Fruzia - odsłona trzynasta

Za punkt honoru postawiła sobie systematyczne wprawianie nas w osłupienie. Nie ostrzega, nie wysyła sygnałów, że to już za chwilę, usypia naszą czujność, po czym tak po prostu wychodzi z koła, podciąga się do pionu przy kanapie, zaczyna raczkować. Byłoby nieźle, gdyby do drugich urodzin w ten sam sposób wyrzuciła smoczka hen za siedem lasów i mórz, i w przypływie weny zdjęła pieluchę, bo jus cas, psiecies nie jestem dzieckiem! Oby nie w miejscu publicznym.

22 marca odkleiła się od moich jeansów i przez kilka sekund stała sama, wypięta jak struna i sztywna jak kołek, z rękoma w górze i dumą wypisaną na małym licu pogrubioną czcionką. Od tamtej pory ćwiczy z uporem maniaka i dziką satysfakcją - puszcza kanapę, walczy o równowagę, ręce wznosi do nieba, a kiedy ląduje na tyłku (tym szybciej, im bardziej jest zmęczona), wybucha perlistym śmiechem. Raz, drugi, piąty i szesnasty, do utraty sił.

W Wielką Sobotę poszła o krok dalej. A właściwie o wiele kroków dalej. Stałam w kuchni, wycierając naczynia, słyszałam, jak włącza kolejne melodyjki z grającej farmy przyczepionej do chodzika. Sądziłam, że grzecznie siedzi na dywanie, a tymczasem niespodziewanie wkroczyła do kuchni, pchając czterokołową brykę pod jakimś dziwnym kątem, który najwyraźnej ułatwił jej wzięcie zamaszystego zakrętu z salonu do kuchni. Zaniemówiłam i odruchowo zaczęłam się cofać, pozwalając jej przemaszerować przez całą długość pomieszczenia. Piszczała z zachwytu. Dopiero kiedy klapnęła na kolana, odzyskałam głos i drżącą dłonią wystukałam na telefonie numer do Inżyniera. Aktualnie Fruzia nie tylko chodzi, ale też i biega razem z chodzikiem. Jest wytrwała. Jeśli zaklinuje się przy ścianie lub krześle, zaczyna kombinować z lewej, prawej, tu przesunie milimetr, tam dwa i po chwili wychodzi na prostą. Tylko po to, żeby za moment znów gdzieś utknąć w korku. Niech ćwiczy. Może w przyszłości pozwoli jej to uniknąć furii za kierownicą.

Towarzyszy mi wszędzie. W toalecie również, a może raczej przede wszystkim. Bawi ją, kiedy biorę prysznic. Nie próbuję już nawet chronić podłogi przed zalaniem, bo Fruzia i tak rozsunie zasłonkę, wrzuci mi kilka sprzętów lub części garderoby do wanny, a potem chichocząc da znać, że mam jej polać wodą dłoń. I pół rękawa, bo bycie suchym jest mocno passe.

Uwielbia stroić się w nasze ubrania. Sweter taty, sportowa koszulka mamy, czyjeś majtki na głowę i staniki. Staniki to jej ulubione wdzianka.
- Jeszcze za wcześnie na to - mówię jej, kiedy sama próbuje rozwikłać tajemnicę poplątanych pasków.
- Jakieś 15 lat - dodaje on.
- Maksymalnie 13 - poprawiam.
- Tak szybko? - zasępia się ojciec swej córki.
- I oby miała B - mruczę już po cichu. - Żeby w ogóle miała co w nosić w tych miskach.
Ekhm.

Ma 15 zębów, co napawa optymizmem. Kiedyś w końcu je skompletuje. Póki co, jej znakiem rozpoznawczym stały się bordowe policzki, co w zestawieniu z jasną karnacją przywołuje na myśl rosyjskie matrioszki.

Coraz pewniej trzyma w dłoni plastikowy ołówek na sznurku i pojęła, że służy on do rysowania, nie do jedzenia. Czasem wciska mi go do ręki; zgaduję wtedy, że powinnam wykazać się (dobrze ukrytym) talentem plastycznym. Ten, niestety, zamknął się w sobie i odmawia czegokolwiek ponad kwiatki, domki i coraz bardziej nieudane portrety Rudolfa.

W trudnych chwilach wzywam posiłki w postaci magnesów na lodówce. Fruzia ukochała sobie szczególnie jeden, ten głoszący złotą zasadę każdego udanego związku ("Jeśli za pierwszym razem ci się nie uda, zrób tak, jak radziła żona.") Dziecię ma co prawda problem ze zrozumieniem konceptu magnetycznego przyciągania, usiłując przyczepić magnesy na drewnianych drzwiach, ale konia z rzędem dla tego, kto naprawdę to rozumie. Magnesy lądują też w misce Rudolfa. Tylko patrzeć aż sierściuch zacznie kleić się do lodówki.

Inżyniera wracającego z pracy wita głośnym piskiem i taką radościa, że czasami nie mogę uwierzyć, że jeszcze minutę temu ryczała wniebogłosy. On twierdzi, że to po prostu jego urok osobisty. Ja zastanawiam się, czy może powinnam od czasu do czasu poudawać, że też wracam z pracy. A nie, wróć, już niedługo naprawdę będę wracać.

Chwilami odnoszę wrażenie, że niczego jej nie nauczyliśmy, że wszystko odkrywa sama bez naszej pomocy. Jesteśmy jak linie równoległe towarzyszące sobie w wędrówce. Czasem tylko, kiedy jej chęć eksploracji otoczenia i eksploatacji naszej cierpliwości przetnie się prostopadle z naszą niechęcia do jej zabawy kablami, czujemy, że wychowujemy. Mamuśka żartobliwie nazywa to rozpieszczaniem, Ojciec Dyrektor - wychowaniem bezstresowym. Ale co oni tam wiedzą o parentingu...!

O świątecznych kontrastach

W wyniku wielkosobotniego wypadku w Weryni zginęło pięciu piłkarzy. Trzech straciło życie na miejscu, kolejni zmarli w szpitalu. Dwóch z nich to bracia. Trzeci brat, również uczestnik nieszczęśliwego zdarzenia, ma poważny uraz kręgosłupa i walczy w szpitalu o życie. 

W Wielką Sobotę Fruzia postawiła pierwsze kroki przy chodziku. Dumnie i chętnie prezentowała nową umiejętność wszystkim Dziadkom podczas sesji na skypie. Sztukę ozdabiania pierwszej w życiu pisanki ograniczyła do zjadania flamastrów i naklejek. Wyglądała rozkosznie z żółtym wąsem, który samodzielnie wymalowała sobie pod nosem. W kościele ciekawie rozglądała się na boki. Parsknęliśmy śmiechem, kiedy ksiądz zachęcał wiernych do odwiedzenia parafialnej strony na fejsbuku. Znak czasów. W drodze powrotnej Fruzia ogłosiła strajk, więc wręczyłam jej kawałek białej święconej kiełbasy. Zadziałało lepiej niż smoczek.

Wiele lat temu w Wielkanocną Niedzielę w Rodzinnym Domu zadzwonił telefon. Siedzieliśmy sobie przy herbatce z Rodzicami i Babcią, Wielki Brat i Jeszcze-Nie-Bratowa poszli na spacer. Telefon odebrał Ojciec Dyrektor. Krzyknął, że on i ona mieli wypadek. Nie poszli na spacer. Pojechali. Znajoma Rodziców akurat przejeżdżała tą trasą, z której wylecieli na pobocze. Widziała, jak zabierali ich do szpitala, nie wiedziała, jak bardzo są poszkodowani, więc niewiele mogła powiedzieć. Ojczulo został z Babcią przy telefonie. My pobiegłyśmy z Mamą do szpitala. Ona, płacząc i zaklinając niebiosa, żeby nie zabierały jej dziecka. Ja, powtarzając jak mantrę, że będzie dobrze, będzie dobrze, jestem pewna, że będzie dobrze. W szpitalu ktoś wyjaśnił, że jej nic się nie stało, oraz że sprawdzają, czy on nie doznał żadnego wewnętrznego urazu, ale wygląda na to, że jest dobrze. 
- Jest dobrze, żyją, słyszysz? - powtarzałam jak automat. 
- Nie wpuszczę pani na salę w tym stanie, proszę się uspokoić - powiedział ktoś.
Posadziłam Mamę na krzesło, zanim rozszlochała się jeszcze bardziej.
- Już dobrze. Już jest dobrze - próbowałam ją uspokoić, łykając łzy.
Jeszcze-Nie-Bratowa siedziała obok jego łóżka, zapłakana. Miała ogromną dziurę w rajstopach i zdarte, pokrwawione kolano. On miał założony na szyję gorset.
- Mama, ja nie chciałem - powiedział żałośnie.

W Wielką Niedzielę po nocnym deszczu wyszło słońce. Było zimno, ale po uroczystym śniadaniu zapakowaliśmy Fruzię do bryki, Rudolfa uwięziliśmy na smyczy i poszliśmy na spacer. Niewiele mamy ostatnio okazji do takich rodzinnych chwil, więc ten spacer smakował wyjątkowo. Po południu Fruzia urządziła polowanie na zająca. Średnio zainteresował ją zestaw stołowy z Peppą, kartonowe i plastikowe opakowanie zdecydowanie lepiej nadawało się do zabawy. Zaśmiewaliśmy się, patrząc, jak dzikuje z Rudolfem.

Siedzę na łóżku i zastanawiam się, ile miałaby dziś lat. Umarła wiosną tamtego roku, kiedy poznałam Inżyniera, wtedy miała 16 lat, więc rachunek jest prosty. Być może byłaby dziś czyjąś żoną, być może matką, na pewno dorosłą kobietą. Wyszła z domu do szkoły, w drodze na przystanek upadła i tak po prostu umarła. Byłam jej wychowawczynią. Nie umiałam powiedzieć klasie nic sensownego. Myślę o jej mamie. Tata zmarł jeszcze przed córką.

W Lany Poniedziałek zlałyśmy chłopaków wodą z plastikowego pistoletu. Oddali nam potem z nawiązką. Fruzia zdecydowanie bardziej wolała być oblewana. Najwyraźniej czuje dziewczę, że to oznaka powodzenia. Wykorzystaliśmy słoneczne popołudnie na kolejne wędrówki ulicami naszej wsi. Mała fruwała na huśtawce, zjeżdżała z wysokiej zjeżdżalni, Rudolf obrabiał badyle przywiązany do ogrodzenia.

Rozmawialiśmy o nich wśród tej rodzinnej sielanki. Nie mogliśmy przestać myśleć. O tych, co cudem i o tych, którzy jednak nie. O ich rodzicach.

I chyba wiem, dlaczego o tych ostatnich tak jakby najwięcej. 

O Świętach, których nie lubiłam

Zaczynałyśmy w Wielki Czwartek.

- Triduum Paschalne, pamiętasz? - pytała co roku z nadzieją w głosie, jak kot łasząc się do mojego ramienia. - Będziesz ze mną chodzić, co?
Chodziłam. Ojciec i Brat rejestrowali tylko, że to ten tydzień, kiedy będziemy znikać z domu wieczorami. Ojczulo trochę z nas pokpiwał, że tylko najwięksi grzesznicy tak sumiennie przesiadują w kościele, ale Mama nic sobie z niego nie robiła, usiłując pielęgnować we mnie to ziarno wiary, które zasiała razem z Babcią i pilnując, żeby choć u mnie nie przegrało z chwastami. Nie wiem, co powiedziałaby Babcia na obecną wersję mnie, ale jeśli dobrze ją znałam, to doceniłaby to, co z tego zostało.
Szłyśmy pół godziny przed mszą, na równi ze starowinkami, które zawsze, co niedzielę w tej samej ławce. A potem i tak często przykucałyśmy na przykościelnym murku, bo starowinek przybywało. Najczęściej przeceniałam wiosnę, bo ten płaszcz to zdecydowanie nie na takie chłodne wieczory, wracałam do domu przemarznięta, z myślą o gorącej herbacie i tej sałatce, która może nie doczekać rana. Lubiłam te nasze spacery i to pogrążanie się w rozmyślaniach. Mama nauczyła mnie, że to jest dobry czas, żeby poukładać sobie w głowie wiele spraw, podziękować i pomyśleć o innych. To pewnie dlatego wciąż lubię siedzieć w kościelnej ławce w zupełnej ciszy.
Tylko w Wielkanocną Niedzielę Mamuśka musiała stoczyć ze mną bój o Rezurekcję.
- Obiecuję, że pójdę później, przysięgam - mamrotałam żałośnie, kiedy o 5.30 usiłowała ściągnąć mnie z łóżka łagodną perswazją.
- Proszę cię, chodź ze mną - błagała przymilnie. - Bez ciebie to nie to samo...
Potrzeba snu jednak długo nie dawała za wygraną, byłam więc głucha na jej prośby.
- Ale przecież obiecałaś! - Mamuśka zaczynała wtedy wchodzić na tory precyzyjnie przechowywanej na tę okazję emocjonalnej manipulacji.
- Nie idę! - irytowałam się. - Wielkiemu Bratu nie każesz chodzić, to niesprawiedliwe!
- Przecież dobrze wiesz, że on nie pójdzie, a bez ciebie to nie to samo...
Świętowanie rozpoczynałam więc od bluźnienia. Co roku ten sam rytuał na nowo odgrywanego przedstawienia, w którym nikt nie udaje. Wiedziałam, że jeśli pozwolę jej pójść samej, to i tak już nie zasnę, bo będzie mi przykro, że jej jest przykro. Podstępna Mamuśka!
Bluźniłam mniej więcej do momentu wyjścia z Rodzinnego Drapacza Chmur. Potem wtulałam się w ramię Mamuśki i taka półżywa, znów dygocząc z zimna, wędrowałam z nią, aby zmartwychwstać. Gdzieś w okolicach drugiego okrążenia procesji wokół kościoła zaczynałam czuć, że dobrze było wstać.

