O trudnych relacjach w rodzinie

poniedziałek, stycznia 25, 2016

- Fruziu, co ty robisz? - pytam po raz setny tego dnia i tysięczny tego tygodnia. - Czy ty oszalałaś?

Jej pierwsze zdanie prawdopodobnie tak właśnie będzie brzmiało. Cy ty osalałaś? Ewentualnie - nie wolno, Fluziu! 

Weszła Rudolfowi na głowę. We wszystkich tego zdania znaczeniach.

Zastałam ją pokonującą futrzastą przeszkodę uwaloną na środku dywanu i nic sobie nie robiącą z łażącej po nim małej kosmitki. Ze stoickim spokojem Rudolf zniósł małe piąstki wczepione w jego sierść tak mocno, że aż fałdy skóry oderwały się od reszty narządów wewnętrznych, cienki jak patyk palec zabłąkany w okolicach jego lewego oka i coś około dziewięciu z hakiem kilogramów żywej wagi przemieszczającej się bezwładnie z prawej jego strony na lewą. Głową w dół. Kiedy już Fruzia bezpiecznie - co aktualnie jest pojęciem względnym - wylądowała na dywanie, Rudolf ochlastał ją jeszcze jęzorem po twarzy, jakby sprawdzał, czy aby na pewno teraz już sobie pójdzie i da mu spokój.

Czasem rzeczywiście daje.

Częściej jednak jeździ po nim jak po łysej kobyle, choć usiłuję wychowywać ją w szacunku do starszego brata. Uczę ją, jak delikatnie głaskać sierściucha. Nie pozwalam ciągnąć go za uszy, ogon ani przeszkadzać mu w jedzeniu. Lub ogryzaniu plastikowej butelki, którą dostał w ramach kampanii "Rudolf-to-też-dziecko-i-należą-mu-się-zabawki". Opornie to idzie, ale zdecydowanie najgorsze wyniki wychowawcze osiągam w kwestii jego misek. Fruzia wymyśliła sobie, że te świetnie nadają się do ślizgania po podłodze, najlepiej ze zdjętymi właśnie z nóg skarpetkami w środku. Miska od żarcia na szczęście zawsze jest pusta, wszak Rudolf to labrador z prawdziwego zdarzenia, nie uświadczyliśmy nigdy widoku pozostawionego na pastwę losu niedokończonego posiłku. Ta z wodą zazwyczaj jest pełna. I jeśli matka nie wykaże się odpowiednim refleksem, młoda nurza się w tej wodzie po same łokcie. Albo - co zdecydowanie bardziej ją bawi - wylewa ją, a samą michę ładuje sobie na głowę, wielce przy tym zadowolona. Rudolf patrzy na nią trochę pobłażliwie, wzdycha ciężko i wraca na kanapę. Co się będzie facet martwił, matka sprzątnie.

Jego cierpliwość ma jednak swoje granice. Fruzia tylko przez chwilę jest zainteresowana plastikowymi butelkami, które daję jej do zabawy, ale niech no tylko Rudolf dorwie taki gadżet, niech no tylko mała usłyszy dźwięk zgniatanego opakowania, a jej zainteresowanie nim rośnie w tempie rozpędzającego się bolidu. Natychmiast jest przy nim i pakuje małe łapki do jego pyska, w którym ten dokonuje recyklingu plastiku. Wkurza go to strasznie. Najczęściej przesuwa się ze zdobyczą kawałek dalej, znosi to jej gmeranie przy jego wąsach i stara się ignorować Tasmana. Obserwuję ich uważnie, bo wiem, jaki Rudolf potrafi(ł) być zaborczy w kwestii tego, co już znalazło się w jego pysku. Zwykle nie muszę interweniować, choć przy całej jego łagodności pilnuję, żeby przez przypadek nie zapędził się za daleko w tym poczuciu, że to jego i wara wszyscy ode mnie. Dwa razu mruknął na Fruzię - tak jak wiele razy na nas, kiedy usiłowaliśmy wyjąć mu z pyska ogromny badyl. Nigdy nie nastroszył się, nie pokazał zębów i nie warczał groźnie,  Rudolf to naprawdę łagodny koń, ale staram się trzymać rękę na pulsie. I tak dwa razy labisko powędrowało za karę do kuchni, bez zabawki. Za to Fruzia trzysta razy została odtransportowana w drugi koniec pokoju, kiedy usiłowała wydobyć coś ze szczęk swojej maskotki.

