O rodzinnym muzykowaniu

czwartek, stycznia 14, 2016

Weterani śledzący moją opowieść zapewne pamiętają, że kiedy byłam w wersji mini, Ojciec Dyrektor śpiewał mi na dobranoc wojenną kołysankę, którą z kolei śpiewała mu jego mama. Pieśń była rzewna, przygnębiająca i wolałam szybko usnąć niż słuchać jej do końca:


W suterynach daleko za miastem
W suterynach, gdzie nędza i głód
Nad kolebką klęczała niewiasta
I śpiewała piosenkę do snu.
Śpij malutka, śpij malutka
Mamcia pobiegnie po mleczko
Do snu utuli luli, aj luli luli luli
Aj luli luli, aj luli luli laj.

Choć dziś doceniam wkład Ojczula w moje (muzyczne) wychowanie (czasem sama wiedza na temat tego, czego człowiek nie jest w stanie unieść, kształtuje gusta), to wtedy przysięgałam sobie, że mojego dziecka nie będę narażać na takie stresy. I wytrzymałam w tym postanowieniu, a jakże! Dopóki nie pojawiła się Fruzia. Początkowo katowałam "Aaa, kotki dwa", mając nadzieję, że może Fruzia nie wbije sobie do głowy fragmentu "Wszystkie dzieci, nawet złe, pogrążone są we śnie" i nie będzie zastanawiać się przed zaśnięciem, czy ona jest zła czy dobra. Czasem kotki działały i wtedy Fruzia pogrążała się we śnie, a czasem niekoniecznie, ale przynajmniej przestawała ryczeć i wierzgać. Aż któregoś pięknego razu ręce mi opadły, repertuar kotkowo-wszelaki się wyczerpał i byłam bliska omdlenia. Przynajmniej nie będę słyszeć tego krzyku, pomyślałam sprytnie. W ostatniej chwili, tuż przed padnięciem na podłogę (dziecko przezornie odłożyłam do wózka) zaświtała mi jedna myśl. Co tam, spróbuję.

W suterynach daleko za miastem...

Ojcze, śpiewam Fruzi "W suterynach..." i to działa! Zasnęła!, zaeesemesowałam po kilku minutach. Nie mogłam w to uwierzyć! Nie zamierzałam też dociekać, czy Fruzia po prostu zmęczyła się wierzganiem, czy melodia skłoniła ją do snu, czy może doszła do tego samego wniosku, co ja przed laty - lepiej zasnąć niż tego słuchać. Nieważne. Spała.
Ojczulo natomiast, nie wiedzieć czemu, uznał, że wiadomość pochodzi od Inżyniera i rozpierała go duma z faktu, iż Mąż Mój postanowił wskrzesić z martwych to muzyczne arcydzieło.
- Rozpowiedziałem wszystkim w pracy, że zięć śpiewa mojej wnuczce moją kołysankę! - niemal wykrzyknął mi do telefonu.
- Ale dlaczego zięć? - zdziwiłam się. - Przecież to ja ci wysłałam smsa i to ja śpiewałam!
Ojczulo nie stracił rezonu.
- Myślałem, że to Inżynier - powiedział lekko.
Rzeczywiście. Skoro wysłałam mu wiadomość z mojej komórki, to jak mógł pomyśleć inaczej?
Kiedy Mąż Mój dowiedział się o kołysankowym zamieszaniu, zarzucił mi lekkomyślność.
- Po co to prostowałaś? - zapytał z udawaną pretensją w głosie. - Zepsułaś rodzinną legendę o tym, jak śpiewam córce!
- Ale przecież nie śpiewasz! - spojrzałam na niego z rozbawieniem.
- Jak to nie? - oburzył się Inżynier. - Przypomnij mi, jak leci ta kołysanka, bo chwilowo nie pamiętam...
Jasne.
Ale zaśpiewałam mu, niech sobie chłopina "przypomni".
- Aaaa.... tak, rzeczywiście... - spojrzał na mnie, przyjął odpowiednią postawę oratorską i zabuczał:
-  W suterynach... - zamilkł na ułamek sekundy, bo zapomniał, co dalej. - ... gdzie Bóg nie śpiewaaaaa! - dokończył triumfująco.
Aż Fruzia przerwała swoją arcyważną misję gryzienia mojego kapcia i sporzała na ojca wyraźnie zdziwiona.
Cóż. Jeśli da się coś dziedziczyć na linii teść-zięć, a w tej rodzinie jestem w stanie uwierzyć we wszystko, to już wiemy, co odziedziczył Inżynier po Ojcu Dyrektorze.

Nie muszę chyba dodawać, że wspaniała kołysanka podziałał na Fruzię tylko ten jeden, jedyny raz, prawda? Aktualnie usypiająco nie działa na nią nic oprócz intensywnie przeżytego dnia. Zrezygnowałam jednak z ochraniania Fruzi przed koszmarami sennymi spowodowanymi depresyjnością pieśni. Toż to jej dziedzictwo rodzinne! Mus jej śpiewać i to regularnie! Może za ćwierć wieku nasz Tasman zaśpiewa o tych nieszczęsnych suterynach swojemu Tasmanowi?

To zresztą nie jedyna forma rodzinnego muzykowania. Wystarczy, że włączymy skypa i wnętrze Rodzinnego Domu ukaże się na ekranie, a Mamuśka natychmiast zaczyna:

Zebrał cudną Jaś kapelę
Jakich w świecie jest niewiele
Są tam skrzypce, są tam basy
Cóż to będą za hałasy!

Jeśli Ojciec Dyrektor jest w domu, przechodzą od razu do refrenu i koncertu na cztery ręce:

Dylu dylu na badylu
Firli firli plum plum plum
Fiku miku na patyku 
Tra ra ra ra bum bum bum!

Do niedawna Fruzia przyglądała się tym przedstawieniom statycznie, choć z rosnącym zainteresowaniem, ale ostatnio aktywnie dołącza do orkiestry. Siedzimy więc po dwóch stronach monitorów, dwóch stronach Kanału, troje lub czworo dorosłych, jeden mały człowiek i wymachujemy górnymi kończynami w rytm narzucony przez Mamuśkę. 

Zaprawdę powiadam Wam, musielibyście to zobaczyć!

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Aż żałuję że nie mogę ☺

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak! Przydałby się materiał audio-video dołączony do opisu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znając Mamuśkę, gdybym zaryzykowała taki pomysł, natychmiast wykrzyknęłaby "ale ja taka nieumalowana jestem!";-)

      Usuń
  3. Przyłączam się do postulatu o materiał audio - video :) Mój tata twierdzi, że też mi śpiewał wiec cieszę się że tego nie pamiętam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha, biedni ci nasi ojcowie, a z nas niewdzięczne córki, że tak drwimy z ich talentów wokalnych!:-)

      Usuń
  4. Ja też dopraszam się o jakieś nagranie, bo wyobraźni mi nie starcza, by to sobie wyimaginować ;) U nas Bąbel zasypia przeważnie po GODZINIE od momentu, w którym udał się do łóżeczka - ale ostatnio to pan Turnau gardło sobie w tym czasie śpiewem zdziera, a nie ja ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, muszę przeprowadzić rodzinne referendum w sprawie nagrania;-)
      Fruzia zasypia zwykle po 30 minutach, ale żeby nie było nam tak słodko, to na przykład dzisiaj wstała o piątej... Więc skoro nie Ty musisz śpiewać, to niech Bąbel rządzi, może dzięki temu godzinę dłużej śpi?;-)

      Usuń