Ostatnia mobilizacja!

Piąta Chatka walczy o jak najwyższe miejsce w rankingu, honorowo, do końca! Pomóżcie nam podźwignąć się z trzydziestego miejsca! Fruzia rozdaje buziaki wszystkim głosującym!:-)

F11385 na numer 7124 - głosujemy do 1 marca do godz. 12.00

ORAZ

Kaczka (klik) również walczy! Chcecie mieć swój udział w jej zwycięstwie?? Bo my tak! Głosujemy więc!

T11283 na numer 7124!

Dziękujemy!!!

PS. A po tej rundzie opowiem Wam o kulisach naszej walki. Moja rodzina ma moc!!!:-*

Adopcja w UK (9): Po panelu. I co dalej?

Emocje popanelowe opadły. Pozytywna decyzja ADM została potwierdzona listownie. Wasz social worker mówi wam, że będziecie w kontakcie, i że teraz właśnie, bardziej niż kiedykolwiek, musicie uzbroić się w cierpliwość i nie podejmować pochopnych decyzji. Zastanawiacie się pewnie, o co jej / jemu chodzi - jaka cierpliwość? jaki umiarkowany entuzjazm? Do cholery, zaraz masz mieć dziecko, a oni wypisują ci powściągliwość w emocjach na recepcie?
Cóż. Jak by to powiedzieć... Mają rację. Tyle tylko, że gadanie o tym nie ma sensu. To jak powiedzieć kobiecie, czekającej na rezultat transferu po IVF, żeby podeszła do sprawy spokojnie. A-ha. Ty i tak będziesz świrować, otwierać skrzynkę mailową z nadzieją, każde połączenie, które wyświetli ci na telefonie numer agencji lub waszego social workera, bedzie kierowało twoje myśli na TE tory. Przyzwyczaisz się. Przyzwyczaisz się, bo...

a) jeśli nie jesteście jednymi z tych szczęściarzy, którzy odnajdują swoje dziecko po tygodniu od panelu, prawdopodobnie chwilę na nie poczekacie. Średnio od kilku miesięcy do kilkunastu. W Anglii jest odgórny nacisk na agencje, aby adoptersi nie czekali na swoje dziecko dłużej niż rok.

b) w UK czekanie na tzw. TEN telefon to trochę złożona sprawa. O dziecku wcale nie musicie dowiedzieć się telefonicznie, a do tego wcale nie ma pewnosci, że to dziecko, o którym teraz rozmawiacie, i które najchętniej już dziś zabralibyście do domu, to będzie wasze dziecko.

c) nie da się, i chwała za to niebiosom,  wciąż żyć w stanie permanentnego podekscytowania;-)

Dziś o tym, że w UK można czekać na swoje adopcyjne dziecko aktywnie oraz o tym, że samemu można je odnaleźć!

Po panelu adopcyjnym być może zmieni się wam opiekun socjalny. Tak było u nas. Strażniczka, która przeprowadzała wstępną ocenę (wizyta nr 1) nas jako kandydatów na adoptersów, wróciła do nas po zatwierdzeniu naszej kandydatury. Ta zmiana z Drugiej Strażniczki z powrotem na Pierwszą chwilę trwała i musieliśmy upomnieć się po miesiącu od panelu, że hej, czujemy się zapomniani! (Warto odłożyć wątpliwości na bok i pytać / pisać / dzwonić, jeśli coś was niepokoi albo  cisza ze strony agencji przedłuża się.) Jeśli wasz opiekun nie zmienia się, możecie od razu przystąpić do aktywnych poszukiwań.

Jakie narzędzia macie do dyspozycji w tych poszukiwaniach?

a) Wasz social worker, rzecz jasna.
To narzędzie numer jeden. Od niego powinniście otrzymywać profile dzieci z grupy wiekowej, którą zatwierdził panel. To teoria. W praktyce było tak, że od czasu do czasu trafiały do nas profile rodzeństw (zostaliśmy zatwierdzeni jako kandydaci do adopcji jednego dziecka) oraz spoza naszej grupy wiekowej. Powinnam poradzić wam, żebyście trzymali się swoich wstępnych postanowień, bo pod wpływem porywu serca można podejmować zbyt pochopne decyzje, ale nie zrobię tego. Zdarza się, że ludzie adoptują dzieci starsze / młodsze  niż początkowo zakładali. Dopóki jest to przemyślana sprawa, wszystko gra.

Czym są profile dzieci?

Na profil dziecka składa się fotografia/e dziecka + podstawowe dane (imię, data urodzenia, narodowość, status sądowy, religia itp.) + krótki opis (osobowość, czym się lubi bawić, co jeść itp) + krótki opis wszystkich ważnych kwestii rodzinno-zdrowotnych.

b) Biuletyny - jeśli wasza agencja / hrabstwo takie prowadzi lub posiada.
W nich również znajdują się profile dzieci oczekujących na adopcję. Co mnie osobiście lekko przeraziło to to, że one przychodzą pocztą. Zwykłym listem, który przecież może trafić w niepowołane ręce.

c) Chronione strony adopcyjne z profilami dzieci, np. Be My Parent, Children Who Wait, Adoption Register.
Aby mieć do nich dostęp, nie wystarczy się zalogować i opłacić abonament (często opłaca go dla was agencja). Dane, które podajecie przy rejestracji, muszą zostać zweryfikowane i dopiero po potwierdzeniu przez agencję, że jesteście tymi, za kogo się podajecie, możecie szukać na tych stronach swojego dziecka.

Tutaj naprawdę przydaje się opanowanie. Jeśli jesteście zainteresowani dzieckiem, wysyłacie tzw. Expression of Interest. Najczęściej można to zrobić jednym kliknięciem - dane z waszego profilu zostaną automatycznie przekazane opiekunowi socjalnemu / agencji opiekujące się dzieckiem. Trzeba jednak pamiętać, że takich jak wy może być wielu albo bardzo wielu. I czasem nie ma żadnej informacji zwrotnej, że wybacz, ale to dziecko już znalazło rodziców. Najczęściej bywa tak, że po tygodniu lub dwóch od wyrażenia zainteresowania ponawia się pytanie o dziecko (mailem lub za pośrednictwem agencji).
Jeśli agencja dziecka weźmie was pod uwagę jako potencjalnych kandydatów na rodziców tej małej osóbki, przejdziecie do dalszych rozmów.

Ale uwaga! - to wcale nie oznacza, że jesteście jedynymi, z którymi agencja zdecydowała się rozmawiać... O tym jeszcze za chwilę. To najtrudniejsza, najbardziej niewdzięczna i - moim zdaniem - w ogóle nie przemyślana część całego procesu.

d) Adoption Exchange Days i wszystkie Adoption Events dla kandydatów po panelu.
Ten punkt wielu z was może się wydać bezduszny i oburzający, my jednak dalecy jesteśmy od krytyki.

Adoption Exchange Days mogą być bardzo lokalne lub bardzo duże, np. te londyńskie, na które ostatecznie nie udało nam się dotrzeć, bo pojawiła się Fruzia:-) Na ten rodzaj wydarzenia trzeba się zarejestrować (zwykle za pośrednictwem agencji) kilka tygodni wcześniej. Adoption Exchange Days mają na celu zgromadzenie profilów dzieci czekających na adopcję w różnych hrabstwach / regionach, adoptersów poszukujących swojego potomstwa oraz pracowników socjalnych agencji z tychże hrabstw, którzy bezpośrednio w rozmowie mogą udzielić dodatkowych informacji o dzieciach, pokazać krótkie nagrania z ich udziałem itp. Często są to maluchy już od jakiegoś czasu czekające na swoją rodzinę, a więc dzieci z większym bagażem doświadczeń. Takie Adoption Exchange Days stwarzają im szansę na znalezienie kochającego domu. Osoby zainteresowane danym dzieckiem zostawiają swoje dane kontaktowe, wpisując się na listę. Uwierzcie mi, czasem jest ona bardzo długa...

Pierwsze wrażenie z takiego wydarzenia zwykle jest przytłaczające. Wchodzisz do sali, w której ustawiono stoliki z profilami dzieci i nagle zewsząd otaczają się zdjęcia ich małych buzi. Radosnych, uśmiechniętych. Takich jak setki podobnych na portalach społecznościowych. Tyle tylko, że te dzieci czekają na dom. Niełatwo się na to patrzy, to prawda.

Sytuację ratuje fakt, że nikt przypadkowy nie może się tam zaplątać, atmosfera jest bardzo życzliwa i przyciszona, a myśl, że właśnie w tym miejscu - może dokładnie teraz, obok ciebie? - powstaje zalążek jakiejś rodziny, jest naprawdę budująca.

Niewątpliwym plusem takich wydarzeń jest to, że często ludzie dowiadują się tam o dzieciach, o których z różnych względów nie mieliby szansy usłyszeć, siedząc w domu i czekając na sygnał od social worker, bo są to na przykład maluchy z drugiego końca kraju. Pamiętajcie też, że nikt inny nie wie lepiej niż wy sami, do którego z tych dzieci serce mocniej wam zabije.

I nie zgubcie dystansu do całej sprawy, on się naprawdę przydaje. Jesteście tam przecież po to, aby odnaleźć swoje dziecko!

Dla mnie osobiście najtrudniejszą i, jak już wspomniałam, najbardziej nieprzemyślaną w UK częścią całego adopcyjnego procesu są rozmowy z wybranymi potencjalnymi kandydatami na rodziców danego dziecka. Nie dzieje się tak zawsze, nie jest to reguła, a jednak taka rozmowa zdarzyła się nam i dwójce innych adoptersów, z którymi jesteśmy w dobrych relacjach. A to oznacza, że takie dodatkowe 'interview' nie jest też wyjątkiem.

