Z listów do Fruzi

piątek, stycznia 15, 2016

W czasach, kiedy bycie młodszą siostrą szczególnie mi doskwierało, a więc był to okres wczesnej podstawówki, kłóciliśmy się z Wielkim Bratem o wszystko. Dosłownie. Niestety, w tamtym momencie naszego siostrzano-braterskiego życia mieliśmy również wspólny pokój, co nie tylko niczego nie ułatwiało, ale dodatkowo potęgowało kryzysy. Wyzywaliśmy się przeraźliwie, choć nie wiem, czy mi uwierzysz, ale to on zwykle zaczynał! A kiedy emocje sięgały zenitu, każde z nas chwytało po tajną broń, po której nie było już czego zbierać. Jego bronią było wykrzyczenie mi w twarz, że Rodzice kochają go dłużej, bo jest starszy, a zatem i mocniej, a ja zostałam przez nich znaleziona na śmietniku i wzięta do domu z litości. Nie wiem, skąd on to wziął, ale dziś uwielbiam to wspomnienie.

Moją bronią było oczywiście pójście z płaczem do Mamy na skargę. (W wersji naprawdę mini czasem jeszcze gryzłam i ponoć piszczałam tak, że bębenki pękały, stąd przydomek Piszczka.)

Kiedy podrosłam, Wielki nie stosował już tego chwytu, bo nie działał. Wiedział, że spłynie on po mnie jak po kaczce, bo miałam już swój rozum i wiedziałam, że po pierwsze - nie zostałam znaleziona na żadnym śmietniku, a po drugie - nawet gdyby Rodzice faktycznie mnie tam znaleźli, to ani przez jeden maleńki moment mojego życia nie poczułam, że kochają mnie mniej niż Wielkiego. Dokładnie tak myślałam, Fruziu, to nie jest żadna marna próba literackiej fikcji. Później, kiedy w ostatnich latach podstawówki w szkole gruchnęła wiadomość, że Marta z siódmej ce jest adoptowana, przekonywałam Mamuśkę, że nawet gdyby mnie adoptowali, wcale bym się tym nie przejęła, bo nie wyobrażam sobie, że mogłabym życzyć sobie innych Rodziców. Mama śmiała się z tych moich przemów i zapewniała, że tego, jak bardzo skopałam ją w czasie ciąży, nie mogłaby sobie wymyślić przy najbardziej bujnej wyobraźni.

Sęk w tym, droga Fruziu, że to było tylko teoretyczne gadanie, a ja nie wiem i nigdy nie dowiem się z własnego doświadczenia, jak to jest dorastać ze świadomością, że jest się adoptowanym. Nie wiem, co się wtedy czuje, jak te uczucia zmieniają się wraz z wiekiem i nabywanym bagażem doświadczeń życiowych, nie wiem, jak często się o tym myśli i jakiego rodzaju są to przemyślenia. Nie wiem, ale mam nadzieję, że będziesz mi o tym opowiadać na bieżąco. Chciałabym wiedzieć. Chciałabym być przy Tobie, jeśli kiedykolwiek z tego powodu grunt będzie usuwał Ci się spod nóg. Chciałabym, żebyś ufała mi na tyle, aby instynktownie czuć, że zawsze możesz mi wszystko powiedzieć. Nie, nie mnie, a nam. Mnie i tacie. Wszystko. Możesz nam powiedzieć wszystko, pamiętaj. Wolę usłyszeć za dużo niż się domyślać, bo tylko wtedy wspólnie będziemy mogli coś z tym zrobić.

A jeśli będziesz chciała, ja opowiem Ci o tym, jak to jest być mamą adoptowanej Fruzi. Jakie to uwalniające uczucie po tylu latach czekania, kiedy patrzysz w jej oczy po raz pierwszy i czujesz taką miłość i radość, jakiej nigdy wcześniej nie dane było ci doświadczyć. Opowiem Ci, jak się kocha taką Fruzię, jak się kocha własne dziecko, dziecko z kosmosu. A tak naprawdę to ja też będę opowiadać Ci o tym na bieżąco. Dzień po dniu, godzina po godzinie. Myślą, mową i uczynkiem. Będziesz wiedziała.