Zaczynałyśmy w Wielki Czwartek, bo wcześniej głównie szkoła i praca.

Im starsza byłam, tym lepiej zorganizowany był plan porządków i zakupów. Wieczorem ustalałyśmy kolejność wydarzeń na dzień następny - kiedy okna, podłogi, kiedy na rynek i o której mogę wyjść z Kocurem i Warszawianką. Mamuśka pasjami nie znosi myć okien, dzieliłyśmy więc jakoś tę niewdzięczną pracę - Mama powtarzając jak mantrę, że kiedyś pieprznie to wszystko i zatrudni sobie kogoś tylko i wyłącznie do mycia okien, ja modląc się, żeby w tym roku zapomniała o czyszczeniu mebli. Wszystko, tylko nie to. Te przenoszone z miejsca na miejsce bibeloty i te trudne do okiełznania fruwające roztocza to nie na moje nerwy. Wolałabym oddzielić soczewicę od grochu. Prasowanie też nie należało do naszych ulubionych zajęć, więc wyciągałyśmy pościel, rozstawione na dwóch krańcach dywanu. Tak mnie to rozśmieszało, że czasem siadałam tyłkiem na podłodze, bo nie mogłam utrzymać się w pionie. Mamuśka usiłowała zachować powagę, twierdząc, że jestem kopnięta, i że mam przestać się wygłupiać, ale kąciki ust jej drgały i zazwyczaj kończyło się wspólnymi głupotami. Czasem pociągnęła róg kołdry tak, że moje wypadały mi z dłoni. Nie mogłam też pojąć, jak jej się udaje rozwiesić te ciężkie firany tak równo.

W przerwach robiłyśmy sobie herbatę, kroiłyśmy po kawałku ciasta i wdychałyśmy roznoszący się po całym domu zapach świeżości.

Oni też gdzieś tam byli. Przynosili ciężkie zakupy, odkurzali, wynosili śmieci. Ale to Mama, a potem my dwie, nadawałyśmy ton tej przedświątecznej scenerii.

Byłyśmy coraz bardziej nowoczesne w sztuce ozdabiania pisanek. Wrzucałyśmy jajka do łupin z buraków i cebuli, owijałyśmy je gotowymi foliami we wzorki, a w chwilach kreatywnego zrywu stawiałam na prostotę, rysując flamastrem uśmiechnięte buźki tuż przed wyjściem do kościoła. Święconka należała do mnie i Kocura. To była nasza długa, bardzo długa tradycja, sięgająca wczesnej podstawówki. W Wielką Sobotę testowałyśmy pierwsze buty na dwucentymetrowych obcasach, nowe wiosenne kurtki, płaszcze i torebki. Wracałyśmy zawsze potwornie długo, bo zwykle było to nasze ostatnie spotkanie przed prawdziwym świętowaniem. W poniedziałek znów się widziałyśmy, bo nawet dobre zabunkrowanie się w domu nie chroniło mnie przed wizytą Przyszywanego Brata z miską wody. Jakimś cudem Rodzice nie mieli dla mnie litości i zawsze szerokim gestem zapraszali go z tą miską do środka.

Jako dziecko nie przepadałam za tymi dniami. Świetnie, że wiosna i wolne od szkoły, ale dla mnie to były dziwne Święta. Długie msze, krzyż, przypominanie o cierpieniu. I to zimne jajko w niedzielny poranek. W szkole średniej zaczęłam rozumieć, z każdym kolejnym rokiem uzmysławiając sobie, że tak naprawdę lubię tę zadumę i symbolikę śmierci i odradzania się. Wciąż na nowo.

Z daleka wszystko lepiej widać.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów upiekłam dwa ciasta. Umyłam nawet okna, wdychając zapach świeżości. Nie lubię tej myśli tuż przed, że już powinnam, ale kiedy wejdę w ten trans, z przyjemnością patrzę, jak w domu jaśnieje. Jutro zrobimy prawdziwe pisanki. Znów będzie święconka, taka jak należy. A w poniedziałek oblejemy Superhero wodą.

Z daleka i w nowej roli naprawdę lepiej wszystko widać.

***

Życzymy Wam cudownych odrodzeń,

L & I & F & R

O ambitnym projekcie

Zawsze zaczyna się od myśli. Jednej, maleńkiej myśli, która tak długo dręczy aż zmaterializuje się w czynach. Po dość abstrakcyjnej analizie plusów i minusów akcji - w Blaszaku, w drodze do Birmigham, kiedy Fruzia spała, szumiało przyjemnie i znów znajdowałam się w tym iluzorycznym stanie zjednoczenia z wszechświatem - zapytałam Inżyniera, czy sądzi, że to ma szansę się udać.
- Pewnie, że tak! - wypalił on bez namysłu.
Tak to u nas działa, kiedy jedno ulepi z chaosu jakiś koncept i pyta drugie o zdanie. Albo bezpardonowy strzał w kolano ("oszalałaś! chcesz psa? takiego dużego? w bloku?" / "oszalałeś? teraz chcesz wyjeżdżać? właśnie się przeprowadziliśmy!") albo stuprocentowa aprobata ("jesteś stworzony do pieczenia! idź natychmiast robić ten biznes!") A życiowa mądrość ludowa autorki głosi, że skoro on we mnie wierzy, kiedy ja sama mam wątpliwości, to znaczy, że on wie lepiej.

W ten oto sposób narodził się projekt "12 z 22". Bardzo ambitnie brzmiący i taki jakby na czasie. Dwadzieścia dwa dni na dwanaście porannych treningów biegowych. Tylko 22 dni, bo tyle zostało mi od biegu numer jeden do ostatniego oficjalnego dnia urlopu wychowawczego. Tylko 12 treningów, bo to, że jestem na czasie, nie jest równoznaczne z tym, że zupełnie zatraciłam instynkt samozachowawczy. Głównie wczesne poranki, bo kiedy on spędza wieczory remontując piekarnię, trudno wrzucić śpiącą Fruzię do plecaka i razem z nią rytmicznie i bez zadyszki zwiedzać ulice naszej wsi. Została nam szósta rano. Przyjemna pora. Jasno, cicho.

"12 z 22" to moja szansa na powrót do świata joggingu, zanim porwie mnie nocna zmiana bluesa. A wówczas albo siłą rozpędu potoczę się utartymi szlakami, albo szlaki trafi szlag. Karma zdecyduje.

Niedziela, wschód słońca w Londynie o 6.00, trening lajtowo, bo o siódmej trzydzieści. Miało być ciepło, słonecznie, przy akompaniamencie świergolących ptaków, a ja od pierwszych sekund miałam sobie przypomnieć tempo z mojej szczytowej formy sto lat temu. To miał być trochę taki powrót do mitycznej krainy dzieciństwa, kiedy stałam na ganku Rancza w letni poranek, wdychałam świeże, wiejskie powietrze i cieszyłam się, że zaraz obejrzę Teleranek. To było w czasach, kiedy nikt jeszcze nie zdążył nabić mi głowy przykazaniami szczęśliwego życia, a motywacyjne spicze o docenianiu tu i teraz uznałabym za majaczenie szaleńca. Cieszyłam się, zupełnie nie mając świadomości, że się cieszę. To chyba to jest ta legendarna, niczym nie skażona, a już na pewno nie myśleniem!, dziecięca radość.

Na starcie zostały mi tylko ptaki.

Było szaro, zimno i ponuro. Wybiegłam z Piątej Chatki niczym rączy rumak, pełna sił po tej kromce suchego chleba, którą w ostatniej chwili porwałam, gotowa przebiec przynajmniej dychę, jeśli nie półmaraton. Po dwustu metrach musiałam zwolnić (dwustu! metrach!), bo gwałtownie przypomniałam sobie, że ze sportem to jak z językiem obcym. Nie zażywasz, to się nie dziw, że ciało i umysł wypinają się na ciebie w chwili zrywu. Potruchtałam dalej w pełnej pokorze, łapiąc oddech. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie tylko ja wpadłam na pomysł udowadniania czegoś światu w weekendowy poranek. Na trasie minął mnie facet w krótkich spodenkach - natychmiast zawstydziłam się na myśl o mojej podwójnej warstwie długiego rękawa i czapce, której nie nosiłam całą zimę, ale teraz na progu wiosny to i owszem - oraz dziarsko maszerująca babeczka w nieokreślonym wieku, dla odmiany opatulona w kaptur tak, że ledwie jej nos wystawał. Wymieniliśmy dumne spojrzenia i uśmiechy tylko dla wtajemniczonych. Poczułam gwałtowną duchową łączność z tymi dziwnymi istotami.

A potem było bosko. Musiało być, bo w przeciwnym razie to byłby pierwszy i ostatni trening.

We wtorek (wschód słońca o 5:56) nie było już czasu na dywagacje z serii czy mi się chce czy też nie. Sześć minut przed wschodem słońca Fruzia obwieściła początek dnia, a ja po raz pierwszy w naszym wspólnym życiu byłam jej za to wdzięczna. Bo skoro i tak już nie śpię...

Siedzę na kanapie i puchnę z dumy. Jestem konsekwentna. Świetnie zorganizowana. Ambitna. Zachwycam się własną strategią rozwoju i całokształtem mojej życiowej twórczości. Pławię się w pozytywnych myślach o tym, jakie te poranki fajne.

I wtedy to przeczucie.

Nerwowo odpalam laptopa i wujka Google. Wpisuję wyszukiwaną frazę i już mam, i już wiem na pewno. Wiem, jak świetnie wszystko przemyślałam.

W Niedzielę Wielkanocną słońce wstanie o 6.44. We wtorek, kiedy wrócę do porannych treningów - o 6.40. Zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że w świąteczny weekend przestawiamy zegarki.

Teraz to ja dopiero będę na czasie!

(Ktoś może się orientuje, jak bardzo nie-jasno jest 40 minut przed wschodem słońca?)

Share Week 2016

Andrzej Tucholski po raz piąty organizuje akcję "Autorzy polecają autorów", weteranom bardziej znaną jako Share Week. Biorę w niej udział po raz pierwszy i jeśli jej nie znacie, mam dla Was dobrą wiadomość - nie trzeba wysyłać smsów! :) Dla mnie dobra wiadomość jest taka, że tym razem nie będę promować samej siebie, a innych blogerów. W tej roli zdecydowanie lepiej się czuję.

O co chodzi? Jak się zapewne domyślacie, o polecanie innych blogów oraz youtuberów. Są jednak pewne zasady, których należy się trzymać, a ponieważ boję się, że coś przekręcę, pozwolę sobie przekopiować je w dużej mierze z bloga Andrzeja.

1. Na swoim blogu lub kanale video publikujesz materiał, w którym polecasz innych autorów (blogerzy - blogerów, youtuberzy - youtuberów).

2. Kryterium jest JAKOŚĆ i WAŻNOŚĆ danego autora w Twoim życiu (zasięgi, popularność itp. - tym razem nieistotne.)

3. Link do swojego materiału blogowego wrzucasz do komentarzy POD TYM wpisem, a link do materiału video pod filmem.

4. Swoje polecenia przepisujesz do odpowiedniego formularza (formularze do pobrania również TUTAJ)

5. Dajesz znać poleconym osobom, że je lubisz i dobrze się bawicie.

Akcja trwa od 21 marca do 3 kwietnia (trochę dłużej niż tydzień), Andrzej podsumuje ją potem, a my wszyscy będziemy mieli co czytać, oglądać, czym się inspirować i co podziwiać. 

I wszystko byłoby piękne, gdyby nie  jeden problem - w formularzu poleceń są tylko 3 miejsca. Chociaż z drugiej strony to dobrze, bo gdybym miała nieograniczone możliwości w tej kwestii, to prawdopodobnie przekopiowałabym całą moją linkownię i jestem pewna, że potrafiłabym rzetelnie uzasadnić, dlaczego polecam innym te wszystkie tytuły...