O co chodzi? Jeśli sporo kandydatów jest zainteresowanych dzieckiem, a agencja dziecka bądź jego opiekun socjalny nie potrafi zdecydować na podstawie ich szczegółowych raportów, kto z nich najlepiej wpisuje się w potrzeby dziecka, grono kandydatów branych pod uwagę zawęża się zwykle do 2-3 par / osób. A następnie świta w osobach social worker dziecka, social worker adoptersów plus dodatkowo jednak osoba z agencji (tak było u nas, u znajomych był podobny skład) spotyka się z każdą wybraną parą / osobą i przeprowadza rozmowę z serii 'dlaczego uważacie, że to właśnie wy najlepiej spełnicie potrzeby dziecka?' Chodzi oczywiście o kwestie kulturowe, językowe, zdrowotne itp.

Możecie sobie wyobrazić, jak się czuje człowiek, który przechodzi przez takie wstępne sito, przez kilka tygodni (bo zwykle tyle to trwa od momentu wyrażenia zainteresowania do momentu takiej rozmowy) wgapia się w zdjęcie dziecka, wyobrażając je sobie u swojego boku, obmyśla strategię na takie interview (i cieszy się jak głupek, że jest w tej "wybranej trójce"!), a potem dzień po rozmowie dostaje telefon, że bardzo nam przykro, ale opiekun socjalny dziecka zdecydował, że inna para zostanie jego rodzicami. No comments.

Nie żałujemy, oczywiście. To nie była rozmowa w sprawie Fruzi i dziś dziękujemy wszechświatowi, że stało się tak, a nie inaczej. Mamy naszą Fruzię! I wcale nie musieliśmy nokautować innych adoptersów, żeby zostać jej mamą i tatą. Po setkach profilów, które obejrzeliśmy, po kilku rozczarowaniach i zniechęceniach, po wielu walkach i myśleniu, że to jest zbyt trudne - pewnego dnia tak po prostu zadzwonił telefon, że jest ona i co my na to. Tak jak dzieje się to w Polsce.

Znajomi natomiast przeszli przez takie dodatkowe interview i zostali wybrani na rodziców swojego synka. Na to nie ma reguły.

I tak jak uważam, że danie adoptersom pewnych narzędzi do skompletowania własnej rodziny jest słusznym krokiem, to jednak nawet dzisiaj, kiedy Fruzia bezpiecznie śpi w swoim łóżeczku, a my możemy z ulgą stwierdzić, że odnaleźliśmy własne dziecko, nie mogę pogodzić się z ideą "wybranej trójki". Z psychologicznego punktu widzenia Kraina Deszczu daje tutaj ciała na całej linii.

*** 

Pod względem liczby głosów jesteśmy aktualnie w trzeciej dziesiątce blogów zgłoszonych w naszej kategorii! Dziękujemy!:-*

O znaczeniu nazwiska

Na schodach przed głównym wejściem mijamy grupę roześmianych ludzi. Oni pewnie też, myślę. Dopiero chwilę później zdaję sobie sprawę, że przecież nie ma z nimi dziecka, więc nie, raczej nie. Może po prostu jakaś dwójka z tego towarzystwa właśnie się rozwiodła i teraz każde z nich beztrosko pomknie w swoją stronę, aby uczcić ten fakt na just divorced party.

Wchodzimy do budynku. Ktoś otwiera ciężkie, szklane drzwi i przytrzymuje je przez dłuższą chwilę, zanim cały nasz pochód znajdzie się w środku. W ręku ściskam list uprzejmie informujący, że bez niego nie wejdziemy na własną imprezę, że koniecznie punktualnie i wszyscy razem, że aparat owszem, ale tylko w wyznaczonej dla nas sali, podczas gdy kamera zdecydowanie nie. I że to wszystko należy okazać, udowodnić, zapewnić, że tak lub że na pewno nie. Tymczasem strażniczka rezydująca przy wejściu wygląda na kogoś, kto nigdy tych procedur nie przestrzegał. Ignoruje zawiadomienie, które usiłuję trochę rozprostować, sprzęt elektroniczny w ogóle jej nie interesuje, uśmiecha się tylko i prosi o wpisanie się na listę obecności, kolejno przepuszczając nas przez bramkę bezpieczeństwa. Bramka pika jak szalona, nawet Superhero jest podejrzany, ale to widać standard, bo znów brak reakcji. Zostajemy skierowani na pierwsze piętro. Idziemy po wielkich, marmurowych schodach. Sąsiadka i ja otwieramy ten uroczysty korowód, rozglądając się na boki i w górę jak małe dziewczynki, które pierwszy raz wybrały się do kina. Na niebotycznie wysokich szpilach, o pół numeru za dużych, które wkładam tylko na super wyjątkowe okazje, kroczę powoli i ostrożnie. Wątpię, czy dystyngowanie.
- Nigdy nie sądziłam, że kiedyś będziemy mieli okazję tu być - mówię podekscytowana.
- Ja też nie - głos Sąsiadki również zdradza sporą dawkę entuzjazmu. - I do tego w takich okolicznościach. To chyba najradośniejsza sytuacja, w jakiej można się znaleźć w sądzie.
Za nami Sąsiad z Alexem oraz Inżynier niosący na ręku Fruzię, królową dnia. W bordowej, balowej sukni wygląda naprawdę elegancko. Fontanna z kokardą na małej głowie cały czas trzyma fason, aż dziw, że młoda jeszcze sobie o niej nie przypomniała, tak bardzo nie podobało jej się to, że coś tam jej przypięłam. Tylko nieodłączny smoczek we Fruzinej buzi przypomina, że to jeszcze naprawdę malutka dziewczynka.
Na końcu wycieczki Liz rozprawia ze Strażniczką o konferencji adopcyjnej. Paolo niesie na ręku Superhero. Młody jest bardzo zmęczony, godzinę temu całą rodziną wrócili z kilkudniowych wakacji, ale na moją wzmiankę o torcie, który czeka na nas wszystkich w Blaszaku, natychmiast nabiera wiatru w żagle.

Na piętrze wita nas uśmiechnięty jegomość, którego w pierwszej chwili bierzemy za naszego sędziego. Zapisuje, kto w roli mamy, taty i pracownika socjalnego, podaje numer sali, w której odbędzie się uroczystość nadania Fruzi naszego nazwiska, mówi, że możemy fotografować wszystko i wszystkich. Na korytarzu jest cicho jak makiem zasiał. Zupełnie inaczej niż na obrazku, który uroiłam sobie w głowie - przytłumione rozmowy, trzaskanie drzwiami, pospieszny stukot obcasów na marmurze, ważni ludzie ze skórzanymi teczkami w dłoniach. Kadr jak z amerykańskiego filmu akcji.

Liz przejmuje rolę fotografa. Pozujemy na tle drzwi do sądowej sali. Nad naszymi głowami pyszni się wielki napis County Court. Fruzia wędruje od taty do mamy, coś tam zaczyna do siebie babulić, ciekawie rozgląda się na boki. Kolejna urzędniczka zagaduje do niej, obsypując komplementami. Myślę sobie, że chyba nie tylko nam jest dzisiaj naprawdę fajnie. Wszyscy lubią oglądać szczęśliwe zakończenia.

Siadamy rodzinnie w pierwszym rzędzie przy bardzo długim stole. Goście za nami. Fruzia na kolanach taty. Rozglądam się po sali, rejestruję tyle, na ile pozwala mi rozemocjonowany umysł. Sądziłam, że to będzie tylko formalność, ona przecież jest Fruzińska od zeszłego roku, a jednak nastrój chwili udziela się nam wszystkim jeszcze raz.
- Proszę wstać, sąd idzie - słyszymy raptem.
A przynajmniej tak usłyszelibyśmy to w ojczystym narzeczu.
Bocznymi drzwiami do sali wchodzą trzy kobiety. Żadna nie ma na sobie togi ani nic, co choć trochę by ją przypominało. Proszą, abyśmy usiedli.
Czujemy się jak rodzina VIP-ów. Patrzę ukradkiem na Inżyniera i widzę, że jego też rozpiera duma. Ta mała jest nasza, zdają się mówić jego oczy. Jakby na potwierdzenie moich myśli, Mąż Mój całuje Fruzię w policzek.
Wszystko trwa dosłownie trzy minuty.
- Zebraliśmy się tu dzisiaj z najbardziej radosnego powodu, jaki można sobie wyobrazić - mówi sędzia. - Adopcyjne procedury są długie i męczące, ale wspaniale jest widzieć takie ich rezultaty. Fruziu, mam zaszczyt ogłosić, że od dziś jesteś oficjalnie córką Literki i Inżyniera oraz że nosisz ich nazwisko. Życzymy wam wszystkim dużo szczęścia.

Oklaski.

Uściski dłoni, gratulacje, certyfikat adopcyjny, pamiątkowa kartka oraz miś ubrany w barwy sądowej siedziby hrabstwa. Fruzia natychmiast ściąga mu spodnie z pluszowego tyłka i zaczyna gryźć papierową metkę. Pozujemy do zdjęć na tle sądowego herbu, na sędziowskim fotelu. Fruzia z nami, ze Strażniczką, Fruzia w powietrzu, siedząca na stole, Fruzia wyrywająca mi z ręki certyfikat. Ma prawo, przecież to jej impreza i jej rekwizyty!

Szumi mi w głowie z radości.
To przecież miała być tylko formalność, śmieję się sama do siebie.

Widziałam już jej imię i nazwisko tyle razy. Na pierwszym liście, który przyszedł do rodziców Fruzi Fruzińskiej z informacją o szczepieniu.  Patrzyłam przez dłuższą chwilę, najpierw czytając po cichu, potem je wymawiając półgłosem, żeby na koniec oświadczyć jej z mocą, że to o niej, o Fruzi Fruzińskiej, słyszysz, mała? 

Widziałam to już tyle razy. Na długiej rolce naklejek z NHS-u z jej nowym nazwiskiem, którymi miałam oblepić dziecięcą książeczkę zdrowia. Na formularzu w przychodni, kiedy z radosną satysfakcją uaktualniałam jej dane. Na kopertach skrywających kartki urodzinowe. W mailach z gratulacjami i w poemacie od Handziuka.

Widziałam to już tyle razy.

I wciąż mnie ten widok zachwyca.

Gala Twórców 2015

Part I.

