Fruzia - odsłona trzynasta

czwartek, marca 31, 2016

Za punkt honoru postawiła sobie systematyczne wprawianie nas w osłupienie. Nie ostrzega, nie wysyła sygnałów, że to już za chwilę, usypia naszą czujność, po czym tak po prostu wychodzi z koła, podciąga się do pionu przy kanapie, zaczyna raczkować. Byłoby nieźle, gdyby do drugich urodzin w ten sam sposób wyrzuciła smoczka hen za siedem lasów i mórz, i w przypływie weny zdjęła pieluchę, bo jus cas, psiecies nie jestem dzieckiem! Oby nie w miejscu publicznym.

22 marca odkleiła się od moich jeansów i przez kilka sekund stała sama, wypięta jak struna i sztywna jak kołek, z rękoma w górze i dumą wypisaną na małym licu pogrubioną czcionką. Od tamtej pory ćwiczy z uporem maniaka i dziką satysfakcją - puszcza kanapę, walczy o równowagę, ręce wznosi do nieba, a kiedy ląduje na tyłku (tym szybciej, im bardziej jest zmęczona), wybucha perlistym śmiechem. Raz, drugi, piąty i szesnasty, do utraty sił.

W Wielką Sobotę poszła o krok dalej. A właściwie o wiele kroków dalej. Stałam w kuchni, wycierając naczynia, słyszałam, jak włącza kolejne melodyjki z grającej farmy przyczepionej do chodzika. Sądziłam, że grzecznie siedzi na dywanie, a tymczasem niespodziewanie wkroczyła do kuchni, pchając czterokołową brykę pod jakimś dziwnym kątem, który najwyraźnej ułatwił jej wzięcie zamaszystego zakrętu z salonu do kuchni. Zaniemówiłam i odruchowo zaczęłam się cofać, pozwalając jej przemaszerować przez całą długość pomieszczenia. Piszczała z zachwytu. Dopiero kiedy klapnęła na kolana, odzyskałam głos i drżącą dłonią wystukałam na telefonie numer do Inżyniera. Aktualnie Fruzia nie tylko chodzi, ale też i biega razem z chodzikiem. Jest wytrwała. Jeśli zaklinuje się przy ścianie lub krześle, zaczyna kombinować z lewej, prawej, tu przesunie milimetr, tam dwa i po chwili wychodzi na prostą. Tylko po to, żeby za moment znów gdzieś utknąć w korku. Niech ćwiczy. Może w przyszłości pozwoli jej to uniknąć furii za kierownicą.

Towarzyszy mi wszędzie. W toalecie również, a może raczej przede wszystkim. Bawi ją, kiedy biorę prysznic. Nie próbuję już nawet chronić podłogi przed zalaniem, bo Fruzia i tak rozsunie zasłonkę, wrzuci mi kilka sprzętów lub części garderoby do wanny, a potem chichocząc da znać, że mam jej polać wodą dłoń. I pół rękawa, bo bycie suchym jest mocno passe.

Uwielbia stroić się w nasze ubrania. Sweter taty, sportowa koszulka mamy, czyjeś majtki na głowę i staniki. Staniki to jej ulubione wdzianka.
- Jeszcze za wcześnie na to - mówię jej, kiedy sama próbuje rozwikłać tajemnicę poplątanych pasków.
- Jakieś 15 lat - dodaje on.
- Maksymalnie 13 - poprawiam.
- Tak szybko? - zasępia się ojciec swej córki.
- I oby miała B - mruczę już po cichu. - Żeby w ogóle miała co w nosić w tych miskach.
Ekhm.

Ma 15 zębów, co napawa optymizmem. Kiedyś w końcu je skompletuje. Póki co, jej znakiem rozpoznawczym stały się bordowe policzki, co w zestawieniu z jasną karnacją przywołuje na myśl rosyjskie matrioszki.

Coraz pewniej trzyma w dłoni plastikowy ołówek na sznurku i pojęła, że służy on do rysowania, nie do jedzenia. Czasem wciska mi go do ręki; zgaduję wtedy, że powinnam wykazać się (dobrze ukrytym) talentem plastycznym. Ten, niestety, zamknął się w sobie i odmawia czegokolwiek ponad kwiatki, domki i coraz bardziej nieudane portrety Rudolfa.

W trudnych chwilach wzywam posiłki w postaci magnesów na lodówce. Fruzia ukochała sobie szczególnie jeden, ten głoszący złotą zasadę każdego udanego związku ("Jeśli za pierwszym razem ci się nie uda, zrób tak, jak radziła żona.") Dziecię ma co prawda problem ze zrozumieniem konceptu magnetycznego przyciągania, usiłując przyczepić magnesy na drewnianych drzwiach, ale konia z rzędem dla tego, kto naprawdę to rozumie. Magnesy lądują też w misce Rudolfa. Tylko patrzeć aż sierściuch zacznie kleić się do lodówki.

Inżyniera wracającego z pracy wita głośnym piskiem i taką radościa, że czasami nie mogę uwierzyć, że jeszcze minutę temu ryczała wniebogłosy. On twierdzi, że to po prostu jego urok osobisty. Ja zastanawiam się, czy może powinnam od czasu do czasu poudawać, że też wracam z pracy. A nie, wróć, już niedługo naprawdę będę wracać.

