O zjednoczeniach

wtorek, marca 15, 2016

Poniedziałek był idealnym dniem na taki eksperyment. Fruzia co rusz wpadała w histerię - pluła jedzeniem (znak, że naprawdę boli), strzelała smoczkami, wierzgała, wiła się i ryczała wniebogłosy. Potem ni z tego ni z owego wracała jej równowaga, bawiła się, śmiała... żeby za chwilę znów zamieszać w moim systemie nerwowym rozżarzonym szpikulcem. Biedna ona. Biedna ja. Pojechałam więc z myślą, że nawet jeśli trafię do zupełnie nie swojej bajki, to przynajmniej złapię oddech i zatęsknię za małym Tasmanem. Kiedy ja ostatnio byłam poza domem bez niej? Zaraz, zaraz... ach tak! Na rozmowie kwalifikacyjnej!

Wchodzę do Centrum Muzyki i Sztuki. Stare budownictwo, ciężkie drzwi, sufit pod samym niebem, skrzypiące, drewniane schody. Ostatni remont musiał być tu jakieś sto lat temu. Chyba nie jestem jeszcze spóźniona, ale pędzę do góry, ile sił w trampkach, bo nie lubię robić wejścia smoka. Schody dudnią tak, że chyba słychać mnie w Piątej Chatce, a już na pewno w sali medytacyjnej. Wchodzę do środka. Pierwsza myśl: Półtorej dekady wstecz przeżyłabym męki, zanim odważyłabym się tak po prostu pójść sobie samotnie na jakiekolwiek warsztaty z jakiejkolwiek dziedziny. Myśl druga: I do tego w Krainie Deszczu. Trzecia: O rany! Prostokątne pomieszczenie jest dość małe i obskurne. Krzesła z poduszkami nie wyglądają na zbyt wygodne, a w powietrzu nie unosi się zapach ani jednego kadzidełka. Na stoliku, przy którym twarzą do zebranych siedzi nauczyciel, pysznią się małe świeczki, ale nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, aby je zapalić. Pomiędzy świeczkami posążek Buddy oraz zdjęcie jednego z bardzo poważanych w Krainie Deszczu buddyjskich nauczycieli. Ten, który ma poprowadzić zajęcia, pozawijany jest w szaty buddyjskiego mnicha. Jak dobrze. Gdyby siedział przede mną gość w jeansach i koszulce polo, pomyślałabym, że pomyliłam sale. Pytam, czy tylko ja jedna w grupie jestem totalnie zielona w temacie medytacji, ale na szczęście para siedząca obok mnie szybko wyprowadza mnie z błędu. Przez chwilę zastanawiałam się, co zrobię, jeśli wszyscy wokół mnie wpadną w trans, mrucząc jakieś tybetańskie mantry, ale wygląda na to, że ci obok też wpadną, ale w popłoch, więc nie będzie mi tak łyso. Zaczynamy.

Chonden sprawia wrażenie ciepłego człowieka. Jego angielski jest bardzo przyjemny dla mojego ucha, taki przejrzysty, to jak słuchanie dobrej muzyki z dobrym tekstem. Mówi dużo, ale nie zalewa potokiem słów, czasem sam śmieje się z tego, co mówi. Nie wyczuwam w jego głosie ani grama patosu, nie dostrzegam w nim poczucia kapłańskiej misji, choć przecież przez całą sesję mówi o rzeczach bardzo ważnych. Jest taki normalny.