Dla tych, którzy jeszcze się nie zorientowali, Fruzia postanowiła wystartować w konkursie Gala Twórców 2015. Tak naprawdę nie ma w tym żadnej głębszej filozofii, oprócz tej, że to konkurs m.in. dla blogerów, a w naszej rodzinie w zasadzie wszyscy uwikłani są w blogowanie, choć tylko ja piszę publicznie, bo Handziuk uparcie odmawia zostania sławną. Poza tym bardzo lubimy dobrą zabawę, nawet jeśli nie skończy się ona spektakularnym wystąpieniem na Gali Twórców;-) Niemniej jednak walczyć będziemy i mam szczerą nadzieję, że nam pomożecie.

Startujemy - surprise, surprise! - w kategorii Publicystyka*. Nasze zgłoszenie znajdziecie tutaj:


Jeśli więc:

a) zwyczajnie nas lubisz i wpadasz tu czasem, żeby zajrzeć przez lufcik do Piątej Chatki bądź zaplątałeś się tu przypadkowo, ale pierwsze wrażenie jest dla Ciebie przyjemne  - łap za telefon i głosuj na nas smsem o treści F11385 na numer 7124!

b) lubisz nas bardzo i wpadasz do nas regularnie, zasiadając przed monitorem z kubkiem ulubionej herbaty lub kawy - łap za swój telefon, a następnie za telefon męża, żony, partnera, kochanka, syna, córki, rodziców... i głosuj na nas smsem o treści F11385 na numer 7124!

c) uwielbiasz Fruzię i Rudolfa i nie wyobrażasz sobie tygodnia bez sprawdzenia, co znów wywinęli - łap za swój telefon, a następnie za telefon męża, żony, partnera, kochanka, syna, córki, rodziców... i głosuj na nasPotem zrób nam reklamę w pracy, szkole, oazie, na zbiórce harcerskiej, w więzieniu lub na wiecu zorganizowanym na cześć Fruzi i Rudolfa...  i namów wszystkich, aby głosowali na nas
smsem o treści F11385 na numer 7124! (No dobra, ten wiec sobie darujmy, bo zaraz wylecę z konkursu;-))

Z każdego polskiego (!) numeru można zagłosować jeden raz na dany blog. Dlatego tak ważne jest, abyście wcielili się w rolę naszych ambasadorów. Nie musicie, oczywiście, że nie. Nawet jeśli nie wyjdziemy poza rodzinną liczbę kilku symbolicznych głosów, ja i tak tutaj będę i wciąż będę pisać. Ale będzie nam miło, jeśli poświęcisz tę symboliczną złotówkę, żeby nas wesprzeć. 

Wszystkie środki uzyskane z głosowania smsowego zostaną przekazane na konto Fundacji Dziecięca Fantazja, której celem jest spełnianie marzeń dzieci zmagających się z chorobami zagrażającymi życiu i nieuleczalnymi. Koszt smsa to 1,23 zł.

Głosować można od dzisiaj 23 lutego od godz. 15.00 do 1 marca do godz. 12.00, mamy więc tydzień. Do boju! **

Dziękujemy!

L & I & F & R

Part II.

Podejrzewam, że większości z Was nie muszę tłumaczyć, kim jest Kaczka. Kaczka startuje w konkursie w kategorii Tekst Roku (klik), choć nie tylko ja uważam, że KaczkoBlog to Blog Stulecia. Choć w zasadzie to nie jest tylko blog, to kawał dobrej literatury (bywa, że dzięki Dyni i Biskwitowi jest to literatura z gatunku thriller / science-fiction). Jeśli jej nie znasz, a lubisz dobre pióro, wskakuj tutaj i nadrabiaj. A jeśli jesteś w temacie...cóż, chyba wiesz, co robić, prawda?:-*

Aby zagłosować na Kaczkę, wyślij smsa o treści T11283 na numer 7124!


* Tak, ja też początkowo bardzo się zdziwiłam!
** To rzekłszy, Litermatka się stropiła, bo zabrzmiała tak, jakby szła na wojnę, a w rzeczywistości straci wszystkie paznokcie zadręczając się myślą, że nikt na nią nie zagłosuje, i że w ogóle to jest trochę bezczelna... Ale błagam, nie głosujcie na nas z litości! ;-)

O tym, że to już rok

- Fruziu, na którą zapraszasz? - pytał sms od Mamuśki.
Spojrzałam na córkę. Ona, dość wymownie, na mnie. Jej spojrzenie mówiło mamo, ale ja się jeszcze muszę ogarnąć!
Typowa kobieta. Początek dnia obwieściła kwadrans po szóstej, a późnym popołudniem wciąż jeszcze nie była gotowa.

Transmisję live z Uroczystych Obchodów Pierwszych Urodzin Fruzi zasponsorowała Dziadkom Skype.tv W Rodzinnym Domu w Polandii odświętnie nakryto do stołu, spreparowano fantazyjne drinki bez procentów w eleganckich kieliszkach na tak cienkich nóżkach, że zachodziła obawa o ich utratę, a sami Dziadkowie z smsowymi zaproszeniami w dłoniach pojawili się na imprezie punktualnie. Oficjalna część uroczystości przebiegła bez zakłóceń. Śmiem twierdzić, że protokoły dyplomatyczne obu krajów byłyby dumne z porządku i przebiegu obchodów.

1. Fruzia powitała wszystkich pełnym wigoru waleniem łapkami w klawiaturę laptopa.
2. Zebrani po obu stronach Kanału goście powstali.
3. Zgaszono światła.
4. Wniesiono tort.
5. Zebrani po obu stronach Kanału goście pomogli Fruzi zdmuchnąć świeczkę.
6. Odśpiewano pieśń okolicznościową.
7. Orkiestrą dyrygował Ojciec Dyrektor.
8. W Polandii śpiewano nieco wolniej.
9. Rozległy się oklaski.
10. Fruzia zamknęła oficjalną część imprezy.

Kilka godzin wcześniej stałyśmy z Drugą Mamą w kuchni, dywagując nad wykończeniem naszego tortowego arcydzieła.
- Ty to zrób, ty ładnie piszesz - sprytnie usiłowała wjechać mi na ambicję Mama.
- Ale nie kremem! - protestowałam gwałtownie.
Tego ranka miałam już na swoim koncie jedną nieudaną polewę czekoladową, postanowiłam więc podzielić się współodpowiedzialnością za wygląd Fruzinowego ciasta z jej Babcią.
Mama podjęła rękawicę, a w zasadzie foliowy woreczek, który wypełniła Śnieżką, i dalejże kaligrafować. Pień litery F jak Fruzia natychmiast wzbudził mój zachwyt, był idealny.
- Fantastycznie! - podzieliłam się swoimi wrażeniami.
Przy drugim ramieniu F woreczek nie wytrzymał napięcia i z głośnym prrrt! wydalił z siebie białego kleksa.
- Nie martw się, mamo, i tak wygląda pięknie - zaczęłam pocieszać.
Druga Mama tylko pokiwała głową i odeszła na bok. Odwróciła się po chwili z oczami pełnymi łez i krztusząc się ze śmiechu wypaliła:
- Bo ja ci zapomniałam powiedzieć, że to cyrylicą będzie!

Fruzi było doprawdy wszystko jedno. Na swój pierwszy w życiu osobisty kawał(ek) tortu rzuciła się z miną, którą opieka społeczna mogłaby zdecydowanie źle zinterpretować. W poczuciu rodzicielskiego obowiązku zapewniliśmy wszystkich zebranych, że Fruzia jest regularnie karmiona, na co Mamuśka Moja, samozwańczy adwokat Diabła Tasmańskiego rzuciła oskarżycielsko:
- Ale czekolady nie chcieliście jej dawać!
Nie było jednak czasu na odpieranie tych jakże poważnych i słusznych zarzutów, bo w Piątej Chatce rozległo się pełne błogości mmmmmm-mmmmmm! 

Oto staliśmy się naocznymi świadkami rytualnego przejścia naszego roczniaka na słodką stronę mocy. Niech Bóg i Karma mają nas w swej opiece!

Urodzinowe prezenty otwierali wspólnie. On miał przewagę niemal sześcioletniego doświadczenia w darciu papieru i pudełek, ale ona szybko się uczy, wkrótce więc Piąta Chatka pokryła się fruwającym samowolnie confetti w rozmiarze XXL, podartymi wstążkami i zabawkami. Ona siedziała na podłodze i z zachwytem w oczach niczym królowa łaskawie przyjmowała kolejne podarunki od poddanych, Rudolf zaś nie mógł wysiedzieć spokojnie nawet przez sekundę. Wsadzał swój wielki tyłek w kadr większości zdjęć, deptał nas po stopach, łapał w pysk fragmenty opakowań i koniecznie, ale to koniecznie chciał sie bawić akurat tym, co trzymała w ręku Fruzia. Wariactwo.

Odpłaciła mu w dalszej części imprezy, kiedy ponownie ruszyła kamera, a ja rozpoczęłam uroczyste odczytywanie poematu napisanego dla Fruzi przez Handziuka:

(...)
Spadłaś nam w tym tak, jak gwiazdka z nieba,
Której bardzo w życiu było nam potrzeba.
Jesteś jak świetlik, który mrok rozproszył,
Gdyśmy ujrzeli Twe piękne oczy,
Buźkę jak upragniony kawałek chleba,
Ciebie, ach Ciebie było nam trzeba!
(...)

Fruzia taktownie pozwoliła mi się rozkręcić, ale w końcu i jej udzielił się mało dystyngowany entuzjazm Rudolfa. Sześciominutowy film z tą dwójką w roli głównej należy aktualnie do najbardziej rozchwytywanych nagrań w Polandii. Fruzia w balowej, turkusowej spódnicy dodającej jej wizualnie jakieś trzynaście kilo, a krojem przywodzącej na myśl tancerki flamenco, taranująca sierściucha swoją jubileuszową osobą i z wyczuciem czasu godnym szwajcarskiego zegarka, robiąca salto mortale tuż pod koniec mojego oratorskiego wystąpienia oraz wyrywająca mi kartki z dłoni w momencie postawienia ostatniej kropki - to był doprawdy bezcenny widok! 

Próbowaliśmy namówić ją do zdecydowania o swojej przyszłości.

