do dołu, od rzeczy wielkich do maleńkich, od super ważnych do tych wydawać-by-się-mogło-że-nieistotnych. Kiedy moja głowa zaczyna zbytnio poetyzować, lubię myśleć, że dał temu miejscu nową duszę, tchnął w nie życie. A kiedy jestem bardziej przy ziemi, zastanawiam się, skąd on, do chuja wafla, tyle wie i gdzie się tego wszystkiego nauczył.




Fruzia przeżyła tydzień przenoszona z ręki do ręki. Do Liz i Szwaczki odstawiliśmy ją w pośpiechu, bo na mnie czekało szkolenie, a na niego praca. Fruzia robiła niepewną minę, na progu mieszkania Niemieckich postanowiła nawet desperacko uwiesić się na mojej szyi, ostatecznie jednak pomachała nam na do widzenia, chyba nie wiedząc do końca, co się wokół niej dzieje, a potem łaskawie dawała się zabawiać, usypiać i karmić. Odbieranie smsów o treści "Fruzia tańczy. Ależ ona się rusza!" sprawiało, że siedzieliśmy w swoich przybytkach szkoleniowo-pracowych ze spokojem i bez nerwowego zerkania na zegarek. Dopiero dzisiaj, ostatniego dnia pod opieką Niani, Fruzia dawała wyraz swemu głębokiemu niezadowoleniu. Nie udało nam się ustalić, czy to z powodu braku ojca i matki, czy może z jakichś innych, bardziej przyziemnych przyczyn. Może Rudolf nadepnął jej na odcisk?

Powiedzieć, że jestem z nich dumna, to jak powiedzieć, że nie mam nic przeciwko czekoladzie.

O predyspozycjach

Shadow shift. Mówią mi, że nocą będzie inaczej, spokojniej, ale muszę też zobaczyć, jak to wygląda w świetle dziennym. Kolejny obchód z zakresu bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Trzydzieścioro drzwi, czterdzieści pudełek alarmowych, sto gaśnic i milion zaułków później jestem pewna, że gdyby pod moją wodzą przeprowadzać ewakuację, spłonęlibyśmy co do jednego.

Przez kilka godzin wędruję krok w krok za Sarą i Blondynką, przyglądając się temu, co robią. A wciąż coś robią. Karmią, myją, zmieniają pieluchy, pomagają się ubrać, zabawiają rozmową, towarzyszą, piszą raporty i obsługują sprzęt, który dla mnie wciąż wygląda jak najnowszy wynalazek NASA. Jesteśmy na piętrze, to w zasadzie oddział leżący, rehabilitacyjno-paliatywny. Mobilni lub częściowo mobilni seniorzy mieszkają na parterze. Ci z góry czasem wracają do domu, częściej jednak to ich ostatni dom. Błękitna Przystań przed ich ostatnią podróżą.

Patrzę na pomarszczone, zmęczone życiem ciała. Chude, powyginane pod dziwnym kątem nogi i ręce, przezroczysta skóra, spod której przebija siateczka żył. Znamiona, otarcia, jakieś ranki. Siwe włosy, czasem puste, nieobecne spojrzenie. Jakby tutaj było już tylko ich ciało. Niektórzy rozpoznają opiekunki, współpracują, rozmawiają, żartują. Patrzą na mnie pytająco, więc uśmiecham się, przedstawiam i mówię, dlaczego będę tu stać i gapić się. Taki jest plan - stój i patrz. Po godzinie mam dość, nie potrafię tak, chciałabym już pomóc, ale jeszcze za wiele nie mogę. Podaję chusteczki, poprawiam prześcieradła, czytam raporty, oglądam zdjęcia. Otwieramy okna, bo poranek jest piękny, błękitne niebo i dużo słońca. Mamy spacerują z wózkami po skwerku, jakiś ojciec niesie małego bobasa na ręku. Tam początek życia, tu koniec.

Zdjęć jest mnóstwo. Na ścianach, w małych gablotkach, na szafkach. Z obchodów setnych urodzin i ze ślubów. Z dziećmi, wnukami, całą rodziną. Czarno-białe i kolorowe fotografie z ostatnich kilkudziesięciu lat. Patrzę i wydaje mi się, że ta kobieta w białej sukni i welonie to nie może być Mary, którą właśnie Sara i Blondynka przekładają na lewy bok. To pewnie jej córka. Dopiero po chwili widzę, że jednak nie. To ona. Ta młoda, pełna życia kobieta ze zdjęcia to ta sama Mary, która teraz nie jest w stanie sama przekręcić się na drugi bok. Uderza mnie to za każdym razem, kiedy wchodzę do kolejnego pokoju. Pod koniec zmiany przestaje. Oswajam kontrast pomiędzy tym, co na fotografiach, a tym, co przed oczami. Brzęczy mi w głowie myśl, że za każdą pomarszczoną twarzą stoi historia, której nawet tysiąc zdjęć nie jest w stanie oddać. I że w Różowej brałam aktywny udział w początkach, a w Błękitnej będę towarzyszyć w zakończeniach.