Postanowiłam więc dorzucić swoje własne podkryterium do tych moich wyborów. Postawiłam na blogi, które czytam od niedawna. Zajrzałam na stare śmieci, które na dobre opuściłam we wrześniu ubiegłego roku, sprawdziłam, jakich adresów, które obecnie regularnie czytam, brakuje w starej linkowni i z nich właśnie wybrałam trzy, które naprawdę mnie urzekły - przede wszystkim treścią i słowem, bo jestem z tych blogerów, dla których zdjęcia i grafika odgrywają rolę drugoplanową, choć żadnemu z polecanych przeze mnie blogów niczemu w tej drugoplanowości absolutnie nie brakuje. Krótko mówiąc, jeśli odwiedzicie te blogi, będziecie mieli świetnę lekturę na wiele wieczorów.

OTO ONE:

Witaj słońce, czyli blog Dotee - niesamowicie ciepły, mądry, optymistyczny. Dotee propaguje ideę zdrowego, świadomego i szczęśliwego życia. To nie jest blog z niekończącą się serią postów o siedmiu najlepszych pomysłach / sposobach / powodach. To blog, który sprawia, że czytając, myślisz, a myśląc, zaczynasz pragnąć większej uważności w życiu. 

Alchemia kobiecości, czyli blog Gosi - kolejna dawka ciepła i mądrości. Alchemię czytam naprawdę od niedawna, choć jestem pewna, że wcześniej już gdzieś mignęło mi pióro Gosi na monitorze. To blog o kobiecej naturze, ale nie tylko. Są związki, uczucia, trochę kuchni, kilka szkatułek z linkami... Pamiętajcie o zrobieniu sobie kawy lub herbaty przed lekturą tego bloga. Gosia rozprawia się z każdym tematem po mistrzowsku, czyli... dużo gada:-) Tak lubię!

Mataja, czyli bardzo popularny blog trzech świetnych dziewczyn-mam, które w naukowy i często bardzo zabawny sposób rozprawiają się z mitami, legendami i stereotypami dotyczącymi ciąży i rodzicielstwa. W konkursie Gala Twórców 2016 dziewczyny znalazły się w finałowej trójce najlepszych blogów specjalistycznych. Jak dla mnie - rewelacja! Jeśli jeszcze ich nie znacie, koniecznie do nich zajrzyjcie.

Mam nadzieję, że dostarczyłam Wam solidnej porcji dobrej lektury. Dajcie znać, jeśli zatrzymacie się na dłużej na którymś z tych blogów. Wpadnę wówczas w samozachwyt nad własną użytecznością w wielkim świecie blogosfery... ;)

O tym, że nie jestem tym typem

Inżynier przyniósł od koleżanki z pracy całą torbę ubrań dla noworodka. Naszym znajomym niebawem powiększy się rodzina, nowym lokatorem będzie chłopiec, więc wszystkie ciuszki Fruzi w odcieniach różu jeszcze nie znalazły godnej następczyni, ale nadarzyła się okazja do pomocy w zorganizowaniu wyprawki w błękitach i skrzętnie z niej skorzystaliśmy. Siedziałam na podłodze składając małe śpioszki, pajace, bodziaki, dorzucając kilka neutralnych kolorystycznie ubranek po naszym Tasmanie i nie mogłam się oprzeć pokusie ich powąchania. Wiecie o czym mówię, prawda? Można takie miniaturowe wdzianka prać setki razy, a i tak będą pachnieć niemowlakiem. Nieważne, czy naprawdę, czy tylko w twojej głowie, wystarczy zbliżyć je do twarzy i już pamiętasz, jak to było. Tasman natychmiast zainteresował się tym, co robię, przyraczkował, wgramolił mi się na kolano i zaczął wyrywać mi śpiochy, uznając to najwyraźniej za zmodyfikowaną wersję zabawy z Rudolfem.
- Ty też byłaś taka malutka - cmoknęłam ją w czoło i potargałam rozbestwione blond fale. - A teraz jesteś już dużym bobasem, wiesz?
Wszystko jest względne. Dziś wydaje mi się duża, kiedy patrzę na wdzianka rozmiaru lalki, jutro jej teraźniejszy obraz zostanie w mojej głowie jako pamiątka po czasach bardzo mini. Już za nią tęsknię, za taką, jaka jest dzisiaj i za taką, jaka była wczoraj. A jednocześnie nie chcę jej innej, młodszej czy starszej, bo na każdym etapie jest taka nasza, taka idealna, choć czasem histeryczna i twardo obstawiająca przy swoim.

Nie jestem ciążowym typem. Kiedyś, w najbardziej uwierającym momencie naszej niepłodności, zdarzało mi się pomyśleć, że jeśli nie będę mogła urodzić naszego dziecka, to mnie jako kobietę ominie coś niepowtarzalnego, coś mistycznego, coś, z utratą czego nie będę potrafiła się pogodzić. Strach mnie wtedy ściskał od cebulek włosów po czubki paznokci. Uwierzcie mi, niepłodność jest jedną wielką żałobą po utracie czegoś, czego nigdy się nie miało. Nie miałam wątpliwości, że oboje będziemy potrafili pokochać każde dziecko, które odnajdzie drogę do naszej rodziny, ale nie byłam wcale taka pewna, czy nie zostanie we mnie żal, że to nie ja je urodziłam. Kiedy wrzuciliśmy do skrzynki błękitne podanie o dziecko, zaczęłam przypuszczać, że jednak nie, wcale nie chodzi mi o ciążę. Znalazłam spokój, którego tak szukałam, a cudze ciążowe brzuchy raptem przestały zaprzątać moje myśli. Wtedy mogłam jedynie podejrzewać, że nie jestem tym typem. Dziś już wiem to na pewno. Zawsze chciałam mieć dziecko, niekoniecznie potrafiąc zwizualizować sobie siebie w ciąży, choć przecież był moment, kiedy moja wyobraźnia ograniczała się jedynie do momentu tego cholernego testu po transferze. Wtedy chodziło o ciążę, o tę pewność, że udało się ją zapoczątkować. Chyba nawet nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić, że na jej końcu faktycznie jest dziecko, ale to też jeden ze skutków ubocznych niepłodności. Na pewnym etapie leczenia twój umysł nie wybiega poza wizję tych dwóch kresek na teście. Dwóch kresek, których nigdy nie zobaczyłam i raczej na pewno nie zobaczę.

Nie jestem ciążowym typem, choć pewnie niektórzy mi nie uwierzą. Mogę żałować jedynie tych chwil, których nie dane nam było spędzić razem. Tych kilku pierwszych miesięcy. Tego, że Fruzia zdążyła zaznać jakiegoś stopnia samotności i stresu, będąc tak krótko na tym świecie. Tych wszystkich pierwszych może być mi trochę żal, choć całe morze innych pierwszych wciąż jeszcze przed nami. Do końca, bo przecież każda chwila jest pierwsza i jedyna. Ale nie będzie mi żal tego, co nas ominęło, jeśli ona nie poczuje kiedyś tego żalu. Nie będzie mi z tego powodu smutno, jeśli ona nie odczuje smutku. Jeśli z dziecięcym uporem nie będzie odrzucać opowieści o tym, że ktoś inny ją urodził, ja też nie będę odczuwać z tego powodu bólu. Jakże bym mogła? Przecież tylko w ten sposób mogliśmy stać się taką rodziną. Dokładnie taką.

Nie jestem ciążowym typem, już teraz wiem to na pewno. Kiedy myślę o Drugim Potomku, widzę Potomka. Finito. Kropka. Nie ma we mnie rojeń o ciąży lub o tym, co przed. Ona nie jest mi do niczego potrzebna. Jeśli o niej myślę, to w tych rzadkich momentach bolesnego przypomnienia, że od nas dwojga w zasadzie niewiele zależy. Jeszcze mniej niż w loterii, w której maszyna losująca wybiera dwie komórki, tworząc jedyną w swoim rodzaju wielopokoleniową mieszankę genów. Jeśli sztab ludzi tu czy tam uzna, że mieszkanie nie takie, różnica wieku za mała, że to czy tamto źle / za szybko / nie po ich myśli, to Drugiego Potomka nigdy może dla nas nie być. Dzięki niech będą niebiosom, że tylko od nas zależy wola walki i determinacja. Nie ma już we mnie poczucia, że koniecznie to kopnięcie od środka, że zdjęcie z usg, że więź od chwili poczęcia... To wszystko jest zapewne piękne, ale sama jestem zaskoczona, jak nie porusza mnie to do szpiku kości. Wzrusza, jeśli mówi o tym ktoś bliski. Bez osobistych refleksji, że nas to ominęło. Zabawne, jak własny umysł potrafi człowieka zaskoczyć, bo nie mam wątpliwości, że to kwestia umysłu. Jakiegoś porozumienia z nim i znalezienia w sobie pokładów szczęścia i miłości poza naturalnym cyklem i biologiczną kolejnością wydarzeń.

Chciałabym jeszcze raz to przeżyć. Te miniaturowe wdzianka, mleko o drugiej w nocy i nieskoordynowane ruchy małego ciała. Ten zachwyt nad tym, że po raz pierwszy samodzielnie złapała dyndającą nad jej głową maskotkę. Ten zapach niemowlaka. Chciałabym jeszcze raz to przeżyć, choć nie wiem, czy kiedykolwiek będzie nam dane, mogę mieć tylko nadzieję, że wszystko ułoży się tak, abyśmy nie musieli zastanawiać się, jak by to było z naprawdę pełną chatą. Być może jeszcze wróci żal, że jasna cholera, znów musimy coś udowadniać, stawać na głowie, pisać elaboraty i czekać, czekać, czekać. Jak nie-normalni ludzie. Ale wiem, że w ostatecznym rozrachunku to nie ma żadnego znaczenia, że nasza wspólna przygoda nie rozpocznie się od tamtej strony brzucha, od środka. To nieistotne, Drugi Potomku, ile będziesz miał lat, kiedy się spotkamy, czy któreś z tych małych wdzianek faktycznie jeszcze kiedykolwiek będzie nam potrzebne, i czy poczekamy na Ciebie dwa, cztery, czy sześć lat.

Bo wiem, że tak naprawdę nie to jest dla nas najważniejsze.

O pomarańczowym kubku i szmacianej Zuzce

Wczesny poranek. Skończyłam sprzątanie. Siadam na podłodze.

W chwili, kiedy mój tyłek dotyka dywanu, widzę nadciągającego w moim kierunku Tasmana. Szczerzy się wszystkimi dwunastoma lub trzynastoma zębami (Zębuszka boi się ostatnio składać raporty) i wlecze za sobą Zuzię, szmacianą lalkę, którą dostała na urodziny od swojej już-niebawem-nocnej-niani. Po drodze łapie jeszcze pomarańczowy, plastikowy kubek i pędzi do mnie z tym dobytkiem. Siada zadowolona po mojej lewej, kładzie mi na kolana Zuzkę, wręcza kubek i w swoim wciąż niezidentyfikowanym języku daje znać, że będziemy się bawić.
- Fruzia napije się mleczka - mówię, podtykając małej pomarańczowy pojemnik do buzi.
Tasman przechyla go jakby faktycznie miało z niego popłynąć ukochane mleko.
- Teraz nakarm lalę - zarządzam, wtykając Fruzi kubek w dłoń.
Mała rozumie dokładnie, o co mi chodzi, bo przystawia go lalce do szmacianych ust i poi ją powietrzem.
- Teraz mama... Fruzia... lala... i znowu mama - zamykamy kolejną rundę.
Za trzecim razem z kanapy złazi Rudolf, przeciąga się i lokuje wielkie cielsko obok Fruzi, jedną łapę moszcząc wygodnie na jej kolanie.
- To teraz nakarmimy Rudolfa - zarządzam.
Sierściuchowi w to graj. Nie ogarnia tym swoim rudym rozumem, że to zabawa na niby, u niego nie ma na niby, szczególnie jeśli chodzi o żarcie. Łapie więc pomarańczowy kubek w zeby i przymierza się do misji zniszczenia.
Fruzia uderza w śmiech.
- Teraz ty... lala... mama... - zaczynamy od nowa. - ... I Rudolf.
Ale z nas kółko różańcowe.
Labisko cierpliwie czeka na swoją kolej, ale kiedy ta nadchodzi, znowu zaczyna podgryzać pojemnik. Fruzia w śmiech.

I tak jakieś trzydzieści dziewięć razy. Za każdym razem, kiedy sierściuch łapie w pysk pomarańczowy kubek, mała wybucha perlistym śmiechem, zupełnie jakby widziała tę scenę po raz pierwszy, a Rudolf był najzabawniejszym stworzeniem na świecie.