Na miejsca, gotowi... Wystartowała. Trzy sekundy później stała już przy sofie i uważnym spojrzeniem omiatała zgromadzone na niej skarby. Niełatwa sprawa. Ludzie w okolicach matury nie wiedzą, co chcą robić w życiu, a tu każą jej podejmować takie decyzje z pieluchą na tyłku! Same rekwizyty też nie zachęcały do zbyt pochopnych decyzji. Bransoletka z koralików udawała różaniec, którego nie mogliśmy zlokalizować w Piątej Chatce, kromka chleba rozsypywała się w dłoni, kieliszków nie posiadamy, więc w ich zastępstwie zaproponowaliśmy Fruzi mały kielich do dipów, sportowy but był o niebo za duży na roczną stopę, a książka z tekstami piosenek Disneya jest już dla dziecięcia tak oklepana, że nie warto było zaszczycać jej spojrzeniem. I tylko banknot dziesięciozłotowy był dokładnie tym, czym w założeniu miał być.
Namyślała się w skupieniu, wzbudzając powszechny podziw zebranych. Potem w jednej sekundzie złapała bransoletę vel różaniec i szmyrgnęła ją na dywan bez zbędnych formalności. Upłyną lata, nim okaże się, czy był to wybór jej drogi (oaza albo fashion), wyrażenie zdania na temat Kościoła (nie wyglądało na zbyt pochlebne), czy może raczej stylistyczna demonstracja (mamo-wywal-tę-bansoletę-już-dawno-nikt-takich-nie-nosi!)
Znów się zastanowiła.
- Wybierz trzy - podpowiadaliśmy.
(Nasze dziecko potrafi liczyć, gdyby ktoś miał wątpliwości.)
Chwyciła kromkę chleba, zgrabnym ruchem wyjęła błękitnego smoczka z buzi, po czym strasznie z siebie zadowolona wpakowała do niej skórkę. Mmmm, mruczała rozkosznie.
Inżynier odetchnął głęboko.
- Piekarnia jest bezpieczna!
- Przejmie schedę po ojcach - dodał uroczyście Ojciec Dyrektor.
Niestety, kieliszek do dipów, który wybrała w trzecim podejściu zapewne z zamiarem przepchnięcia suchego chleba dalej, był pusty.

Wygląda jednak na to, że oficjalnie możemy zakończyć naszą małżeńską przepychankę z serii "sport czy literatura", bo Fruzia olała nasze wysiłki. (To ja tu sobie żyły wypruwam nad tymi książkami, a ona mi tu taki policzek! I to publicznie!)

Wieczorem, kiedy poziom cukru we krwi Fruzi opadł i malutka zasnęła, wyjęłam z szafy turkusowe pudełko z albumami. Pogrążyliśmy się we wspomnianiach.

Pamiętam wszystko. Tamten dzień, kiedy on odebrał mnie z pracy i po kilku innych opowieściach wypalił, że będziemy mieć dziecko. Adopcja to chyba jedyna sytuacja, kiedy to facet ma szansę obwieścić taką nowinę kobiecie. Pamiętam to oczekiwanie, trzymanie języka za zębami, żeby nie zapeszyć, żeby tylko nie zapeszyć... Dzielenie się nowiną z bliskimi. To poczucie ulgi i trudną do opisania radość.

Fruzia wciąż nie ma pojęcia, jak bardzo wpłynęła na życie wielu ludzi. Nasz własny świat wywróciła do góry nogami, a potem na nowo go poukładała. I dopiero teraz jest on taki, jaki powinien być.

O biznesie po polsku, czyli o tym, że rozmiar jednak ma znaczenie

Tubylcy mówią o niej Food Safety Officer. W Piątej Chatce i Polandii mówimy o niej Baba z Sanepidu.

Baba z Sanepidu pojawiła się w naszej piekarni dzień po przylocie Drugiego Taty.
- Tato, dosłownie spadłeś nam z nieba! - stwierdziłam, po raz kolejny w tym życiu dziwiąc się regule, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Teść spojrzał na mnie z rozbawieniem.
- Może i z nieba, ale wolałbym nie spadać - powiedział spokojnie.
Drugi Tata przybył do Krainy Deszczu wcześniej niż to było w planach, aby wesprzeć syna w pracach remontowo-budowlanych. Szybko okazało się, że Tata był również potężnym wsparciem psychicznym dla Inżyniera, kiedy Baba z Sanepidu wręczyła Inżynierowi listę rzeczy do przykręcenia, dokręcenia, dokupienia, przybicia i wyrównania. Na liście znajdował się również zlew, gdyż wielkość tego obecnego w piekarni nie zadowoliła Baby w najmniejszym nawet stopniu.

A podobno rozmiar nie ma znaczenia.

- Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek... - wyliczał Inżynier, tak celując w nas palcem wskazującym, żeby bęc wypadło akurat na Drugą Mamę.
Bądźmy szczerzy. Ja, Fruzia i Rudolf tak naprawdę w ogóle nie byliśmy brani pod uwagę. Gdzie Fruzia, tam i ja, a to już dwie kompletnie nieprzydatne do niczego osoby w aucie, podczas gdy Blaszak mógł zabrać jedynie kierowcę i jednego użytecznego pasażera. (Teoretycznie również zlew.) Inżynier wahał się pomiędzy Tatą a Mamą, jako że nie był pewien, czyje zdolności bardziej przydadzą mu się w chwili zakupu zlewu - Taty zdolności techniczne, czy też praktyczne umiejętności Rodzicielki rodem z egipskiego targu. Intuicja podpowiadała mu jednak, że te ostatnie mogą okazać się kluczowe dla sprawy. W końcu Mama potrafi migać ceny w każdym języku.

Pojechali więc.

Z ich późniejszej relacji, przerywanej spazmatycznymi wybuchami śmiechu Drugiej Mamy, wynika, że entliczek pentliczek miał rację. Targowanie się w zasadzie nie było potrzebne, ale Mama przydała się Inżynierowi w wymiarze estetycznym.
- Zajechaliśmy na jakieś wygwizdowo - opowiadał później Mąż Mój. - Oprócz nas i dwóch facetów na podwórku, żywej duszy brak. Wysiadamy z auta, Mama w eleganckich kozakach, płaszczu, belferskie okulary i dystyngowany chód. Samochód też niczego sobie, przynajmniej czysty, tyle że ... osobowy. No i ja. Dobrze, że była tam Mama, bo patrzyliby na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie - śmiał się Inżynier.
- W czym możemy pomóc? - zapytali panowie.
- Przyjechałem po zlew - odparł odważnie polski biznesmen.
Panowie automatycznie rozejrzeli się dookoła.
- Ale czym? - zapytali w końcu. - Czym chcesz go przewieźć?
- No... autem - stwierdził Inżynier niezrażony nutą powątpiewania słyszalną w głosach i dostrzegalną w spojrzeniach panów.
Nie, to nie była jedna nuta. To była cała symfonia wątpliwości.
Mężczyźni jak na komendę ponownie rozejrzeli się wokół siebie, a kiedy nie dostrzegli nic godnego ich uwagi, łaskawie obdarzyli Blaszaka spojrzeniami.
- Tym?
- Tak - Inżynier naprawdę starał się zabrzmieć profesjonalnie, ale opanowała go wewnętrzna trzęsawka i do dziś nie jest pewien, czy mu się to udało.
- A czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że ten zlew ma 4 metry i dwa głębokie baseny? - padło pytanie.
Zdawał sobie, co jeszcze bardziej rozbawiło facetów. Gdyby przyjechał tu do nich jakiś nieoświecony, nieobyty w remontach człowiek, to można by mu pobłażliwie wytłumaczyć, objaśnić, nakierować, ale tu biznesmen z prawdziwego zdarzenia się trafił. Wie chłopak, po co przyjechał i że to coś jest dwa razy dłuższe od jego samochodu, którym ma zamiar to przewieźć, a jednak jest pewien, że sobie poradzi! I jeszcze jakąś elegantkę ze sobą przywozi!
- Spokojnie, panowie, jestem przygotowany - oświadczył Mąż Mój Zaradny. - Mam ze sobą piłę i zamierzam zaraz skrócić ten zlew tak, aby zmieścił się do samochodu. Taki długi do niczego nie jest mi potrzebny.
(Słyszycie, panowie? To się nazywa świadomość własnej męskości!)
W tym miejscu opowieści całym rodzinnym składem doszliśmy do wniosku, że panowie prawdopodobnie będą opowiadać o Inżynierze kolejnym pokoleniom sprzedawców zlewów.
- A jaka to piła? - indagowano dalej. - Bo nie wiem, czy widziałeś stal, z której on jest zrobiony...

... aaaaaaaa... tego to jednak nie wziął pod uwagę Mąż Mój!

- Stałem tam z tą moją maleńką piłką przy tym wielkim i ciężkim jak dzwon dwubasenowym zlewie i prawie płakałem ze śmiechu! - opowiadał dalej. - Mama trzymała fason i profesorkie maniery, ale widziałem, że też zaraz pęknie. A oni już nawet nie próbowali się nie śmiać!

I ostatecznie tym ich rozłożył Mąż Mój na łopatki. Panowie ścięli ten zlew na miejscu piłą wielką jak dąb i za kilka symbolicznych funciaków dorzucili transport do piekarni. Kilka dni później miałam okazję osobiście przekonać się, o jakich rozmiarach basenów i o jakiej stali cały czas mówiliśmy.

Dochodzę do wniosku, że moja wyobraźnia bywa czasem naprawdę mocno ograniczona.

O ponownych spotkaniach

Niespodziewane wejście mężczyzny do bejbikowej sali w Różowej Chmurce zwykle oznaczało kilka cennych dla personelu sekund oddechu. W tym czasie Lucasy niemal jednocześnie zarzucały wszelkie aktywności in progress, począwszy od tych pożądanych, jak jedzenie, a skończywszy na tych przyprawiających mnie samą o myśli, że ja się do tej roboty nie nadaję, do których to aktywności zaliczałyśmy na przykład rzucanie się ze szczytu zjeżdżalni głową w dół. Bez spadochronu. (Rzecz jasna zaniechanie akurat tej czynności mogło odbyć się jedynie przed jej rozpoczęciem, w trakcie lotu już niekoniecznie.) Kiedy do sali wchodziła kobieta, tylko nieliczne Lucasy przyglądały jej się przez ułamek sekundy z ciekawością, po czym w te pędy wracały do swoich zajęć. Mężczyzna zawsze wzbudzał większe zdumienie / fascynację / irytację  lub przerażenie małych ludzi. Najwyraźniej faceci mają w sobie to coś. Albo wręcz przeciwnie, czegoś im brakuje.