Od zawsze dużo myślę o rodzinie. Piszę o niej nie bez powodu. Gdzieś na jakimś niezgłębionym jeszcze przeze mnie poziomie (pod)świadomości czuję, że urodziłam się po to, aby otaczać się bliskimi oraz ich otaczać sobą. To oni są moim tlenem, moim sensem i kotwicą, a Ty jesteś częścią tej układanki, córeczko. Bez Ciebie ten obrazek nigdy nie byłby pełny. I mogę o tym wszystkim pisać bez obaw, że będę w tym pisaniu niewiarygodna, bo rodzina wypełnia mnie od stóp po sam czubek głowy. Wciąż nie rozgryzłam, po kim te moje kronikarskie zapędy do zamykania jej dziedzictwa w słowach. Ciekawa jestem, czy kiedyś będzie to dla Ciebie ważne - co, kto i po kim.

"Ale to prawda, że dziedziczymy wiele cech po przodkach. Jestem krótkowzroczna tak jak stryj. Agata z charakteru jest podobna do babci Janki, a z wyglądu do dziadka Leszka. Madzia z kolei ma dziadka charakter, ale urodę kobiet po linii męża. Rozmawiamy na te tematy szczególnie w Święta. Doszukujemy się dziedzictwa, ciągłości, tego, co nas łączy. Ja w pewnym momencie, gdy czułam się bardzo samotna, zapragnęłam utrwalić dzieje swojej rodziny w książce. Pisząc, zrozumiałam, że warto dłubać w historii rodziny, bo wtedy poznajemy swoje korzenie. A poznając swoje korzenie, przekonujemy się, że jesteśmy małym ogniwem w długim łańcuchu pokoleń."

Wiem, córeczko, że pewnego dnia zrozumiesz, że Twoje korzenie biegną dwutorowo. Być może poczujesz się zagubiona (a może bogatsza?), zaplątana wśród ścieżek, którymi będziesz chciała pójść. Może zakwestionujesz ciągłość i to, co nas łączy. Wtedy też będziemy stać obok. Tylko daj znać, a będziemy towarzyszyć Ci na każdej drodze, którą wybierzesz. I będziemy szczęśliwi, że nam na to pozwalasz. Pomożemy Ci odkrywać tajemnicę Twojego temperamentu i usposobienia, jednocześnie nieustannie powtarzając Ci, że niezależnie od wszystkiego, Twoje korzenie to też my, mama i tata, nasi rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i pradziadkowie. Jesteś jeszcze taka malutka, ale już teraz są one tak mocno ze sobą splątane, że nikt nie wie, gdzie ich początek, a gdzie środek, bo o końcu przecież nie ma mowy. Zrosły się na dobre w mgnieniu oka. Właściwie one chyba zawsze tam były, w jakiś magiczny sposób czekając w uśpieniu na swój najlepszy czas. Więc jeśli powiem Ci, że miłość do książek masz po mnie, energię do działania po tacie, sen uważasz za stratę czasu po Babci, a podciąganie się do pionu pod stołem dostałaś w prezencie od chrzestnego, to nie skłamię, nie wymyślę tego na potrzeby Twojego dobrego samopoczucia. W naszej patchworkowej rodzinie nawet dziedziczenie jest fascynującym procesem skojarzeń, wypadkową kosmicznej miłości, magicznych rytuałów codzienności i czasu spędzanego razem. Nigdy nie daj sobie wmówić, że nie mogłaś odziedziczyć swojego szelmowskiego spojrzenia po Rudolfie.

"W pewnym programie telewizyjnym znany artysta skonstatował, że o wiele lepiej sprawdził się w roli ojczyma niż ojca - ze swoją przybraną starszą córką nie miał tylu problemów, ile ma teraz z rodzoną. Zastanawiał się dlaczego. Otóż dlatego, że ludzie złączeni więzami krwi znają nawzajem wszystkie swoje słabe punkty, więc doskonale wiedzą, jak się zranić. Pocieszające jest to, że także łatwiej sobie wybaczają."

Nie dbam o DNA i różne grupy krwi, wiesz?  Nie dlatego proszę Twoją Babcię, aby jeszcze raz opowiedziała mi o Twojej legendarnej Praprababaci Joasi, bo łączą nas więzy krwi. Nie byłabym nią mniej zainteresowana, gdyby Moja Kochana Babcia okazała się dzieckiem znalezionym na progu czyjegoś domu, tym samym przerywając nasz łańcuch genetycznej łączności z Joaśką.

Proszę o to dlatego, że łączą nas więzy miłości.

A one są silniejsze niż biologia, córeczko.