Chwilę później zaczynają bawić się w typowym dla siebie stylu. Ona czule kładzie głowę na jego wielki łeb. Przyciąga go do siebie, wczepiając małe pazurki w sierść na szyi. On liże jej czoło, a potem kładzie łapę na jej ramieniu. Ściągam z niej tego ciężkiego kloca, ale ona zdaje się nie zauważać potencjalnych kłopotów. Znów się do niego tuli, rechocząc. Rudolf korzysta z chwili zamieszania i łapie w zęby Zuzkę, usiłując zjeść jej różowe warkocze. Fruzia wybucha śmiechem. Stara się odebrać sierściuchowi lalkę, ale robi to bardziej dla draki niż z prawdziwej potrzeby jej odzyskania. Wyrywają sobie Zuzię dokładnie tak samo jak walczą o skarpetki małej. Ona wtyka mu je do pyska, a potem rozciąga je do granic ich elastycznej możliwości, on cieszy się, że ma okazję o coś powalczyć.

- Jesteście dwa czubki! - informuję ich, wstając z podłogi.
(Jakby sami o tym nie wiedzieli.)

Patrzę na siebie. Cała jestem w sierści, od kapci po włosy.

Po co ja właściwie odkurza(ła)m?

O pierwszym rysunku

Fruzia jest dzieckiem nowoczesnym. I takie też obiera sobie narzędzia pracy twórczej. Na co komu kredki i papier! Wystarczy magnetyczny rysownik z grupy wiekowej 3+.


Osobiście widzę tu dwa skaczące delfiny. Macie jakieś inne interpretacje tego arcydzieła?

O zjednoczeniach

Poniedziałek był idealnym dniem na taki eksperyment. Fruzia co rusz wpadała w histerię - pluła jedzeniem (znak, że naprawdę boli), strzelała smoczkami, wierzgała, wiła się i ryczała wniebogłosy. Potem ni z tego ni z owego wracała jej równowaga, bawiła się, śmiała... żeby za chwilę znów zamieszać w moim systemie nerwowym rozżarzonym szpikulcem. Biedna ona. Biedna ja. Pojechałam więc z myślą, że nawet jeśli trafię do zupełnie nie swojej bajki, to przynajmniej złapię oddech i zatęsknię za małym Tasmanem. Kiedy ja ostatnio byłam poza domem bez niej? Zaraz, zaraz... ach tak! Na rozmowie kwalifikacyjnej!

Wchodzę do Centrum Muzyki i Sztuki. Stare budownictwo, ciężkie drzwi, sufit pod samym niebem, skrzypiące, drewniane schody. Ostatni remont musiał być tu jakieś sto lat temu. Chyba nie jestem jeszcze spóźniona, ale pędzę do góry, ile sił w trampkach, bo nie lubię robić wejścia smoka. Schody dudnią tak, że chyba słychać mnie w Piątej Chatce, a już na pewno w sali medytacyjnej. Wchodzę do środka. Pierwsza myśl: Półtorej dekady wstecz przeżyłabym męki, zanim odważyłabym się tak po prostu pójść sobie samotnie na jakiekolwiek warsztaty z jakiejkolwiek dziedziny. Myśl druga: I do tego w Krainie Deszczu. Trzecia: O rany! Prostokątne pomieszczenie jest dość małe i obskurne. Krzesła z poduszkami nie wyglądają na zbyt wygodne, a w powietrzu nie unosi się zapach ani jednego kadzidełka. Na stoliku, przy którym twarzą do zebranych siedzi nauczyciel, pysznią się małe świeczki, ale nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, aby je zapalić. Pomiędzy świeczkami posążek Buddy oraz zdjęcie jednego z bardzo poważanych w Krainie Deszczu buddyjskich nauczycieli. Ten, który ma poprowadzić zajęcia, pozawijany jest w szaty buddyjskiego mnicha. Jak dobrze. Gdyby siedział przede mną gość w jeansach i koszulce polo, pomyślałabym, że pomyliłam sale. Pytam, czy tylko ja jedna w grupie jestem totalnie zielona w temacie medytacji, ale na szczęście para siedząca obok mnie szybko wyprowadza mnie z błędu. Przez chwilę zastanawiałam się, co zrobię, jeśli wszyscy wokół mnie wpadną w trans, mrucząc jakieś tybetańskie mantry, ale wygląda na to, że ci obok też wpadną, ale w popłoch, więc nie będzie mi tak łyso. Zaczynamy.

Chonden sprawia wrażenie ciepłego człowieka. Jego angielski jest bardzo przyjemny dla mojego ucha, taki przejrzysty, to jak słuchanie dobrej muzyki z dobrym tekstem. Mówi dużo, ale nie zalewa potokiem słów, czasem sam śmieje się z tego, co mówi. Nie wyczuwam w jego głosie ani grama patosu, nie dostrzegam w nim poczucia kapłańskiej misji, choć przecież przez całą sesję mówi o rzeczach bardzo ważnych. Jest taki normalny.

Prosi nas, abyśmy usiedli wygodnie, plecy wyprostowane, stopy w całości dotykają podłogi, lekko przymykamy oczy, tak, abyśmy widzieli jednak trochę światła. Próbuję, ale nie mogę. Nie potrafię lekko ich przymknąć, czuję, jakbym mrużyła je przed słońcem. Chonden jakby czytał w moich myślach, albo raczej widzi, co wyprawiam z twarzą, bo raptem stwierdza, że całkowite pogrążenie się w ciemności też jest ok. Sklejam więc powieki, mając nadzieję, że nie zasnę od tej błogości. Jednak zamiast spodziewanego oświecenia, które spłynie na mnie ot tak, nagle wyostrza mi się słuch. Próbuję skupić się na słowach nauczyciela, spokojnych i miarowych, ale raptem z każdej strony atakują mnie dźwięki. Jestem pewna, że w normalnych okolicznościach przyrody na co najmniej połowę z nich nie zwróciłabym uwagi. Facetowi obok mnie piszczy w brzuchu. Nie burczy, nie przelewa się, ale piszczy. Jego sąsiad siedzi na skrzypiącym krześle. Dziewczyna po mojej prawej chyba poprawia włosy. Ktoś wzdycha. Z oddali słychać karetkę. A na schodach nagle robi się zamęt, ktoś idzie do góry i głośno o czymś rozprawia. W naszej sali cisza. Ciekawe, czy tylko ja staram się zapanować nad kącikami ust, które nagle, jak na złość, zaczynają żyć własnym życiem. No nie, błagam, tylko teraz nie wybuchnij śmiechem, no ile ty masz lat! Wróć. Skup się. Skupiam się. Opornie mi to idzie, ale rozluźniam poszczególne części ciała według wskazówek Chondena. Stopy, nogi, barki, ramiona, ręce. Poprawiam plecy. Wygodniej układam dłonie w okolicy brzucha. Doooobra, chyba się opanowałam. Wyobrażam sobie całe napięcie i wszystkie dręczące myśli jako chmurę wydychanego z siebie powietrza. Mamy wdychać światło. Robi mi się luźniej na ciele, ale myśli wciąż wędrują. Niesamowite, jakimi pokrętnymi ścieżkami. Przez głowę przemykają mi bliscy, epizody z życia tu i tam, jakieś twarze niewidziane całe wieki, moje słowa, czyjeś zdania, fragmenty rozmów. Jak w czeskim filmie.

I wtedy w sali obok rozpoczyna się koncert orkiestry dętej.

Nikt nie reaguje. Chonden jako wprawiony buddysta być może nie odnotował nic nadzywczajnego wokół siebie albo świetnie udaje mu się to ignorować, ja jednak mimowolnie się uśmiecham. Może jak już nabiorę wprawy, takie rzeczy nie będą na mnie działać i kiedyś będę w stanie osiągnąć stan niemyślenia w zatłoczonym autobusie komunikacji miejskiej. Choć mam wrażenie, że taki efekt można również uzyskać po absolutnie wykańczającym dniu pracy.

Rozpoczyna się wykład. (Orkiestra rżnie jak u cioci na imieninach.) Chonden otwiera go słowami, że jedną wspólną cechą wszystkich żyjących na świecie istot jest potrzeba bycia szczęśliwym. Każdy z nas na różne sposoby będzie próbował zdefiniować i znaleźć własne szczęście, wielu będzie usiłowało dopatrywać się go w uwarunkowaniach zewnętrznych, gdy tymczasem buddyzm zakłada, że szczęście jest w środku nas, niezależne od okoliczności i naszego położenia we wszechświecie. Happiness comes from within, przeczytałam tego poranka na odwrocie papierowego przykrycia jogurtu, kiedy już Rudolf zlizał z niego truskawkową warstwę. (It's a sign, wykrzyknęłaby Phoebe Buffay.) Szczęście jest w nas. Cała sztuka i wielka magia to zrozumieć to i przestać uzależniać je od tego, co nam się przydarza.

Płynnie przechodzimy do głównego tematu tej sesji, jednej ze składowych całej filozofii szczęśliwego życia - współczucie jako odpowiedź na każdy z wielu rodzajów cierpienia, na które skazana jest każda żyjąca istota - choć wątki mieszają się ze sobą, krzyżując drogi myślowe Chondena. Chonden bardzo plastycznie opisuje nam słowem cierpienie myszy rozrywanej na strzępy przez drapieżnego ptaka. Mówi, że cierpienie jest wpisane w naszą egzystencję, rodzisz się, cierpisz, umierasz. Cykl nie mający początku, ani końca. Współczucie jest chęcią uwolnienia drugiej istoty od tego właśnie cierpienia. Nie powinno być ono źródłem naszego poczucia smutku czy żalu. Ludzki odruch - współodczuwam w cierpieniu, więc jest mi źle. Chonden mówi, że to błąd. Współodczuwaj, ale myśl o tym jak o pozytywnym doświadczeniu, bo to JEST pozytywne uczucie. Rozumiem, a jednocześnie nie kumam. Chonden podaje przykład matki patrzącej na cierpienie swojego dziecka i totalnie bezsilnej w ludzkim pojmowaniu rzeczywistości. Współczucie ma nieść ze sobą dobrą życzliwość, a nie współcierpienie. Nie może pociągać za sobą poczucia bezradności, a pozytywne działanie. Modlitwa, dobre słowo i myśl są działaniem, więc należy traktować je jako przynoszenie ulgi cierpiącym, jako pozytyw. Nie wszystko mi się zgadza, mam wiele pytań, ale nie chcę przerywać.  Słyszymy, że obiektywna rzeczywistość nie istnieje, żyjemy w takim świecie, jaki sami sobie stwarzamy, jakim go widzimy. (Czy ten pokój jest obskurny dlatego, że tak go postrzegam?) Sen. Sen jest dobrym przykładem rzeczywistości wytworzonej przez umysł. Przez chwilę w nim jesteś, żyjesz naprawdę. To dlatego czasem tak trudno nam się pozbierać po koszmarnym śnie. Wszystko, co zrobisz dziś i jutro, wróci do ciebie w tym lub innym życiu. Nie na wszystko natomiast mamy wpływ, nie uwolnimy całego świata od cierpienia, ale współczucie kieruje nas na dobrą drogę pomocy. Złość i frustracja też są cierpieniem, więc miłość i współczucie są najlepszą na nie odpowiedzią. (Myślę o Fruzi i o tym, jak bez sensu czasem frustruje mnie jej marudzenie. Wiem, że mam do tego prawo, jestem tylko człowiekiem, ale serio, to jest bez sensu.) Jak w chrześcijaństwie. Bądź dobry dla ludzi i zwierząt, bo... wszyscy byliśmy lub kiedyś będziemy swoimi matkami. Brzmi co najmniej jak abstrakcja. Ale jeśli to przyjąć za pewnik, to rany boskie, muszę być milsza dla Rudolfa, bo jeśli kiedyś jego dusza będzie w ciele mojej mamy, to jak zacznę ząbkować, mama może nie dać mi przeciwbóla w ramach odwetu za te wszystkie bluzgi! Dżizas.

Ze zdziwieniem uzmysławiam sobie, że w którymś momencie orkiestra ucichła. Nie zauważyłam. Zerkam na zegarek. Nie wierzę, że minęło półtorej godziny.

