O znaczeniu nazwiska

środa, lutego 24, 2016

Na schodach przed głównym wejściem mijamy grupę roześmianych ludzi. Oni pewnie też, myślę. Dopiero chwilę później zdaję sobie sprawę, że przecież nie ma z nimi dziecka, więc nie, raczej nie. Może po prostu jakaś dwójka z tego towarzystwa właśnie się rozwiodła i teraz każde z nich beztrosko pomknie w swoją stronę, aby uczcić ten fakt na just divorced party.

Wchodzimy do budynku. Ktoś otwiera ciężkie, szklane drzwi i przytrzymuje je przez dłuższą chwilę, zanim cały nasz pochód znajdzie się w środku. W ręku ściskam list uprzejmie informujący, że bez niego nie wejdziemy na własną imprezę, że koniecznie punktualnie i wszyscy razem, że aparat owszem, ale tylko w wyznaczonej dla nas sali, podczas gdy kamera zdecydowanie nie. I że to wszystko należy okazać, udowodnić, zapewnić, że tak lub że na pewno nie. Tymczasem strażniczka rezydująca przy wejściu wygląda na kogoś, kto nigdy tych procedur nie przestrzegał. Ignoruje zawiadomienie, które usiłuję trochę rozprostować, sprzęt elektroniczny w ogóle jej nie interesuje, uśmiecha się tylko i prosi o wpisanie się na listę obecności, kolejno przepuszczając nas przez bramkę bezpieczeństwa. Bramka pika jak szalona, nawet Superhero jest podejrzany, ale to widać standard, bo znów brak reakcji. Zostajemy skierowani na pierwsze piętro. Idziemy po wielkich, marmurowych schodach. Sąsiadka i ja otwieramy ten uroczysty korowód, rozglądając się na boki i w górę jak małe dziewczynki, które pierwszy raz wybrały się do kina. Na niebotycznie wysokich szpilach, o pół numeru za dużych, które wkładam tylko na super wyjątkowe okazje, kroczę powoli i ostrożnie. Wątpię, czy dystyngowanie.
- Nigdy nie sądziłam, że kiedyś będziemy mieli okazję tu być - mówię podekscytowana.
- Ja też nie - głos Sąsiadki również zdradza sporą dawkę entuzjazmu. - I do tego w takich okolicznościach. To chyba najradośniejsza sytuacja, w jakiej można się znaleźć w sądzie.
Za nami Sąsiad z Alexem oraz Inżynier niosący na ręku Fruzię, królową dnia. W bordowej, balowej sukni wygląda naprawdę elegancko. Fontanna z kokardą na małej głowie cały czas trzyma fason, aż dziw, że młoda jeszcze sobie o niej nie przypomniała, tak bardzo nie podobało jej się to, że coś tam jej przypięłam. Tylko nieodłączny smoczek we Fruzinej buzi przypomina, że to jeszcze naprawdę malutka dziewczynka.
Na końcu wycieczki Liz rozprawia ze Strażniczką o konferencji adopcyjnej. Paolo niesie na ręku Superhero. Młody jest bardzo zmęczony, godzinę temu całą rodziną wrócili z kilkudniowych wakacji, ale na moją wzmiankę o torcie, który czeka na nas wszystkich w Blaszaku, natychmiast nabiera wiatru w żagle.

Na piętrze wita nas uśmiechnięty jegomość, którego w pierwszej chwili bierzemy za naszego sędziego. Zapisuje, kto w roli mamy, taty i pracownika socjalnego, podaje numer sali, w której odbędzie się uroczystość nadania Fruzi naszego nazwiska, mówi, że możemy fotografować wszystko i wszystkich. Na korytarzu jest cicho jak makiem zasiał. Zupełnie inaczej niż na obrazku, który uroiłam sobie w głowie - przytłumione rozmowy, trzaskanie drzwiami, pospieszny stukot obcasów na marmurze, ważni ludzie ze skórzanymi teczkami w dłoniach. Kadr jak z amerykańskiego filmu akcji.

Liz przejmuje rolę fotografa. Pozujemy na tle drzwi do sądowej sali. Nad naszymi głowami pyszni się wielki napis County Court. Fruzia wędruje od taty do mamy, coś tam zaczyna do siebie babulić, ciekawie rozgląda się na boki. Kolejna urzędniczka zagaduje do niej, obsypując komplementami. Myślę sobie, że chyba nie tylko nam jest dzisiaj naprawdę fajnie. Wszyscy lubią oglądać szczęśliwe zakończenia.