Prosi nas, abyśmy usiedli wygodnie, plecy wyprostowane, stopy w całości dotykają podłogi, lekko przymykamy oczy, tak, abyśmy widzieli jednak trochę światła. Próbuję, ale nie mogę. Nie potrafię lekko ich przymknąć, czuję, jakbym mrużyła je przed słońcem. Chonden jakby czytał w moich myślach, albo raczej widzi, co wyprawiam z twarzą, bo raptem stwierdza, że całkowite pogrążenie się w ciemności też jest ok. Sklejam więc powieki, mając nadzieję, że nie zasnę od tej błogości. Jednak zamiast spodziewanego oświecenia, które spłynie na mnie ot tak, nagle wyostrza mi się słuch. Próbuję skupić się na słowach nauczyciela, spokojnych i miarowych, ale raptem z każdej strony atakują mnie dźwięki. Jestem pewna, że w normalnych okolicznościach przyrody na co najmniej połowę z nich nie zwróciłabym uwagi. Facetowi obok mnie piszczy w brzuchu. Nie burczy, nie przelewa się, ale piszczy. Jego sąsiad siedzi na skrzypiącym krześle. Dziewczyna po mojej prawej chyba poprawia włosy. Ktoś wzdycha. Z oddali słychać karetkę. A na schodach nagle robi się zamęt, ktoś idzie do góry i głośno o czymś rozprawia. W naszej sali cisza. Ciekawe, czy tylko ja staram się zapanować nad kącikami ust, które nagle, jak na złość, zaczynają żyć własnym życiem. No nie, błagam, tylko teraz nie wybuchnij śmiechem, no ile ty masz lat! Wróć. Skup się. Skupiam się. Opornie mi to idzie, ale rozluźniam poszczególne części ciała według wskazówek Chondena. Stopy, nogi, barki, ramiona, ręce. Poprawiam plecy. Wygodniej układam dłonie w okolicy brzucha. Doooobra, chyba się opanowałam. Wyobrażam sobie całe napięcie i wszystkie dręczące myśli jako chmurę wydychanego z siebie powietrza. Mamy wdychać światło. Robi mi się luźniej na ciele, ale myśli wciąż wędrują. Niesamowite, jakimi pokrętnymi ścieżkami. Przez głowę przemykają mi bliscy, epizody z życia tu i tam, jakieś twarze niewidziane całe wieki, moje słowa, czyjeś zdania, fragmenty rozmów. Jak w czeskim filmie.

I wtedy w sali obok rozpoczyna się koncert orkiestry dętej.

Nikt nie reaguje. Chonden jako wprawiony buddysta być może nie odnotował nic nadzywczajnego wokół siebie albo świetnie udaje mu się to ignorować, ja jednak mimowolnie się uśmiecham. Może jak już nabiorę wprawy, takie rzeczy nie będą na mnie działać i kiedyś będę w stanie osiągnąć stan niemyślenia w zatłoczonym autobusie komunikacji miejskiej. Choć mam wrażenie, że taki efekt można również uzyskać po absolutnie wykańczającym dniu pracy.

Rozpoczyna się wykład. (Orkiestra rżnie jak u cioci na imieninach.) Chonden otwiera go słowami, że jedną wspólną cechą wszystkich żyjących na świecie istot jest potrzeba bycia szczęśliwym. Każdy z nas na różne sposoby będzie próbował zdefiniować i znaleźć własne szczęście, wielu będzie usiłowało dopatrywać się go w uwarunkowaniach zewnętrznych, gdy tymczasem buddyzm zakłada, że szczęście jest w środku nas, niezależne od okoliczności i naszego położenia we wszechświecie. Happiness comes from within, przeczytałam tego poranka na odwrocie papierowego przykrycia jogurtu, kiedy już Rudolf zlizał z niego truskawkową warstwę. (It's a sign, wykrzyknęłaby Phoebe Buffay.) Szczęście jest w nas. Cała sztuka i wielka magia to zrozumieć to i przestać uzależniać je od tego, co nam się przydarza.

