O pomarańczowym kubku i szmacianej Zuzce

czwartek, marca 17, 2016

Wczesny poranek. Skończyłam sprzątanie. Siadam na podłodze.

W chwili, kiedy mój tyłek dotyka dywanu, widzę nadciągającego w moim kierunku Tasmana. Szczerzy się wszystkimi dwunastoma lub trzynastoma zębami (Zębuszka boi się ostatnio składać raporty) i wlecze za sobą Zuzię, szmacianą lalkę, którą dostała na urodziny od swojej już-niebawem-nocnej-niani. Po drodze łapie jeszcze pomarańczowy, plastikowy kubek i pędzi do mnie z tym dobytkiem. Siada zadowolona po mojej lewej, kładzie mi na kolana Zuzkę, wręcza kubek i w swoim wciąż niezidentyfikowanym języku daje znać, że będziemy się bawić.
- Fruzia napije się mleczka - mówię, podtykając małej pomarańczowy pojemnik do buzi.
Tasman przechyla go jakby faktycznie miało z niego popłynąć ukochane mleko.
- Teraz nakarm lalę - zarządzam, wtykając Fruzi kubek w dłoń.
Mała rozumie dokładnie, o co mi chodzi, bo przystawia go lalce do szmacianych ust i poi ją powietrzem.
- Teraz mama... Fruzia... lala... i znowu mama - zamykamy kolejną rundę.
Za trzecim razem z kanapy złazi Rudolf, przeciąga się i lokuje wielkie cielsko obok Fruzi, jedną łapę moszcząc wygodnie na jej kolanie.
- To teraz nakarmimy Rudolfa - zarządzam.
Sierściuchowi w to graj. Nie ogarnia tym swoim rudym rozumem, że to zabawa na niby, u niego nie ma na niby, szczególnie jeśli chodzi o żarcie. Łapie więc pomarańczowy kubek w zeby i przymierza się do misji zniszczenia.
Fruzia uderza w śmiech.
- Teraz ty... lala... mama... - zaczynamy od nowa. - ... I Rudolf.
Ale z nas kółko różańcowe.
Labisko cierpliwie czeka na swoją kolej, ale kiedy ta nadchodzi, znowu zaczyna podgryzać pojemnik. Fruzia w śmiech.

I tak jakieś trzydzieści dziewięć razy. Za każdym razem, kiedy sierściuch łapie w pysk pomarańczowy kubek, mała wybucha perlistym śmiechem, zupełnie jakby widziała tę scenę po raz pierwszy, a Rudolf był najzabawniejszym stworzeniem na świecie.

Chwilę później zaczynają bawić się w typowym dla siebie stylu. Ona czule kładzie głowę na jego wielki łeb. Przyciąga go do siebie, wczepiając małe pazurki w sierść na szyi. On liże jej czoło, a potem kładzie łapę na jej ramieniu. Ściągam z niej tego ciężkiego kloca, ale ona zdaje się nie zauważać potencjalnych kłopotów. Znów się do niego tuli, rechocząc. Rudolf korzysta z chwili zamieszania i łapie w zęby Zuzkę, usiłując zjeść jej różowe warkocze. Fruzia wybucha śmiechem. Stara się odebrać sierściuchowi lalkę, ale robi to bardziej dla draki niż z prawdziwej potrzeby jej odzyskania. Wyrywają sobie Zuzię dokładnie tak samo jak walczą o skarpetki małej. Ona wtyka mu je do pyska, a potem rozciąga je do granic ich elastycznej możliwości, on cieszy się, że ma okazję o coś powalczyć.

- Jesteście dwa czubki! - informuję ich, wstając z podłogi.
(Jakby sami o tym nie wiedzieli.)

Patrzę na siebie. Cała jestem w sierści, od kapci po włosy.

Po co ja właściwie odkurza(ła)m?

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Czubki, ale za to niepowtarzalne;)
    Czekaj aż zaczną razem spożywać..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On już spożywa z nią. Pewnie przyjdzie pora, że ona zacznie z nim. ;-)

      Usuń
  2. Dwa czubki :) A z tymi skarpetkami to chyba jakaś klątwa jest, bo u nas na nogach młodej zostają jakaś minute po założeniu, a potem ciągnie je na maksa żeby tylko mieć gołe stopy. Łapcie tez zdejmuje mały gad. Tylko rajstopy ma zawsze na tyłku chociaż często przydeptuje porozciągane stopki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, wiele razy zastanawiałam się, o co właściwie chodzi z tym skarpetami. Parzą, czy co? Czapki i rękawiczki to jeszcze rozumiem...:-)

      Usuń
    2. To u mnie czapka i rękawiczki są ok, dochodzi nawet do tego, że Mała zapierdziela po domu w swojej czapce (ew. czapce siostry albo każdej jaką znajdzie), bo ma taki kaprys ;)

      Usuń
  3. A my właśnie mieliśmy ostatnio z M. zaciekłą dyskusję, pod koniec której ustaliliśmy, że jednak nie będziemy mieli psa - choć czytając opisy tych wspólnych harców Fruzi i Rudolfa czasami mam ochotę zmienić zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie jest mieć sierściucha w domu i wiem, że my będziemy chcieli mieć linię takich Rudolfów już zawsze, choć nikogo bym do tego nie namawiała, bo nie oszukujmy się, to też ogromny obowiązek. I zmartwienie, kiedy wyjeżdżamy, normalnie człowiek się martwi o takiego burka jak o dziecko. Ale widok Fruzi obok rudego, sierściuchowatego pyska jest bezcenny! (Gdybyście kiedyś zmienili zdanie polecam oczywiście labradory oraz podłogi bez dywanów;-))

      Usuń
  4. Też sobie zadaje to pytanie... codziennie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie daj znać, jak znajdziesz sensowną odpowiedź!;-)

      Usuń