Znów zamykamy oczy. Nauczyciel zapowiada dyskusję na koniec sesji, ale wiem już, że nie będę miała okazji zadać pytań, które gdzieś mi się uroiły w głowie. Muszę się urwać kwadrans przed końcem, żeby złapać ostatni przyzwoity autobus, inaczej Inżynier gotów zrywać Fruzię z łóżeczka, aby mnie odebrać. Chonden znów mówi, a my pogrążamy się w ciszy. Mamy przywołać na myśl naszych bliskich, otoczyć ich światłem. Widzę ich bardzo wyraźnie, z Rudolfem na kanapie (ten to nawet podczas mojej własnej medytacji bez skrupułów wypina rudy tyłek.) Patrzę na zegarek, w sali wciąż cisza, tylko ja szeleszczę puchową kurtką, niepewna, czy mam tak wyjść bez słowa, po angielsku, czy obudzić wszystkich dzikim szeptem, że sorry, ale na mnie już pora. Wreszcie Chonden przywołuje wszystkich na ziemię, a ja cichutko się żegnam i wychodzę. W drodze na przystanek myślę sobie, że dobrze jest czasem posiedzieć, posłuchać i pomyśleć. Nawet bez posiadania inklinacji do filozoficznych rozważań na poziomie buddyjskiego mnicha, warto sprowokować umysł do zadawania pytań i prób znalezienia odpowiedzi. To lepsze niż kolejny kupiony kosmetyk w ramach kampanii Podaruj sobie odrobinę luksusu.

Punktualnie o dziewiątej wysyłam Inżynierowi wiadomość: Siedzę w autobusie, zjednoczona z wszechświatem. Minutę później dostaję odpowiedź: Młoda zasnęła dziesięć minut temu, też zjednoczona z wszechświatem. Parskam śmiechem. Wiedziałam, że tak będzie.
- Zęby, czy tak się dobrze bawiła? - pytam już w domu.
- To drugie - mówi Mąż Mój.
- A próbowałeś chociaż ją położyć?
- Próbowałem, kilka razy - przytakuje Inżynier.
Po czym po chwili wyznaje z rozbawieniem:
- Ale nie dało rady, strasznie mnie rozśmieszała!

Adopcja w UK (10): Odnaleziony, odnaleziona

W moich adopcyjnych opowieściach dotarłam wreszcie do najfajniejszego momentu. W chwili pisania tych słów szczerzę się przed monitorem sama do siebie, bo wracają wspomnienia. We've been linked with a girl!, pisałam podekcytowana do wszystkich tutejszych znajomych w ubiegłym roku. Pisałam, wpatrywałam się w jej zdjęcie, po czym klikałam 'wyślij' i czekałam kilka minut. W większości przypadków odpowiedź z gratulacjami i słowami radosnego niedowierzania przychodziła błyskawicznie.

Jeżeli jesteście  linked with a child, nie oznacza to jeszcze, że dziecko na pewno do was trafi. Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego wpisu, w Krainie Deszczu często przeprowadza się dodatkowe rozmowy z 2-3 rodzinami ubiegającymi się o adopcję danego dziecka. Link oznacza tyle, że jesteście brani pod uwagę. Plusem tej dziwnej sytuacji jest to, że od początku wiecie, czy macie konkurencję w postaci innych adoptersów. Niezależnie jednak od wszystkiego, zostaniecie poproszeni o umotywowanie swojej decyzji. Mówiąc krótko, padnie pytanie, dlaczego uważasz, że akurat to dziecko najlepiej odnajdzie się w waszej rodzinie. I o ile wasze szczere stwierdzenie, że zwyczajnie do tego malucha zabiło wam serce, wywoła powszechne i bardzo angielskie 'aaaahhh!', to i tak wasz social worker będzie oczekiwał konkretów. Najbardziej istotne kwestie to:

- narodowość - czy jesteście rodakami? jeśli nie, jak bardzo wasze kultury są do siebie zbliżone? jeśli jesteście z różnych światów - jak zamierzacie utrzymać kontakt z tym innym od waszego kulturowym dziedzictwem dziecka? co z językiem ojczystym dziecka?

Ważne: tu nie ma gotowych, jedynie słusznych odpowiedzi, ale warto na serio wziąć te kwestie pod uwagę. Jest wiele dzieci, które nie znajdą w UK rodziców pochodzących z tego samego co one kraju. Dlatego tak ważne jest, aby adopcyjny rodzic był świadomy wszystkiego, co taka mieszanka kulturowa za sobą pociąga. Czy jesteście pewni, że podołacie wszystkim aspektom wychowania ciemnoskórego dziecka w rodzinie i/lub społeczności, gdzie wszyscy są biali?

- religia - ten temat dla mnie wiąże się po prostu z kulturą dziecka oraz ewentualnie życzeniem biologicznych rodziców (czasem mogą oni wyrazić swoją wolę w kwestii tego, do jakiej rodziny trafi ich dziecko). Bo jakim cudem półtoraroczne czy dwuletnie dziecko może być wyznawcą jakiejś religii?

- charakter dziecka - jeśli w profilu malucha wyraźnie stoi, że dziecko boi się zwierząt, potrzebuje dużo ciszy i spokoju oraz wskazane jest, aby minimum dwa lata spędziło z jednym z opiekunów w domu, a wy macie takiego Rudolfa i napięty budżet sugerujący powrót do pracy najpóźniej po urlopie macierzyńskim, to odpowiedź mamy gotową.

To oczywiście historia z naszego adopcyjnego życia. Ten mały taaaak się do nas uśmiechał z tego zdjęcia, ale Rudolf wszystko popsuł. Pewnie psim nosem czuł, że to jeszcze nie nasz czas, bo przecież on czeka na Fruzię!

- medyczne i psychologiczne potrzeby dziecka - czy jesteście w stanie podołać zespołowi zaburzenia więzi? FASD? przeszłości dziecka?

Link oznacza również to, że wasz social worker zobowiązany jest do przedstawienia wam pełnej historii dziecka. Dostaniecie więc kopię CPR (Child Permanence Report) do wglądu. W CPR znajdują się wszystkie dane rodziców biologicznych, statusu sądowego dziecka, kwestie medyczne, chronologiczny przebieg wydarzeń od momentu trafienia dziecka pod skrzydła opieki itp. Często jest to bardzo przykra i wstrząsająca lektura.

Kiedy cała banda social workerów i innych osobistości zdecyduje, że to wy i nikt inny zapewnicie dziecku najlepszy możliwy dom, możecie zacząć świętować. Oficjalnie match  następuje po Matching Panel i pozwala odkorkować szampana, ale ja radziłabym wypić go wcześniej, bo po panelu zaczyna się jazda bez trzymanki! Za chwilę poznacie swoje dziecko!

Przed panelem dojdzie do spotkania, w którym na pewno wezmą udział wasz opiekun socjalny, opiekun dziecka + inne osobistości maczające palce w tworzeniu waszej rodziny. Razem ustalicie tzw. Adoption Transition Plan, w którym znajdą się najważniejsze dla was kwestie dotyczące całej adopcji oraz plan działania na czas od momentu kiedy poznacie wasze dziecko (Introductions) do momentu, kiedy zabierzecie je do domu.

Ale najpierw Matching Panel.

Matching Panel wygląda dokładnie tak samo jak Adoption Panel (klik) , tyle że ... jest mniej stresujący (wszyscy tak mówią!) i zdecydowanie bardziej radosny. Jedyne, co się zmienia, to to, że nie rozmawiacie już teoretycznie o teoretycznej rodzinie, ale o konkretnym dziecku - a konkretnie o waszym dziecku! I na tym skupia się cała rozmowa - jak podołacie potrzebom dziecka, jaki macie pomysł na dwukulturowe wychowanie, jak się zapatrujecie na zaplanowany kontakt z rodziną biologiczną (o tym napiszę osobny post), na czyją pomoc możecie liczyć w nagłych przypadkach, kiedy i jaki zamierzacie poznać dziecko z resztą rodziny, jak zareagowała rodzina na dobrą nowinę, kiedy zamierzasz /acie wrócić do pracy itp. Niby rozmawiacie o tym samym, co na panelu adopcyjnym, ale może się okazać, że dziecko już w tym momencie wywróciło wasze początkowe plany do góry nogami, bo na przykład jest młodsze niż zakładaliście, że będzie, a co za tym idzie może nie chcecie wysłać go do przedszkola zaraz po urlopie adopcyjnym, trzeba więc znaleźć inne rozwiązania na reperowanie rodzinnego budżetu. Ha ha, znowu piszę o nas!;-)

Po panelu wprowadzacie w życie Transition Plan. Plan jest bardzo szczegółowy i będzie waszym przewodnikiem po tym wszystkim, co będzie działo się od momentu poznania dziecka. Uwierzcie mi, to się bardzo przydaje, bo emocji w tym czasie jest tyle, że człowiek naprawdę nie pamięta nic ponad to, że tego dnia o tej godzinie zobaczy swoją córkę / swojego syna! Transition Plan powie wam dokładnie jak będzie wyglądało każde spotkanie z waszym dzieckiem, zanim zabierzecie je do domu. Na przykład:

Day 1. - 8.30 am - 11.30 am (Poznanie z X, rozmowa z rodzicami zastępczymi, zabawa)
Day 3. - 1 pm - 7 pm (Pierwszy spacer z X / wyprawa do klubu malucha; wspólny obiad; wieczorna kąpiel, czytanie bajek na dobranoc).

Komuś może się to wydać dziwne, że tak skrupulatnie wszystko jest zaplanowane, ale dzięki temu nie przeżywacie rozterek z serii a może powinniśmy zostać dłużej/krócej? czy co właściwie powinniśmy robić, żeby nie wprowadzać zamieszania w rutynę dziecka? Wizyty odbywają się w aktualnym miejscu zamieszkania dziecka, trwają zwykle około tygodnia (czasem dłużej, czasem krócej, jeśli mowa jest o naprawdę malutkim dziecku), więc jeśli mieszkacie w innym hrabstwie lub regionie czekają was dojazdy bądź małe wakacje z dala od domu.


W dniu przeprowadzki dziecka (Placement Day) spotykacie się wszyscy w aktualnym miejscu zamieszkania dziecka, podpisujecie papiery, dostajecie kopie dokumentów potwierdzających waszą rodzicielską odpowiedzialność za malucha, wszystkie rzeczy należące do waszego nowego członka rodziny, robicie pamiątkowe foty, (niektórzy płaczą!) i ... ruszacie.

Ruszacie do domu!

(No i się popłakałam, bo przypomniało mi się, jak my ruszaliśmy...)

Po 10 tygodniach od oficjalnej, popanelowej decyzji Adoption Decision Maker, że zostaliście uznani za perfect match dla waszego małego wybrańca, możecie złożyć w sądzie wniosek o adopcję. Ale o tym opowiem następnym razem.

***

Dobrze wiedzieć, że do Was trafiam. Piszecie maile, zaczynacie odzywać się w komentarzach. Dziękuję za każde napisane słowo, dzięki temu wiem, że jesteście tam, z zupełnie innymi lub podobnymi do naszej historiami, że czytacie i że warto konynuować ten cykl.

Jedna z Was pytała mnie, czy ma szansę adoptować jako samotna matka z dzieckiem. Nie wiem, dlaczego ten komentarz się nie opublikował, ale na moją pocztę dotarł. Jeśli tu wciąż jesteś, autorko tego pytania, to moja odpowiedź brzmi tak, masz takie same szanse jak wszyscy! Bohaterka jednego z moich wpisów (klik), Rachela, jest singielką. Aktualnie - podwójna adopcyjną mamą. Posiadanie dziecka biologicznego zupełnie nie przekreśla niczyich szans na adopcję dziecka. Jeśli interesuje Cię adopcja dziecka o innej niż Twoja narodowości, miej gotową odpowiedź na pytanie o Twoją motywację, bo takie na pewno padnie. Inną kwestią jest to, co słyszę z różnych stron: niektóre agencje chwilowo zamykają drzwi nowym kandydatom na rodziców, ponieważ nie są w stanie przygotować tak dużej liczby osób do panelu. To jednak nie znaczy, że wszystko stracone. Powtórzę to, co już pisałam kilka razy - dzwonić, pisać, dowiadywać się, pukać do wszystkich drzwi i okien, ewentualnie odczekać tyle, ile trzeba i... znowu pukać. Ktoś w końcu otworzy!:-)

Będę również bardzo wdzięczna i szczęśliwa, jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoimi historiami adopcyjnymi w UK. Chciałabym zebrać je w jeden artykuł o Was, o imigrantach, którzy tutaj właśnie postanowili zawalczyć o swoją rodzinę. Wiem, że tam jesteście. Możecie opowiedzieć tyle, ile chcecie, ile uznacie za słuszne i stosowne. Pomożecie mi?

Piszcie na adres litermatka81@gmail.com.

