O bejbikowym SPA

sobota, stycznia 09, 2016

Wchodzimy do sali w Różowej Chmurce. Choć formalnie jeszcze tam pracuję, dziś jestem tu w charakterze mamy biorącej udział w pięcioodcinkowych warsztatach dla rodziców i bobasów. Jesteśmy z Em lekko spóźnione, ale zajęcia jeszcze się nie zaczęły. Macham do mojej już-niebawem-byłej head of room, sadzam Fruzię na podłodze i zabieram się za rozpłaszczanie jej i siebie. Jednym spojrzeniem omiatam tak dobrze znaną mi salę pre-school. W zasadzie nic się nie zmieniło. Siadamy w półokręgu, maluchy na matach przykrytych prześcieradłami. Jest nas siedem lub osiem mam z dziećmi plus trzy osoby z personelu. Od razu widać, że Fruzia jest najstarsza i najbardziej mobilna. Jeszcze tylko JJ potrafi przesuwać się na brzuchu jak szalony, pozostałe bejbiki leżą lub podziwiają resztę towarzystwa z pozycji półsiedzącej. Od początku czułam, że temat tego pierwszego odcinka spotkań raczej do Fruzi nie przemówi; teraz, jeszcze przed rozpoczęciem sesji, z rozbawieniem dochodzę do wniosku, że miałam rację... Witamy na warsztatach z masażu dla bejbików!

(Fruzia jest wszędzie, tylko nie na macie. Wita się z JJ, usiłując złapać go za nos i wydaje z siebie dzikie okrzyki radości.)

- To jest Fred - przedstawia gumową lalkę prowadząca. - Będzie pomagał mi w prezentacji technik masażu.
Fred jest rozmiaru noworodka. I wierzcie mi, wygląda jak świeżutki noworodek, ma bardzo pomarszczoną twarz i prawdziwe, zupełnie nie-lalkowe śpiochy. Być może gdyby w sali rozległ się płacz, odruchowo spojrzałabym właśnie na niego. Za mojej kadencji mieliśmy w Różowej kilka takich lalek w naszej sali. Zawsze mnie trochę przerażały.
Z przedszkolnego boom boxa sączy się łagodna, usypiająca muzyka.
- Ułóżcie swoje maluchy na plecach, twarzą do was - zaczyna prowadząca.
Yhm..., myślę sobie, ale postanawiam spróbować, co się będę uprzedzać na starcie. Zgarniam Fruzię z podłogi, sadzam ją twarzą do siebie i delikatnie ją popychając, sprowadzam do pozycji leżącej. Mam nadzieję, że Fruzia skojarzy to z pierwszym etapem zmiany pieluchy - wietrzenie gołego tyłka - i choć przez 20 sekund poleży w tej pozycji.
Jasne. Mała zgrabnie przewraca się na bok i ucieka z maty.
- Łapiemy dłonie bobasów w swoje i delikatnie krzyżujemy i rozprostowujemy ich ramiona.
Ooo, może to nam wyjdzie, wydaje się łatwe.
Fruzia zostaje złapana w połowie drogi do szafki z dvd, ku wyraźnej uciesze personelu, oraz odtransportowana na matę. Próbuję ją położyć. Nie da rady.
OK, spróbujemy na siedząco, główkuję.
Fruzia rozgląda się na boki, ciekawa wszystkich i wszystkiego. Oprócz, oczywiście, technik bejbikowego masażu. Kiedy łapię jej dłonie, młoda natychmiast zaciska swoje palce wokół moich, usztywnia ramiona i podciąga się do góry, radośnie się szczerząc.
- Kolistymi ruchami... - mówi dalej prowadząca.
Nie wiem już, co kolistymi ruchami, bo Fruzia rozśmiesza mnie swoimi półgłośnymi gadkami i najwyraźniej zaczynamy dezorganizować zajęcia. Rozglądam się za jakimiś zabawkami, ale są w drugim końcu sali, postanawiam więc udać się na chwilę z wizytą do bejbikowej sali.