- Ja bym nie mogła wykonywać takiej pracy - zapewnia mnie Niania, kiedy wracam do domu i opowiadam jej o swoim dniu.
Na jej twarzy pojawia się grymas zniesmaczenia.
- Starzy ludzie i pieluchy, nie, to nie dla mnie.
Wybucham śmiechem. Niewątpliwym urokiem Niani jest to, że jak czasem coś powie, to nie ma co zbierać. Rozbraja nas ta jej nieprzewidywalna szczerość.
- Ale to przecież nie ogranicza się tylko do pieluch - mówię. - To tylko jeden z aspektów tej pracy.
- Nie, mimo wszystko ja bym nie umiała - Niania zabawnie kręci nosem, śmiejąc się razem ze mną.

Żartujemy z Inżynierem, że najwyraźniej do zmiany pieluchy trzeba mieć jakieś niesamowite predyspozycje i zdolności, niemal jak do lotów w kosmos. A nie mówiłam? NASA.

Mamy ograniczoną wyobraźnię. Przy tym wszystkim co wiemy, co osiągnęliśmy i co stworzyliśmy, wciąż odsuwamy do siebie myśl, że być może nam też ktoś kiedyś będzie zmieniać pieluchę.

O dniu pierwszym, w którym nikt nie poległ

Z Błękitnej Przystani zabiera nas taksówka. We trzy jedziemy do innej placówki w miasteczku położonym godzinę jazdy od naszej żywicielki. Godzinę! Dobrze, że nie wiedziałam o tym wcześniej, bo zdecydowanie bardziej przeżywałabym fakt, że do Piątej Chatki wrócę przed siódmą, na tyle późno, żeby za chwilę położyć Fruzię spać. Od bladego świtu leje jak z cebra. Idealny dzień na szkolenie, jeszcze lepszy na podróże taksówką - człowiek nie moknie na przystankach, a gdyby ktoś przynudzał, nikogo nie zdziwi przeciągłe ziewanie. Przecież ciśnienie spadło. W Krainie Deszczu chyba nawet poniżej norm trzymających przy życiu.

Siedzę z tyłu z Gadułą, obok kierowcy Shanon-Nie-Sharon. Kierowca przez całą drogę milczy jak głaz. Rozmawiamy o dzieciach, mężach, poprzednich życia, Gaduła mówi z takim akcentem, że muszę mocno się skupiać, żeby nie stracić sensu rozmowy. Im dłużej jedziemy, tym jednak bardziej go tracę, atmosfera robi się senna i lepka. Milkniemy w końcu, poddając się kołyszącemu szumowi auta. W tej ciszy zaczyna mnie rozkładać. Przed oczami mam Fruzię, która tego ranka spokojnie dała nam buziaka, a potem pomachała w oknie na do widzenia. Wyszliśmy szybko i zdecydowanie, bez dramatycznych pożegnań i niekończącego się przytulania. Różowa Chmurka dobrze mnie wyszkoliła. Buziak, pa pa, baw się dobrze, jedziemy. Ale nic nie poradzę na to, że już za nią tęsknię. Nie rozdzieram szat, to w końcu tylko kilka dni, nawet nie zauważymy, kiedy tydzień się skończy. Ale.Wiecie.Jak.To.Jest. Niewątpliwym plusem tej sytuacji jest to, że nic innego nie jest w stanie mnie zestresować. Praca, szkolenie, kolejny nowy początek - to wszystko jest gdzieś obok, ważne, ale nie na tyle, żeby nie spać po nocach. To tak, jakbym na rynek pracy wracała w tej samej powłoce, ale z całkowicie inną warstwą wyściełającą mój środek. Inaczej mówię, inaczej myślę, czym innym się przejmuję.

Amanda, nasza instruktorka, nie traci czasu na zbyt wiele formalności. Informuje nas, że jest potwornie chora, czego naprawdę nie da się nie zauważyć, więc będzie mówiła cicho i często będziemy robić przerwy. Nie patyczkuje się też z kolejnością tematów. Być może chce nas obudzić, proponując na pierwszy ogień ... bezpieczeństwo przeciwpożarowe. Poprawiam się w fotelu i natychmiast przeskakuję do innej rzeczywistości, kiedy patrzę na zdjęcia z pożaru jednej z już naszych placówek. Plastikowa taca pozostawiona na rozgrzanym wózku do przewożenia posiłków. Staram się nie pozwolić wyobraźni na swobodny galop do przeszłości, do momentu, w którym pewnego ranka przed wyjściem do pracy zorientowałam się, że poprzedniego wieczoru nie wyłączyłam żelazka. Albo kiedy on zasnął sam w domu, zostawiając na gazie gotujące się żarcie dla Rudego. Alarm usłyszał dopiero wtedy, kiedy Zamroczona zaczęła dobijać się do drzwi, a Rudolf szczekać. (Mimo wszystko nie mógł przestać się śmiać na wspomnienie zaspanej wersji samego siebie w kłębach gęstego dymu. - Patrzyła na mnie, jakbym konstruował bombę - powiedział, odbierając mnie z pracy i tłumacząc, dlaczego musimy spędzić popołudnie i wieczór w pubie.) Amanda prezentuje nam maty do ewakuacji niemobilnych seniorów. Jedna ze słuchaczek na ochotnika kładzie się na podłodze i pozwala przewozić po korytarzu w tę i z powrotem. Dziewczyna musi ważyć niewiele więcej ode mnie, ale przeciągnięcie jej na cztery ręce na drugą stronę pomieszczenia to jednak wysiłek. Ćwiczenia obserwuje jedna z seniorek przykuta do łóżka w swojej sypialni. Ja kątem oka obserwuję ją. Zastanawiam się, o czym myśli, kiedy patrzy na te nasze poczyniania. W Różowej było zdecydowanie łatwiej. Na dźwięk alarmu każda z nas łapała dwójkę, trójkę maluchów, ktoś krzyknął "dziennik", ktoś zaglądał w łóżeczka i wózki i już byliśmy na zewnątrz. Często na boso, na trawie mokrej od deszczu. Kilka razy w roku. Ewakuacja seniorów w Błękitnej Przystani musi przypominać przygotowania do wojny.

