O niekończącej się opiece opieki

poniedziałek, stycznia 11, 2016

- Z przydzielonym wam pracownikiem opieki będziecie spotykać się tak często, że niebawem zapomnicie, jak wyglądało wasze życie przed jego erą - oświadczył z dziwnym uśmieszkiem Mr Isuppose na spotkaniu informacyjnym dla kandydatów na rodziców adopcyjnych. - Będziecie jeść razem lunche, wypijecie wspólnie hektolitry kawy, a wasze życie będzie kręciło się od jednego spotkania do drugiego. Im szybciej się z tym pogodzicie, tym lepiej - zakończył lekko prześmiewczym tonem, w który jednak szczerze pobrzmiewała nuta sympatii i współczucia dla słuchaczy.

Siedzieliśmy z Inżynierem w sali konferencyjnej naszego ratusza i co rusz trącaliśmy się łokciami, kiedy padała jakaś złota sentencja z ust Isuppose.   
Ej, no bez przesady, naprawdę będzie aż tak źle?, pytaliśmy samych siebie. Nie dowierzaliśmy, mówiąc szczerze. Potraktowaliśmy przestrogi Issupose jako swoisty straszak na niezdecydowanych i niewystarczająco zdeterminowanych; wiecie, taki odsiew jak po pierwszym kosmicznym kolokwium na studiach.
I faktycznie, po kilku miesiącach tych wszystkich spotkań z Drugą Strażniczką, która przeprowadziła nas przez cały assessment aż do panelu, stwierdziliśmy, że teraz to już będzie z górki, i że Issupose przesadzał, bo jak dotąd wypiliśmy tylko kilka litrów herbaty i zjedliśmy trochę ciastek, to wszystko.

Ignorance is bliss. To był dopiero początek naszego życia z opieką społeczną. Tak naprawdę wszystko zaczyna się po panelu.

Chcesz wyjechać? Poinformuj agencję adopcyjną, bo a nuż akurat będą usiłowali pilnie się z tobą skontaktować. Chcesz zmienić pracę? Przedyskutuj z opieką, bo może to nienajlepszy moment, przecież za chwilę masz mieć dziecko! Chcesz się przeprowadzić? Gorzej - musisz się przeprowadzić? Koniec świata! Trzeba wszystko wstrzymać, bo ty musisz teraz zbudować swoje życie społeczne od nowa! Masz już dziecko? Wspaniale. Teraz informuj o każdym swoim ruchu, bo młode wciąż formalnie jest tylko looked after child, nie możesz więc tak po prostu zniknąć na miesiąc z radaru agencji. Odwiedza cię twój social worker. I social worker dziecka. Health visitor też częściej niż normalnie, bo przecież to looked after child. Looked after child ma też swoje specjalne review meetings, gdzie wszyscy naraz złażą się do twojej chaty (nie czepiaj się, przecież pytaliśmy o zgodę!), a ty i dziecię uśmiechacie się i rzeczywiście pijecie te hektolitry herbaty z mlekiem... Od tego terminu looked after child robi ci się już słabo, bo gdziekolwiek rejestrujesz dziecko - przychodnia, baby group albo inne cudo - z żalem omijasz rubrykę 'parent', zaznaczając 'carer'... Opowiadasz opiece społecznej, co robisz w Święta, na które (nie bądźmy drobiazgowi) nie polecieliście przez ich niedopatrzenie. Mówisz, kiedy przylatują Rodzice. Rozwodzisz się nad relacją wnuczki z dziadkami i tańcach na skypie. Optymistycznie myślisz, że przynajmniej nie sprzątasz już kompulsywnie mieszkania, bo masz dziecko i bałagan ci zwisa, niczym się nie stresujesz i że masz szczęście, że tak naprawdę to nawet lubisz Strażniczkę, więc kolejne tysiąc pięćset osiemnaste spotkanie nie robi już na tobie wrażenia. Znieczulica cię ogarnia.

Ale wtedy dzwoni ten kolejny wyczekany telefon. Słyszysz, że stało się na papierze, że ona już formalnie z waszym nazwiskiem, że możecie wskakiwać w samolot i lecieć nawet do Australii (jeśli, szczęściarze, macie już dla niej paszport...), a cała opieka, ba, cały świat! może wam podskoczyć! No more visits, myślisz sobie z ulgą i oddajesz się wyobrażaniu sobie, jak to będzie bez tych wszystkich ludzi przewijających się przez Piątą Chatkę. Szybko też dochodzisz do wniosku, że albo baby brain upośledził ci wyobraźnię, albo Issupose miał rację. Bo za chuja wafla, jak mówi Inżynier, nie potrafisz sobie tego wyobrazić! Zapomniałeś! Zapomniałeś, jak wygląda życie bez opieki społecznej wiszącej ci nad głową!