Jeśli nie wiesz, od czego zacząć albo uważasz, że pisanie ci nie idzie, po prostu skontaktuj się ze mną, spróbuję z Tobą pogadać mailowo:-)

O sprawdzonym* sposobie na ząbkowanie

Niedzielny, wczesny wieczór. Inżynier ulokowany na dywanie, zawinięty w kołdrę, pod głową ma dwa wielkie miśki Fruzi, które jeszcze niedawno były śnieżnobiałe, w ręku szklanica z napojem bogów. Ja siedzę na sofie, kończę swój przydział chałupniczego oskrobywania plastikowych detali, zaraz zamierzam dołączyć do Męża na dywanie. Rudolf gdzieś pomiędzy nami, tyłkiem na kołdrze, pyskiem na moich stopach. Oglądamy film. A raczej próbujemy, bo już gdzieś na starcie mała budzi się z płaczem. Całuję, przytulam, lulam, głaszczę po pleckach i włoskach. Układam wygodniej, przykrywam, podaję smoczka, całuję, przytulam, lulam, głaszczę. Mała dalej płacze. Szepczę, szumię, nucę. Całuję, przytulam, lulam, głaszczę. Fruzia wpada w histerię. Dotykam jej czoła, ale nie, nie ma gorączki. Za to policzek taki bordowy, że przebija przez ciemność.

Biorę ją do nas. Inżynier sadza ją sobie na brzuchu i próbuje rozweselić. Ja przynoszę drugą kołdrę, zabawiamy Fruzie, ale średnio nam idzie, mała uśmiecha się, ale za chwilę znów krzyczy tak, że nawet Rudolf patrzy na nas niepewnie. Te zęby nie mają litości. Jeden po drugim, jakby gdzieś im się spieszyło, nie dają malutkiej chwili wytchnienia. Ból przychodzi falami, to widać, Fruzia jest nim umęczona, a my nie wiemy, jak jej pomóc. Gryzaki wyrzuca, żel działa na chwilę. Paracetamol staram się dawkować ostrożnie, choć nie wyobrażam sobie nie mieć go w szufladzie na czarną godzinę. Pozwalamy małej pogapić się w ekran laptopa, układamy ją wygodnie na kołdrach, głaszczemy po małej główce i kiedy wydaje się, że już, już zasnęła... po sekundzie znów budzi się z krzykiem. Płacze tak żałośnie, tak rozpaczliwie i tak prosząco. Nie mam pomysłu na to, co dalej.

- Papier - mówię w końcu. - Jak to nie zadziała, to już nic nie pomoże.

Przynoszę z łazienki rolkę papieru toaletowego. Fruzia początkowo jakby nie zwraca na niego uwagi, ale jej chlipanie powoli się uspokaja. Siada na tyłeczku, patrzy na nas uważnie, jeszcze łka cichutko od czasu do czasu, jeszcze jęknie i chlipnie, ale najwyraźniej przynęta chwyciła. Fruzia bierze papier w łapki i zaczyna drzeć go na małe kawałki. Przyglądamy się temu z nadzieją, że malutka złapie trochę oddechu, że uspokoi się na dłużej niż minutę.

O dwudziestej trzeciej kładę Fruzię do łóżeczka, po kilku westchnieniach zasypia spokojnie. Wracam do salonu, włączam światło i ... nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Cały pokój usłany jest kawałkami papieru toaletowego - maleńkimi i trochę większymi płatkami, kulkami, wstążkami białego puchu. Są na dywanie, na kołdrach, na podłodze, na sofie... Na pysku Rudolfa ułożonego obok pańciunia. Zmieszały się z białymi, plastikowymi detalami, których nie dokończyłam. Mam je na kapciach, na legginsach... o, Mąż Mój zdejmuje papierowe płatki z moich włosów.
- Boże! - mówię tylko, strzepując kołdrę.
Biały puch podnosi się do góry, wiruje pod sam sufit.
- Fajnie, co? - śmieje się Inżynier. - Jak na koloniach.
Mhm. A ściślej mówiąc, jak na zimowisku.
Kładę się obok chłopaków na dywanie, zawijam w kołdrę i białe ścinki, głaszczę Rudolfa.

Powinni produkować specjalną wersję papieru toaletowego dla ząbkujących maluchów. Mógłby być jeszcze lżejszy dla wzmocnienia efektu wirowania i ulegać samozniszczeniu po kilku godzinach.

Fruzia przesypia całą noc. W przeciwieństwie do nas. Co jakąś godzinę budzimy się, bo Rudolf robi straszny rumor  w salonie, dając wyraz swemu niezadowoleniu.

Zostawiłam na sofie rozsypane detale, więc teraz on, biedak, nie może się na niej umościć!

* Sprawdza się tylko wtedy, kiedy zaczynają działać przeciwbóle...

O gramatycznych (nie)porozumieniach

Siadam na miękkiej sofie przy recepcji. Naprzeciwko mnie, przy małym, okrągłym stoliku siedzi dwoje sanitariuszy, rozprawiają o czymś półgłosem. Obok nich łóżko na kółkach. Po chwili oboje wstają, uśmiechają się do mnie, mężczyzna łapie za uchwyty przy łóżku, kobieta wciska guzik przy drzwiach, próbując zwolnić blokadę. Szarpie się z nimi i w końcu zaczyna się śmiać, coś do mnie mówi, jakby usprawiedliwiając przed świadkami sceny swoją niemoc.
- Przyciśnij guzik i jednocześnie popchnij drzwi - podpowiada jej kolega.
Drzwi otwarte. Kobieta jeszcze raz wysyła mi usprawiedliwiające spojrzenie.
- Mnie wciąż się to zdarza - mówię jej na pocieszenie.
Nie kłamię. Czuję chwilowe pokrewieństwo dusz z tą nieznajomą kobietą.

Mam jeszcze kwadrans do spotkania, więc rozsiadam się wygodnie i powoli skanuję wzrokiem otoczenie. Jest przytulnie. Dywany, krzesła i dwie sofy obite miękkim materiałem, akwarium, zdjęcia i jakieś ulotki na korkowej tablicy, lustro, a u jego dołu złożony z ozdobnych liter napis H-O-M-E. Za moimi plecami korytarz, trochę dalej wyglądający jak szpitalny, po którym wciąż wędruje ktoś z personelu. Kiedy tak się rozglądam, łapię spojrzenia przechodzących, niejako zmuszam ich do uśmiechu. Bezgłośne hiya i hello. Odwzajemniam uśmiechy. Zastanawiam się, czy niebawem będziemy rozmawiać o planach na weekend oraz komu przeziębiło się dziecko. I jak to miejsce wygląda wieczorem i nocą.

To jeden z tych dobrych dni, czuję to.
Mogłabym tu pracować, myślę spokojnie.

***
Od początku szkoły średniej wiedziałam, co chcę studiować. I czego nie chcę robić po tych studiach. Kiedy zostałam nauczycielką, zorientowałam się, że to całkiem fajne zajęcie.

Najlepiej pracowało mi się z dorosłymi, ustaliłam więc sama z sobą, że tu leży moje powołanie. Może być młodzież, byle nie przedszkolaki. Lubię dzieci, ale chyba nie w takiej liczbie naraz. Różowa Chmurka uzmysłowiła mi, że naraz też jest dobrze. (Czasem.)

W końcu ugryzłam się w język. Przestraszyłam się, że jak tak dalej pójdzie, wyląduję na budowie i nie będę już musiała dręczyć moich skórek i paznokci, bo od tego cementu same poodpadają.

Ludzki mózg chyba rzeczywiście jest upośledzony gramatycznie i nie rozumie zdań przeczących. Może zamiast dywagować nad tym, czego naprawdę nie chciałabym w życiu robić, powinnam zacząć przekonywać mój umysł, że nigdy-w-życiu-nie-chciałabym-być-bogatą-żoną-bogatego-właściciela-sieci-polskich-piekarni-w-Krainie-Deszczu-i-matką-trojga-dzieci. Albo wreszcie zrobić to poprawnie, wysyłając mu czytelną informację, że tak-naprawdę-chciałabym-być-bogatą-żoną-bogatego-właściciela-sieci-polskich-piekarni-w-Krainie-Deszczu-oraz-matką-piątki-dzieci-adoptowanych-przed-pięćdziesiątką.

A tymczasem przypomniało mi się, że kiedyś przekonywałam Inżyniera, jak bardzo nie wyobrażam sobie pracy na nocną zmianę. Choć aż tak bardzo to nie musiałam go przekonywać. Wiadomo, że to ja potrafię zasnąć w środku najlepszej imprezy, bo właśnie wybiła północ. Prawie jak u Kopciuszka.

***
- To może najpierw powiedz mi, proszę, co wiesz o naszej firmie? - pyta rekruterka.
Fruzia właśnie usiłuje wstać, trzymając się nogawki moich jeansów. Balansuję ciałem tak, żeby nie grzmotnęła głową o krzesło, jednocześnie próbując pozbyć się tej małej pijawki, bo w tym końcu pokoju tracę zasięg i muszę się przemieścić.
Yyyy...
Z tego nawału aplikacji, które wysłałam, trudno pamiętać cokolwiek. Trochę pomaga fakt, że akurat wysłałam wczoraj. Ale tylko trochę.
Coś tam kręcę, zastanawiając się, czy ja w zasadzie rozmawiam z kimś z agencji pośredniczącej, czy może z z kimś bezpośrednio od pracodawcy. Część mnie, ta z etykietką wzorowej uczennicy, karci siebie samą za nieodrobione zadanie domowe.
- Aaaa-aaaaa - śpiewa Fruzia. - Ma-ma-ma-ma.
- How ....(aaaa-aaaa-ma-ma-ma!)  understand .. (aaaaa-aaaaa-ma-ma-ma-ma!)... independence ? - pada kolejne pytanie.
Matko. W tych warunkach to ja naprawdę daję radę, skoro w ogóle rozmawiam.
Independence? Chyba nie chodzi jej o Deklarację Niepodległości?
Tfu.
- Ach, 'promoting independence'! - dociera do mnie. - Przepraszam, moja córka plącze mi się pod nogami...

Dalej idzie już zdecydowanie lepiej, pomimo Fruzinowych pomysłów na walenie szczotką do włosów o metalową poręcz łóżka oraz otwierania i zamykania dolnej szuflady z głośnym ślizgiem. Dobrze, że ocaliła własne palce. Próbuję jej uciekać, ale gdzie bym się nie schowała z telefonem w dłoni, mała natychmiast pędzi za mną z tym swoim anielskim zaśpiewem.
- Bardzo ci dziękuję, chciałabym zaprosić cię na rozmowę kwalifikacyjną do naszej placówki - słyszę wreszcie po kilkunastu długich minutach.
- Ja również ci dziękuję, córko - mówię z ulgą do małej. - Widziałam jak bardzo starałaś się nie przeszkadzać.

Fruzia posyła mi piękny, zębaty uśmiech. Docenia, że doceniam.

***
Tym razem jestem przygotowana. Wiem, że to nie z agencją rozmawiałam kilka dni wcześniej. Wiem, ile mają placówek w całym kraju, ilu mieszkańców w tej, w której właśnie siedzimy, wiem, że demencja, niepełnosprawność, że to zupełnie inna, a jednocześnia tak podobna praca do tej w Różowej.
- W końcu pod koniec życia bywa, że potrzebujemy takiej samej opieki jak w niemowlęctwie - mówi Inżynier, kiedy razem z Fruziakiem odbierają mnie z rozmowy.

Co zrobisz, jeśli ktoś z mieszkańców zacznie na ciebie krzyczeć i być w stosunku do ciebie agresywny? Co zrobisz, jeśli ktoś z mieszkańców odmówi pójścia do toalety w twoim towarzystwie, choć potrzebuje pomocy? Co rozumiesz pod pojęciem 'demencja'? Jak twoje dotychczasowe doświadczenie zawodowe pomoże ci w wykonywaniu tej pracy? Jak wyobrażasz sobie swoje obowiązki na nocnej zmianie?

To jest naprawdę intensywne pół godziny. Ale wiem, co mówię. Wiem, o jaką pracę się staram. I dlaczego.

Dzwonią późnym popołudniem, że chcą mnie widzieć w swoim teamie. W swoim nocnym teamie opiekunów starszyzny. Pozostaje mi zaopatrzyć się w kieszonkową latarkę. Beczkę kawy, mam nadzieję, dorzucają gratis do pensji.

***
Dostałyśmy z Fruzią odroczenie służby żłobkowej.

Może i mój mózg nie jest najlepszy z gramatyki, ale mam wrażenie, że i bez niej wie chłopak, co robi.

O smoczkach

Smoczki są cool. A właściwie dydki, dydusie. Tak nazywaliśmy je w Moim Rodzinnym Domu, tak nazywamy je w Piątej Chatce. Fruzia reaguje na słowo dyduś, nie smoczek. I właściwie mogłaby się ze swoimi pomarańczowymi i  niebieskimi przyjaciółmi nie rozstawać, gdyby nie dziwna matka, która toczy z nią jeszcze dziwniejszą wojnę podjazdową, sprawiając, że dydki czasem rozpływają się w powietrzu. Matka nauczyła się jednak doceniać spryt Fruzi, która potrafi bezbłędnie zlokalizować ich położenie w promieniu mili.