W przerwie wędrujemy do kuchni po kawę i herbatę. Przechodzimy przez jadalnię, kilkoro seniorów, głównie na wózkach, czeka na posiłek. W każdym z nich widzę czyjąś babcię, czyjegoś tatę i męża. Siebie. Jego. Naszych rodziców. Uśmiecham się do nich nieśmiało, choć mam ochotę podejść i zapytać, jak się czują. Nie robię tego. Nawet nie wiem, czy to odpowiednie pytanie. Nie wiem, co wypada, co mogę, a czego na pewno nie. Nie wiem, kto z czym się zmaga i na co czeka. Jeszcze nie potrafię poruszać się w tym miejscu z gracją i wyczuciem. Nic to, nauczę się. Patrzę na logo firmy i natychmiast wyświetla mi się w głowie jej motto. (Marketing działa.) Bardzo chciałabym, żeby nie okazało się tylko pustym sloganem.

Dzwonię do Niani. W tle słyszę znajome pokrzykiwania Fruzi. - A! - dobiega z Piątej Chatki. Płakała tylko przez chwilę, kiedy musiała pójść spać. Obudziła się w doskonałym nastroju, łobuzuje, sieje chaos i dużo je. Oddycham z ulgą. Jest dobrze. Dzwonię do Inżyniera. Śmieje się do telefonu, bo przed chwilą też rozmawiał z Nianią. Jest dobrze. Jak dobrze.

Druga połowa dnia upływa jeszcze szybciej. Skreślamy kolejne punkty z checklisty - health and safety, personal development, equality & diversity (angielska świętość nad świętościami), infection prevention and control... Lista jest długa, w normalnych okolicznościach powiedziałabym, że strasznie nudna, ale pamiętam dokładnie samą siebie cztery lata temu na szkoleniach w Różowej. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile stresu w sobie nosiłam. Bo pomimo tego wow, ale przygoda!, wszystko tak bardzo nowe, bo czegoś nie do końca zrozumiałam, bo ta czekająca wizyta w klinice, a co ja w ogóle mam powiedzieć w tej ledwie rozpoczętej pracy? Jak wytłumaczyć, dlaczego nagle potrzebuję wolnego i będę potrzebować go jeszcze więcej i do tego tak z dnia na dzień, bo przecież nie wiem, jak mój Lewy zareaguje na stymulację... Śliczna dziewczyna siedząca dwa fotele dalej pochodzi z Rumunii, w Krainie Deszczu jest od roku. Widzę i słyszę jak zmaga się ze swoim bardzo jeszcze połamanym angielskim. Jest zestresowana sytuacją i doskonale rozumiem, jak to jest. Fizycznie czuję jej napięcie i to nie dlatego, że tylko ja jedna w tym towarzystwie taka współodczuwająca jestem. Wiem, bo ja też tam byłam. Z całą masą innych rzeczy zaprzątających mój umysł. W ślicznej dziewczynie rozpoznaję siebie z początku tej przygody. Naprawdę upłynęły tylko cztery lata? Boże, jak lekkie jest teraz to moje życie, nawet tu i teraz, na tym szkoleniu! (Jaki to banał, patos i różowa chmurka, śmieję się w duchu do samej siebie.) W przerwie zagaduję do Ślicznej. Chwilę rozmawiamy, widzę i czuję, jak jej ulżyło, że ma z kim pogadać. Przeżyje. Za dwa lata takie dni będą dla niej okazją do złapania oddechu od codzienności.

Przez częściowo oszklone drzwi sali widzimy biegnący personel. Ktoś wpada i wzywa na chwilę Amandę. Jedną z seniorek znaleziono w sali leżącą na podłodze. Przeszywa mnie dreszcz. Za chwilę Amanda wraca i jak gdyby nigdy nic kontynuujemy szkolenie.

Dostajemy informację, że jutrzejsze zajęcia się nie odbędą, a dzisiejsze skończymy dwie godziny wcześniej. Trenerka ledwie mówi, a nie ma kto jej zastąpić. Ten dzień i tak trzeba będzie odrobić, ale nic nie poradzę na to, że czuję sie dokładnie jak wtedy, kiedy nauczyciel mówił, że ostatnie trzy lekcje przepadają. Fruziak dostał w bonusie kolejny dzień tylko z mamą. A może to mama dostała dzień z Fruziakiem. Kończymy o trzeciej. Wskakujemy do auta i wracamy do naszej Przystani. Gaduła i Shanon-Nie-Sharon rozprawiają o porodach. Której kiedy odeszły wody, jakie miny mieli ich mężczyźni na porodówce, która z nich przeklinała i dlaczego faceci nic z tego nie rozumieją. Śmiać mi się chce, bo ja w sumie też nic z tego nie rozumiem...

