O jednym tygodniu

środa, lutego 03, 2016

Padły nam systemy operacyjne. Najpierw Fruziny, potem mój, następnie sieciowy, a na końcu Rudolfowy. Aż strach deklarować, że tylko nasza kotwica w postaci Inżyniera przetrwała sztorm.

Wtorek 


Po nocy spędzonej głównie na czuwaniu mam nadzieję, że to tylko kwestia ciemności. Zaraz zrobi się jasno, demony gorączki znikną i będę mogła postawić Fruzię na nogi calpolem. Niestety, malutka wstaje z płaczem, jest cała rozpalona, spocona i już wiem, że to będzie dla nas długi dzień. Na liczniku termometru 39,1. Fuck. Trzeba do lekarza i to już.

W przychodni nie dzieje się nic, co mogłoby zaniepokoić Fruziaka. To znaczy prawie nic. Pielęgniarka usiłuje zajrzeć do Fruziowego ucha, aby wykluczyć zapalenie, ale malutka uznaje to za najazd na jej wolność osobistą i podnosi larum. Muszę przytrzymywać jej łapki i głowę, co tylko dodaje dramatyzmu całej sytuacji, bo krzyk niesie się po całej przychodni. Kiedy wydaje mi się, że badanie dobiegło końca, piguła z przepraszającym uśmiechem mówi mi, że poprosi koleżankę o pomoc, bo nie była w stanie nic sprawdzić w takich okolicznościach przyrody. Uspokajam małą tylko po to, żeby za chwilę znów mogła się rozpłakać i rozkrzyczeć. Moje maleństwo. Myślę sobie jednak, że to tylko mały przyrząd w jej uchu, nic wielkiego, raczej drobny dyskomfort niż ból. Myślę o tych mamach, które patrzą na prawdziwy ból swoich dzieci. To dopiero jest bezradność.

Wirus. Drugi w życiu Fruzi, pierwszy taki. Tamten biegunkowy odczuła w zasadzie jedynie na podrażnionym do krwi tyłeczku.

Inżynier przywozi nas do domu, a sam pędzi do pracy. Malutka spędza dzień głównie śpiąc. Budzi się na pół godziny, płacze i wczepia we mnie swoje małe pazurki. Jej apetyt ogranicza się do chleba i domowej produkcji kiełbaski z cielęciny, ale najważniejsze, że je - cały czas chlipiąc, ale je - alleluja.
Mamuśka udziela mi na skypie przyspieszonego kursu domowej pierwszej pomocy w przypadku gorączki i chorób.
- Wszystko trzeba przeżyć - mówi spokojnie. - Dzieci muszą się wychorować, oby to tylko takie choroby były.
Ja też tak myślę. Życie wciąż uczy mnie odróżniania drobnych i przejściowych niedogodności od prawdziwych problemów.
Mamuśka wzdycha.
- To teraz pomyśl, że ja miałam ciebie porządnie chorą regularnie co miesiąc...
Mhm. Część z tego pamiętam. Te niekończące się wizyty w przychodniach, zastrzyki, podczas których byłam super-dzielną-dziewczynką, antybiotyki, anginy, zapalenia krtani, oskrzeli, świszczące kaszle i gorączki, na wspomnienie których do dziś robi mi się słabo. A potem jeden wypad do Bułgarii i wszystko przeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Właziłaś do wody rano, a wyłaziłaś wieczorem, szczękając zębami - opowiada Mamuśka. - Usta miałaś tak sine, że blady strach na mnie padał za każdym razem, jak na ciebie spojrzałam. Byłam przerażona, ale uznałam, że teraz albo nigdy.
Mamuśka jest czarownicą. Tamtego lata tak mnie obrzuciła modlitwami i zaklęciami, że zaczęłam wreszcie chorować jak normalne dziecko - katar, kaszel, syrop i wio do szkoły. Morze Czarne oczyściło mnie z toksyn.

Teraz ja też nie czuję się najlepiej, Mamuśka mówi, że muszę zadbać o siebie, żebym mogła zadbać o Fruzię. Zwykle wpuszczam takie gadki jednym uchem, a drugim pozwalam im ulecieć, ale nie tym razem. Jest Fruzia, muszę być zdrowa. Inhaluję się Amolem, piję herbatę z miodem i wywar z majeranku, jem czosnek.

Środa

A i tak wszystko na nic. Budzę się rozgorączkowana, zlana potem, mam dreszcze, a w klatce piersiowej mi dudni. Szepczę do Inżyniera, żeby został z nami w domu, bo nie jestem w stanie podnieść się z łóżka i zająć Fruzią. Mąż Mój tylko na mnie patrzy i sięga po komórkę, żeby zadzwonić do pracy.
- Jutro na pewno będzie ze mną lepiej - mruczę mało przekonująco.

Potem zapadam w sen.

Rejestruję tylko, że z Fruzią lepiej - malutka wciąż jest na lekach, ale płacze sporadycznie, większość dnia spędza na łobuzerce. Słyszę ich z kuchni jak gadają, gotują, jak mała piszczy z radości na huśtawce.