Chwilami odnoszę wrażenie, że niczego jej nie nauczyliśmy, że wszystko odkrywa sama bez naszej pomocy. Jesteśmy jak linie równoległe towarzyszące sobie w wędrówce. Czasem tylko, kiedy jej chęć eksploracji otoczenia i eksploatacji naszej cierpliwości przetnie się prostopadle z naszą niechęcia do jej zabawy kablami, czujemy, że wychowujemy. Mamuśka żartobliwie nazywa to rozpieszczaniem, Ojciec Dyrektor - wychowaniem bezstresowym. Ale co oni tam wiedzą o parentingu...!

You Might Also Like

16 komentarze

  1. Fajna dziewczyna z tej Waszej Fruzi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ubawila mnie wizja Rudolfa przyklejonego do lodówki ☺ Jakby i bez magnesu nie był. ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, jemu żadne magnesy nie są potrzebne:-)

      Usuń
  3. Nasze talenty plastyczne mogą sobie podać ręce ;) Ja ostatnio muszę jeszcze rysować "miś" (dwie kulki jak u bałwana + łapki + uszy + oczy i buzia) oraz "doda", "byby" i "kaka" (czyli woda, ryby i kaczka, Mała chodzi na spacery z babcią nad staw i stąd te jej zamiłowania). Swoją drogą moja mam pięknie rysuje to może w którymś pokoleniu się ten talent ujawni jednak?
    Teraz dla chodzącej Fruzi wszystko co na blacie czy stole do tej pory nieosiągalne będzie w zasięgu. Ja przeoczyłam ten moment, bo wydawało mi się że Kasia (chyba przez to że taka drobna) do blatu to sięgnie tuż przed 18 a ona któregoś pięknego dnia (jakoś ze dwa miesiące temu to było myślę ale nie pamiętam okładnie) paraduje z największym nożem jaki mamy w kuchi, więc wiesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wodę (oraz wódę) i rybę jeszcze dałabym radę, ale kaczkę? Kaczki trudne są!;-)

      Nie musiałaś cucić samej siebie po ujrzeniu swego aniołka z tym narzędziem zbrodni? Dżizas, że też one zawsze wypatrzą to, co najbardziej zakazane!

      Usuń
    2. Laleczka Chucky na żywo (chociaż Kasia mniej demoniczna na buzi ;)

      Usuń
  4. Grudka tymczasem uprawia akrobatykę dla zawansowanych: ustawia stopień przy wannie, wchodzi na niego, zadziera nogę na brzeg wanny i próbuje przedostać się na drugą stronę. Człowiek bez strachu. Musiałabyś ją zobaczyć na zjeżdżalniach. Strasznie nam głupio, gdy trzylatki plączą a 70cm Grudki zjeżdża samodzielnie z głośnym śmiechem i bijąc sobie brawo. Im wyższa zjeżdżalnia tym rzecz jasna lepiej.

    Oraz: dalej matko! Daj jej prawdziwe kredki!

    OdpowiedzUsuń
  5. Najważniejsze w tym wszystkim, że bije sobie brawo, Fruzia jeszcze jest na etapie oczekiwania na poklask od innych, ale nauczę ją, jak chwalić samą siebie:-) Grudka po prostu wie, że szkoda życia na strach. Będzie się bała, jak dorośnie. (Albo i nie. Bo po co w sumie?)

    Prawdziwe kredki w drodze. Wiesz, na takiej wsi jak nasza to nawet kredki trzeba przez internet zamawiać;-) W domu mamy tylko ołówkowe, na razie dziecię ma je w głębokiej pogardzie, więc spróbujemy ze świecowymi. Nie omieszkam pochwalić się pierwszym kredkowym dziełem Fruzi z całym blogowym światem. Jeśli kredki nie zostaną wcześniej zjedzone...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Pamiętam obrazek, na którym Grudka nurkuje w pralce. Otóż my mamy teraz takie zdjęcie:-)

      Usuń
  6. Czekam na to kredkowe dzieło z niecierpliwością :)))

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochana nasze dziewuchy maja te same upodobania do bielizny Ala caly czas przymierza moje majtki niewazne czy sa goscie czy nie kazdy podziwia bielizne mamy haha i mamy ta sama tablice magnetyczna 3+ co tu duzo pisac dla naszych dziewczyn progi wiekowe sa malo istotne buzi wielkie dla was

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Megi, to się nazywa potęga rodziny! (Dzięki za ostrzeżenie, nie przyszło mi do głowy, że Fruzia może wyskoczyć w moich majtkach przy gościach!:-))

      Usuń
  8. U nas matczyne staniki świetnie sprawdzają się jako szmaty do podłogi. Dziecko zachwycone, matka jakby mniej, bo w szufladzie powoli zaczyna panować przeciąg.
    Bez obaw, nie musisz Fruzi uczyć oklaskiwania samej siebie. Pewnego dnia sama na to wpadnie i Twym udziałem stanie się widok dziecka klaszczącego sobie, klaszczącego Tobie... Ja na przykład jestem regularnie nagradzana rzęsistymi brawami za stawianie talerza na stole. Prawdopodobnie dziecko docenia moje zaangażowanie i profesjonalizm;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że gdzieś na jakimś etapie życia dzieci matki dostają od nich takich aplauz. Potem może być już tylko gorzej, więc cieszmy się z tych braw:-)

      Ale coś mi mówi, że Ty musisz ten talerz jakoś wyjątkowo na tym stole stawiać... Oczyma wyobraźni widzę, że się teraz krygujesz, ale ja wiem swoje. Czuję przez skórę, że po prostu masz talent w tej dziedzinie!:-)

      Usuń