O Świętach, których nie lubiłam

piątek, marca 25, 2016

Zaczynałyśmy w Wielki Czwartek.

- Triduum Paschalne, pamiętasz? - pytała co roku z nadzieją w głosie, jak kot łasząc się do mojego ramienia. - Będziesz ze mną chodzić, co?
Chodziłam. Ojciec i Brat rejestrowali tylko, że to ten tydzień, kiedy będziemy znikać z domu wieczorami. Ojczulo trochę z nas pokpiwał, że tylko najwięksi grzesznicy tak sumiennie przesiadują w kościele, ale Mama nic sobie z niego nie robiła, usiłując pielęgnować we mnie to ziarno wiary, które zasiała razem z Babcią i pilnując, żeby choć u mnie nie przegrało z chwastami. Nie wiem, co powiedziałaby Babcia na obecną wersję mnie, ale jeśli dobrze ją znałam, to doceniłaby to, co z tego zostało.
Szłyśmy pół godziny przed mszą, na równi ze starowinkami, które zawsze, co niedzielę w tej samej ławce. A potem i tak często przykucałyśmy na przykościelnym murku, bo starowinek przybywało. Najczęściej przeceniałam wiosnę, bo ten płaszcz to zdecydowanie nie na takie chłodne wieczory, wracałam do domu przemarznięta, z myślą o gorącej herbacie i tej sałatce, która może nie doczekać rana. Lubiłam te nasze spacery i to pogrążanie się w rozmyślaniach. Mama nauczyła mnie, że to jest dobry czas, żeby poukładać sobie w głowie wiele spraw, podziękować i pomyśleć o innych. To pewnie dlatego wciąż lubię siedzieć w kościelnej ławce w zupełnej ciszy.
Tylko w Wielkanocną Niedzielę Mamuśka musiała stoczyć ze mną bój o Rezurekcję.
- Obiecuję, że pójdę później, przysięgam - mamrotałam żałośnie, kiedy o 5.30 usiłowała ściągnąć mnie z łóżka łagodną perswazją.
- Proszę cię, chodź ze mną - błagała przymilnie. - Bez ciebie to nie to samo...
Potrzeba snu jednak długo nie dawała za wygraną, byłam więc głucha na jej prośby.
- Ale przecież obiecałaś! - Mamuśka zaczynała wtedy wchodzić na tory precyzyjnie przechowywanej na tę okazję emocjonalnej manipulacji.
- Nie idę! - irytowałam się. - Wielkiemu Bratu nie każesz chodzić, to niesprawiedliwe!
- Przecież dobrze wiesz, że on nie pójdzie, a bez ciebie to nie to samo...
Świętowanie rozpoczynałam więc od bluźnienia. Co roku ten sam rytuał na nowo odgrywanego przedstawienia, w którym nikt nie udaje. Wiedziałam, że jeśli pozwolę jej pójść samej, to i tak już nie zasnę, bo będzie mi przykro, że jej jest przykro. Podstępna Mamuśka!
Bluźniłam mniej więcej do momentu wyjścia z Rodzinnego Drapacza Chmur. Potem wtulałam się w ramię Mamuśki i taka półżywa, znów dygocząc z zimna, wędrowałam z nią, aby zmartwychwstać. Gdzieś w okolicach drugiego okrążenia procesji wokół kościoła zaczynałam czuć, że dobrze było wstać.

Zaczynałyśmy w Wielki Czwartek, bo wcześniej głównie szkoła i praca.

Im starsza byłam, tym lepiej zorganizowany był plan porządków i zakupów. Wieczorem ustalałyśmy kolejność wydarzeń na dzień następny - kiedy okna, podłogi, kiedy na rynek i o której mogę wyjść z Kocurem i Warszawianką. Mamuśka pasjami nie znosi myć okien, dzieliłyśmy więc jakoś tę niewdzięczną pracę - Mama powtarzając jak mantrę, że kiedyś pieprznie to wszystko i zatrudni sobie kogoś tylko i wyłącznie do mycia okien, ja modląc się, żeby w tym roku zapomniała o czyszczeniu mebli. Wszystko, tylko nie to. Te przenoszone z miejsca na miejsce bibeloty i te trudne do okiełznania fruwające roztocza to nie na moje nerwy. Wolałabym oddzielić soczewicę od grochu. Prasowanie też nie należało do naszych ulubionych zajęć, więc wyciągałyśmy pościel, rozstawione na dwóch krańcach dywanu. Tak mnie to rozśmieszało, że czasem siadałam tyłkiem na podłodze, bo nie mogłam utrzymać się w pionie. Mamuśka usiłowała zachować powagę, twierdząc, że jestem kopnięta, i że mam przestać się wygłupiać, ale kąciki ust jej drgały i zazwyczaj kończyło się wspólnymi głupotami. Czasem pociągnęła róg kołdry tak, że moje wypadały mi z dłoni. Nie mogłam też pojąć, jak jej się udaje rozwiesić te ciężkie firany tak równo.

