O lekcji angielskiego

czwartek, lutego 11, 2016

Wskakuję w dawno nieodgrywaną rolę lektorki angielskiego narzecza. Niemiecka Szwaczka przyprowadziła czternastoletnią kuzynkę wizytującą w Krainie Deszczu na jednorazową sesję języka. Najwyraźniej te wszystkie real life situations, które młoda ma od kilku dni w sklepie, w kawiarni, na ulicy, czy wśród znajomych Niemieckich to nie to samo, co tak dobrze oswojony klimat nauczyciel-stół-uczeń.

Fruzia budzi się z popołudniowej drzemki kilka minut po przybyciu moich uczennic - dwóch, bo Szwaczka chętnie podłącza się do ćwiczeń. O dziwo, malutka jest w miarę zadowolona ze swojej pozycji pod krzesłem. Od czasu do czasu domaga się wzięcia na kolana, co ułatwia jej zeskanowanie sprzętu rozłożonego na stole oraz wyżebranie kawałka ciasta i łyka herbaty koniecznie z mojego wielkiego kubka, ale pozwala nam swobodnie rozmawiać i nie narzuca się zbyt mocno swoją małą osobą. Zupełnie inaczej było rano, kiedy usiłowałam doprowadzić Piątą do stanu przyzwoitości, a gdzieś pomiędzy odkurzaniem, karmieniem Fruzi, ponownym odkurzaniem i próbą uchronienia odkurzacza przed utratą kabla w siedmiu zębach dziecięcia, próbowałam również przygotować lekcję. Fruzia próbowała natomiast zjeść kartoniki z czasownikami (have miało największe wzięcie). Zresztą rzeczownikami też nie pogardziła.

Na tapecie mamy sporty ekstremalne, temat, który najbardziej trafił do mojej grupy młodocianych na praktycznych zajęciach dla kursantów CELTY. Szczęśliwie wstrzelam się i w poziom języka młodej, którego Szwaczka nie była w stanie określić nawet w przybliżeniu, i w jej zainteresowania, bowiem Julka namiętnie gra w siatkówkę, próbowała kitesurfingu, windsurfingu, narciarstwa (nie lubi), regularnie jeździ na łyżwach i rowerze. A w przyszłości chce zostać pilotem. Kiedy pytam ją, dlaczego nie sportowcem (tylko nie mówcie mi, że jest od tego polska żeńska forma!), pewnie odpowiada, że bycie pilotem to jej sposób na zarabianie i spełnienie marzenia o podróżowaniu, zaś sport to hobby, które w dodatku pomoże jej utrzymać dobrą formę przez całe życie.

Kiedy ja miałam czternaście lat, co druga osoba wśród moich rówieśników marzyła o zostaniu prawnikiem lub marketingowcem. (Szaleńcy bez pomysłu na przyszłość szli na pedagogikę lub anglistykę, a rodzice tych ostatnich pytali niespokojnie, czy aby na pewno delikwent potrafi coś powiedzieć. Po tym angielsku.) Dziś wszyscy chcą podróżować i być fit. Pokoleniu Fruzi zamarzy się być może podbijanie galaktyki albo wręcz przeciwnie, powrót do korzeni. Na wczasy będziemy jeździć do Fruzi na głęboką wieś, gdzie będzie wychodek zamiast toalety i pierzyny z kłującymi piórami na osłodę upiornie mroźnych poranków.

Przypomina mi się, jak to lubiłam. To wałkowanie phrasal verbs, końcówek w czasach, wymowy th oraz różnic pomiędzy beer i bear. Tę satysfakcję, kiedy kogoś udało się otworzyć na język i z dnia na dzień obserwowało się, jak ten ktoś kwitnie.  Pamiętam też dobrze, jak tego nie znosiłam. Tych pustych spojrzeń, ich gapienia się na zegarki, bo jeszcze całe trzy minuty do dzwonka, sprawdzania testów i stawiania kolumny jedynek, bo nikt, naprawdę nikt nie napisał wypracowania, a wszyscy, naprawdę wszyscy mają to głęboko w dupie. Ot, taka belferska schizofrenia. Potem myślę, że są cztery rzeczy, które mogłabym robić do końca życia, pomimo tego, że doprowadzałyby mnie chwilami do szału. Mogłabym pisać, uczyć języka, wychowywać dzieci i hodować labradory.