Płynnie przechodzimy do głównego tematu tej sesji, jednej ze składowych całej filozofii szczęśliwego życia - współczucie jako odpowiedź na każdy z wielu rodzajów cierpienia, na które skazana jest każda żyjąca istota - choć wątki mieszają się ze sobą, krzyżując drogi myślowe Chondena. Chonden bardzo plastycznie opisuje nam słowem cierpienie myszy rozrywanej na strzępy przez drapieżnego ptaka. Mówi, że cierpienie jest wpisane w naszą egzystencję, rodzisz się, cierpisz, umierasz. Cykl nie mający początku, ani końca. Współczucie jest chęcią uwolnienia drugiej istoty od tego właśnie cierpienia. Nie powinno być ono źródłem naszego poczucia smutku czy żalu. Ludzki odruch - współodczuwam w cierpieniu, więc jest mi źle. Chonden mówi, że to błąd. Współodczuwaj, ale myśl o tym jak o pozytywnym doświadczeniu, bo to JEST pozytywne uczucie. Rozumiem, a jednocześnie nie kumam. Chonden podaje przykład matki patrzącej na cierpienie swojego dziecka i totalnie bezsilnej w ludzkim pojmowaniu rzeczywistości. Współczucie ma nieść ze sobą dobrą życzliwość, a nie współcierpienie. Nie może pociągać za sobą poczucia bezradności, a pozytywne działanie. Modlitwa, dobre słowo i myśl są działaniem, więc należy traktować je jako przynoszenie ulgi cierpiącym, jako pozytyw. Nie wszystko mi się zgadza, mam wiele pytań, ale nie chcę przerywać.  Słyszymy, że obiektywna rzeczywistość nie istnieje, żyjemy w takim świecie, jaki sami sobie stwarzamy, jakim go widzimy. (Czy ten pokój jest obskurny dlatego, że tak go postrzegam?) Sen. Sen jest dobrym przykładem rzeczywistości wytworzonej przez umysł. Przez chwilę w nim jesteś, żyjesz naprawdę. To dlatego czasem tak trudno nam się pozbierać po koszmarnym śnie. Wszystko, co zrobisz dziś i jutro, wróci do ciebie w tym lub innym życiu. Nie na wszystko natomiast mamy wpływ, nie uwolnimy całego świata od cierpienia, ale współczucie kieruje nas na dobrą drogę pomocy. Złość i frustracja też są cierpieniem, więc miłość i współczucie są najlepszą na nie odpowiedzią. (Myślę o Fruzi i o tym, jak bez sensu czasem frustruje mnie jej marudzenie. Wiem, że mam do tego prawo, jestem tylko człowiekiem, ale serio, to jest bez sensu.) Jak w chrześcijaństwie. Bądź dobry dla ludzi i zwierząt, bo... wszyscy byliśmy lub kiedyś będziemy swoimi matkami. Brzmi co najmniej jak abstrakcja. Ale jeśli to przyjąć za pewnik, to rany boskie, muszę być milsza dla Rudolfa, bo jeśli kiedyś jego dusza będzie w ciele mojej mamy, to jak zacznę ząbkować, mama może nie dać mi przeciwbóla w ramach odwetu za te wszystkie bluzgi! Dżizas.

Ze zdziwieniem uzmysławiam sobie, że w którymś momencie orkiestra ucichła. Nie zauważyłam. Zerkam na zegarek. Nie wierzę, że minęło półtorej godziny.

Znów zamykamy oczy. Nauczyciel zapowiada dyskusję na koniec sesji, ale wiem już, że nie będę miała okazji zadać pytań, które gdzieś mi się uroiły w głowie. Muszę się urwać kwadrans przed końcem, żeby złapać ostatni przyzwoity autobus, inaczej Inżynier gotów zrywać Fruzię z łóżeczka, aby mnie odebrać. Chonden znów mówi, a my pogrążamy się w ciszy. Mamy przywołać na myśl naszych bliskich, otoczyć ich światłem. Widzę ich bardzo wyraźnie, z Rudolfem na kanapie (ten to nawet podczas mojej własnej medytacji bez skrupułów wypina rudy tyłek.) Patrzę na zegarek, w sali wciąż cisza, tylko ja szeleszczę puchową kurtką, niepewna, czy mam tak wyjść bez słowa, po angielsku, czy obudzić wszystkich dzikim szeptem, że sorry, ale na mnie już pora. Wreszcie Chonden przywołuje wszystkich na ziemię, a ja cichutko się żegnam i wychodzę. W drodze na przystanek myślę sobie, że dobrze jest czasem posiedzieć, posłuchać i pomyśleć. Nawet bez posiadania inklinacji do filozoficznych rozważań na poziomie buddyjskiego mnicha, warto sprowokować umysł do zadawania pytań i prób znalezienia odpowiedzi. To lepsze niż kolejny kupiony kosmetyk w ramach kampanii Podaruj sobie odrobinę luksusu.

Punktualnie o dziewiątej wysyłam Inżynierowi wiadomość: Siedzę w autobusie, zjednoczona z wszechświatem. Minutę później dostaję odpowiedź: Młoda zasnęła dziesięć minut temu, też zjednoczona z wszechświatem. Parskam śmiechem. Wiedziałam, że tak będzie.
- Zęby, czy tak się dobrze bawiła? - pytam już w domu.
- To drugie - mówi Mąż Mój.
- A próbowałeś chociaż ją położyć?
- Próbowałem, kilka razy - przytakuje Inżynier.
Po czym po chwili wyznaje z rozbawieniem:
- Ale nie dało rady, strasznie mnie rozśmieszała!