Nie marwię się jednak. Babcia Mamuśka rozgrzeszyła mnie ze wszystkich moich obecnych i przyszłych grzechów wychowawczych (oprócz skarpetek i niedawania dziecku gorzkiej czekolady) i oznajmiła, że mam się nie wygłupiać tylko spokojnie dać młodej nacieszyć się dydusiem. Odetchnęłam. Przyszła mi do głowy taka dzika myśl, żeby rozdzielić ich na dobre, ale dopiero po oficjalnym oświadczeniu Mamuśki nabrałam pewności, że czynię słusznie, dając im czas. A jeśli nie, to zawsze będę mogła zwalić winę na Mamę.

Poza tym u nas to rodzinne.

Niekwestionowanym mistrzem w tej dziedzinie chyba na zawsze pozostanie Wielki Brat. Wiarygodne źródła podają, że w wersji mini był on tak zagorzałym zwolennikiem dydkania, że zainicjował nawet społeczną kampanię "Jestem dydkaczem i nie wstydzę się tego." Mini Wielki Brat ostentacyjnie miętolił jeden smoczek w buzi, jeden w dłoni, a trzy inne nosił ze sobą nawleczone na tasiemkę. Mamuśka twierdzi, że przechodził też etap pocierania dydkami policzków, które w pewnym momencie miał już tak powycierane, że zachodziła obawa o ich przedziurawienie. I tak przez dobre trzy lata. Wasza reporterka słyszała również, ale są to niepotwierdzone informacje, że pod wpływem kampanii Wielkiego kilku innych dydkaczy z okolicznych wiosek dokonało coming outu. Pamiętajmy jednak, że to było ponad 35 lat temu. Ludzie byli bardziej tolerancyjni i przyjaźni dydkaczom niż obecnie. Dlatego nasz coming out może dokonać się jedynie tutaj, w sieci. Chronię Fruzię jak mogę przed publicznym ujawnieniem prawdy.

Ja zdecydowanie lepiej wpisałabym się w obecny nurt smoczkowy (można by rzec, że wyprzedziłam swoją epokę), choć miłość moja do dydka była z tych romantycznych. Ten jeden albo żaden. Miałam około 10 miesięcy, kiedy mój przyjaciel dyd dokonał żywota swego. Do dziś nie wiadomo, czy śmierć spowodowana była przyczynami naturalnymi, bo pamiętajcie, że smoczki jednak krótko żyją, czy może trochę mu pomogłam w zejściu z tego padołu łez... Nieważne. Sekcja zwłok wykazała wielką dziurę w dydku i to był koniec.
- Dydy ma! - mówiłam z rozpaczą w głosie. - Dydy pęk!
- Tak jest, kochanie - powtarzała Mamuśka cierpliwie. - Dydusia nie ma, dyduś pękł.
I tak przez całą noc.
- Dydy ma! - przypominało mi się co chwilę. - Dydy pęk!
Jestem pewna, że dla Rodziców to była bardzo długa noc.
Ale miłość zwyciężyła. Miłość jest ponadczasowa. Od tamtego dnia i tamtej nocy nie pokochałam już żadnego innego.

I to pewnie dlatego nie potrafię jeszcze przerwać tego związku on-Fruzia. Coś we mnie pęka za każdym razem, kiedy patrzę, z jaką miłością nasza córka obejmuje swojego smoczka. (Jednego z wielu, ale przecież czasy się zmieniły, więc nie bądźmy tacy drobiazgowi.)

To echo tęsknoty za gwałtownie przerwanym uczuciem.

O tym, że z czekaniem nam do twarzy

Pizza Hut, wczesny wieczór

Najbardziej komercyjne miejsce świata. Już nie pamiętam, kiedy i jak stało się naszym punktem do przeżywania i przeżuwania. Tam świętujemy dobre wieści i trawimy wraz z pizzą to, co boli. Bywaliśmy tam przed Erą Fruzi, bywaliśmy razem z nią, kiedy jeszcze nie potrafiła siedzieć. Dziwiliśmy się pędzącemu czasowi, kiedy po raz pierwszy mogliśmy posadzić ją w wysokim krzesełku obok naszego stolika. Śmialiśmy się, kiedy równo z nami zaczęła wsuwać warzywa z sałatki, pieczywo czosnkowe, a potem kawałki wypchanych serem obrzeży pizzy.

- Nie martw się - mówi on między jednym a drugim kęsem naszej Cheesy Bites. - Przecież nas znasz.
Znam. To prawda. Tyle o nas wiem, ile nas życie sprawdziło.
- Jesteśmy konsekwentni, krok po kroku poukładamy to wszystko - dodaje. - Jeszcze będziemy mieli dzieci, zobaczysz.
Wiem.
Wiem już, co stało się misją naszego życia.
Długie i mozolne kompletowanie rodziny.

Piąta Chatka, kilka godzin wcześniej

Przyjechała na ostatnią wizytę. Na ostatnią naprawdę. I na tej naprawdę ostatniej wizycie postanowiła strzelić nam gola. A ja, głupia, myślałam, że do jednej bramki gramy.

W sumie więcej milczała, sondując, co ja na to. Że jednak nie, że dopiero za dwa lata możemy podjąć rozmowy. (Podjąć je. Za dwa lata.) (Cisza.) Coś o potrzebach dziecka i dużej liczbie adoptersów. (Cisza.) Och. I jeszcze o różnicy wieku, bo bez niej to wiadomo. (Cisza.)

Pytam powoli, ważąc słowa, bo czuję, że grunt znów usuwa mi się spod nóg. Pytam o starsze od Fruzi dzieci, jesteśmy otwarci, pytam wciąż teoretycznie, szukam rozwiązań i dobrych dla wszystkich scenariuszy, przecież nie zamierzam bić się z nikim o noworodka, ale napotykam na mur milczenia, sceptycznych min i uważnego badania mojej reakcji. Na ręku mam Fruzię i tylko dzięki niej wciąż jeszcze stoję w pionie.
Deja vu. Wtedy było dokładnie tak samo. Obawiam się jednak, że tym razem za kilka dni nie zadzwoni telefon i nie obróci tego złego wrażenia w pył. To tak, jakbym rozmawiała z kimś innym niż miesiąc temu. Całkowicie innym. Z kompletnie nowym pakietem zasad i ustaleń.

To upokarzające. Tak prosić się o dziecko. Ej, no weź, jedno już masz. Chyba nie myślałaś, że możesz sobie zrobić drugie ot, tak? Nie myślałaś, prawda?

Cholera, zapomniałam. Nie wiem, jak to się stało, ale ja naprawdę zapomniałam! Że przecież nie możemy w zaciszu własnego domu, w tajemnicy, żeby nie zapeszyć, może nawet chichocząc lekko, zdecydować, że pora powiększyć rodzinę. Nie, na pewno nie my. My musimy z całym zastępem ludzi, którzy przetestują nas wzdłuż i wszerz. Jeszcze raz. I jeszcze jeden. Jak, do cholery,  mogłam zapomnieć?!

Żeby chociaż jedno dobre słowo, takie łagodzące, przecież was znamy i to świetnie, że chcecie dalej z nami działać, może w którymś momencie będziemy mogli okazać się bardziej elastyczni, na Boga i Karmę, przecież chodzi o dzieci czekające na dom!
Żeby chociaż to.
Cisza.
W Krainie Deszczu taka cisza jest złowroga.
I nagle słyszę samą siebie:

- Nie poddamy się tak łatwo.

Jeszcze nie wiem, o co dokładnie mi chodzi. Chyba po prostu chcę, żeby wiedziała, że jeśli naprawdę będzie trzeba, poczekamy. I że nawet jeśli po drodze zmienią się przepisy, regulacje, a Kraina Deszczu nie tylko wystąpi z Unii, ale jeszcze wypisze się z planety Ziemia, to ja i on nie poddamy się tak łatwo. Chcę, żeby wiedziała, że ja i on włazimy oknem tam, gdzie nie da się przez drzwi. Tylko czy przypadkiem ona nie powinna już tego o nas wiedzieć?

Strażniczka patrzy na mnie i przysięgam, że jest zła. Za żadne skarby świata nie okaże tego, ale przecież widzę. Jest na mnie zła.
Przecież nie zamknęła nam przed nosem tych cholernych drzwi.
Ona je tylko lekko przymknęła na jakiś czas.

Zachowałam się impertynecko jak na tę szerokość geograficzną.
Przez chwilę żałuję, że nie jesteśmy w Ameryce Południowej. Albo we Włoszech. Niech już będzie, w Polandii też nie byłoby źle. Przydałaby się jakaś bardziej emocjonująca wymiana myśli.
Tutaj to jak policzek.
To jak groźba i rękawica rzucone pod nogi.
Z dziką satysfakcją myślę, że może choć na chwilę wstrząsnęłam jej poukładanym światem.

(Długa cisza. Patrzymy na siebie, jednocześnie unikając swoich spojrzeń.)

Wreszcie zmieniamy temat. Żegnamy się z uśmiechem. Choć jestem pewna, że obie mamy niesmak po tej wizycie. Po tej ostatniej wizycie.

Idę umyć zęby.

Pizza Hut, tego samego wieczoru

Przeżute, przegryzione, przetrawione. Żartujemy z Fruzi, która małą łapką daje znać, że buzia już wolna, pora na kolejny kęs, więc proszę się tam nie obijać!
- Późne rodzicielstwo ma sporo plusów - mówi Inżynier tonem, który tak dobrze znam. Słodko-gorzkim. - A znając nas, będziemy zbliżać się do sześćdziesiątki, kiedy dołączy do nas ostatnie dziecko, więc przynajmniej długo będziemy czuć się młodo.

I tego się trzymamy.
Zawsze musimy się czegoś trzymać.

Piąta Chatka, tydzień później

Tak sobie teraz myślę, Drugi Potomku, że może tak miało być. Będziesz dorastał z myślą, że na Ciebie też musieliśmy poczekać, że Ciebie też musieliśmy wymantrować i wywalczyć. 

Może ta świadomość będzie Ci kiedyś potrzebna.

Fruzia - roczniak

Nie może się zdecydować, czy robić bałagan, czy może posprzątać. Niestety, waha się tylko w kwestii klocków, pieluch i długopisów, w każdym innym przypadku wygrywa twórcza potrzeba czynienia chaosu. Być może to wina właśnie tej trójki. Klocki, pieluchy i długopisy tak pięknie można posłać w diabły - za siebie, przed siebie, na boki i w górę. A potem skrupulatnie pozbierać wszystkie do pojemnika, jeden po drugim. W chwili kryzysu długie eeee, dzięki któremu dorobiła się nowej ksywy Gderacz, wystarczy, żeby matka nadeszła z odsieczą, kiedy kopiec z pampersów traci swój pieczołowicie budowany kształt. Próbowała tej zabawy z papierem toaletowym (1 rolka = do 20 minut relaksu dla matki), ale ten wykazał się jeszcze większą niesubordynacją.

W styczniu odkryła, że te nogi to jednak ma po coś więcej niż tylko do raczkowania. Ale nie przejęła się tym odkryciem. Owszem, odbyła pokazowe wędrówki dłoń-w-dłoń z Drugą Babcią czy z rodzicielką podczas nieoficjalnej części uroczystości nadania nazwiska, ale poza tym nie lubi chodzenia dla samego faktu odnotowania przez publikę nabycia przez nią owej umiejętności. Uwielbia wspinać się po naszych nogawkach do pionu i z głową pomiędzy naszymi kolanami obserwować, co się wokół dzieje. Do dreptania musi mieć motywację. Najczęściej jest nią nos Rudolfa. Jeśli stanie przy sofie zbyt daleko od niego, małymi tip-topami będzie kierować się w kierunku mokrego guzika po to tylko, żeby wyznać mu miłość bolesnym nawet dla obserwującego uszczypnięciem.

On nie pozostaje jej dłużny, bowiem weszli w etap prawdziwych zapasów. Ona po nim łazi i skacze, on ją notorycznie przewraca. Ona wkłada mu palce w oczy i pysk, on liże ją natrętnie i zamiata jej twarz ogonem. Bywa, że jedno ryczy, a drugie aż zaskomle z wrażenia, ale długo nie chowają urazy. Po zawodach tulą się do siebie jak dwa wariaty. Łeb w łeb, policzek przy policzku. Jeden zastęp bakterii przy drugim.

Ulubiona zabawka to miska sierściucha, którą ślizga po podłodze w tę i z powrotem. Niedawno prawie wybiłam sobie zęby, potykając się o nią w ciemnym przedpokoju. Miejsce drugie w rankingu zajmują plastikowe, nikomu niepotrzebne karty - mój stary bilet miejski, legitymacja nauczycielska, karty stałego klienta z ulubionych sklepów z poprzedniego życia. Fruzia zbiera je skrupulatnie z podłogi, ogląda z każdej strony, jakby upewniając się, czy aby na pewno tata jej nie oszukuje i będzie mogła zapłacić nimi w sklepie za nową kiecę. Miejsce ostatnie na podium to gumowy śliniak. A w zasadzie tylko mała kuleczka, którą zapina się przy szyi. Po skończonym posiłku mała nie chce się z nia rozstać i bywa, że toczymy siłowy bój o kawałek zielonego silikonu. Ona jest naprawdę silna!