W bejbikowni rozpoznaję tylko moją Czekoladkę. Boszeee, jaki on duży! Wszystkie pozostałe bejbiki są nowe, nie znam ani jednego dziecka! Trzymam Fruzię na ręku, bo maluchy siedzą grzecznie na krzesełkach i wsuwają owoce, ale mała wykręca głowę na wszystkie strony, chce wszystko widzieć. Przygląda się moim koleżankom, które z kolei przyglądają się jej. Nie ma w niej nawet śladu tego lęku, który miała w sobie kilka miesięcy temu, kiedy pierwszy raz zabrałam ją z wizytą do Różowej. Jest w niej tylko rozsadzająca ją od środka ciekawość. Gdybym posadziła ją na podłodze, jak perszing ruszyłaby do pierwszej napotkanej zabawki lub dziecka. Moja mała, odważna dziewczynka.

W korytarzu rozmawiam z moją head of room. Śmieje się z naszego Tasmana i sprzedaje mi newsa, że za kilka miesięcy też będzie trzymała swoje dziecko w ramionach. Chmurkowa rodzina rozrasta się w sprinterskim tempie.

Kiedy wracamy do sali, jest już po masażu. Uff, jak dobrze. Bejbiki rozluźnione i - co dostrzegam jak typowa mama raczkującego bobasa - na tych samych miejscach, gdzie zaczęły. Mission impossible dla Fruzi. (Czy to możliwe, że ona też kiedyś tak grzecznie leżała?) Teraz Tasman może sobie poraczkować radośnie po sali. Natychmiast rusza do trzymiesięcznej dziewczynki i usiłuje przywitać się szczypnięciem w policzek. Łapię jej dłoń w ostatniej chwili.
- Nie wolno, Fruziu - mówię łagodnie, ale stanowczo.
(Nie chcę wyglądać jak mama niejakiego Radzia, który 25 lat temu odwiedził nas ze swą rodzicielką i zdemolował nam mieszkanie. Radziowa mama, siedząc wygodnie na naszej kanapie i patrząc, jak synuś kolejno ściąga nam z mebli bibeloty, wzdychała tylko:
- Oj, Radeczku!)
Przekierunkowuję Fruzię w prawo, do strefy bezbejbikowej.
Po mniej więcej dwudziestu "nie wolno, Fruziu", mała przysiada na tyłeczku i zaczyna bawić się zabawkami przyniesionymi z bejbikowni.
Jest dobrze. Wykorzystałam już chyba cały przyszłotygodniowy przydział wychowawczych gadek i gestów, czuję się jak Super Mama! Teraz znowu będę mogła porozpieszczać Fruzię, zanim wyjdziemy do ludzi i trzeba będzie trzymać fason. W końcu wykonałam kawał ciężkiej roboty!;)
- Masz ochotę na kawę w towarzystwie Rudolfa? - pytam Em, kiedy wychodzimy z Różowej Chmurki.
Em chętnie przystaje na propozycję.

Czas na małe SPA dla mam.

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Normalnie wyobrażam sobie jak probowałaś spacyfikować Fruzię podczas gdy ona ma własne techniki masażu a właściwie przygotowania do masażu ;) Teraz kiedy Kasia juz chodzi zmiana pampera to tez niekiedy level hard ale ona chyba nigdy spokojnie nie leżała - w każdym razie ja tych czasów nie pamiętam ;) Super Fruzia z Super Mama :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie, zupełnie nie pamiętam czasów spokojnego leżenia:-) Nawet kiedy Fruzia nie umiała jeszcze siedzieć, zawsze próbowała podnosić głowę, wiła się na boki... A z tego, co piszesz, i co już dziewczyny wcześniej mi sygnalizowały, będzie jeszcze gorzej jak zacznie chodzić. Myślę, że Kasia po prostu dba o to, żebyś się nie nudziła:-)

      Usuń
  2. Żeby dzieci tak reagowaly na komendę "leżeć"... ale co ja się dziwię jak nawet nasz pies osobisty nie reaguje 😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha ha, no właśnie, skoro psa nie potrafimy wychować...;-)

      Usuń
  3. W sumie nasze starsze dziecko też na większość naszych poleceń nie reaguje stosując metodę "wcale nie słyszałam żebyście cokolwiek do mnie mówili "😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba każde tak ma niezależnie od rocznika ;) Moje starsze ignoruje "załóż łapcie", a młodsze wszystko w sumie...

      Usuń
    2. To ja sobie te dwa komentarze zapamiętam. Jak zacznę podejrzewać, że Fruzia ma coś ze słuchem, to będę wiedziała, że ściemnia, i że z każde dziecko na pewnym (zapewne bardzo dłuuuugim) etapie życia głuchnie.

      Usuń