Czwartek

Budzę się rozgorączkowa, zlana potem, mam dreszcze, a w klatce wciąż dudni. Czuję się jeszcze gorzej niż wczoraj. Błagam Inżyniera, żeby z nami został, chociaż wiem, że to ostatnia rzecz, którą może teraz zrobić, bo w poniedziałek audyt, a pracy stos. Ale Inżynier nawet na mnie nie patrzy, wystarczy, że mnie słyszy, taką rzężącą jak stary traktor, i natychmiast dzwoni do pracy. Trzy godziny później rozmawiam z pielęgniarką w przychodni. A raczej próbuję rozmawiać.
- Nawet nie muszę cię badać - mówi ona. - Stąd słyszę jak świszczesz.
Ale bada. Mam problem, żeby oddychać normalnie i jak jakiś narkoman marzę o antybiotyku tu i teraz.
Nie pytam nawet, co mi jest, interesuje mnie tylko recepta.
Chest infection, czytam w aptece na kawałku świstka.
Ładna mi infekcja. Jak ten antybiotyk mi nie pomoże, będę musiała lecieć do Bułgarii.

Już po pierwszej dawce magicznej żółtej tabletki rozjaśnia mi się w głowie. Wieczorem odpalam skype'a, żeby pokazać się Mamuśce, inaczej gotowa pomyśleć, że zeszłam z tego świata. Ledwie pojawia się obraz, Ojciec Dyrektor wypala, że mają złe wieści.

Mamy ręka źle się zrasta. Lekarz trzasnął jej lasery, dodatkową rehabilitację i kolejny miesiąc zwolnienia. A to oznacza, że nie przylecą. Nie mogą. Taka wycieczka na L4 może Mamę słono kosztować.

Nic nie mówię, bo ryczę. Mamuśka razem ze mną.

W nocy nie śpię, tylko zanoszę się płaczem. Takim żałosnym szlochem. Jak mantrę powtarzam sobie "mamy Fruzię, jesteśmy wszyscy zdrowi, mamy Fruzię, jesteśmy wszyscy zdrowi, mamy Fruzię..." Zaczyna działać dopiero około szóstej nad ranem.

Piątek

Fruzia zaczyna kaszleć. Błagam, tylko nie to. Mam nadzieję, że nie zaraziłam malutkiej, bo jeśli ona miałaby się czuć tak podle jak ja, to obie nie wyjdziemy z tego doła do wiosny. Przeszukuję sieć w poszukiwaniu przepisu na jakiś syrop. Internet nam rwie co trzy minuty. W końcu trafiam na syrop z cebuli. Już współczuję Fruziakowi, że będzie musiała to pić, ale kilka godzin później okazuje się, że mikstura jest słodka i do przełknięcia. Malutka połyka wszystko, co jej podsunę w strzykawce. Moja dzielna córeczka.

Ze mną lepiej. Antybiotyk zmienia mi smak jedzenia, wszystko jest gorzkie, żołądek się buntuje, ale jest lepiej.

Weekend spędzamy w domu, pokasłując i pociągając nosem.

Poniedziałek

Usiłuję przesunąć dywanik, na którym leży Rudolf, ale razem z nim jest zbyt ciężki. Przeganiam Rudego słownie, potem delikatnie ciągnę go za obrożę, dając mu znak, że ma wstać, ale po chwili orientuję się, że to nie lenistwo Rudolfa każe mu zostać tam, gdzie jest. Patrzy na mnie tymi swoimi brązowymi oczami i widzę, że nie może się ruszyć. Stawy. Znowu. Systematycznie raz do roku, zwykle zimą.
Okrywam Rudego kocem, pod łeb kładę mu poduszkę, przynoszę michę z żarciem. W żarciu tabletka.
- I jeszcze ty, biedaku - mówię do niego wspólczująco.

Przez cały poranek muszę odganiać Fruziaka od Rudolfowego nosa. Mała ma się dobrze, tasmani i smerfuje jak perszing. Rudy na tej podłodze jest łatwym celem. Na szczęście po kilku godzinach sierściuch ożywa. Wstaje na trzęsących się jak galareta łapach, przez kilka sekund po prostu usiłuje złapać równowagę i nie obalić się. Wygląda jak świeżo narodzone źrebię. Po południu dostaje drugą porcję leku. Natychmiast widać poprawę.

Internet trafił szlag. I tak przez ostatnie dni nie dało się z niego korzystać, ale teraz umarł na amen. Gość wysłany przez naszego operatora do sprawdzenia, o co chodzi, stwierdza usterką gniazdka i rutera. Bosko. Nie dość, że od tygodnia siedzimy z Fruzią w domu jak zaklęte księżniczki, to jeszcze teraz odcięło nas od sieci. Zaczynam niebezpiecznie dryfować w kierunku o-my-biedne-buuuuuuu!  