Nic więc dziwnego, że Drugiemu Dziadkowi Fruzia przypatrywała się zdecydowanie dłużej niż przybyłej ponad tydzień później Drugiej Babci. Nie było w niej lęku, o nie, wszak ze wszystkimi Dziadkami Fruzia regularnie odbywa na skypie głębokie i (nie)poważne rozmowy o życiu, niemniej jednak ciekawi byliśmy, jak kilkumiesięczna rozłąka w realu przełoży się na ponowne spotkanie z Drugimi. Dziadka przejęliśmy w posiadanie późnym popołudniem przechodzącym we wczesny wieczór, co tylko mogło spotęgować wszelkie nowe wrażenia u Tasmana, a jednak Fruzia nie zamierzała grać roli sierotki przyczepionej do spódnicy mamy. Tym bardziej, że spódnice u mamy to tylko od wielkiego dzwonu. Wsparta na ramieniu taty bacznie i z widoczną fascynacją przypatrywała się facjacie Dziadka, wsłuchując się w jego głos. No skądś cię znam, skądś cię znam, zdawała się myśleć. Czekaj, daj mi sekundę, zaraz sobie przypomnę... I voila! Mogę przysiąc, że na ułamek sekundy nad głową Fruzi rozbłysła żarówka oświecenia. Jeszcze chwila, a ujrzelibyśmy jak małą łapką klepie się w czoło. No jasne, Dziadek! 

Przez kilka następnych dni coraz bardziej wciągała Dziadka w swój świat. Notorycznie zdejmowała mu czapkę, kiedy Tata zabierał Rudolfa na rundkę wokół osiedlowych trawników. Wręczała mu swoje książki, za nic mając barierę językową, którą napotykał Dziadek otwierając "Your First 100 Animals" czy "That's Not My Snowman". Dziadek zresztą też nie dostrzegał żadnych trudności w lekturze. Czytał wnuczce po polsku, w Pongliszu, a jak wyczerpał mu się zapas słów, przepytywał mnie z angielskich słówek. Razem otwierali i zamykali różne głośne szufladki, przyciskali guziki generujące hałas (choć może to były odgłosy zwierząt i tylko w mojej skołowanej głowie brzmiały jak łomot) oraz usiłowali nie stracić zębów, poruszając się w bałaganie produkowanym przez Fruzię. Oboje nie mogli doczekać się klocków. Drugi Tata, budowniczy z prawdziwego zdarzenia, z rozrzewnieniem wspominał czasy drewnianych klocków, a los zrządził, że pudło takowych przyszło pocztą w ramach rodzicielskiego prezentu dla Fruzi kilka dni przed jej urodzinami.
- To kiedy Fruzia je otworzy? - pytał Tata z nadzieją w głosie.
No właśnie, mamo, kiedy?, zdawał się pytać mały Tasman, przewracając paczkę z prawej na lewą, z dołu do góry, żeby klocki jeszcze bardziej gruchotały.
- Jeszcze kilka dni, spokojnie - tłumaczyłam, zastanawiając się, które z nich bardziej się niecierpliwi, odliczając do wielkiego dnia.

A potem przyjechała Babcia.

Fruzia zobaczyła ją przez okno jak wysiada z samochodu, łapie nasze spojrzenia i macha nam radośnie. Uśmiechałyśmy się wszystkie trzy, Fruzia chyba najszerzej. Zza szyby wciąż jakby wszystko jej się zgadzało. Było jak na skypie! Dopiero kiedy Druga Babcia przekroczyła próg Piątej Chatki, Fruzia znów się zdumiała. Patrzyła, skanowała, badała... a potem jednym zgrabnym ruchem złapała za okulary Babci! Wszystko jak za dawnych czasów z pierwszego spotkania z Babcią Mamuśką. Fruzia nic się nie zmieniła w tej kwestii. Druga Babcia musiała więc odkładać okulary za każdym razem, kiedy zapragnęła wziąć wnuczkę na ręce. Najwyraźniej Fruzia lubi patrzeć bliskim głęboko w oczy.
A także przeglądać zawartość ich walizek.
- Fruziu, chodź, zobacz, co babcia ci przywiozła! - usłyszał Tasman i postanowił skorzystać z zaproszenia dość (nad)gorliwie.
Złapała za książeczkę, którą wręczyła jej Babcia, po czym dwa raczki w tempie perszinga później siedziała już w przedpokoju przy otwartej walizce, kolejno wyrzucając na podłogę wszystko, co się w niej znajdowało. Pach, poleciały Lubisie. Pach-pach, wyfrunęły prezenty urodzinowe. Fruuuuu! Ubrania i kosmetyki Drugiej Mamy znalazły się na progu kuchni. I co za radość na małym licu!
- Bardzo zaradne dziecko! - zaśmiewała się Druga Mama.
- Jesteś dokładnie taka sama jak Rudolf! - orzekł z dumą Inżynier.

Babcia pilnowała, żeby nie zgubić Fruzi z oka. Woziła ją w kartonowym pudle Poczty Polskiej udającym auto. Miałyśmy z Mamą wrażenie, że nigdy jej się to nie znudzi. (Chwała Poczcie, że ich kartony nie są niezniszczalne i wreszcie bryka rozpadła się na kawałki.) Ćwiczyła z wnuczką zapoczątkowaną przez matkę naukę dobrych manier.
- Dzia! - mówiła Babcia za każdym razem, kiedy Fruzia podawała jej smoczek / zabawkę / kubek.
Podawała w trybie niedokonanym, bo oddać jednak nie chciała.
- Ale intencje ma dobre - obtłumaczała wnuczkę Babcia, a figliki w jej oczach tańczyły macarenę.
Kulały po podłodze piłki, które jakimś cudem zawsze lądowały pod sofą, oglądały obrazki w książeczkach i uczyły (się) chodzić. Fruzia niedawno skumała, co się robi z nogami, kiedy ktoś trzyma ją za ręce w pionie. I chociaż wciąż wygląda, jakby usiłowała opanować sztukę tańca baletowego w połączeniu ze szczudłami, jest z siebie bardzo dumna. Tak dumna, że jak wędruje, to nawet Przyjaciel Smoczek z wrażenie wypada jej z buzi.
- Popatrz, popatrz, ona idzie! - cieszyła się Druga Mama.

A ja tylko wzdychałam.

Z radością i zachwytem, bo widok to dla nas niecodzienny. Babcia z wnuczką, małe dłonie w dużych.

I ze wzruszenia, że nasz Tasman robi się coraz bardziej samodzielny.

O pierwszym dożywotnim szlabanie

Odpalam tablet.
- Thursday, eleventh of February - oświadcza kobiecy głos.
Tap.
- Nineteen twenty five - słyszę. - Slide left with two fingers to unlock.
Tap. Dwoma palcami.
- Device unlocked. Home.
I tak przy każdym dotknięciu ekranu.
- Fruziuuuuuuu! - krzyczę wewnątrz swojej głowy na pełną głośność.
A na zewnątrz wznoszę tylko oczy do nieba i grożę małej belferskim palcem.

Trzy razy tak zaśliniła mi telefon, że przez całą dobę był nieczynny. Nie reagował na nic, nawet nie byłam w stanie go wyłączyć. Klawiatura komputera dwa razy straciła moc w niektórych klawiszach, na szczęście to też była krótkotrwała usterka. Kabel, niestety, został uszkodzony na dobre. Aktualnie jest na stałe przymocowany do laptopa srebrną taśmą klejącą. Wczoraj tablet i efekty głosowe, których nie potrafię wyłączyć, bo ilekroć usiłuję pogmerać w ustawieniach, te wszystkie komendy doprowadzają mnie do szału, zanim na dobre zagłębię się w temacie! A nawet jeśli wyłączę dźwięk, nie potrafię przewinąć strony w dół, a wszystko działa na jakichś zupełnie nowych dla mnie zasadach.

- Fruziu - zagaduję słodko do córki. - Masz pierwszy w swoim życiu szlaban na wszelkie elektroniczne gadżety w domu! Na zawsze!

Mała patrzy na mnie z rozbawieniem.
- Aaa-aaa! - komentuje. - Mamamamama-bababa-dadadada!
Przejęła się. To widać.
Moje wychowanie ma moc!

Jedyną zabawną stroną gadającego tableta jest wymowa polskich adresów stron internetowych z angielskim akcentem.
- Edit box: ejcz, ti, ti, pi, kolon, slasz, slasz, dablju, dablju, dablju, dot, modżełypiki, dot, kom, slasz, prepis, slasz, krym andżyjelski.

Gdyby ktoś potrzebował tłumacza:

http://www.mojewypieki.com/przepis/krem-angielski

O lekcji angielskiego

Wskakuję w dawno nieodgrywaną rolę lektorki angielskiego narzecza. Niemiecka Szwaczka przyprowadziła czternastoletnią kuzynkę wizytującą w Krainie Deszczu na jednorazową sesję języka. Najwyraźniej te wszystkie real life situations, które młoda ma od kilku dni w sklepie, w kawiarni, na ulicy, czy wśród znajomych Niemieckich to nie to samo, co tak dobrze oswojony klimat nauczyciel-stół-uczeń.

