O starości duszy

czwartek, lutego 04, 2016

Współczesna Wróżka powiedziała nam kiedyś, że oboje jesteśmy starymi, poszukującymi duszami, że duchowość jest dla nas istotnym elementem samorozwoju i poradziła nam, abyśmy starali się nigdy jej nie zatracić. Phi, też mi coś! Jakbym sama nie wiedziała! Szukam więc. W zasadzie odkąd pamiętam. Stawiam pytania, dywaguję, rozważam, podważam, kwestionuję. Zaprzeczam, kłócę się, zmieniam zdanie i teorie. Wyklinam Boga, mówię do niego, podziwiam Hołownię za jego wiarę, a jednocześnie wiem, że to nie to, że to wychowanie, a nie przekonanie. Potem w chwilach słabości i strachu mówię "Ojcze Nasz", bardziej jako mantrę niż modlitwę. Tak naprawdę wierzę w opiekę tych, których już nie ma, choć przecież nadal są. Jestem potworną mieszanką sceptyka i Phoebe Buffay.

Czuję, że to nie może być takie skomplikowane. Że jakiś jeden krok dzieli mnie od zrozumienia, tylko nie wiem, gdzie ten krok postawić. I czy naprawdę chciałabym wiedzieć? Jeszcze bym się rozczarowała, a wtedy co? Ktoś kiedyś gdzieś uznał, że po śmierci dostajemy takie niebo, o jakim marzyliśmy za życia. Przy założeniu, że o niebie nie może śnić ktoś zepsuty do cna, ta teoria nawet ma sens. Tylko czy moje niebo pokryje się z niebem tych, których chciałabym widzieć w tym własnym? Czy sprzeczne ze sobą wizje mogą współistnieć?

"O śmierci i odrodzeniu" Lama Ole Nydahl to książka nie tylko o śmierci. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że właściwie więcej w niej życia. Nie przeżyłam szoku, czytając pierwsze, piętnaste lub setne zdanie. Oprócz tybetańskiej i buddyjskiej terminologii w zasadzie nie odkryłam w niej również nic, co byłoby dla mnie absolutną nowością. Mam wrażenie, że ta książka składa w jedną całość wszystko to, co gdzieś już wyczytałam, gdzieś usłyszałam lub intuicyjnie wyczułam. To takie logiczne, myślę, zaczytując się. Po czym poddaję w wątpliwość logikę każdej religii i filozofii. Jeśli wierzysz, to wierzysz, nie możesz tego zracjonalizować.

Ale to ma sens. To, że dusza dąży do oświecenia, bo tylko wtedy może zostać uwolniona od ziemskiej egzystencji pełnej cierpienia. Każde kolejne wcielenie to kolejne lekcje do przerobienia. Jeśli odrobiłeś poprzednie, sam poprawiasz sobie byt. Nie dostajesz go od Stwórcy czy Boga, sam na niego pracujesz. Masz wolna wolę, więc karma to nie przeznaczenie, a niezdefiniowany efekt twoich działań. Przyczyna i skutek. Jeśli podjąłeś głupią decyzję, to podjąłeś głupią decyzję i teraz ponosisz jej konsekwencje, a nie spotkałeś się z przeznaczeniem. Nie zostałeś zaprogramowany na zrobienie czegoś w ten czy inny sposób, więc rezultat twoich czynów nie jest z góry znany wszechświatowi. Więc Fruzia nie dostała się nam ot tak, z przydziału przeznaczenia. Wymantrowaliśmy ją sobie, wyczekaliśmy własnym działaniem i dobrymi życzeniami od powracającego do nas dobra. Bo moc dobrych myśli jest wielka. Im więcej ich wyślesz, tym więcej takich Fruziaków otrzymasz.

I w takim razie nie skłamię, jeśli powiem jej, że jest dzieckiem z kosmosu.

Czytam, chłonę, przetwarzam i wiem, że oświecenie jeszcze mi nie grozi. Zbyt wiele we mnie przywiązania. Oswajam nie tylko zwierzęta, ale też miejsca i przedmioty. Przywiązuje się do nich, a one do mnie. Silne związki z bliskimi świadczą o tym, że już kiedyś się spotkaliśmy, choć nie wiem, czy chcę wiedzieć, w jakiej konfiguracji. I jak będziemy wyglądać w przyszłym wcieleniach. Czy Kocur będzie moim tatą, Mamuśka synem, Inżynier dziadkiem, a Fruzia mężem? Czy mam szansę stać się lepszą wersją siebie, czy spieprzę coś na starcie kolejnej egzystencji i wrócę do poziomu dżdżownicy? Czy w następnym życiu moja droga do zrozumienia rozpocznie się tu, gdzie skończę ją w tym wcieleniu, czy może znów będę szukać od nowa? Fascynujące.