Jestem w Piątej jeszcze przed nim. Fruzia wita mnie szerokim uśmiechem i piskiem zarezerwowanym dotąd wyłącznie dla taty wracającego z pracy. Porywam ją w ramiona i ja już też wiem, jak to jest.

O nowych początkach

Rozmawiamy ze znajomymi późnym wieczorem. Ja, jak to zwykle bywa, przysypiam na kanapie.
- Jak ty masz zamiar pracować nocami? -  żartuje ze mnie Ajkowy Tata.
- Dam radę - mówię na wpół przytomnie. - Jestem senna, bo siedzę, w pracy będę w ruchu. Przecież na weselach nie zasypiam przy stole w połowie imprezy, prawda?
Inżynier patrzy na mnie współczująco i wypala:
- Ale nikt nie chodzi na wesela trzy razy w tygodniu.

(Może w takim razie czas najwyższy zacząć?)

Pora chyba westchnąć melodramatycznie i jęknąć, że od jutra powrót do rzeczywistości, ale... zostawiam sobie takie kawałki na gorsze czasy. Tym bardziej, że dla mnie to żaden powrót, dla mnie to zupełnie nowa rzeczywistość. Zamiast tego myślę, że za nami piękny czas i całą sobą jestem wdzięczna, że był. Jestem stworzona do takich urlopów macierzyńskich z takimi Fruziakami.

- Sister, nocki są zajebiste! - oświadczył radośnie Wielki Brat, ratownik medyczny i kierowca ambulansu w jednym.
To jedna z tych osób, które na wieść o mojej nowej pracy nie zaczęły z marszu wyliczać mi jej minusów.
- Jeśli będziesz mogła się chociaż trochę przespać w pracy (ekhm!) - kontynuował Wielki - to w ogóle nie będziesz zmęczona, zobaczysz, a nawet jeśli nie będziesz mogła spać, to i tak dasz radę, w końcu to tylko trzy razy w tygodniu, będzie git! Przyzwyczaisz się.
Miałam ochotę uściskać go przez telefon.

Ostatniego dnia oficjalnego urlopu mamy Fruzia tak się wierciła, że w końcu przewróciła wózek. W którym zresztą siedziała. Ja i on byliśmy tak zaaferowani swoimi zajęciami (trzy kroki od Tasmana), to znaczy cięciem blach do pieczenia i zbieraniem Rudolfowych placków w ogródku, że lot bryki z Fruzią na pokładzie jakoś nam umknął. Zobaczyliśmy jedynie efekt końcowy, czyli zdziwioną buzię małej tuż przy trawie. Młodzież okazała się dobrze zaprawiona w bojach z Rudolfem, bo nawet nie wyglądała na specjalnie wystraszoną. My zaś okazaliśmy się wątpliwej jakości rodzicami, bo natychmiast po szybkich oględzinach dziecięcia uznaliśmy incydent za nieprzyzwoicie zabawny.

W nadchodzącym tygodniu całą naszą trójkę czekają poważne wyzwania.
Mnie będą szkolić przez całe pięć dni. Istnieje ryzyko, że wrócę tu do Was z wypranym mózgiem. Fruzia po raz pierwszy w naszym wspólnym życiu będzie zmuszona odkleić się od mamy i spędzi ten czas głównie z Nianią, trochę z Liz i trochę z Niemiecką Szwaczką. On zaś oczekuje na wizytę Baby z Sanepidu.

O dziwo, nie panikujemy. Fruzia oczywiście dlatego, że nie ma pojęcia, co w trawie piszczy. Rudolf natomiast nie znajduje powodów do stresu, jeśli nikt nie usiłuje pozbawić go jego osobistego miejsca na sofie.

Jeśli jednak do soboty się nie odezwę, możecie śmiało uznać to miejsce za upadłe, a nas za poległych. A tymczasem zaciśnięte kciuki mile widziane!:-*

Gadki Fruzi

Tekst tłumaczony z angielskiego na polski jest zwykle dłuższy od oryginału o jakieś 20-30 %, wiedzieliście o tym? Nasza gramatyka często wymaga większej liczby dłuższych słów na wyrażenie tego, co po angielsku ujęlibyśmy w kilku krótkich.  Taki urok obu narzeczy.

Fruzia chyba zaczęła mówić po angielsku.

- E! - krzyczy z łóżeczka o szóstej rano.
To nie jest zwykłe 'e'. To stanowcze, zdecydowane i zaczepne 'E!' W brzmieniu przypominające trochę twórczość kolesi spod monopolowego - E, ty tam, kopsniesz szluga? - choć u Fruzi jest trochę bardziej eleganckie. W wolnym tłumaczeniu na polski:
- Ej, wy tam, natychmiast proszę przyjść, wyjąć mnie z łóżeczka i przetransportować do waszej sypialni!
Zwykle dajemy jej dwie minuty na ponaglanie nas, choć wiem, że natrząsanie się z własnego dziecka jest naganne i nie wróży dobrze naszej karierze rodzicielskiej.