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Cieszę się że coś Ci to spotkanie dało ale jakoś medytacje, buddyzm i joga to nie moja bajka :) Nie wypowiadam się w temacie bo mi zupełnie obcy.
    Zgadzam się ze zostawienie dziecka od czasu do czasu z kimś i udanie się nawet na głupi spacer czy kawę żeby pobyć samemu ze sobą dobrze robią :) A przy ząbkującym małym potworku to powinien być obowiązkowy punkt w ciągu dnia, ale wiadomo jak jest - nie zawsze tak jak się chce :) Ja swoje dziewczyny mam czasem chęć wystawić za drzwi razem z walizkami i kazać wrócić za 15 lat (ew sama wyjść). OOoo przypomniała mi się taka historyjka, która ostatnio mi Szwagierka opowiadała:jakiejś jej znajomej dziecko - dziewczynka - bardzo przeklinała, miała może ze 4-5 lat i pewnego dnia, kiedy jej mama po raz kolejny prosiła / błagała żeby nie używała brzydkich słów, zagroziła ze jak jeszcze raz coś brzydkiego powie to wygoni ja z domu. Mala za długo nie wytrzymała i po kolejnym "kwiatku" mama wyprowadziła ja za drzwi, wrocila do domu i parzy co ta zrobi. Myslala ze się rozpłacze i będzie chciała wrócić czy cos, a mała zalozyla rękę na rękę, stoi i się rozgląda. W końcu mama nie wytrzymała, idzie do niej i pyta: a Ty co tu jeszcze robisz? A dziecko: Bo tak się rozglądam i nie wiem w którą kurwa iść stronę. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buahahaha! Padłam!:-))) I wiesz co? Mam takie jakieś straszne przeczucie, że my kiedyś możemy mieć podobny problem...:-)))

      Usuń
  2. Po pierwsze - o szczęściu.Wyznaję taką zasadę, która jest żywcem wzięta z tekstu piosenki "Ja to się cieszę byle czym". I naprawdę, zaprawdę powiadam, że od momentu w którym otworzę oczy o poranku, przepełnia mnie uczucie wewnętrznego szczęścia. To skutek dobrego treningu od dzieciństwa. Najfajniejsze jest to, że to jak wirus. Nawet mój mąż, który budzi się jak rozdrażniony lew musi się uśmiechnąć. Trenuj, nauczysz córkę pozytywnego spojrzenia na życie.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trenuję systematycznie:-) Chociaż pobudki o świcie nie napawają mnie szczęściem - serio? jak Ty to robisz? - to jednak uważam się za szczęśliwą szczęściarę. Ale wiesz, codzienność potrafi wyprowadzić w pole i chyba każdy tak czasem ma na jakimś etapie. I jestem zdania, że od czasu do czasu naprawdę warto usiąść (niekoniecznie w towarzystwie buddyjskiego mnicha) i sobie przypomnieć, że jest fajnie. Bo naprawdę jest!
      Dobra, to teraz dawaj "po drugie";-)

      Usuń
  3. Wydaje się być to ciekawym doświadczeniem. Sama nie wybiorę się na takie spotkanie, ale może znajdę tak w ciągu dnia czasem chwilę spokoju dla siebie :)
    Córcia widzę nadal cierpi przez ząbki. Biedna. U nas na razie cisza. Ale to tylko chwilowe.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zęby to jakaś niekończąca się historia. Chociaż wczoraj było w miarę przyzwoicie (pssst! nie wywołujmy wilka z lasu!);-)
      Tak, chwila spokoju, kiedy możesz usiąść i pooddychać, jest bezcenna. Zamierzam to praktykować. Bez komputera, bez książki w ręku, bez niczego. 10 minut w ciszy.:-)

      Usuń
  4. 30 lat temu trafilam na takie spotkania i bywalam regularnie. Tematyka, bardzo rozna, ale do dzis uwazam, ze umiejetnosc medytacji to jedna z nielicznych, ktora naprawde zmienia moje zycie krok po kroku i chyba nawet codziennie. Bez medytacji, wyladowala bym juz w wariatkowie, a tak ciagle sie wsciekam bo to juz taka natura rogata, ale tez potrafie nie przekraczac granicy. Medytacje najbardziej pomogly mi przez ostatnie dwa lata leczenia. Ach i zawsze uwazalam i wierzylam, ze szczescie to cos co sie ma w sobie, nikt nie moze go dac, ani zabrac, to my sami decydujemy o tym czy jestesmy szczesliwi:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak też myślałam, Star, że Tobie te klimaty pewnie są bliskie. Ja też zamierzam trochę się w to zgłębić, w końcu jeszcze nie zdarzyło mi się usłyszeć, żeby medytacja miała jakieś negatywne skutki uboczne:-)

      Usuń