Fruzia budzi się z popołudniowej drzemki kilka minut po przybyciu moich uczennic - dwóch, bo Szwaczka chętnie podłącza się do ćwiczeń. O dziwo, malutka jest w miarę zadowolona ze swojej pozycji pod krzesłem. Od czasu do czasu domaga się wzięcia na kolana, co ułatwia jej zeskanowanie sprzętu rozłożonego na stole oraz wyżebranie kawałka ciasta i łyka herbaty koniecznie z mojego wielkiego kubka, ale pozwala nam swobodnie rozmawiać i nie narzuca się zbyt mocno swoją małą osobą. Zupełnie inaczej było rano, kiedy usiłowałam doprowadzić Piątą do stanu przyzwoitości, a gdzieś pomiędzy odkurzaniem, karmieniem Fruzi, ponownym odkurzaniem i próbą uchronienia odkurzacza przed utratą kabla w siedmiu zębach dziecięcia, próbowałam również przygotować lekcję. Fruzia próbowała natomiast zjeść kartoniki z czasownikami (have miało największe wzięcie). Zresztą rzeczownikami też nie pogardziła.

Na tapecie mamy sporty ekstremalne, temat, który najbardziej trafił do mojej grupy młodocianych na praktycznych zajęciach dla kursantów CELTY. Szczęśliwie wstrzelam się i w poziom języka młodej, którego Szwaczka nie była w stanie określić nawet w przybliżeniu, i w jej zainteresowania, bowiem Julka namiętnie gra w siatkówkę, próbowała kitesurfingu, windsurfingu, narciarstwa (nie lubi), regularnie jeździ na łyżwach i rowerze. A w przyszłości chce zostać pilotem. Kiedy pytam ją, dlaczego nie sportowcem (tylko nie mówcie mi, że jest od tego polska żeńska forma!), pewnie odpowiada, że bycie pilotem to jej sposób na zarabianie i spełnienie marzenia o podróżowaniu, zaś sport to hobby, które w dodatku pomoże jej utrzymać dobrą formę przez całe życie.

Kiedy ja miałam czternaście lat, co druga osoba wśród moich rówieśników marzyła o zostaniu prawnikiem lub marketingowcem. (Szaleńcy bez pomysłu na przyszłość szli na pedagogikę lub anglistykę, a rodzice tych ostatnich pytali niespokojnie, czy aby na pewno delikwent potrafi coś powiedzieć. Po tym angielsku.) Dziś wszyscy chcą podróżować i być fit. Pokoleniu Fruzi zamarzy się być może podbijanie galaktyki albo wręcz przeciwnie, powrót do korzeni. Na wczasy będziemy jeździć do Fruzi na głęboką wieś, gdzie będzie wychodek zamiast toalety i pierzyny z kłującymi piórami na osłodę upiornie mroźnych poranków.

Przypomina mi się, jak to lubiłam. To wałkowanie phrasal verbs, końcówek w czasach, wymowy th oraz różnic pomiędzy beer i bear. Tę satysfakcję, kiedy kogoś udało się otworzyć na język i z dnia na dzień obserwowało się, jak ten ktoś kwitnie.  Pamiętam też dobrze, jak tego nie znosiłam. Tych pustych spojrzeń, ich gapienia się na zegarki, bo jeszcze całe trzy minuty do dzwonka, sprawdzania testów i stawiania kolumny jedynek, bo nikt, naprawdę nikt nie napisał wypracowania, a wszyscy, naprawdę wszyscy mają to głęboko w dupie. Ot, taka belferska schizofrenia. Potem myślę, że są cztery rzeczy, które mogłabym robić do końca życia, pomimo tego, że doprowadzałyby mnie chwilami do szału. Mogłabym pisać, uczyć języka, wychowywać dzieci i hodować labradory.

Aktualnie za żadną z tych aktywności nikt nie chce mi płacić.

Oprócz Szwaczki.
- Chiałabym się u ciebie uczyć - mówi na koniec. - Oczywiście będę ci płacić.
Stukam się wymownie w czoło i mówię, że jeśli nie przeszkadza jej Fruzia plącząca się tu i ówdzie pod nogami, możemy spróbować raz w tygodniu, ale o zapłatę niech się nie martwi.

Ubraniami, które uszyła dla Fruzi, nieświadomie opłaciła sobie całoroczny kurs angielskiego. Z wakacyjnym bonusem włącznie.

O tym, że grzywka to jednak pikuś

Zrobiłyśmy sobie z Fruzią wycieczkę do Sąsiedniej Wioski. W zamyśle miała być to Ekscytująca Wycieczka zwieńczona spacerem po sklepach krokiem lekko posuwistym oraz przyjemnym, miało być niespiesznie i może nawet z latte w dłoni, ale znów zapomniałam, że mieszkamy w Krainie Deszczu i wyszło jak zwykle. Od wczoraj tak leje i wieje, że kosze wystawione przed domy do opróżnienia latają od rana po ulicy i próżno szukać swojego.
- Jesteście pewne, że chcecie jechać? - zapytał Drugi Tata z powątpiewaniem, kiedy wrócił z kilkuminutowego spaceru z Rudolfem.
Dobrze, że miał Rudolfa, bo prawdopodobnie sam nie utrzymałby się na ziemi.
- Nie chcemy, tato - odpowiedziałam dość dramatycznym tonem.- Ale musimy, bo już raz przekładałam to spotkanie, a poza tym muszę znaleźć pracę w trybie na wczoraj.

Co oczywiście spędza mi sen z powiek, bo doszłam do wniosku, że jednak żłobek / niania / Mary Poppins nas nie ominie. I jeśli nawet będą to tylko trzy godziny dziennie, to przez pierwszy tydzień / miesiąc / rok będę płakać i rwać sobie grzywkę z głowy, że nie ma mnie przy Fruzi, kiedy ona być może płacze / tęskni / wkurza ją tamten mały / dają jej za mało obiadu / każą spać, kiedy ona nie chce... I w ogóle. Rozumiecie dramatyzm sytuacji? Oczywiście, że rozumiecie. Część z Was wciąż ma pewnie łyse placki na głowach po tych traumatycznych przeżyciach odpępowienia się od dziecka.

Pojechałyśmy więc. Przygnębiające myśli o wielce prawdopodobnej konieczności rozstania z Fruzią rozpierzchły się tuż za progiem Piątej Chatki, albowiem musiałam walczyć o utrzymanie wózka w pozycji umożliwiającej Fruzi bezproblemową podróż, a mnie przeżycie. Życiowa mądrość ludowa autorki nie bez powodu głosi, że jeśli jakiś problem zaprząta ci umysł, koniecznie musisz sobie znaleźć następny. Ten pierwszy nie będzie wówczas aż tak bardzo dręczący. A w tak nagłych wypadkach straszna pogoda w Krainie Deszczu jest zawsze pod ręką.

Do agencji wtoczyłyśmy się ociekając wodą. To znaczy ociekałam ja i wózek, Fruzia zaś, okutana w kurtkę, czapkę i nieprzemakalny śpiworek oraz osłonięta budą od bolidu, wyglądała na dość suchą w środku. I głodną. A kiedy rozpłaszczyłam ją z tych wszystkich okryć, była już Bardzo Głodną Fruzią.
- Może ciasteczko dla malutkiej? - zaproponował Riczard, uprzejmy pan konsultant, który zupełnie nie wyglądał mi na Ivi, z którą byłam umówiona. Ani na Marię lub Lucy, które miały spotkać się ze mną poprzednio. I jeszcze poprzednio.
W imieniu Fruzi grzecznie poprosiłam o ciasteczko, chociaż dwa inne Lubisie przezornie czekały w torbie. Wiedziałam jednak, że Fruzia zgromiłaby mnie wzrokiem, gdybym odmówiła.

Ja dostałam tylko szklankę wody i stertę formularzy do wypełnienia.

Gdybym była takim konsultantem rekrutującym do pracy, najlepsze oferty trafiałyby do matek, które zjawiają się na takich spotkaniach z małymi dziećmi. Wzięłabym pod uwagę ich odwagę i przebojowość (nie uprzedzasz nikogo, że przybędziesz z dzieckiem i nie tłumaczysz się z tego faktu), punktualność (przypominam - jesteś w towarzystwie dziecka), dobrą organizację (torba wypchana wszystkim i na każdą okoliczność), kreatywność (mnóstwo pomysłów na to, czego aktualnie może potrzebować twoje dziecko), podzielność uwagi (jednoczesne wypełnianie formularzy, rozmowa z konsultantem w obcym języku, myślenie! i karmienie dziecka ciastkiem) oraz niegasnący entuzjazm (tak, potrafię w zasadzie wszystko! a jeśli nie potrafię, to się nauczę!) Nie wiem, czy Riczard był tego samego zdania, szczególnie widząc Fruzię umorusaną od włosów po koniec śpiworka biszkoptowym Lubisiem z nadzieniem jabłkowym, ja jednak nie traciłam rezonu.
- Smakowało jej ciastko? - zapytał Riczard, podejrzliwie zerkając na Lubisia.
- Bardzo - odpowiedziałam lekko. - Tak bardzo, że musiałam dać jej jeszcze jedno.
- A-aaaaaa! - zaśpiewała na to Fruzia, niebezpiecznie zmieniając ton z lekkiego na roszczeniowy.
W myślach zrobiłam przegląd zawartości torby pod kątem żarcia. Nie jest źle , pomyślałam. Mamy jeszcze jednego Lubisia, kanapkę z serem i banana. Zdążymy dojechać do domu.

W domu Fruzia wpadła w nastrój arcysmęcący. Nie wiem, czy to ząb numer siedem czy może dziecię wyczuło, że matka planuje niecny powrót do pracy, ale śledzenie każdego mojego ruchu oraz wspinanie się po mojej nogawce do pionu z dramatycznym okrzykiem 'eeeeee!' mającym oznaczać 'przytul mnie natychmiast!' nie jest z pewnością tym, co może przekierować niespokojny umysł matki na łagodniejsze wody.

Więc ja się pytam przestrzeni kosmicznej - gdzie, do cholery, to osławione 'jeszcze zatęsknisz za pracą!' i 'jeszcze ci się znudzi to siedzenie w domu!'? Gdzie? U kogo? Ktoś ma trochę na zbyciu?

Stan ach-jak-cudownie-że-wracam-między-ludzi! pilnie poszukiwany!