W przerwach robiłyśmy sobie herbatę, kroiłyśmy po kawałku ciasta i wdychałyśmy roznoszący się po całym domu zapach świeżości.

Oni też gdzieś tam byli. Przynosili ciężkie zakupy, odkurzali, wynosili śmieci. Ale to Mama, a potem my dwie, nadawałyśmy ton tej przedświątecznej scenerii.

Byłyśmy coraz bardziej nowoczesne w sztuce ozdabiania pisanek. Wrzucałyśmy jajka do łupin z buraków i cebuli, owijałyśmy je gotowymi foliami we wzorki, a w chwilach kreatywnego zrywu stawiałam na prostotę, rysując flamastrem uśmiechnięte buźki tuż przed wyjściem do kościoła. Święconka należała do mnie i Kocura. To była nasza długa, bardzo długa tradycja, sięgająca wczesnej podstawówki. W Wielką Sobotę testowałyśmy pierwsze buty na dwucentymetrowych obcasach, nowe wiosenne kurtki, płaszcze i torebki. Wracałyśmy zawsze potwornie długo, bo zwykle było to nasze ostatnie spotkanie przed prawdziwym świętowaniem. W poniedziałek znów się widziałyśmy, bo nawet dobre zabunkrowanie się w domu nie chroniło mnie przed wizytą Przyszywanego Brata z miską wody. Jakimś cudem Rodzice nie mieli dla mnie litości i zawsze szerokim gestem zapraszali go z tą miską do środka.

Jako dziecko nie przepadałam za tymi dniami. Świetnie, że wiosna i wolne od szkoły, ale dla mnie to były dziwne Święta. Długie msze, krzyż, przypominanie o cierpieniu. I to zimne jajko w niedzielny poranek. W szkole średniej zaczęłam rozumieć, z każdym kolejnym rokiem uzmysławiając sobie, że tak naprawdę lubię tę zadumę i symbolikę śmierci i odradzania się. Wciąż na nowo.

Z daleka wszystko lepiej widać.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów upiekłam dwa ciasta. Umyłam nawet okna, wdychając zapach świeżości. Nie lubię tej myśli tuż przed, że już powinnam, ale kiedy wejdę w ten trans, z przyjemnością patrzę, jak w domu jaśnieje. Jutro zrobimy prawdziwe pisanki. Znów będzie święconka, taka jak należy. A w poniedziałek oblejemy Superhero wodą.

Z daleka i w nowej roli naprawdę lepiej wszystko widać.

***

Życzymy Wam cudownych odrodzeń,

L & I & F & R

You Might Also Like

6 komentarze

  1. To prawda z perspektywy czasu i osadzone w nowej roli widzimy więcej, doceniamy, ba nawet tęsknimy;-)
    Spokojnych i rodzinnych Świąt dla Waszej Czwórki!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehe a wiesz ze ja mam dokładnie te same wspomnienia? Tylko moja mama nie była taka "bezwzględna" i nie wstawały my na Rezydencje ale Triduum Paschalne uwielbiałam,bo to był czas kiedy umawialiśmy się ze znajomymi ze szkoły (jaki starsza siostra) i gadaliśmy i chichotaliśmy zupełnie wbrew okazji. Ale tak bylo :) ze święconką zawsze szlyśmy we dwie, zupełnie pomijając mlodsza siostrę ;) Teraz jeżdżę z obiema dziewczynami na święcenie do remizy strażackiej wieś obok, ja mam koszyk z jajkami itp a one ze słodkimi kurkami, jajkami i barankiem, wszystko w czekoladzie :) Nie jestem specjalnie wierząca (w sensie ze nie chodzę co niedziela do kościoła a na Rezurekcjach nie bylam nigdy) to pielęgnuje tradycje u nas w domu. Już tak mam - jest to tak mocno we mnie zakorzenione, że nikt tego nie wypełni. Przygotowania w pełni - sernik (pierwszy który mi wyszedł ;), zimne nóżki, szynka i boczek uwędzony i uparzony własnoręcznie, sałatka z kurczaka :) Moze cos jeszcze ale nie wiem tego dzisiaj :) Wesołych Świąt kochani :) Dla całej waszej rodzinki i tej w UK i tej w Polsce ;)
    PS. z jakiego miasta pochodisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam ale telefon poprawia mnie jak chce - mam nadzieje ze jakos zrozumiesz o co mi chodziło ;)

      Usuń
  3. Wesołych Świąt Kochani!
    Pięknie to wszystko opisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie. ..opisałaś Dzieci zmieniaja wszystko uczą nas na nowo cieszyc sie drobiazgami.. i Wam kochani zdrowych wesołych Świąt Wielkiej Nocy :* wszystkiego najlepszego najpiękniejszego!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękujemy, Kochane, za wszystkie życzenia!:-*

    OdpowiedzUsuń