O tym, że nie jestem tym typem

sobota, marca 19, 2016

Inżynier przyniósł od koleżanki z pracy całą torbę ubrań dla noworodka. Naszym znajomym niebawem powiększy się rodzina, nowym lokatorem będzie chłopiec, więc wszystkie ciuszki Fruzi w odcieniach różu jeszcze nie znalazły godnej następczyni, ale nadarzyła się okazja do pomocy w zorganizowaniu wyprawki w błękitach i skrzętnie z niej skorzystaliśmy. Siedziałam na podłodze składając małe śpioszki, pajace, bodziaki, dorzucając kilka neutralnych kolorystycznie ubranek po naszym Tasmanie i nie mogłam się oprzeć pokusie ich powąchania. Wiecie o czym mówię, prawda? Można takie miniaturowe wdzianka prać setki razy, a i tak będą pachnieć niemowlakiem. Nieważne, czy naprawdę, czy tylko w twojej głowie, wystarczy zbliżyć je do twarzy i już pamiętasz, jak to było. Tasman natychmiast zainteresował się tym, co robię, przyraczkował, wgramolił mi się na kolano i zaczął wyrywać mi śpiochy, uznając to najwyraźniej za zmodyfikowaną wersję zabawy z Rudolfem.
- Ty też byłaś taka malutka - cmoknęłam ją w czoło i potargałam rozbestwione blond fale. - A teraz jesteś już dużym bobasem, wiesz?
Wszystko jest względne. Dziś wydaje mi się duża, kiedy patrzę na wdzianka rozmiaru lalki, jutro jej teraźniejszy obraz zostanie w mojej głowie jako pamiątka po czasach bardzo mini. Już za nią tęsknię, za taką, jaka jest dzisiaj i za taką, jaka była wczoraj. A jednocześnie nie chcę jej innej, młodszej czy starszej, bo na każdym etapie jest taka nasza, taka idealna, choć czasem histeryczna i twardo obstawiająca przy swoim.

Nie jestem ciążowym typem. Kiedyś, w najbardziej uwierającym momencie naszej niepłodności, zdarzało mi się pomyśleć, że jeśli nie będę mogła urodzić naszego dziecka, to mnie jako kobietę ominie coś niepowtarzalnego, coś mistycznego, coś, z utratą czego nie będę potrafiła się pogodzić. Strach mnie wtedy ściskał od cebulek włosów po czubki paznokci. Uwierzcie mi, niepłodność jest jedną wielką żałobą po utracie czegoś, czego nigdy się nie miało. Nie miałam wątpliwości, że oboje będziemy potrafili pokochać każde dziecko, które odnajdzie drogę do naszej rodziny, ale nie byłam wcale taka pewna, czy nie zostanie we mnie żal, że to nie ja je urodziłam. Kiedy wrzuciliśmy do skrzynki błękitne podanie o dziecko, zaczęłam przypuszczać, że jednak nie, wcale nie chodzi mi o ciążę. Znalazłam spokój, którego tak szukałam, a cudze ciążowe brzuchy raptem przestały zaprzątać moje myśli. Wtedy mogłam jedynie podejrzewać, że nie jestem tym typem. Dziś już wiem to na pewno. Zawsze chciałam mieć dziecko, niekoniecznie potrafiąc zwizualizować sobie siebie w ciąży, choć przecież był moment, kiedy moja wyobraźnia ograniczała się jedynie do momentu tego cholernego testu po transferze. Wtedy chodziło o ciążę, o tę pewność, że udało się ją zapoczątkować. Chyba nawet nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić, że na jej końcu faktycznie jest dziecko, ale to też jeden ze skutków ubocznych niepłodności. Na pewnym etapie leczenia twój umysł nie wybiega poza wizję tych dwóch kresek na teście. Dwóch kresek, których nigdy nie zobaczyłam i raczej na pewno nie zobaczę.

Nie jestem ciążowym typem, choć pewnie niektórzy mi nie uwierzą. Mogę żałować jedynie tych chwil, których nie dane nam było spędzić razem. Tych kilku pierwszych miesięcy. Tego, że Fruzia zdążyła zaznać jakiegoś stopnia samotności i stresu, będąc tak krótko na tym świecie. Tych wszystkich pierwszych może być mi trochę żal, choć całe morze innych pierwszych wciąż jeszcze przed nami. Do końca, bo przecież każda chwila jest pierwsza i jedyna. Ale nie będzie mi żal tego, co nas ominęło, jeśli ona nie poczuje kiedyś tego żalu. Nie będzie mi z tego powodu smutno, jeśli ona nie odczuje smutku. Jeśli z dziecięcym uporem nie będzie odrzucać opowieści o tym, że ktoś inny ją urodził, ja też nie będę odczuwać z tego powodu bólu. Jakże bym mogła? Przecież tylko w ten sposób mogliśmy stać się taką rodziną. Dokładnie taką.