O tym, że nie rzucam słów na wiatr (no, może czasem)

Chyba musiałam się czegoś przypadkiem nawąchać, bo nie dość, że nie spanikowałam na widok lecącej do piłkowego basenu Fruzi, to jeszcze nie zwiałam z fryzjerskiego fotela. Mogłabym nawet rzec, że siedziałam na nim z przyjemnością, pozwalając Izie trochę przyciemnić mój naturalny kolor i ciachnąć mi Grzywkę. O, taką:



Proszę tylko nie podnosić rabanu, że na tym zdjęciu właściwie nic nie widać, bo widać. Grzywkę. To ona jest główną bohaterką dzisiejszego wpisu, więc będziemy wdzięczne - ja oraz Grzywka - za wszelkie słowa wsparcia (ewentualnie otuchy, żebym się nie martwiła, bo odrośnie...). Mąż Mój entuzjastycznie ocenił nową fryzurę na 93,2 punktu w Stupunktowej-Skali-Fryzur-W-Których-Cię-Lubię, dzięki czemu Grzywka uplasowała się na drugim miejscu podium, wyprzedzona przez Nieśmiertelną-Fryzurę-Bez-Grzywki z 99,7 punktu w owej Skali (to pewnie ten sentyment z pierwszej randki każe mu ją idealizować.) Trzecie miejsce na podium pozostaje wciąż do obsadzenia, albowiem Mąż Mój Najwspanialszy od dzisiaj zna mnie tylko z tych dwóch fryzur. Drobne stopniowanie zupełnie się nie liczy.

Ja i Grzywka czujemy się świetnie. Jeszcze się docieramy, uczymy się siebie i oczywiście mamy chwile zwątpienia, bo nie tak łatwo przyzwyczaić się do firanki, która nagle pojawia ci się na czole, ale obie wierzymy, że spotkałyśmy się w tym wcieleniu nie bez powodu. Kto wie, może z tej mąki będzie całkiem niezły chleb...

O tym, kto kogo

Siedzimy z Liz w kawiarni przyjaznej bejbikom i małym dzieciom. My dwie pijemy herbatę, Superhero i Fruzia rządzą w kąciku domowym. W pewnym momencie młody postanawia podnieść Fruzię. Liz i ja jednocześnie wstajemy i czuwamy nad ruchami tej dwójki. Superhero łapie Fruzię pod pachami i przodem do świata niesie ją w kierunku niskiego basenu z piłkami. Malutka jest wyraźnie zadowolona, w ten sposób oboje pokonują trzy kroki, po czym Superhero przenosi Fruzię nad krawędzią basenu i kiedy wszystko wskazuje na to, że mała za chwilę bezpiecznie i spokojnie usiądzie na jego dnie... Superhero dosłownie wrzuca ją między piłki, głową do przodu! Liz wstrzymuje oddech. Przez ułamek sekundy robi mi się niemrawo, ale bez mrugnięcia okiem patrzę na dalszy rozwój wypadków, nie chcąc niepotrzebnie wprowadzać nagłej paniki lub zamętu.

A co robi Fruzia?

Z niemałym trudem wygrzebuje się z piłek, patrzy na mnie, szczerzy się i rusza przed siebie, nawet nie poprawiając zwichrzonej fryzury!

Liz stwierdza, że Rudolf nieźle ją wyszkolił.

Myślę, że Rudolf powiedziałby coś dokładnie odwrotnego.

O starości duszy

Współczesna Wróżka powiedziała nam kiedyś, że oboje jesteśmy starymi, poszukującymi duszami, że duchowość jest dla nas istotnym elementem samorozwoju i poradziła nam, abyśmy starali się nigdy jej nie zatracić. Phi, też mi coś! Jakbym sama nie wiedziała! Szukam więc. W zasadzie odkąd pamiętam. Stawiam pytania, dywaguję, rozważam, podważam, kwestionuję. Zaprzeczam, kłócę się, zmieniam zdanie i teorie. Wyklinam Boga, mówię do niego, podziwiam Hołownię za jego wiarę, a jednocześnie wiem, że to nie to, że to wychowanie, a nie przekonanie. Potem w chwilach słabości i strachu mówię "Ojcze Nasz", bardziej jako mantrę niż modlitwę. Tak naprawdę wierzę w opiekę tych, których już nie ma, choć przecież nadal są. Jestem potworną mieszanką sceptyka i Phoebe Buffay.

Czuję, że to nie może być takie skomplikowane. Że jakiś jeden krok dzieli mnie od zrozumienia, tylko nie wiem, gdzie ten krok postawić. I czy naprawdę chciałabym wiedzieć? Jeszcze bym się rozczarowała, a wtedy co? Ktoś kiedyś gdzieś uznał, że po śmierci dostajemy takie niebo, o jakim marzyliśmy za życia. Przy założeniu, że o niebie nie może śnić ktoś zepsuty do cna, ta teoria nawet ma sens. Tylko czy moje niebo pokryje się z niebem tych, których chciałabym widzieć w tym własnym? Czy sprzeczne ze sobą wizje mogą współistnieć?

"O śmierci i odrodzeniu" Lama Ole Nydahl to książka nie tylko o śmierci. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że właściwie więcej w niej życia. Nie przeżyłam szoku, czytając pierwsze, piętnaste lub setne zdanie. Oprócz tybetańskiej i buddyjskiej terminologii w zasadzie nie odkryłam w niej również nic, co byłoby dla mnie absolutną nowością. Mam wrażenie, że ta książka składa w jedną całość wszystko to, co gdzieś już wyczytałam, gdzieś usłyszałam lub intuicyjnie wyczułam. To takie logiczne, myślę, zaczytując się. Po czym poddaję w wątpliwość logikę każdej religii i filozofii. Jeśli wierzysz, to wierzysz, nie możesz tego zracjonalizować.

Ale to ma sens. To, że dusza dąży do oświecenia, bo tylko wtedy może zostać uwolniona od ziemskiej egzystencji pełnej cierpienia. Każde kolejne wcielenie to kolejne lekcje do przerobienia. Jeśli odrobiłeś poprzednie, sam poprawiasz sobie byt. Nie dostajesz go od Stwórcy czy Boga, sam na niego pracujesz. Masz wolna wolę, więc karma to nie przeznaczenie, a niezdefiniowany efekt twoich działań. Przyczyna i skutek. Jeśli podjąłeś głupią decyzję, to podjąłeś głupią decyzję i teraz ponosisz jej konsekwencje, a nie spotkałeś się z przeznaczeniem. Nie zostałeś zaprogramowany na zrobienie czegoś w ten czy inny sposób, więc rezultat twoich czynów nie jest z góry znany wszechświatowi. Więc Fruzia nie dostała się nam ot tak, z przydziału przeznaczenia. Wymantrowaliśmy ją sobie, wyczekaliśmy własnym działaniem i dobrymi życzeniami od powracającego do nas dobra. Bo moc dobrych myśli jest wielka. Im więcej ich wyślesz, tym więcej takich Fruziaków otrzymasz.

I w takim razie nie skłamię, jeśli powiem jej, że jest dzieckiem z kosmosu.

Czytam, chłonę, przetwarzam i wiem, że oświecenie jeszcze mi nie grozi. Zbyt wiele we mnie przywiązania. Oswajam nie tylko zwierzęta, ale też miejsca i przedmioty. Przywiązuje się do nich, a one do mnie. Silne związki z bliskimi świadczą o tym, że już kiedyś się spotkaliśmy, choć nie wiem, czy chcę wiedzieć, w jakiej konfiguracji. I jak będziemy wyglądać w przyszłym wcieleniach. Czy Kocur będzie moim tatą, Mamuśka synem, Inżynier dziadkiem, a Fruzia mężem? Czy mam szansę stać się lepszą wersją siebie, czy spieprzę coś na starcie kolejnej egzystencji i wrócę do poziomu dżdżownicy? Czy w następnym życiu moja droga do zrozumienia rozpocznie się tu, gdzie skończę ją w tym wcieleniu, czy może znów będę szukać od nowa? Fascynujące.

Spaceruję alejkami Wickes. Inżynier utonął w dziale z dziwnym sprzętem do wszystkiego - wokół piętrzą się jakieś rury, zawory, uszczelki. Fruzia jest zmęczona, więc dla odwrocenia jej uwagi od braku smoczka pokazuję jej kolejne plastikowe ustrojstwa. Mała babuli do siebie, wszystkiego chce posmakować. Patrzę na nią i myślę sobie, że to dlatego tak nam ze sobą dobrze. Przecież znamy się nie od tego życia, prawda?

Zamiast dążyć do uwolnienia, ja chcę pociągnąć ich wszystkich za sobą. Przeżyć z nimi nie jedno, a wiele kolejnych wcieleń. Czuć dokładnie taką więź, jaką mam z nimi tu i teraz*. Czy od tego można dobrowolnie chcieć się uwolnić?

Gdybym tylko miała pewność, że oświecenie i uwolnienie nie oznacza samotności, natychmiast zostałabym buddystką.

Czy są tu na sali jacyś duchowi przewodnicy?

*(Radzę jednak uważać. Toksyczna więź z partnerem-idiotą też wróci, jeśli nie uporasz się z nią w tym wcieleniu!)

O jednym tygodniu

Padły nam systemy operacyjne. Najpierw Fruziny, potem mój, następnie sieciowy, a na końcu Rudolfowy. Aż strach deklarować, że tylko nasza kotwica w postaci Inżyniera przetrwała sztorm.

Wtorek 


Po nocy spędzonej głównie na czuwaniu mam nadzieję, że to tylko kwestia ciemności. Zaraz zrobi się jasno, demony gorączki znikną i będę mogła postawić Fruzię na nogi calpolem. Niestety, malutka wstaje z płaczem, jest cała rozpalona, spocona i już wiem, że to będzie dla nas długi dzień. Na liczniku termometru 39,1. Fuck. Trzeba do lekarza i to już.