Aktualnie za żadną z tych aktywności nikt nie chce mi płacić.

Oprócz Szwaczki.
- Chiałabym się u ciebie uczyć - mówi na koniec. - Oczywiście będę ci płacić.
Stukam się wymownie w czoło i mówię, że jeśli nie przeszkadza jej Fruzia plącząca się tu i ówdzie pod nogami, możemy spróbować raz w tygodniu, ale o zapłatę niech się nie martwi.

Ubraniami, które uszyła dla Fruzi, nieświadomie opłaciła sobie całoroczny kurs angielskiego. Z wakacyjnym bonusem włącznie.

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Nigdy nie wiadomo, co czeka za rogiem Litermatko. A pasje masz ze sobą nader kompatybilne! Kwitnij!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego 'za rogiem' będę się trzymać! :-)

      Usuń
  2. Jak ja bym chciała mieć taką nauczycielkę, co zapłatę przyjmie w naturze:))
    Mogłabym gotować i piec ciastka, co ty na to?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, szczególnie za te ciastka mogłabym Cię uczyć!:-)

      Usuń
  3. Sportowca nie ma ale skoro jest lekarka i ministra to może być pilotka nie? :D
    Byłaś nauczycielką? Z takim podejściem to musiałaś być strasznie fajną nauczycielką, taką którą po latach się wspomina. Znałam kilku takich, niestety to wyjątki, większośc przychodzi na zasadzie odwalić i dajcie mi wszyscy święty spokój, albo każdy uczeń to głąb i ja mu to udowodnię. Niedawno dowiedziała się, że moja dalsza znajoma uczy w szkole angielskiego, znam ją jako bardzo miłą, spokojną osobę, czasem ma lekkiego bzika. Jedyny minus jaki widzę to ona jest bardzo ładna i baaardzo zgrabna - to nie wada - i strasznie lubi robić sobie zdjęcia w bikini, dekoltach czy miniówkach ledwie zasłaniających tyłek. Nie mam nic do tego ale wstawanie takich zdjęć na swój prywatny profil na pewnym portalu społecznościowym, do którego dostęp mają jej uczniowie (i na pewno już te zdjęcia wśród nich krążą) uważam za zdźebko niestosowne. Kurka dałam wykład jak moja babcia, ale ja takiego nauczyciela dla swojego dziecka bym nie chciała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha ha!:-) Na swoim profilu prywatnym fb nie mam zdjęć ani w bikini ani w miniówkach, nawet teraz, kiedy już nie uczę:-) Chociaż zastanawiam się, czy obecnie takie zdjęcia są w stanie zrobić wrażenie na młodzieży, bo oni chyba juz wszystko widzieli i nic ich nie zdziwi. Nawet nauczycielka w stroju kąpielowym. Ale może się mylę. Skoro jest zgrabna, to może spać po nocach nie mogą?;-)
      Wiesz, mam nadzieję, że moi uczniowie dobrze mnie wspominają, ale nie będe robić z siebie świętej - czasem ręce mi opadały i miałam naprawdę dość. Szczególnie pamiętam jedną klasę szkoły zawodowej (uczyłam w prywatnych szkołach językowych i zespołach szkół średnich), która była absolutnie odporna na wszystko, co im zaproponowałam na lekcji. Nie byli zainteresowani kompletnie niczym. Pamiętam, że któregoś razu pod koniec roku szkolnego odpuściłam, bo zabrakło mi na nich pomysłu. Dałam im kilka razy kserówki z ćwiczeniami, wręczyłam słowniki i wstawiałam piątki każdemu, kto dobrnął do końca kartki!;-) (Wbrew pozorom, wcale tych piątek nie było aż tak dużo...) Za to zdarzały się klasy (plus właściwie wszystkie grupy w szkołach językowych), z którymi praca była przyjemnością przez duże P.! Och, rozmarzyłam się!;-)

      Usuń