Nie jestem ciążowym typem, już teraz wiem to na pewno. Kiedy myślę o Drugim Potomku, widzę Potomka. Finito. Kropka. Nie ma we mnie rojeń o ciąży lub o tym, co przed. Ona nie jest mi do niczego potrzebna. Jeśli o niej myślę, to w tych rzadkich momentach bolesnego przypomnienia, że od nas dwojga w zasadzie niewiele zależy. Jeszcze mniej niż w loterii, w której maszyna losująca wybiera dwie komórki, tworząc jedyną w swoim rodzaju wielopokoleniową mieszankę genów. Jeśli sztab ludzi tu czy tam uzna, że mieszkanie nie takie, różnica wieku za mała, że to czy tamto źle / za szybko / nie po ich myśli, to Drugiego Potomka nigdy może dla nas nie być. Dzięki niech będą niebiosom, że tylko od nas zależy wola walki i determinacja. Nie ma już we mnie poczucia, że koniecznie to kopnięcie od środka, że zdjęcie z usg, że więź od chwili poczęcia... To wszystko jest zapewne piękne, ale sama jestem zaskoczona, jak nie porusza mnie to do szpiku kości. Wzrusza, jeśli mówi o tym ktoś bliski. Bez osobistych refleksji, że nas to ominęło. Zabawne, jak własny umysł potrafi człowieka zaskoczyć, bo nie mam wątpliwości, że to kwestia umysłu. Jakiegoś porozumienia z nim i znalezienia w sobie pokładów szczęścia i miłości poza naturalnym cyklem i biologiczną kolejnością wydarzeń.

Chciałabym jeszcze raz to przeżyć. Te miniaturowe wdzianka, mleko o drugiej w nocy i nieskoordynowane ruchy małego ciała. Ten zachwyt nad tym, że po raz pierwszy samodzielnie złapała dyndającą nad jej głową maskotkę. Ten zapach niemowlaka. Chciałabym jeszcze raz to przeżyć, choć nie wiem, czy kiedykolwiek będzie nam dane, mogę mieć tylko nadzieję, że wszystko ułoży się tak, abyśmy nie musieli zastanawiać się, jak by to było z naprawdę pełną chatą. Być może jeszcze wróci żal, że jasna cholera, znów musimy coś udowadniać, stawać na głowie, pisać elaboraty i czekać, czekać, czekać. Jak nie-normalni ludzie. Ale wiem, że w ostatecznym rozrachunku to nie ma żadnego znaczenia, że nasza wspólna przygoda nie rozpocznie się od tamtej strony brzucha, od środka. To nieistotne, Drugi Potomku, ile będziesz miał lat, kiedy się spotkamy, czy któreś z tych małych wdzianek faktycznie jeszcze kiedykolwiek będzie nam potrzebne, i czy poczekamy na Ciebie dwa, cztery, czy sześć lat.

Bo wiem, że tak naprawdę nie to jest dla nas najważniejsze.

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Ogrzalam sie przy tej notce. Bardzo jestescie piekni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiele z tego co napisałaś podzielam, w moim przypadku gdyby można było pominąć ten cały 9 miesięczny okres ciąży to bez wahania bym się zgodziła. Inne mamy mogą mnie pokroić za to ale faktycznie tak czuję. Nie był to dla nie żaden mistyczny czas, owszem są fajne momenty ale ogólnie to nie dla mnie ;) Więcej dzieci nie planuje, dwójka to zawsze był maks (mimo, że nas była trójka w domu :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciąża. .jakby się to dało pominąć to może jeszcze bym się zdecydowala. .. Ale leczenia się nie da. Więc nie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja czuję dokładnie to samo. W pewnym momencie naszego leczenia po prostu pomyślałam, że ja chcę dziecko, a nie "być w ciąży". I możliwe, że to nasz umysł w ten sposób broni nas przed fiksacją, ale zupełnie mi to nie przeszkadza;-)
    Właśnie piszę (w końcu) moją "historię życia", aby w kwietniu móc zadzwonić do oa i umówić się na rozmowy, testy, aby znów udowodnić, że jesteśmy gotowi na siostrę dla naszej Hani. I też tylko wtedy myślę sobie jak by było pięknie tak po prostu "zrobić sobie" dziecko, bez tego zaglądania w nasze wnętrzności, sprawdzania, omawiania, rozdrapywania i tego czekania na TEN telefon...
    Pięknie to ujęłaś w słowa;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. I choć mnie się udało na przekór losowi lekarzom ..wiem co czujesz a tę drugą część potrafię sobie wyobrazić. Ileż to nerwów złości na los starań i pytań wewnątrz a może to właśnie teraz? nadziei. ...... Syn udal sie przypadkiem a z Gwiazda też poczułam że chcę dziecko i niekoniecznie ciążę ale wiesz tak jak Ci napisałam kiedyś, że miłość rodzi się w sercu nie w brzuchu... a ciąża jest cholernie upierdliwa ;-) Spełnienia marzeń Litermatko Kochana tych wszystkich o małych ciuszkach o niepowtarzalnym zapachu....buziaki :* i Fruziaka ucaluj od nas mocno!

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz, Litermatko... Myślę, że daliście Fruzi tyle miłości, ciepła oraz szczęścia, że już dziesiątki razy zdążyła wyprzeć te pierwsze miesiące, na rzecz tego co dzieje się teraz. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam wszystkie Wasze komentarze, dziękuję. Łapię je sobie do kieszeni i zaglądam do nich po cichu w ciągu dnia:-*

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciążą jest przereklamowana. Dla mnie to był bardzo trudny okres. Właściwie żaden z 9 miesięcy nie był przyjemny.Dziecko, mam takie wrażenie, nie utożsamiamy z ciążą. Dziecko to my, nasz dom, nasze rady.Tak mi się wydaję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak chyba byłoby w idealnym świecie, ale biologia jest biologią - niektórzy potrafią ją przeskoczyć, inni nie. Dla mnie też dziecko jest dokładnie tym, o czym piszesz, brak ciąży i nie nasze geny nie mają dla nas znaczenia. Ale dla niektórych mają. I daleka jestem od tego, żeby to oceniać.
      PS. Pewnie jest przereklamowana, ale za to nie mam żadnych wymówek w kwestii oponki na brzuchu po ciąży (sprzed 10 lat);-)

      Usuń