Nie spieszy jej się do mówienia. Ma-ma jest wyraźne, wciąż rzucane w chwilach rozpaczy, więc rozwiązuje największe problemy jej małego świata. Wszystkie ba-ba, da-da, ne-ne nie znają dnia ani godziny, za to śpiewne aaa-aaa łaskawie nuci na żądanie. Wpada wówczas w anielskie tony, tak inne od tasmańskiej chrypy, kiedy zdaje jej się, że nikt nie słyszy. Wszystkowiedzącym mamom w piaskownicy z łatwością mogłabym wytłumaczyć ten jej brak postępów lingwistycznych nadciągającą (ekhm!) dwujęzycznością popartą nieskończoną liczbą teorii oświecających, ale traf chciał, że nie spotykam takich mam zbyt często. Prawie w ogóle. A Fruzi chyba po prostu nie chce się gadać, skoro ma-ma wszystko załatwia. Mnie też czasem się nie chce, a niby tyle już potrafię powiedzieć.

Rozumie proste polecenia - chodź; pokaż, gdzie lala ma nosek; zrób papa; daj; pędź po piłeczkę; daj misiowi buziaczka. Rozumie i w zależności od nastroju współpracuje albo parsknie śmiechem i ucieka, jakby ją kto gonił.

Jest bardzo muzykalna. Wystarczy zapiąć ją w foteliku samochodowym i włączyć radio, a już się kołysze. Przód- tył, przód-tył. W czapce na głowie i szerokich jeansach wygląda jak mały skejter. Tańczy rano w naszym łóżku, kiedy Inżynier puszcza jej melodyjki z telefonu, tańczy w markecie, wyginając się w wózku sklepowym tak, że jeszcze chwila, a samowolnie go opuści. Podryguje wszędzie tam, gdzie słychać muzykę. Preferuje energiczne, mocne rytmy. Do melodii rodem z Boliwood skakała w górę, trzymając się ramienia taty i prawie gubiąc własną głowę.

Już nie przyjmuje każdej lektury, którą zaproponuję. Ma swoje ulubione i nie traci czasu na książeczki dla maluchów. Skupia się na poważnych treściach - zdrowym odżywianiu ("Jemy owoce"), przestępczości ("Skrucha Józi"), uczuciach ("I Love You as Big as the World") oraz faunie ("Clip-clop" wciąż na topie). Bustera i jego misia pozbawiła twarzy. Aktualnie pracuje nad pozbawieniem ich całej reszty organów na ostatniej stronie księgi. Mr Noisy oficjalnie został uznany za zaginionego. Została po nim jedynie okładka.

A ma czym gryźć, bowiem pierwszy rok życia pożegnała z oficjalną liczbą 8 zębów, a przywitała drugi zębem numer dziewięć. Aktualnie jedenasty w drodze, choć matce-reporterce udało się ustalić, że niebawem nastąpi wysyp kolejnych. W tym tempie Fruzia ma szansę wyhodować zęby mądrości jeszcze przed drugimi urodzinami.

Uwielbia je szczotkować. Siedząc w wannie, wskazuje małą łapką na parapet, przypominając mi, że przecież hej, pora na zęby, zapomniałaś, matka? Na życzenie Fruzi szczotkę trzeba od czasu do czasu opłukać wodą. Nie opracowałyśmy jedynie sposobu na bezkonfliktowe jej oddawanie.

Pokazuje, jaki ma charakter i temperament. Nie poddaje się tak łatwo. Wie, że szuflady są pozamykane na kluczyk, a pomimo tej wiedzy gmera przy nich, kombinuje z lewej i prawej, docieka, o co w tym wszystkim chodzi. Jest bardzo pogodnym dzieckiem, ale w chwilach zmęczenia i boleści potrafi trzasnąć kubkiem o podłogę z werwą, której zaczynam jej zazdrościć. Strzela smoczkami na odległość dwóch metrów, a kiedy jej złość naprawdę sięga zenitu, ryczy na mistrzowsko wysokich tonach.

Zastanawiam się, czy zdaniem Mamuśki ona też zasłużyłaby na przydomek  Piszczka, gdyby Babcia miała okazję usłyszeć wnuczkę w szczytowej formie jej niezadowolenia... ;)

Gala Głosujących 2016, czyli kulisy naszego startu

Bez ściemy, jak pisze o swoim blogu Dagmara Hicks.

Przez ostatni tydzień mój skonany baby brain miał okazję odpocząć, godnie zastępowany przez blog brain, który dotrzymywał kroku Fruzi, jednak mnie samej nie dawał chwili wytchnienia. Po nocach śniły mi się kulki z głosami, ze szczególnym naciskiem na tę trzecią kulkę, która dotarła do Piątej Chatki w nocy z niedzieli na poniedziałek, umęczona długą podróżą i blokadami na smsy na numery zaczynające się na 7. Nawet nie dręczyłam jej gadkami o prysznicu, widziałam, że pada na okrągłą twarz, więc utuliłam ją z wdzięcznością, że jest i tak jak stałyśmy, obie padłyśmy na łóżko, tuląc się do poduszki z myślą, że nareszcie się wyśpimy.

A zaczęło się tak niewinnie.

- Zgłosiłam się do konkursu na Blog Roku - doinformowałam Inżyniera, który z boku, ale i z ogromnym wsparciem, przygląda się moim pisarskim poczynaniom w sieci już od 7 lat.
Słownie: siedmiu. Tutaj też jestem od siedmiu. Miesięcy.
(To on od czasu do czasu pyta z tym swoim błyskiem w oku, czy już mogę zacząć na tym zarabiać.)
- Świetnie - ucieszył się. - Rozszerzysz grono swoich czytelników i kiedyś jeszcze będziesz żyła z pisania, zobaczysz - przekonywał.
(Kochany jest, prawda?)
Mamuśka Moja, dopiero od niedawna czytelniczka moich zapisków, bo wcześniej zbyt dużo zamieszania wprowadziłam z hasłami (Szanowni Państwo, powitajmy brawami Mamuśkę!), natychmiast zapaliła się do pomysłu zbierania smsowych głosów. Tak jak i Druga Mama (Szanowni Państwo, powitajmy Drugą Mamę!). Ojcowie milczeli, ale tylko w tej początkowej fazie.

Potem wszystko potoczyło się niczym lawina śnieżna.

- I jak idzie z blogiem? - pytał Ojciec Dyrektor, kiedy dzwoniłam do Rodzinnego Domu.
- Walczymy! - odpowiadałam bojowo, nie mając zielonego pojęcia, jak naprawdę nam idzie.
Wystartowaliśmy z czwartej dziesiątki, potem mieliśmy awans na 26 miejsce, które szybko straciliśmy, więc trudno było przewidzieć, co dalej.
"Poruszyłam smsowe niebo i ziemię", zdawała Mamuśka tekstową relację ze swojej kampanii promocyjnej. (Tylko sam Bóg i Karma raczą wiedzieć, w czyje ręce wpadliśmy!)
- Kochanie, nic się nie martw, dziś głosujemy i zobaczymy, co jeszcze da się zrobić - zapewniała Druga Mama z pociągu wiozącego ją do pracy.
Kuzynka uaktywniła linkowanie na fejsbuku, a Rudolf szczekał tak, że go w Polandii musiały inne sierściuchy słyszeć.

Bywało dramatycznie.

"Nie możemy wysłać smsa!", donosiła Wielka Szwagierka. "Próbowaliśmy z 6 numerów, 3 telefonów, ale lipa!"
Kocur też płakała emotikonkami, że to straszne, że ona nic nie może zrobić, ale ma blokadę, tak jak i Wielka, a przy tym strasznie roztrzęsiona i "dzika" była.

A ja siedziałam w Piątej Chatce i zamiast na trzeźwo pomyśleć, że przecież nie mamy realnych szans z wielkimi blogosfery, dałam się ponieść fali szaleństwa. I właściwie wcale tego nie żałuję, bo jak Bebe słusznie zauważyła, emocje były jak przy Pucharze Świata. Choć w moim przypadku lepsze byłoby porównanie do kupowania wózka dla Fruzi na car boot sale.
Siedziałam więc przed monitorem, logowałam się to na prywatne konto fejsbuka, to na blogowe, przy czym w pewnej chwili zorientowałam się, że publikuję na blogowym z prywatnego! Teraz to ja zdziczałam. A kiedy zdołałam opanować chaos, oznajmiłam Fruzi, że dla nas to meta, bo matka nie będzie w stanie udźwignąć ciężaru ewentualnej sławy. Fruzia zbyła mnie lekceważącym prychnięciem.

To oczywiście jeszcze nie był koniec.

Niejaki Tomasz zagaił na fejsie pytaniem, jak idzie głosowanie, a kiedy usłyszał, że wciąż czekamy na trzecią kulkę, oznajmił, że w takim razie wraca do kampanii promocyjnej. Padłam. Śmiałam się przed tym monitorem sama do siebie, zapewniając Niejakiego Tomasza, że za rok lepiej przemyślę mój start w tym konkursie, ale już dziś proponuję mu stanowisko mojego managera w fejsbukowej batalii o głosy. (Fruzia już spała, z tv dobiegały okrzyki stadionowe, nie sądzę więc, aby moje szaleństwo zostało w jakikolwiek sposób odnotowane w Piątej Chatce.)
Mniej więcej w tym samym czasie Mamuśka z Ojcem Dyrektorem debatowali w Rodzinnym Domu nad tym, kto jeszcze mógłby na nas zagłosować.
Na koniec uaktywnił się Mąż Mój, dotąd zbierający ustne relacje z wyścigu. On też wyznaje zasadę, że jak już walczyć, to do końca. Honorowo. Kliknął tu, kliknął tam i dopiero wtedy mogliśmy uznać, że zrobiliśmy, co było w naszej mocy.
(Albo prawie. Wciąż nie ogłosiłam się na prywatnym fejsie.)

A w międzyczasie dostałam od Was sygnały, że Wy też. Wy też głosowaliście. Do ostatniego dnia!

Idealnie byłoby oznajmić na blogu, że startuję, a potem tylko spokojnie obserwować gwałtowny przyrost kulek od głosów wiernych czytelników wynoszących nas na szczyt...;) Ogromnie i ze środka samego serca dziękuję tym, którzy próbowali nas dźwignąć do drugiej dziesiątki. Jesteście kochani, bo przecież łatwo było dojść do wniosku, że nie warto, bo blog jest młody, kanały społecznościowe w okrągłej liczbie 1 dopiero raczkują... A jednak walczyliście razem z nami!

A głosowanie mojej rodziny jest w stu procentach zgodne z treścią tego, co piszę. To przecież oni są moją inspiracją do tworzenia tego miejsca. Są głównymi bohaterami, czytelnikami i wspieraczami. Bez ściemy. Na serio i naprawdę.

Pozwólcie więc, że w tym roku przyznam własne nagrody w konkursie Gala Głosujących 2016.

W kategorii Najbardziej Zgrana Rodzina I miejsce zajmuje Rodzinka.pl! (brawa!)

W kategorii Najefektywniejszy Nawoływacz Smsowy laur zwycięstwa wędruje do Mamuśki! (fanfary!)

Tytuł Najbardziej Zdeterminowanego Głosującego przypada ex aequo Wielkiej Szwagierce oraz Temu Właściwemu (hip hip hurrrraaaa!)

W kategorii Najlepsza Promocja na Fejsie I miejsce, również ex aequo, zajmują Kuzynka oraz Niejaki Tomasz (pozdrawiam serdecznie!)

I wreszcie last but not least, jak mawiają tubylcy, tytuł Najlepszych Czytelników Świata przypada Wam! (tadaaaam!)

Mówiąc poważnie - bez Was nie byłoby tego miejsca. Jeśli jest blog, ktoś musi go czytać. Nieważne, czy zagłosował czy nie.*

Dziękuję za każdy wysłany na Fruzię i Rudolfa sms oraz za to, że po prostu jesteście!

A szczęśliwym dziesiątkom gratuluję przejścia do kolejnej rundy!


Wasza L.

* No dobrze, trochę ważne, więc kto nie zagłosował, bo mu się nie chciało, niech natychmiast wędruje do kąta na pół godziny!

***

Epilog


Wygląda na to, że chwilę po zakończeniu głosowania jesteśmy na 24 miejscu! 

Po całej batalii Inżynier pyta:
- A nie możesz napisać na blogu, że byłaś trzecia?
Po czym myśli chwilę i dodaje:
- Albo nie. Druga. Trzecie miejsce oznaczałoby, że przegrałaś.

Mój wspierający Mąż.