- Ja z wami zwariuję! - mówię do nich. - Fruziu, nie wolno kłaść łapek do pyska Rudolfa, nie wolno! Ani ciągnąć go za wąsy! Rudolfie, nie waż się mruczeć na siostrę, nie wolno tak, ona jest malutka i masz się nią opiekować! - tłumaczę.

Zwykle dopiero w okolicy dziesiątego zdania przypomina mi się, że mówię do bejbika i psa. Wtedy sama do siebie, już po cichu, powtarzam: - Czy tu już oszalałaś, czy dopiero oszalejesz?

Nic mnie tak jednak nie wyprowadza z równowagi, jak moment, w którym usypiana od czterdziestu minut Fruzia wreszcie zaczyna odpływać w objęciach Morfeusza, a ja w myślach robię sobie już kawę, kiedy raptem Rudolf zrywa się z kanapy i dzikim basem zaczyna wydzierać się na sąsiadkę wracającą ze sklepu albo sąsiada parkującego auto! Fruzia też się wtedy zrywa do pozycji siedzącej i rozbudzona zaczyna rzewnie zawodzić. Tak bardzo jak kocham Rudolfa, tak w takich chwilach mam ochotę osobiście powyrywać mu wąsy z pyska!*  Obrońca stada, kurwamać, się znalazł nagle! Normalnie pająka się boi, najpierw szczeka i tańczy wokół niego, kiedy ten wędruje po podłodze, potem usiłuje się z nim bawić, trącając go wielką łapą, a wystarczy, że listonosz list nam wrzuci do skrzynki, żeby Rudemu ubzdurało się, że jest psem obronnym! Wrr!

Są jednak momenty, w których tych dwoje jednoczy się sercami, duszami i ciałami. Panuje między nimi zgoda, pokój i miłość. Siadają wtedy na dywanie, jeden obok drugiego, nikt nikogo nie popycha, nie grzebie nikomu w pysku, nikt po nikim nie łazi, nie ciągnie za uszy lub ogon, nikt nie mruczy, nie szczeka... Siedzą i wyczekująco gapią się na mnie.

To pora posiłku.

MOJEGO posiłku.


Miłośników Rudolfów zapewniam, że kończy się jedynie na miękkim kagańcu na czas drzemki Fruzi oraz moich zapewnieniach szeptanych w Rudolfowe ucho, że nadal go kocham, ale ma się opanować, bo kiedyś hormon stresu może zalać mi mózg i po wąsach nie zostanie nawet wspomnienie!

You Might Also Like

18 komentarze

  1. Podziwiam twoją cierpliwośc ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inesko, to ten rodzaj cierpliwości, którego nie miałam okazji przećwiczyć w przedszkolu:-)

      Usuń
  2. Fruzi zdjęcie :) Jakie ma wałeczki, cudo :) Końcówka mnie rozwaliła totalnie, normalnie juz widzę te sępy, siedzą i śledzą każdy ruch łyżki czy widelca, każdy kęs kanapki. No i weź tu człowieku w spokoju zjedz, nie trzeba się podzielić bo tak będą sępić do bólu :) Ja zwierząt nie mam w domu ale obie dziewczyny jak coś sobie przyniosę to nagle się przy mnie materializują i o ile starsza tylko zajrzy co mam, raczej rzadko coś skubnie, tak mlodsza bez ceregieli ładuje się na kolana i "Am". Nie ważne co by to nie było, nie gardzi niczym. Czasem jeżeli jej coś nie podpasuje to najwyżej wypluwa i czeka na kęs zjadliwy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, prawda, wałeczki są cudne! Teraz już zdecydowanie mniejsze, ale był taki moment, że nam się dziecię w szybkim tempie zaokrągliło i było co podszczypywać;-)Teraz się szczupak trochę wyciągnął.
      Z sępami bywa wesoło, ale czasem ręce mi opadają jak tak żebrzą... Pocieszające jest to, co piszesz - że nawet i bez psa tak bywa! Generalnie to cieszmy się, że nasze dziewczyny wszystkożerne są:-)

      Usuń
    2. Red_Sonia, nie wiem ile też liczy sobie Twoja młodsza, ale moja, półtoraroczna, robi dokładnie to samo. Ciach na matczyne kolana i gromkie "am!". Tym sposobem wczoraj stwierdzony został boczek;)

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Leśna, tylko jeden boczek?;-)