W przychodni nie dzieje się nic, co mogłoby zaniepokoić Fruziaka. To znaczy prawie nic. Pielęgniarka usiłuje zajrzeć do Fruziowego ucha, aby wykluczyć zapalenie, ale malutka uznaje to za najazd na jej wolność osobistą i podnosi larum. Muszę przytrzymywać jej łapki i głowę, co tylko dodaje dramatyzmu całej sytuacji, bo krzyk niesie się po całej przychodni. Kiedy wydaje mi się, że badanie dobiegło końca, piguła z przepraszającym uśmiechem mówi mi, że poprosi koleżankę o pomoc, bo nie była w stanie nic sprawdzić w takich okolicznościach przyrody. Uspokajam małą tylko po to, żeby za chwilę znów mogła się rozpłakać i rozkrzyczeć. Moje maleństwo. Myślę sobie jednak, że to tylko mały przyrząd w jej uchu, nic wielkiego, raczej drobny dyskomfort niż ból. Myślę o tych mamach, które patrzą na prawdziwy ból swoich dzieci. To dopiero jest bezradność.

Wirus. Drugi w życiu Fruzi, pierwszy taki. Tamten biegunkowy odczuła w zasadzie jedynie na podrażnionym do krwi tyłeczku.

Inżynier przywozi nas do domu, a sam pędzi do pracy. Malutka spędza dzień głównie śpiąc. Budzi się na pół godziny, płacze i wczepia we mnie swoje małe pazurki. Jej apetyt ogranicza się do chleba i domowej produkcji kiełbaski z cielęciny, ale najważniejsze, że je - cały czas chlipiąc, ale je - alleluja.
Mamuśka udziela mi na skypie przyspieszonego kursu domowej pierwszej pomocy w przypadku gorączki i chorób.
- Wszystko trzeba przeżyć - mówi spokojnie. - Dzieci muszą się wychorować, oby to tylko takie choroby były.
Ja też tak myślę. Życie wciąż uczy mnie odróżniania drobnych i przejściowych niedogodności od prawdziwych problemów.
Mamuśka wzdycha.
- To teraz pomyśl, że ja miałam ciebie porządnie chorą regularnie co miesiąc...
Mhm. Część z tego pamiętam. Te niekończące się wizyty w przychodniach, zastrzyki, podczas których byłam super-dzielną-dziewczynką, antybiotyki, anginy, zapalenia krtani, oskrzeli, świszczące kaszle i gorączki, na wspomnienie których do dziś robi mi się słabo. A potem jeden wypad do Bułgarii i wszystko przeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Właziłaś do wody rano, a wyłaziłaś wieczorem, szczękając zębami - opowiada Mamuśka. - Usta miałaś tak sine, że blady strach na mnie padał za każdym razem, jak na ciebie spojrzałam. Byłam przerażona, ale uznałam, że teraz albo nigdy.
Mamuśka jest czarownicą. Tamtego lata tak mnie obrzuciła modlitwami i zaklęciami, że zaczęłam wreszcie chorować jak normalne dziecko - katar, kaszel, syrop i wio do szkoły. Morze Czarne oczyściło mnie z toksyn.

Teraz ja też nie czuję się najlepiej, Mamuśka mówi, że muszę zadbać o siebie, żebym mogła zadbać o Fruzię. Zwykle wpuszczam takie gadki jednym uchem, a drugim pozwalam im ulecieć, ale nie tym razem. Jest Fruzia, muszę być zdrowa. Inhaluję się Amolem, piję herbatę z miodem i wywar z majeranku, jem czosnek.

Środa

A i tak wszystko na nic. Budzę się rozgorączkowana, zlana potem, mam dreszcze, a w klatce piersiowej mi dudni. Szepczę do Inżyniera, żeby został z nami w domu, bo nie jestem w stanie podnieść się z łóżka i zająć Fruzią. Mąż Mój tylko na mnie patrzy i sięga po komórkę, żeby zadzwonić do pracy.
- Jutro na pewno będzie ze mną lepiej - mruczę mało przekonująco.

Potem zapadam w sen.

Rejestruję tylko, że z Fruzią lepiej - malutka wciąż jest na lekach, ale płacze sporadycznie, większość dnia spędza na łobuzerce. Słyszę ich z kuchni jak gadają, gotują, jak mała piszczy z radości na huśtawce.

Czwartek

Budzę się rozgorączkowa, zlana potem, mam dreszcze, a w klatce wciąż dudni. Czuję się jeszcze gorzej niż wczoraj. Błagam Inżyniera, żeby z nami został, chociaż wiem, że to ostatnia rzecz, którą może teraz zrobić, bo w poniedziałek audyt, a pracy stos. Ale Inżynier nawet na mnie nie patrzy, wystarczy, że mnie słyszy, taką rzężącą jak stary traktor, i natychmiast dzwoni do pracy. Trzy godziny później rozmawiam z pielęgniarką w przychodni. A raczej próbuję rozmawiać.
- Nawet nie muszę cię badać - mówi ona. - Stąd słyszę jak świszczesz.
Ale bada. Mam problem, żeby oddychać normalnie i jak jakiś narkoman marzę o antybiotyku tu i teraz.
Nie pytam nawet, co mi jest, interesuje mnie tylko recepta.
Chest infection, czytam w aptece na kawałku świstka.
Ładna mi infekcja. Jak ten antybiotyk mi nie pomoże, będę musiała lecieć do Bułgarii.

Już po pierwszej dawce magicznej żółtej tabletki rozjaśnia mi się w głowie. Wieczorem odpalam skype'a, żeby pokazać się Mamuśce, inaczej gotowa pomyśleć, że zeszłam z tego świata. Ledwie pojawia się obraz, Ojciec Dyrektor wypala, że mają złe wieści.

Mamy ręka źle się zrasta. Lekarz trzasnął jej lasery, dodatkową rehabilitację i kolejny miesiąc zwolnienia. A to oznacza, że nie przylecą. Nie mogą. Taka wycieczka na L4 może Mamę słono kosztować.

Nic nie mówię, bo ryczę. Mamuśka razem ze mną.

W nocy nie śpię, tylko zanoszę się płaczem. Takim żałosnym szlochem. Jak mantrę powtarzam sobie "mamy Fruzię, jesteśmy wszyscy zdrowi, mamy Fruzię, jesteśmy wszyscy zdrowi, mamy Fruzię..." Zaczyna działać dopiero około szóstej nad ranem.

Piątek

Fruzia zaczyna kaszleć. Błagam, tylko nie to. Mam nadzieję, że nie zaraziłam malutkiej, bo jeśli ona miałaby się czuć tak podle jak ja, to obie nie wyjdziemy z tego doła do wiosny. Przeszukuję sieć w poszukiwaniu przepisu na jakiś syrop. Internet nam rwie co trzy minuty. W końcu trafiam na syrop z cebuli. Już współczuję Fruziakowi, że będzie musiała to pić, ale kilka godzin później okazuje się, że mikstura jest słodka i do przełknięcia. Malutka połyka wszystko, co jej podsunę w strzykawce. Moja dzielna córeczka.

Ze mną lepiej. Antybiotyk zmienia mi smak jedzenia, wszystko jest gorzkie, żołądek się buntuje, ale jest lepiej.

Weekend spędzamy w domu, pokasłując i pociągając nosem.

Poniedziałek

Usiłuję przesunąć dywanik, na którym leży Rudolf, ale razem z nim jest zbyt ciężki. Przeganiam Rudego słownie, potem delikatnie ciągnę go za obrożę, dając mu znak, że ma wstać, ale po chwili orientuję się, że to nie lenistwo Rudolfa każe mu zostać tam, gdzie jest. Patrzy na mnie tymi swoimi brązowymi oczami i widzę, że nie może się ruszyć. Stawy. Znowu. Systematycznie raz do roku, zwykle zimą.
Okrywam Rudego kocem, pod łeb kładę mu poduszkę, przynoszę michę z żarciem. W żarciu tabletka.
- I jeszcze ty, biedaku - mówię do niego wspólczująco.

Przez cały poranek muszę odganiać Fruziaka od Rudolfowego nosa. Mała ma się dobrze, tasmani i smerfuje jak perszing. Rudy na tej podłodze jest łatwym celem. Na szczęście po kilku godzinach sierściuch ożywa. Wstaje na trzęsących się jak galareta łapach, przez kilka sekund po prostu usiłuje złapać równowagę i nie obalić się. Wygląda jak świeżo narodzone źrebię. Po południu dostaje drugą porcję leku. Natychmiast widać poprawę.

Internet trafił szlag. I tak przez ostatnie dni nie dało się z niego korzystać, ale teraz umarł na amen. Gość wysłany przez naszego operatora do sprawdzenia, o co chodzi, stwierdza usterką gniazdka i rutera. Bosko. Nie dość, że od tygodnia siedzimy z Fruzią w domu jak zaklęte księżniczki, to jeszcze teraz odcięło nas od sieci. Zaczynam niebezpiecznie dryfować w kierunku o-my-biedne-buuuuuuu!  

W nocy znów ryczę. Choroby zwykle negatywnie wpływają na moją gospadarkę zdrowego rozsądku, a teraz jeszcze mi smutno, że Rodzice nie przylecą, że jedna z naszych relacji się sypie, że nie mogę znaleźć pracy na weekendy i że chwilami czuję się jak na bezludnej wyspie... Inżynierowi też nie jest lekko. Pracuje od świtu do wieczora, za chwilę ma ruszyć biznes naszego życia, w którym doprawdy nie za wiele mogę pomóc, siedząc z Fruzią w domu, a tu baba w rozsypce... Przegadujemy to i owo, zasypiamy na ziołowych Kalmsach.

Wtorek

Oddycham. Czas się ogarnąć. Jutro przylatuje Drugi Tata z odsieczą biznesową. W dzień będziemy mieć z Fruzią towarzystwo, wieczorem Inżynier będzie miał pomoc w technicznych sprawach. Za tydzień dołączy do nas Druga Mama. Wracamy do zdrowia. Mąż Mój wymienia kabel i znów jesteśmy w łączności ze światem.

Jest z czego się cieszyć.

Robię sobie makijaż. Pierwszy raz od tygodnia. Patrzę na Fruzię jak małymi paluszkami precyzyjnie chwyta kawałeczek banana i pakuje sobie do buzi. Uśmiecha się do mnie wielce z siebie zadowolona.

Naprawdę, mamy z czego się cieszyć.