Siadamy rodzinnie w pierwszym rzędzie przy bardzo długim stole. Goście za nami. Fruzia na kolanach taty. Rozglądam się po sali, rejestruję tyle, na ile pozwala mi rozemocjonowany umysł. Sądziłam, że to będzie tylko formalność, ona przecież jest Fruzińska od zeszłego roku, a jednak nastrój chwili udziela się nam wszystkim jeszcze raz.
- Proszę wstać, sąd idzie - słyszymy raptem.
A przynajmniej tak usłyszelibyśmy to w ojczystym narzeczu.
Bocznymi drzwiami do sali wchodzą trzy kobiety. Żadna nie ma na sobie togi ani nic, co choć trochę by ją przypominało. Proszą, abyśmy usiedli.
Czujemy się jak rodzina VIP-ów. Patrzę ukradkiem na Inżyniera i widzę, że jego też rozpiera duma. Ta mała jest nasza, zdają się mówić jego oczy. Jakby na potwierdzenie moich myśli, Mąż Mój całuje Fruzię w policzek.
Wszystko trwa dosłownie trzy minuty.
- Zebraliśmy się tu dzisiaj z najbardziej radosnego powodu, jaki można sobie wyobrazić - mówi sędzia. - Adopcyjne procedury są długie i męczące, ale wspaniale jest widzieć takie ich rezultaty. Fruziu, mam zaszczyt ogłosić, że od dziś jesteś oficjalnie córką Literki i Inżyniera oraz że nosisz ich nazwisko. Życzymy wam wszystkim dużo szczęścia.

Oklaski.

Uściski dłoni, gratulacje, certyfikat adopcyjny, pamiątkowa kartka oraz miś ubrany w barwy sądowej siedziby hrabstwa. Fruzia natychmiast ściąga mu spodnie z pluszowego tyłka i zaczyna gryźć papierową metkę. Pozujemy do zdjęć na tle sądowego herbu, na sędziowskim fotelu. Fruzia z nami, ze Strażniczką, Fruzia w powietrzu, siedząca na stole, Fruzia wyrywająca mi z ręki certyfikat. Ma prawo, przecież to jej impreza i jej rekwizyty!

Szumi mi w głowie z radości.
To przecież miała być tylko formalność, śmieję się sama do siebie.

Widziałam już jej imię i nazwisko tyle razy. Na pierwszym liście, który przyszedł do rodziców Fruzi Fruzińskiej z informacją o szczepieniu.  Patrzyłam przez dłuższą chwilę, najpierw czytając po cichu, potem je wymawiając półgłosem, żeby na koniec oświadczyć jej z mocą, że to o niej, o Fruzi Fruzińskiej, słyszysz, mała? 

Widziałam to już tyle razy. Na długiej rolce naklejek z NHS-u z jej nowym nazwiskiem, którymi miałam oblepić dziecięcą książeczkę zdrowia. Na formularzu w przychodni, kiedy z radosną satysfakcją uaktualniałam jej dane. Na kopertach skrywających kartki urodzinowe. W mailach z gratulacjami i w poemacie od Handziuka.

Widziałam to już tyle razy.

I wciąż mnie ten widok zachwyca.

You Might Also Like

14 komentarze

  1. Gratulacje ogromne ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wierzę w to co czytam. To normalnie jak "za siedmioma górami, za siedmioma lasami była sobie kraina miodem i mlekiem płynąca..."
    u nas to było tak: http://nasze-in-vitro.blogspot.com/2015/05/i-po-rozprawie.html
    Więc ja Cie proszę.
    Gratuluję kochani i całusy Fruzińskiej wysyłam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wiem, skąd się tacy ludzie jak Wasza sędzina biorą. Serio. Niby na takim stanowisku, a rozsądku i empatii zero. Cóż, najważniejsze, że dobrze się skończyło!
      Tak, ten aspek procesu adopcyjnego w Anglii jest tutaj świetnie rozwiązany. Ale wiesz, są inne, które wołają o pomstę do nieba. Niedługo o nich napiszę. Bo to jest tak, że jakby wybrać z różnych systemów same pozytywy i je połączyć, to by nam powstał system idealny. Ale takie, wiadomo, nie istnieją. Szkoda.

      Dziękujemy za gratulacje!:-)

      Usuń
  3. Ależ miałam ciary, gdy to czytałam! Cudownie! Gratulacje, Kochani!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam ciary w sali sadowej.:-):-*

      Usuń
  4. No bajka naprawdę!
    GRATULACE!!!!
    I tak to opisałaś, że miałam wrażenie jakbym tam była z Wami;-)
    Wszystkiego dobrego!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, dziękujemy! Faktycznie, było trochę bajkowo, taka kropka nad i w całej tej historii!

      Usuń
  5. Aż się wzruszyłam :) Cudownie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję :) I tez się bardzo wzruszyłam jak juz nie raz u Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy!:-) :-* Dobry wzrusz nie jest zły!;-)

      Usuń
  7. Och...!:)))
    Cieszy mi się micha i szumi mi w łepetynie, tak jak i Tobie:)
    A czy ten miś (ten już bez spodni na zadku) pozostanie na wieczną pamiątkę?
    (zapytowuje chomik sentymentalny gromadzący wszystko "pierwsze" i "jedyne";))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zostanie na wiecznosc. A przynajmniej taki jest plan, mam nadzieje, ze Fruzia nie dorwie go gdzies w miedzyczasie i nie pozbawi reszty garderoby / czesci ciala / zycia. Ja tez z tych chomikow. Martwie sie, ze utoniemy kiedys w tych pamiatkach:-)

      Usuń