      Usuń
  3. Nasz psiak był od samego początku taki pół-na-pół,to znaczy opieką nad nim dzieliliśmy się sprawiedliwie z moimi rodzicami (w zależności od tego, kto akurat mniej pracował i nie był obłożony innymi obowiązkami). Teraz został oddelegowany na stałe do Bąblowych dziadków, ale ponieważ mieszkają kilkaset metrów od nas, wciąż spędza dużo czasu z naszym Juniorem - i wygląda to bardzo podobnie, jak u Was ;)

    Na Fruzine zdjęcie też zwróciłam uwagę - Wam warto było czekać na Nią, a nam na taki piękny widoczek na Twoim blogu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki układ rzeczywiście jest świetny - pies ma całą rodzinę w zasięgu swojego psiego nosa, Bąbel ma towarzysza, a Wy... cóż, różne atrakcje:-)

      Tego bodziaka ze zdjęcia dostałam od koleżanki, kiedy odchodziłam z pracy na macierzyński. Powiedziała mi, że była na zakupach i akurat wtedy nie zamierzała nic kupować dla Fruzi, ale kiedy zoabczyła ten tekst, natychmiast pomyślała o naszej dziewczynce. Teraz mam sentyment do tego wdzianka:-)

      Usuń
  4. Musisz uwierzyć mi na słowo - będzie jeszcze gorzej;-0 Fruzia będzie coraz lepsza w wymyślaniu "tortur" wobec Rudolfa. U nas obecnie nasza terrierzyca ma "przerąbane";-0Hania chce ją badać, ciągnąc za ogon, wkładać kredki do oczu, do nosa, ucha, wchodzi na jej posłanie, zabiera jej zabawki(pluszaki) i kładzie na stół aby psica nie mogła ich zdobyć itd., itp. Ale jest i czas wspólnych zabaw i wygłupów;-)Ja pozwalam warczeć psicy, bo Hania ma się nauczyć, że pies ma dość i ostrzega ją, że granice zostały przekroczone. Wolę taką opcję niż "chapnięcie" znienacka.
    Ta, ten patent z miską od wody tez przerabialiśmy, A ile, przy tym me dziecię miało śmiechu;-0
    Moja psica jakoś specjalnie nie żebrze, ale za to Hania od razu przylatuje i pyta "a co jesz, pokaż!". Nawet kiedy jestem już na finiszu muszę rozdziawić usta, bo nic nie może umknąć uwadze mojej Hani;-0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuuu... kredki do oczu... brzmi boleśnie!:-) Masz w sumie rację z tym warczeniem, zupełnie o tym nie pomyślałam! Przecież to jasny sygnał dla dziecka, że nie wolno posuwać się dalej.
      Biedne (i przy okazji kochane!) te psiaki, że muszą tyle znosić! Ale jestem pewna, że ostatecznie wszyscy, łącznie ze zwierzyńcem, są zadowoleni. Psy naprawdę "robią" atmosferę w domu.

      "Pokaż, co jesz" - o matko, dzieciaki są boskie!:-)

      Usuń
  5. Litermatko, jak pragnę zdrowia, zdumiewającą cierpliwością wypełnionaś pod korek i Ty, i Rudolf. U nas wiele scen podobnych, ech... I wylewanie wody z miski domowej zwierzyny, i zabieranie jej zabawek (dobrze choć, że nie z pyska, bo kotek nasz uroczy urąbałby zaraz delikwentce rękę po łokieć)... Cieszy mnie jedynie, że omija nas basowe szczekanie podczas seansów usypiania :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówią, że dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie unieść - ha ha, to ja mam na karku 9,5 kg Fruzi i 34 kg Rudolfa. Faktycznie, muszę być dobra w swoim matczynym fachu!;-)
      Koteczek, powiadasz, zna tajniki samoobrony? Widocznie przeczuwał, co go czeka... ;-)

      Usuń
  6. No, ale zaraz... dzielisz sie tym posilkiem? :-))))
    Czy oba biedactwa siedza jak zahipnotyzowane, a slina splywa im po brodach i bokobrodach?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, biada mi, jesli sie nie podziele! (Jeszcze nie sprawdzilam, co to oznacza, ale intuicja podpowiada, zeby nie probowac...)

      Usuń
  7. Witam.
    Uświadomiłas mi jak bardzo tęsknie za swoim psem :(
    Cudownie byłoby go mieć w podobnych okolicznościach z moim małym berbeciem...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, że nie masz już swojego przyjaciela obok siebie. To straszne, że psy żyją tak krótko i że kiedyś musi nastąpić rozstanie...Przesyłam wirtualne uściski!

      Usuń