O ambitnym projekcie

czwartek, marca 24, 2016

Zawsze zaczyna się od myśli. Jednej, maleńkiej myśli, która tak długo dręczy aż zmaterializuje się w czynach. Po dość abstrakcyjnej analizie plusów i minusów akcji - w Blaszaku, w drodze do Birmigham, kiedy Fruzia spała, szumiało przyjemnie i znów znajdowałam się w tym iluzorycznym stanie zjednoczenia z wszechświatem - zapytałam Inżyniera, czy sądzi, że to ma szansę się udać.
- Pewnie, że tak! - wypalił on bez namysłu.
Tak to u nas działa, kiedy jedno ulepi z chaosu jakiś koncept i pyta drugie o zdanie. Albo bezpardonowy strzał w kolano ("oszalałaś! chcesz psa? takiego dużego? w bloku?" / "oszalałeś? teraz chcesz wyjeżdżać? właśnie się przeprowadziliśmy!") albo stuprocentowa aprobata ("jesteś stworzony do pieczenia! idź natychmiast robić ten biznes!") A życiowa mądrość ludowa autorki głosi, że skoro on we mnie wierzy, kiedy ja sama mam wątpliwości, to znaczy, że on wie lepiej.

W ten oto sposób narodził się projekt "12 z 22". Bardzo ambitnie brzmiący i taki jakby na czasie. Dwadzieścia dwa dni na dwanaście porannych treningów biegowych. Tylko 22 dni, bo tyle zostało mi od biegu numer jeden do ostatniego oficjalnego dnia urlopu wychowawczego. Tylko 12 treningów, bo to, że jestem na czasie, nie jest równoznaczne z tym, że zupełnie zatraciłam instynkt samozachowawczy. Głównie wczesne poranki, bo kiedy on spędza wieczory remontując piekarnię, trudno wrzucić śpiącą Fruzię do plecaka i razem z nią rytmicznie i bez zadyszki zwiedzać ulice naszej wsi. Została nam szósta rano. Przyjemna pora. Jasno, cicho.

"12 z 22" to moja szansa na powrót do świata joggingu, zanim porwie mnie nocna zmiana bluesa. A wówczas albo siłą rozpędu potoczę się utartymi szlakami, albo szlaki trafi szlag. Karma zdecyduje.

Niedziela, wschód słońca w Londynie o 6.00, trening lajtowo, bo o siódmej trzydzieści. Miało być ciepło, słonecznie, przy akompaniamencie świergolących ptaków, a ja od pierwszych sekund miałam sobie przypomnieć tempo z mojej szczytowej formy sto lat temu. To miał być trochę taki powrót do mitycznej krainy dzieciństwa, kiedy stałam na ganku Rancza w letni poranek, wdychałam świeże, wiejskie powietrze i cieszyłam się, że zaraz obejrzę Teleranek. To było w czasach, kiedy nikt jeszcze nie zdążył nabić mi głowy przykazaniami szczęśliwego życia, a motywacyjne spicze o docenianiu tu i teraz uznałabym za majaczenie szaleńca. Cieszyłam się, zupełnie nie mając świadomości, że się cieszę. To chyba to jest ta legendarna, niczym nie skażona, a już na pewno nie myśleniem!, dziecięca radość.

Na starcie zostały mi tylko ptaki.

Było szaro, zimno i ponuro. Wybiegłam z Piątej Chatki niczym rączy rumak, pełna sił po tej kromce suchego chleba, którą w ostatniej chwili porwałam, gotowa przebiec przynajmniej dychę, jeśli nie półmaraton. Po dwustu metrach musiałam zwolnić (dwustu! metrach!), bo gwałtownie przypomniałam sobie, że ze sportem to jak z językiem obcym. Nie zażywasz, to się nie dziw, że ciało i umysł wypinają się na ciebie w chwili zrywu. Potruchtałam dalej w pełnej pokorze, łapiąc oddech. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie tylko ja wpadłam na pomysł udowadniania czegoś światu w weekendowy poranek. Na trasie minął mnie facet w krótkich spodenkach - natychmiast zawstydziłam się na myśl o mojej podwójnej warstwie długiego rękawa i czapce, której nie nosiłam całą zimę, ale teraz na progu wiosny to i owszem - oraz dziarsko maszerująca babeczka w nieokreślonym wieku, dla odmiany opatulona w kaptur tak, że ledwie jej nos wystawał. Wymieniliśmy dumne spojrzenia i uśmiechy tylko dla wtajemniczonych. Poczułam gwałtowną duchową łączność z tymi dziwnymi istotami.

A potem było bosko. Musiało być, bo w przeciwnym razie to byłby pierwszy i ostatni trening.

We wtorek (wschód słońca o 5:56) nie było już czasu na dywagacje z serii czy mi się chce czy też nie. Sześć minut przed wschodem słońca Fruzia obwieściła początek dnia, a ja po raz pierwszy w naszym wspólnym życiu byłam jej za to wdzięczna. Bo skoro i tak już nie śpię...

Siedzę na kanapie i puchnę z dumy. Jestem konsekwentna. Świetnie zorganizowana. Ambitna. Zachwycam się własną strategią rozwoju i całokształtem mojej życiowej twórczości. Pławię się w pozytywnych myślach o tym, jakie te poranki fajne.

I wtedy to przeczucie.

Nerwowo odpalam laptopa i wujka Google. Wpisuję wyszukiwaną frazę i już mam, i już wiem na pewno. Wiem, jak świetnie wszystko przemyślałam.

W Niedzielę Wielkanocną słońce wstanie o 6.44. We wtorek, kiedy wrócę do porannych treningów - o 6.40. Zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że w świąteczny weekend przestawiamy zegarki.

Teraz to ja dopiero będę na czasie!

(Ktoś może się orientuje, jak bardzo nie-jasno jest 40 minut przed wschodem słońca?)

You Might Also Like

4 komentarze

  1. U mnie Kasia ostatnio zarządza pobudki o 5:45 i wierz mi ze jest widno jak w środku dnia. Niestety ja nie z tych co to mogą się zmobilizować do wstania. I choć Kasia nawija cos cały czas albo do siebie albo do miśków, karmi nas wymyślona kaszką z miseczki (mnie na leżąco), probuje zakladac mi okulary lub wpycha smoczka to i tak nie jest w stanie zmusić mnie do otwarcia oczu (no dobra jak mi wpycha smoka to jednak reaguje ;) Ciesze się ze przestawiają zegarki, bo 6:45 dla mnie zawsze lepiej wygląda niż 5.
    Ja ogólnie leniucha jestem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dla mnie to oznacza wstawanie o 5 czasu zimowego, żeby się przebiec...:-) Fruzia też od miesiąca ma fazę na pobudki o szóstej. Ciekawe, czy swój zegarek też przestawi, czy będzie trzymała się wersji nieprzestawionej.
      PS. A co, nie lubisz smoczków?;-)

      Usuń
  2. PS. Red_Sonia, sprawdziłam dzisiaj. 40 minut przed wschodem słońca może nie jest czarno, ale jest bardzo, bardzo szaro...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty to jednak szalona jesteś... Ja nie wstaje przed wschodem słońca choćby nie miało stado słoni zdeptać ;)

    OdpowiedzUsuń