* Cytaty pochodzą z artykułu "Powrót do domu" Aliny Gutek (Zwierciadło, grudzień 2015)

You Might Also Like

14 komentarze

  1. Moi siostrzeńcy nigdy nie szukali swoich biologicznych korzeni. Są z nami i już i tak już pozostanie i tak jest dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I niech tak Wam zostanie. Ja nie wiem, jak zdecyduje Fruzia w przyszłości, ale naprawdę chciałabym, żeby zrobiła tak jak czuje, a jednocześnie wiem, że musimy zrobić wszystko, żeby każdą jej decyzję uczciwie zaakceptować. Bo przecież sam fakt, że będzie kiedyś chciała poznać swoje biologiczne korzenie nie jest równoznaczny z odrzuceniem nas. Tak dziś to widzę i mam nadzieję, że ta optyka mi / nam się nie zmieni.

      Usuń
  2. Napisałaś to tak wspaniale, że nie mam już nic do dodania. Podobnie czuję i podobnie bardzo bym chciała, żeby Bąbel ze wszelkimi pojawiającymi się pytaniami i wątpliwościami przychodził do nas - byśmy mogli służyć mu radą i wsparciem i snuć wspólnie naszą ( i nie tylko naszą) rodzinną opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to jest jedna wielka i fascynująca rodzinna opowieść. Jak tak się temu przyjrzeć z bliska, to w każdej rodzinie są historie, które nadają się na powieść albo film, więc nasza i Wasza jest tylko z wielu:-)

      Usuń
  3. Ja mam starszą i młodszą siostrę, "za młodu" różnie bywało między nami, ale teraz więź jaka nas łączy jest nie do rozerwania :) I zupełnie inaczej człowiek żyje, wiedząc że ma do kogo zadzwonić, pogadać, poplakać, wyjść razem :)
    Myślę, że część dzieci biologicznych życzyłaby sobie takich rodziców jak Wy, takich którzy milości, wysłuchania, rozmowy, czasu poświęconego dziecku nie zamieniają na kieszonkowe. Sama mam czasem wyrzuty sumienia, że przez pracę/ogarnianie domu/obiad i wszelkie inne czynności, które muszę zrobić zabieram czas jaki moglabym poświęcić na czytanie książek/ukladanie/malowanie i inne czynności z moimi córkami. Prawda jest również taka, że więcej czasu poswięcam młodszej z córek, staram się Martyśce to wynagradzać w jakiś sposób wieczorami albo kiedy Kasia śpi popoludniu, ale i tak mam wrażenie, że to mało. Cały czas za mało :(
    Pięknie napisalaś o korzeniach, sama kilkukrotnie badałam nasze koligacje, w gruncie rzeczy jesteśmy dużą rodziną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy ma takie wspomnienia z młodości z rodzeństwem w roli głównej - moi Rodzice niejeden raz siwieli od naszych bójek i wyzwisk, a dziś mamy z Wielkim Bratem bardzo dobre układy:-)
      Nie miej wyrzutów sumienia (wiem, łatwo się gada), bo jestem przekonana, ze robisz wszystko, żeby Twoje dziewczyny miały to najważniejsze, czego potrzebują. Nie da się pogodzić pracy, domu, czasu z dziećmi i jeszcze swoich potrzeb tak, żeby wszystko było na 100%. Ja nawet nie próbuję. Myślę, że jak będzie "wystarczająco dobrze" to dobrze:-)

      Usuń
  4. No i to nazywam myśleniem "out of the box".
    Jesteś genialna. Post jest genialny. Otworzył mi oczy. To co dla mnie jest oczywiste dla mojego Dziecka nie musi. Zapomniałam, że muszę wziąć pewne rzeczy pod uwagę i głośno je wyartykułować.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że trafiłam w Twój środek, dziękuję:-) (Bardzo bym chciała być genialna. Może jak sobie zacznę to powtarzać przed snem, to uwierzę;-)) Staram się myśleć trochę tak, jak może (ale niekoniecznie) myśleć Fruzia za x lat. I odkrywam tak jak Ty, że coś, co kiedyś wydawało mi się takie proste i oczywiste - adoptujesz, kochacie się, nie ma potrzeby do tego wracać - może mieć wiele różnych odcieni. Które wcale nie wykluczają tej miłości między wami.

      Usuń
  5. Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem - ciśnie mi się na usta...
    Obyśmy mieli "tych" zaniedbań jak najmniej jako rodzice adopcyjni, rodzice, którzy muszą wprowadzić swoje dzieci w meandry adopcji, korzeni pierwotnych i przybyszowych (bocznych) - pozwolisz, że użyje tutaj terminologii zaciągniętej z ryzografii.
    Piękny list i daje do myślenia;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, oby zaniedbań było jak najmniej, bo o nie przecież tak łatwo w takim temacie. Wystarczy czegoś nie dopowiedzieć, nie przemyśleć, zabagatelizować ... A z drugiej strony jesteśmy tylko ludźmi, trudno przewidzieć wszystko.

      Usuń