O świątecznych kontrastach

wtorek, marca 29, 2016

W wyniku wielkosobotniego wypadku w Weryni zginęło pięciu piłkarzy. Trzech straciło życie na miejscu, kolejni zmarli w szpitalu. Dwóch z nich to bracia. Trzeci brat, również uczestnik nieszczęśliwego zdarzenia, ma poważny uraz kręgosłupa i walczy w szpitalu o życie. 

W Wielką Sobotę Fruzia postawiła pierwsze kroki przy chodziku. Dumnie i chętnie prezentowała nową umiejętność wszystkim Dziadkom podczas sesji na skypie. Sztukę ozdabiania pierwszej w życiu pisanki ograniczyła do zjadania flamastrów i naklejek. Wyglądała rozkosznie z żółtym wąsem, który samodzielnie wymalowała sobie pod nosem. W kościele ciekawie rozglądała się na boki. Parsknęliśmy śmiechem, kiedy ksiądz zachęcał wiernych do odwiedzenia parafialnej strony na fejsbuku. Znak czasów. W drodze powrotnej Fruzia ogłosiła strajk, więc wręczyłam jej kawałek białej święconej kiełbasy. Zadziałało lepiej niż smoczek.

Wiele lat temu w Wielkanocną Niedzielę w Rodzinnym Domu zadzwonił telefon. Siedzieliśmy sobie przy herbatce z Rodzicami i Babcią, Wielki Brat i Jeszcze-Nie-Bratowa poszli na spacer. Telefon odebrał Ojciec Dyrektor. Krzyknął, że on i ona mieli wypadek. Nie poszli na spacer. Pojechali. Znajoma Rodziców akurat przejeżdżała tą trasą, z której wylecieli na pobocze. Widziała, jak zabierali ich do szpitala, nie wiedziała, jak bardzo są poszkodowani, więc niewiele mogła powiedzieć. Ojczulo został z Babcią przy telefonie. My pobiegłyśmy z Mamą do szpitala. Ona, płacząc i zaklinając niebiosa, żeby nie zabierały jej dziecka. Ja, powtarzając jak mantrę, że będzie dobrze, będzie dobrze, jestem pewna, że będzie dobrze. W szpitalu ktoś wyjaśnił, że jej nic się nie stało, oraz że sprawdzają, czy on nie doznał żadnego wewnętrznego urazu, ale wygląda na to, że jest dobrze. 
- Jest dobrze, żyją, słyszysz? - powtarzałam jak automat. 
- Nie wpuszczę pani na salę w tym stanie, proszę się uspokoić - powiedział ktoś.
Posadziłam Mamę na krzesło, zanim rozszlochała się jeszcze bardziej.
- Już dobrze. Już jest dobrze - próbowałam ją uspokoić, łykając łzy.
Jeszcze-Nie-Bratowa siedziała obok jego łóżka, zapłakana. Miała ogromną dziurę w rajstopach i zdarte, pokrwawione kolano. On miał założony na szyję gorset.
- Mama, ja nie chciałem - powiedział żałośnie.

W Wielką Niedzielę po nocnym deszczu wyszło słońce. Było zimno, ale po uroczystym śniadaniu zapakowaliśmy Fruzię do bryki, Rudolfa uwięziliśmy na smyczy i poszliśmy na spacer. Niewiele mamy ostatnio okazji do takich rodzinnych chwil, więc ten spacer smakował wyjątkowo. Po południu Fruzia urządziła polowanie na zająca. Średnio zainteresował ją zestaw stołowy z Peppą, kartonowe i plastikowe opakowanie zdecydowanie lepiej nadawało się do zabawy. Zaśmiewaliśmy się, patrząc, jak dzikuje z Rudolfem.

Siedzę na łóżku i zastanawiam się, ile miałaby dziś lat. Umarła wiosną tamtego roku, kiedy poznałam Inżyniera, wtedy miała 16 lat, więc rachunek jest prosty. Być może byłaby dziś czyjąś żoną, być może matką, na pewno dorosłą kobietą. Wyszła z domu do szkoły, w drodze na przystanek upadła i tak po prostu umarła. Byłam jej wychowawczynią. Nie umiałam powiedzieć klasie nic sensownego. Myślę o jej mamie. Tata zmarł jeszcze przed córką.

W Lany Poniedziałek zlałyśmy chłopaków wodą z plastikowego pistoletu. Oddali nam potem z nawiązką. Fruzia zdecydowanie bardziej wolała być oblewana. Najwyraźniej czuje dziewczę, że to oznaka powodzenia. Wykorzystaliśmy słoneczne popołudnie na kolejne wędrówki ulicami naszej wsi. Mała fruwała na huśtawce, zjeżdżała z wysokiej zjeżdżalni, Rudolf obrabiał badyle przywiązany do ogrodzenia.

Rozmawialiśmy o nich wśród tej rodzinnej sielanki. Nie mogliśmy przestać myśleć. O tych, co cudem i o tych, którzy jednak nie. O ich rodzicach.

I chyba wiem, dlaczego o tych ostatnich tak jakby najwięcej. 

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Bo to musi być coś nie do przeżycia, co się jednak przeżywa nie wiadomo po co. Stracić dziecko. .. nie umiem sobie tego wyobrazić. Umarlabym. Pewnie nie cała. Ale w większości. I pisze to tulac tymka z całych sił

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Nie wiadomo po co. Wciąż mam dreszcze, kiedy o tym myślę. Poszłam przed chwilą zajrzeć do śpiącej Fruzi.

      Usuń
  2. Nie taka jest kolej rzeczy to nie rodzice powinni chować swoje dzieci - tak powiedział ksiądz na pogrzebie mojego męża koleżanki ze szkoły. Nie jestem w stanie sobie czegoś takiego wyobrazić ba nawet nie chce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam jakiś czas temu na pogrzebie męża mojej kuzynki. Architekt, 51 lat, jedynak. Minęło kilka lat a ja cały czas pamiętam tą rozpacz na twarzy jego matki, nie do opisania...

      Usuń
  3. Smierc jest zawsze nie w pore, nie do przezycia i bez sensu, zwlaszcza dla tych co zostaja. A jednak tak to dziala...
    Mam pytanie, czy u Was w angielskich kosciolach swieca jedzenie? czy tez mieszkacie gdzies w poblizu polskiego?
    U nas tylko polskie koscioly to praktykuja, wszelkie inne nacje nie znaja swieconki podobnie jak i wigilijnego oplatka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie święcą, a najbliższy polski kościół mamy jakieś 40 km od naszej wsi. Zwykle (jeśli już idę do kościoła) idę do angielskiego, ale żeby usłyszeć polskie kolędy albo tak jak teraz - wybrać się ze święconką - jedziemy te 40 km, żeby było tradycyjnie:-)

      Usuń
  4. Niestety, taka tragedia przed świętami ... i do tego te zamachy :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Smutne to wszystko strasznie. I wcale mnie nie dziwi, że tak dumacie i rozmawiacie na tego typu tematy - nam też zdecydowanie częściej one towarzyszą, odkąd mamy dziecko (o ironio! - przecież powinno być właśnie odwrotnie, bardziej radośnie i beztrosko, ale jakoś samo to do nas przychodzi...)

    OdpowiedzUsuń