- A! - krzyczy Fruzia w chwili ekscytacji pomieszanej z dumą, kiedy chwali się przed skypową publiką najnowszymi umiejętnościami.
To znowu krótka samogłoska. Żadnego rozciągania i niepotrzebnych dłużyzn. Tonacja lekko rozkazująca.
Pięć kroków przy chodziku, a potem pit stop i jedna ręka w górze.
- A! - informuje cały swój świat.
Idzie dalej. Trzy kroki, pit stop, druga ręka w powietrzu.
- A!
Co ma oznaczać:
- Patrzcie na mnie! A ty, Babciu Mamuśko, przestań już piszczeć, bo przez ciebie pomylę kroki!

Wieczorem głaszczę ją po policzku i włoskach. Talię mam rozpłaszczoną na barierce łóżeczka, głowę tuż przy główce Fruzi. (Przysięgam, że kiedyś nastąpi jeden z trzech kataklizmów - 1. barierka pęknie, 2. zasnę na niej, 3. wstanę i dostanę wylewu od wiszenia głową w dół.) Malutka zamyka oczy i zaczyna odpływać.
- Mmmm! - mruczy przez sen.
- Mmmm! - odpowiadam w tym samym tonie.
- Mmmm! - słyszę znowu.
- Mmmm! - kontynuuję dialog.
Jeśli nie odpowiem, Fruzia wyśle jeszcze jedną przypominajkę, a potem otworzy oczy i Morfeusz będzie mógł się wypchać. Konwersujemy więc dalej.
- Mmmm! - to ona.
(- Głaszcz dalej, mamo, jeszcze nie śpię!)
- Mmmm! - to ja.
(- No przecież wiem, borsuku!)

I pomyśleć tylko, że kiedyś umiała powiedzieć jedynie ba-ba, a dziś operuje całymi zdaniami. (Wzrusz.)

I to w obcym języku!

O akcesoriach do spania

Odkąd pojawiła się Fruzia, dowiaduję się od Mamuśki całkiem nowych historii z mojego i Wielkiego Brata dzieciństwa, o których dotąd jakoś nie było okazji pogadać. A sądziłam, że słyszałam już wszystko. Nie miałam na przykład pojęcia, że to, co uważałam za wynalazek dwudziestego pierwszego wieku - śpiworki dla bejbików - Mamuśka Moja znała już ponad trzy dekady temu. 
A co ciekawsze - sama nam takie szyła. 
- Tylko ty tak okropnie spałaś - opowiada Rodzicielka - że czasem nawet śpiworek nie pomagał. 
Znam to. W dzieciństwie uwielbiałam spać z Mamą, ona ze mną niekoniecznie. Ponoć kopałam, wierciłam się, przewalałam kończynami na prawo i lewo. Zupełnie jak dzisiejsza trzynastoletnia Gwiazda. Moja krew.
- Któregoś dnia zamarłam, bo rano zastałam cię w łóżeczku powyginaną, ze stopami do połowy wyjętymi ze śpiworka - wzdycha Mamuśka. 
Wyjętymi przez otwór tuż przy szyi. Czujecie tę schizę, prawda?
- Przecież ty się mogłaś udusić! *
Jak widać, od dzieciństwa miałam inklinacje do sportów ekstremalnych. 
To jakby wyjaśnia, dlaczego mamy w domu Rudolfa.

Po Polandii krąży też jeszcze jedna rodzinna legenda ze mną i sprzętem do spania w roli głównej. 

W moim przedszkolu raz w tygodniu zabierało się piżamę i powłoczkę na poduszkę do prania. W poniedziałek rano Mamuśka i Wielki odstawiali mnie do placówki z czystą pościelą pod pachą, a sami pędzili na przystanek, żeby złapać autobus do Sąsiedniego Town, gdzie jedno pracowało, a drugie uczęszczało do podstawówki. Jak przez mgłę pamiętam tamten poranek. Byłam smutna i zazdrosna, że on może sobie z Mamą jechać, a ja muszę zostać w przedszkolu, taka samotna i opuszczona... Mamuśka i Wielki bardzo się spieszyli, więc w okolicy szatni Rodzicielka cmoknęła mnie w policzek i powiedziała, że muszą pędzić, a ja mam wędrować prosto do sali. Wiedziała, że tak zrobię, bo ja grzeczną dziewczynką byłam, a rodzice nie certolili się wtedy z dziećmi tak, jak to bywa dzisiaj. Pomknęli. A kiedy zamknęły się za nimi drzwi, przypomniało mi się, że przecież nie mam swojego pakunku!

Wybiegłam z szatni, otworzyłam szeroko drzwi przedszkola i ze łzami w oczach wydarłam się na całą okolicę:
- A poduśka??! A piziama??!

Oni akurat zamykali za sobą bramę, kiedy mnie usłyszeli i zobaczyli.

Mama twierdzi, że widok małej, sfuriowanej istoty wrzeszczącej na nich na schodach przedszkola towarzyszył im przez całą drogę do Sąsiedniego Town. Nie mogli przestać się śmiać.

To pewnie stąd moje późniejsze kopanie i wiercenie się podczas snu. 
Trauma z dzieciństwa.

* Mam tylko nadzieję, że nie natchnęłam żadnej z Was do pozbycia się z domu wszystkich śpiworków.

O ważnych rozmowach

- Ale nie powiecie jej, prawda? - bardziej stwierdza niż pyta Niania.
- Powiemy, oczywiście, że powiemy - odpowiada spokojnie Inżynier.
- Naprawdę? - w głosie Niani słychać niedowierzanie.