W nocy znów ryczę. Choroby zwykle negatywnie wpływają na moją gospadarkę zdrowego rozsądku, a teraz jeszcze mi smutno, że Rodzice nie przylecą, że jedna z naszych relacji się sypie, że nie mogę znaleźć pracy na weekendy i że chwilami czuję się jak na bezludnej wyspie... Inżynierowi też nie jest lekko. Pracuje od świtu do wieczora, za chwilę ma ruszyć biznes naszego życia, w którym doprawdy nie za wiele mogę pomóc, siedząc z Fruzią w domu, a tu baba w rozsypce... Przegadujemy to i owo, zasypiamy na ziołowych Kalmsach.

Wtorek

Oddycham. Czas się ogarnąć. Jutro przylatuje Drugi Tata z odsieczą biznesową. W dzień będziemy mieć z Fruzią towarzystwo, wieczorem Inżynier będzie miał pomoc w technicznych sprawach. Za tydzień dołączy do nas Druga Mama. Wracamy do zdrowia. Mąż Mój wymienia kabel i znów jesteśmy w łączności ze światem.

Jest z czego się cieszyć.

Robię sobie makijaż. Pierwszy raz od tygodnia. Patrzę na Fruzię jak małymi paluszkami precyzyjnie chwyta kawałeczek banana i pakuje sobie do buzi. Uśmiecha się do mnie wielce z siebie zadowolona.

Naprawdę, mamy z czego się cieszyć.

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Dobrze, ze żyjecie. Batalia chorobowa za Wami, nie pierwsza i pewnie nie ostatnia jak mniemam. Napisałam Ci na fb, że u nas ok no i oczywiście wykrakałam Kasi gorączkę, która przeszła na męża w postaci ostrego zapalenia gardła, więc Małej się upiekło za to tata przechorował za za siebie i za nią (ufff, drugi raz zapalenia gardłą u Kasi i pobytu z nią wszpitalu bardzo chciałbym uniknąć). mnie również gardło lekko pobolewało ale po zażyciu końskiej dawki Neo-Anginu przeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki :)
    Syrop z cebuli - fuj! pamiętam jak nam mama robiła to paskudztwo, ale faktycznie pomaga.
    Czy problemy Rudolfa są związane z jego rasą, zdrowiem czy wiekiem? Bo wiesz wygląda na zdjęciu na całkiem młody okaz, a sama mam sukę mieszańca biszkoptowca (po ojcu) i owczarka podhalańskiego (matka) i ona też miała problemy ze stawami, co prawda tylko raz i to dość dawno temu, pomogły zastrzyki ale jest coraz starsza i tak Twój wpis mi zapalił czerwoną lampkę.
    Bardzo Ci współczuję z powodu kolejnego już przełożonego spotkania z Rodzicami, kurka fajnie, że chociaż Teściowa z Teściem przylatują ale mimo wszystko to nie to samo :( Przytulam wirtualnie i niech śmiech Fruzi będzie pocieszeniem :)
    Pozdrowionka od całej naszej czwórki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No coś my mamy z tym krakaniem!;-) Fruzia też na początku nie kaszlała, ale ja oczywiście zdązyłam pomyśleć "obym jej nie zaraziła" i voila, Fruzia kaszle! Chyba muszę zacząć inaczej programować mój umysł;-) Mam nadzieję, że mężulo dobrze się już czuje.
      Wiem, syrop z cebuli brzmi okropnie, ale ja też spróbowałam, żeby Fruzia sama się nie męczyła. Da się przełknąć. (Ale nie będę sobie go aplikować, ha ha!)
      Problemy Rudolfa są związane z rasą jak najbardziej, bo laby są podatne na zapalenia stawów, ale to też kwestia jednego powysiłkowego zapalenia 4 lata temu i teraz to powraca systematycznie. Wet powiedziała nam, że ja pies raz coś takiego ma, to jest duża szansa, że to wróci. Na szczęście jesteśmy zaopatrzeni w tabletki, które szybko działają w takich wypadkach. A Rudolf skończy w maju 6 lat, więc jeszcze jest młody:-)

      Dziękujemy!! Dla Was również duuuużo zdrówka! :-**

      Usuń
  2. Ps. Ale mi tasiemiec wyszedł ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chorujcie już... Dużo zdrówka Wam życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Kamila! Tego nigdy za wiele:-)

      Usuń
  4. Strrrraszne historrria. Cieszę się, że jest lepiej. Niestety, taki już matczyny los - nie ma łatwo. Trzymam kciuki żeby zdrowie zostało na dłużej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieprzu, jak tak teraz czytam, co napisałam, to myślę sobie, że chyba straszny mazgaj jestem. Ta myśl co prawda nie poprawia mi samopoczucia, ale i tak uważam, że czasem warto się rozryczeć tak, żeby dom zatrząsł się w posadach. Nawet Rudolf jakiś taki przyjemniejszy się dla mnie zrobił!;-)

      Usuń
  5. Zrosna sie i przyleca! Kurcze, ja chyba tez czekam z niecierpliwoscia zeby juz przylecieli :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, do sierpnia niedaleko!;-) Nowe bilety zabukowane, teraz módlmy się, żeby to nam udało się dolecieć do nich w maju. Już 3 zestawy biletów przepadły nam w okresie od maja do lutego. Dla tanich linii musimy być idealnymi pasażerami!;-)

      Usuń