Ale bez obaw. Tuż po Nowym Roku odbierasz maila od Strażniczki, że na pojutrze mamy umówioną wizytę i czy nie masz nic przeciwko, żeby ona się jednak odbyła...
- Mamuśko! - niemal wykrzyknęłam podczas sesji na skypie. - Ja nie wiem, po co ona jeszcze przychodzi, ale za dwa tygodnie mijają dwa lata, odkąd regularnie zaczęły nas odwiedzać tabuny ludzi!
- Że co? - Mama wyglądała tak, jakby się przesłyszała. - Ile? Dwa lata?!
Najwyraźniej nie tylko my tak przywykliśmy do tych wizyt, że straciliśmy poczucie czasu.

Strażniczka przyszła, pogadaliśmy o sprawach formalnych - przynajmniej miałam poczucie, że ta wizyta ma sens i cel, po czym na koniec spotkania oświadczyła, że w zasadzie to przychodzić już nie musi, ale za miesiąc chciałaby jednak pogadać ze mną o adopcji numer dwa. Tak niezobowiązująco jeszcze, ale jednak.

Więc bez obaw, droga Litermatko. Może w twoim życiu zmiany następują szybciej niż Fruzia raczkuje, ale masz w nim pewną stałą, która nie podlega żadnym kolejom losu. Masz swoją opiekę społeczną. Wierną jak labrador. Możesz spać spokojnie.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. O Dżizas! Nie wytrzymałabym tego chyba. Nie jestem w stanie znieść nawet rodziców i teściów, którzy usiłują włazić z buciorami w nasze życie. Jak to dobrze, że u nas skończyło się na zaledwie dwóch wizytach przedstawicielek OA w naszych skromnych progach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czlowiek do wszystkiego moze sie przyzwyczaic, nawet do opieki spolecznej, ha ha! A tak powaznie, to cale szczescie, ze trafiamy na naprawde zyczliwych ludzi. Te spotkania sa strasznie upierdliwe w sensie czestotliwosci, ale w gruncie rzeczy nikt nas nie "ocenia", ot, pogadamy o Fruzi i tyle. Ale nie zmienia to faktu, ze spotkan bylo milion piecset...

      Usuń
  2. No nieźle. Trochę to wkurzajace.

    Czyżby już wkrótce Fruzia doczeka się rodzeństwa? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie, chociaz ja bym nie miala nic przeciwko:-)

      Usuń
  3. Brzmi jak jakiś koszmar, podobnie jak Bąblowa Mama nie wiem jak bym to zniosła - to jedna strona medalu. Z drugiej, czego się nie robi, cel uświęca środki i tyle wiemy ile nas sprawdzono;)
    Ale czy to znaczy, że przy drugim dziecku, trzeba zakładać kolejne dwa lata? Czy już bardziej uproszczona jest ta procedura?
    Jesteście ze stali chyba! Jestem pod wrażeniem!!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, ja tylko mam nadzieje, ze to stal nierdzewna:-) Za drugim razem powinno byc krocej przed adopcja, ale nie mam zludzen, ze jak pojawi sie dziecko, to bedzie inaczej. Opieka ma swoje procedury, ktorych musi sie trzymac i nic z tym sie nie da zrobic. A z drugiej strony do pewnego stopnia to rozumiem. Chodzi o dobro dzieci przeciez. Dlatego tak staram sie do tego podchodzic, ciesze sie, ze Fruzia ma sie dobrze i kolejne spotkania nie robia juz na mnie wrazenia:-) Mam tylko nadzieje, ze nie wystraszylam tym postem jakiejs potencjalnej duszy myslacej o adopcji w uk ;-)

      Usuń
  4. Oj Kochana! Dobrze, bo nie zdążysz odwyknąc od spotkań, a tu już nowe będą ;) Te wizyty mają w końcu na celu dobro dziecka. Myślę, że nie wystraszyłaś nikogo, kto poważnie myśli o adopcji, w końcu Wy macie twarde charaktery :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też o tym pomyślałam!;-) Będziemy w transie spotkaniowym i przynajmniej nie będziemy ze zgrozą myśleć o tym, że trzeba znowu zaczynać wszystko od nowa... Matkobosko, jak wrócimy do Polski to nie będziemy potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości! Tak sami, bez opieki opieki...;-)

      Usuń