A my właściwie nie dziwimy się jej zdziwieniu. Niania jest starszą od Mamuśki, sympatyczną i wzbudzającą zaufanie kobietą. Gdyby taka nie była, na pewno nie upatrzylibyśmy jej sobie na opiekunkę Fruzi. Ale Niania dorastała w czasach, kiedy temat adopcji istniał tylko w kręgach plotkarskich, w zabawie w głuchy telefon i w domysłach, a temu wszystkiemu towarzyszyło mnóstwo mitów, uprzedzeń i stygmatów. Skoro dziś, w XXI wieku, w cywilizowanym, wydawać być się mogło, kraju można usłyszeć coś takiego, to jak było cztery czy pięć dekad temu? 

Nie dziwimy się jej zdziwieniu. Wielu naszych rówieśników mogłoby zadać takie pytanie, uważając je za zasadne i kluczowe w sprawie, tak jakby odpowiedzi naprawdę mogły być dwie. Z pewnością dla niektórych są i chcę wierzyć, że argumenty przemawiające za ukryciem przed dzieckiem jego pochodzenia są równie mocne, jak te, które świadczą na korzyść prawdy, choć ja osobiście nie potrafię przytoczyć ani jednego. Wielu ludzi naprawdę sądzi, że wszystkim żyłoby się łatwiej i spokojniej, gdyby tak po prostu zapomnieć o wszystkim. Wymazać z pamięci swojej i ewentualnej pamięci dziecka. A przy okazji jakichś trzystu osób, które o naszej adopcji dowiedziały się bezpośrednio od nas lub pośrednio z opowieści znajomych i sąsiadów. Dziewczyna z mojej pracy właśnie adoptowała kilkumiesięczne dziecko, taka blondynka, może ją kojarzysz? A wiesz, że jego córka jest adoptowana? To ci z tą adoptowaną dziewczynką, zobacz, jaka jest do nich podobna, niesamowite! Znacie to, prawda? Nie sposób wyeliminować tego z życia. Przecież ja też tak mówię. O znajomej znajomej, która urodziła bliźniaki; niestety, maluchy chorują i musiały zostać w szpitalu, ale wszystko jest na dobrej drodze. O dawno nie widzianej koleżance, która też adoptowała, ich córka musi już chodzić do szkoły. O sąsiadce, która samotnie wychowuje dziecko, bo jej facet okazał się wyjątkowym dupkiem i zostawił ją samą w ciąży. Nie plotkuję o tym w ramach newsa dnia, ale mówię o tym jemu lub przyjaciółce, bo ktoś jest w podobnej sytuacji albo dlatego, że się po ludzku przejęłam, a moim odruchem jest dzielenie się tym, co mnie dręczy, z bliskimi. Kto tego nie robi, niech pierwszy ciśnie we mnie hejtem.

Znacie to, wiem. Ale nie dziwię się zdziwieniu Niani, bo kiedyś wszystko wyglądało zupełnie inaczej, a wolny dostęp do fachowej wiedzy na temat złożoności ludzkiej psychiki i potrzeb człowieka był mocno ograniczony. A co jest jednym z podstawowych praw i jedną z najważniejszych potrzeb społecznych człowieka? Posiadanie własnej tożsamości. A tę zapewnia prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu, swoich korzeniach i swojej historii. Prawdziwej historii.

Zresztą, nie bardzo wiem, jak niby miałoby to dzisiaj wyglądać.

Natychmiast po adopcji musielibyśmy wrócić do Polski, bo jak ukryć fakt nagłego pojawienia się w naszym życiu dziecka? (A jeśli byłby to dwulatek?) Przecież jeśli znajomi tutaj będą wiedzieć, każde spotkanie z nimi będzie stresem. Wystarczy, że ktoś przegnie z procentami i chlapnie coś tak, że aż dziecko w sypialni usłyszy. Ile to razy słyszałam, jak mama szepcze (tak im się wydawało) z Babcią o prezentach od Śniętego Mikołaja? Ile razy wiedziałam dokładnie, kto ze znajomych Rodziców zdradza żonę, choć oni święcie wierzyli, że jestem zbyt mała, żeby znać takie słowo jak zdrada? Dziesiątki, jeśli nie setki takich sytuacji. Dorosłym wciąż się wydaje, że dzieci są niczego nieświadome, niczego nie rozumieją, niczego nie wyczuwają.

Być może udałoby nam się wcisnąć znajomym w ojczyźnie, że ostatni rok chodziłam w ciąży, ale co ze zdjęciami? Wykasować te z przynajmniej sześciu miesięcy przed. Albo dorobić brzuch w photoshopie. Bo przecież ona też może kiedyś zapytać, jak bardzo mała się urodziła, skoro wow, na trzy tygodnie przed porodem wyglądałaś, mamo, jakbyś nigdy nie była w ciąży! Nie zapomnijmy o wszelkich dokumentach i książeczce zdrowia. Bardzo mi przykro, kochanie, najwidoczniej musiały zagubić się gdzieś podczas przeprowadzki z Krainy Deszczu. Albo nie, spłonęły w gigantycznym pożarze (na szczęście nikomu nic się nie stało!), tak będzie bardziej filmowo. A przy okazji wytłumaczy kilka innych źle skleconych opowieści. 