Spaceruję alejkami Wickes. Inżynier utonął w dziale z dziwnym sprzętem do wszystkiego - wokół piętrzą się jakieś rury, zawory, uszczelki. Fruzia jest zmęczona, więc dla odwrocenia jej uwagi od braku smoczka pokazuję jej kolejne plastikowe ustrojstwa. Mała babuli do siebie, wszystkiego chce posmakować. Patrzę na nią i myślę sobie, że to dlatego tak nam ze sobą dobrze. Przecież znamy się nie od tego życia, prawda?

Zamiast dążyć do uwolnienia, ja chcę pociągnąć ich wszystkich za sobą. Przeżyć z nimi nie jedno, a wiele kolejnych wcieleń. Czuć dokładnie taką więź, jaką mam z nimi tu i teraz*. Czy od tego można dobrowolnie chcieć się uwolnić?

Gdybym tylko miała pewność, że oświecenie i uwolnienie nie oznacza samotności, natychmiast zostałabym buddystką.

Czy są tu na sali jacyś duchowi przewodnicy?

*(Radzę jednak uważać. Toksyczna więź z partnerem-idiotą też wróci, jeśli nie uporasz się z nią w tym wcieleniu!)

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Mnie również do oświecenia jeszcze baaardzo daleko ;) - i chyba nawet jakoś szczególnie się nad tymi kwestiami nie zastanawiam ostatnio, tylko chłonę to, co TU i TERAZ :) A co tam, napiszę to: sama dla siebie jestem cholernym duchowym przewodnikiem - etap usilnego poszukiwania autorytetów i mędrców wszelakich mam już chyba (na szczęście) za sobą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łooooo, kochana, to Ty raczej bardzo blisko oświecenia jesteś, skoro już nie potrzebujesz przewodnika!:-) Ja też chłonę tu i teraz właśnie dlatego, że mam w sobie ogromne zrozumienie dla przemijania. Chciałabym jednak wiedzieć, że przemijamy tylko tutaj, na ziemi. Chociaż wiem, że nikt tej wiedzy i pewności nie możemi zagwarantować.

      Usuń
  2. We mnie przewodnika nie znajdziesz :) Ja jestem zupełnie prostym i nie skomplikowanym człowiekiem, do filozofii mi tak blisko jak do Paryża. Ale wierzę w Boga, ale inaczej przedstawianego niż w kościele. A to co się dzieje tu i teraz stanowi sens życia :) Podoba mi się ten wpis, nawet bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, sens życia jak najbardziej - tego akurat nigdy nie zgubiłam i nie wątpiłam. Tylko ja tak bardzo kocham ten mój sens życia, że chciałabym go jeszcze przełożyć na to, co dalej. A tu pozostaje tylko wiara, która z jednej strony jest mocna jak stal (bo tam musi coś być i nie ma innej opcji! bo miłość jest ponad czasem i przestrzenią), a z drugiej strony wali się przy jednym prostym pytaniu - a w co / kogo ty wierzysz? Zazdroszczę ludziom niezachwianej wiary, serio.

      Usuń
    2. PS. A wstępu do filozofii na studiach nie znosiłam. Najnudniejszy przedmiot na świecie, najnudniejszy wykładowca i ledwo trója na egzaminie;-)

      Usuń
    3. Patrz ja tez miałam chyba podstawy filozofii to się nazywało, ale koleś był tak zakręcony, że przy wpisach ocen do indeksu chyba z kimś mnie pomylił, bo super aktywna to ja u niego nie bylam i mi wstawił 5 :) To była jedyną piątka, którą zarobiłam ot tak po prostu :D

      Usuń
    4. Nie wierzę, nie wierzę! Pewnie byłaś kujonem i prymuską, a filozofię masz w małym paluszku!!;-)

      Usuń
    5. No masz mnie :D Co prawda częściej mnie można było spotkać za kioskiem na ćmochaniu fajek niż na np. chemii ale nie można być dobrym z wszystkiego nie? :)

      Usuń