Musielibyśmy być w nich bardzo spójni. I przewidzieć jej każde pytanie, które najprawdopodobniej zada w sytuacji najmniej sprzyjającej wiarygodnej konfabulacji. Przy kasie w supermarkecie. W zatłoczonym autobusie. W kościele przy "panna czysta porodziła syna". Albo w przedszkolu przy wieszaczku, kiedy w towarzystwie innych mam będę żartowała, że nasze trzylatki zaczynają interesować się tematem sprowadzania dzieci na świat. Znacie to, prawda? One zawsze wyskakują z czymś wtedy, kiedy nie masz gotowej odpowiedzi na najbardziej banalne pytanie. Nie mówiąc już o tym, kto mnie włożył do twojego brzucha? (Pytała moja chrześnica o brzuch Bratowej. Mnie pytała. Udało mi się nie stracić twarzy. Ani powagi.) Musielibyśmy przewidzieć KAŻDE możliwe i niemożliwe pytanie na każdym etapie jej życia. Jaka była pogoda, kiedy ją rodziłam. Kto wiózł mnie do porodu. Skąd wiedziałam, że to już. Czy bolało. A jak bardzo. Czy krzyczałam. A gdzie wtedy był tata. Czy wiedzieliśmy, że będzie dziewczynką. Czy karmiłam piersią. I dlaczego nie. Czy. Jak. Kiedy. Kto. O której. Dlaczego.

Ja zadawałam te wszystkie pytania Mojej Mamie na różnych etapach mojego życia. I pewnie pięć tysięcy innych też. 

To musiałaby być naprawdę dobra i spójna opowieść. A we mnie nie ma nic z autora kryminałów.

I jeszcze ta pokerowa twarz! Ani on, ani ja nie jesteśmy w tym dobrzy. Jeśli się solidnie przygotuję, mogę okłamać obcą osobę. Jeśli mam ważny powód, zrobię to w miarę dobrze. Ale gdybym tylko próbowała okłamać Mamą, jego, Kocura, czy Fruzię... Z bliskimi kompletnie nam nie wychodzi.
- Od razu byś wiedziała, gdybym kiedyś dostał zaćmienia i cię zdradził - zażartował kiedyś Inżynier. - O ile sam bym ci nie powiedział trzy minuty po fakcie.
- Ty wiesz, że u mnie byłoby pewnie tak samo? - wypaliłam po chwili zastanowienia.
Ale z nas gołąbki, co?;-)
- Czy wy naprawdę chcecie kupić psa? - zapytała kiedyś Mama.
To miała być tajemnica. Pilnie strzeżona tajemnica. Nie miałam pojęcia, kto mógł puścić parę z gęby. Więc zamiast kręcić, kombinować, zaśmiać się, zyskując na czasie, sprawdzić, co ona tak naprawdę wie, ja wypaliłam z ulgą w głosie:
- A kto wypaplał?

Życie budowane na kłamstwie zapewne wyszłoby nam koncertowo.

- Naprawdę jej powiecie? - powtarza ze zdumieniem Niania.
- Naprawdę - mówimy jednogłośnie.

Choć przecież my już jej powiedzieliśmy. I nadal mówimy. Ćwiczymy się w opowieściach o tym, że jej historia jest może inna od historii Wiki z przedszkola, ale za to podobna do historii Superhero. I Pierwszego i Drugiego Racheli. I że dla nas jest ważna i ma piękne zakończenie. Na razie mówimy o tym wszystkim bardziej przy niej, ale też i bezpośrednio do niej. Przychodzi nam to całkiem naturalnie, bo tak było od dnia zero i to nam daje przewagę. Pewnie przyjdzie kiedyś czas na poważniejsze rozmowy niż tylko "ale fajnie, wiesz, że Rudolf też jest adoptowany?" czy "mama nie nosiła cię w brzuszku, ale w serduszku". Pewnie przyjdzie czas, że ta lampka, którą od dnia zero trzymamy zapaloną nad jej głową, nagle rozbłyśnie mocnym światłem i coś jej uświadomi. Nie wiem co, ani kiedy to nastąpi. Ale jeśli światło zawsze tam będzie, ona nigdy nie poczuje się tak, jakby całe swoje dotychczasowe życie była niewidoma.

A my nigdy nie będziemy zastanawiać się, czy i kiedy jest dobry moment na taką rozmowę.

I czy przypadkiem ktoś nas w tym nie uprzedzi.

O naturze

Przed Pałacem Buckingham tłum. Stoimy na światłach, a potem suniemy powoli za sznurem eleganckich aut. Zastanawiam się, czy to nagłe umiłowanie do monarchii wywołane zostało przez jakieś nadzwyczajne okoliczności, które z właściwym nam urokiem przegapiliśmy lub właśnie przegapiamy, czy też to zwykły piątowy poranek w sercu Londynu, a my tak bardzo daliśmy się pochłonąć małomiasteczkowemu życiu, że każde inne, choćby lekko tylko od niego oderwane, wyda nam się zupełnie nieadekwatne do kaloszy, które nosimy częściej niż półbuty. Zapomniałam już, jaki rytm nadaje codzienności gwar przeciętnego miasta. Rytmy metropolii to już dla mnie czysta abstrakcja. Nie potrafię osadzić w wyobraźni wizji samej siebie jedną ręką pchającej wózek, drugą prowadzącej Rudolfa na spacer. W takich warunkach nawet statyczny ludzki tłum zebrany przed Pałacem wydaje się dokądś pędzić. My też zwykle stoimy w tłumie, z aparatem na szyi i mapą w dłoni. Nigdy wcześniej nie podziwiałam Pałacu z tylnego siedzenia samochodu, pespektywa faktycznie się zmienia. Przyglądam się tej ludzkiej masie złożonej z setek, może tysięcy unikatowych jednostek i przychodzi mi do głowy myśl, że to jest niemożliwe do ogarnięcia. On, jak to często bywa, myśli dokładnie o tym samym, bo po chwili ciszy mówi:
- Przecież to jest praktycznie nierealne, żeby każdego przefiltrować i zapobiec zamachom.
W takich miejscach przypadek wydaje się mieć bardziej namacalne kształty niż przeznaczenie. W takim tłumie wystarczy jeden wyprany umysł, żebyśmy później z rozczarowaniem w głosie jednoznacznie dokonywali oceny człowieczeństwa lub jego braku.
- Człowiek z natury jest zły - mówimy wtedy.
Wbrew temu, w co usilnie chcemy wierzyć, wbrew temu, co próbowano wpoić nam w rodzinnych domach.

A zaraz potem pytamy samych siebie, czy to jest to, co chcemy wpoić jej. I czy słusznie.

W konsulacie tłum. Rodzice wymieniają porozumiewawcze uśmiechy z innymi rodzicami, niedzieciaci wpatrują się znudzonym wzrokiem w tablicę, na której co kilka minut zmieniają się numerki. Fruzia szaleje. W kąciku dla dzieci usiłuje zdobyć smoczka innej dziewczynki, ciągnie za włosy starszego od siebie chłopca i próbuje wstać, chwytając w garść bluzę ledwo stojącego o własnych nogach bobasa. To ten moment, kiedy nasze linie przecinają się prostopadle. Nie wolno, Fruziu. Tak nie można. Masz swojego dydusia. Zaraz przewrócisz chłopca, nie wolno tak.

Przy okienku numer sześć ostatnie instrukcje.
- Teraz proszę dokonać opłaty w okienku numer jeden. Paszport wyślemy 20 maja - mówi obsługujący nas chłopak.
Bach. Leżymy.
- Ale jak to? - pytam zdezorientowana.
Odrobiłam swoje zadanie domowe.
- Na stronie konsulatu jest mowa o 6 tygodniach - zaczynam niepewnie, choć w głowie już układam sobie skargę i zażalenie przeplatane soczystą wiązanką w dwóch narzeczach.
Urzędnik podnosi na nas wzrok i nachyla się do mikrofonu. Dopiero teraz widzę, jak bardzo jest zmęczony. To, co początkowo wzięłam za lekceważące wywracanie oczami, najwyraźniej było próbą przywrócenia im świeżości spojrzenia.
- Tak, to prawda - mówi do nas spokojnie. - Ale musicie państwo mi uwierzyć, że w tej chwili, kiedy istnieje ryzyko wystąpienia Krainy Deszczu z Unii, zeszła na nas lawina wniosków o paszporty. A nas jest tylko jedenaście osób personelu. Przykro mi bardzo, siedem tygodni to najszybszy termin jaki możemy zaoferować.
Robi mi się trochę głupio w środku pod wpływem jego tonu.
- W takim razie proszę nie wysyłać paszportu - mówi Inżynier. - Odbierzemy go osobiście.

21 maja lecimy. Wyjątkowo - nie z Londynu.

W domu cisza. Fruzia śpi, zmęczona trudami podróży. Siedzimy opatuleni w kołdry, dodatkowo dzielimy się jednym kocem i napojem bogów. Błądzimy w poszukiwaniu czegoś do posłuchania. On co jakiś czas podrzuca mi tragikomiczne wypowiedzi tych z jedynie słusznej partii. Nieoficjalne śledztwo w sprawie testów broni elektromagnetycznej to mój numer jeden. Odpadam. I natychmiast uaktualniam dane. W człowieku drzemią pokłady zła i głupoty. U niektórych jedynie trochę mniej.

(I naprawdę to właśnie jej powiem? Że w niej i w nas też?)

A potem wpatrujemy się w ekran jak urzeczeni. Zjawiskowa, eteryczna i jakby z innego świata Janet Devlin. Poruszająca najczulsze struny ludzkiej duszy. Przywołująca na myśl Alicję z Krainy Czarów w tych swoich dziewczęcych sukienkach i fryzurach.
- Człowiek, który wydobywa z siebie coś takiego, nie może być z natury zły.

Skoro tak potrafi rozmawiać. Tak myśli i mówiTak pisze. Tak tworzy. Tak wychowuje.

Jeśli kiedyś zapyta, a ja akurat nie będę wiedziała, co odpowiedzieć, odpalę ten zły i zepsuty do cna Internet i pokażę jej, czym zajmują się inni ludzie. Zabiorę ją do wszystkich Dziadków. Opowiem o Wielkiej Orkietrze Świątecznej Pomocy. O wszystkich tych, których spotkaliśmy i wciąż spotykamy na swojej drodze.

Może sama dojdzie do jakichś konstruktywnych wniosków.