O bakcylu czytelniczym

poniedziałek, stycznia 18, 2016

W biznesową podróż Inżyniera, w której to postanowiłyśmy z Fruzią mu potowarzyszyć, zabrałam dla małej smoczka (sztuk 1), gumowego pelikana do gryzienia (sztuk 1) oraz całą torbę książek (sztuk chyba 12). Pod koniec kilkugodzinnej podróży żałowałam jedynie tego, że tych ostatnich wzięłam tak mało. Nie żeby Fruzia narzekała, o nie. To matka nie mogła już zdzierżyć wciąż tych samych historii.

Patrzę na nią ukradkiem, kiedy zatapia się w świecie słów i obrazków. Obserwuję, jak najpierw zanurza rękę po łokieć w kartonowym pudle i z trudem wyciąga z niego wielką jak na jej rozmiar księgę. Czasem zgubi ja w połowie drogi, a wówczas musi ponowić próbę. Pomagam jej tylko wtedy, kiedy zakleszczy się gdzieś pomiędzy innymi tomiskami ciężkich, bejbikowych lektur. Kiedy dopnie swego, zadowolona rozsiada się wygodnie na dywanie i otwiera książkę, zwykle gdzieś w samym środku opowieści, ale to nieistotne, ona i tak zna je na pamięć. Zupełnie jak Drugi Dziadek "Potop". Przewraca po kilka grubych kart naraz, do przodu, do tyłu, trzeba sobie urozmaicać czytanie. Na niektórych stronach zatrzymuje się dłużej. Cienkim jak patyczek palcem wskazuje na obrazki, dotyka puszystego szalika bałwana, otwiera brązowe wrota stodoły, ciągnie misia za uszy. Uwielbia wszystkie te magiczne książki, w których można coś dotknąć, przesunąć, pociągnąć, albo usłyszeć. Bawi ją ta sama historia czytana kilka razy pod rząd. Na widok okładki z koniem wydaje głośny okrzyk zachwytu. Wie, że za chwilę popędzi na moich kolanach na przejażdżkę w rytm 'clip-clop, clippity-clop!'. Najbardziej kocha moment, w którym  kot, pies, świnka i kaczka niemal spadają z rozpędzonego konia. Potrząsam nią na boki jakby i ona miała za chwilę wylądować na dywanie. Śmieje się, kiedy w końcu słyszy 'plop! plop! ploppity-plop!' i zwierzęta bezpiecznie wpadają w stóg siana.

Czasem sadzam ją ze mną na sofie i czytamy razem. Ja swoją księgę, ona swoją. Obejmuję ją ramieniem i tylko udaję, że czytam, bo w rzeczywistości nie mogę się skupić. Kątem oka gapię się na nią. Na to jej skupienie, na ten zachwyt, który tak bardzo chciałabym, żeby w niej został na zawsze. To chyba jedyne momenty w ciągu dnia, kiedy nie jest zainteresowana łobuzerką, wywijaniem kozłów i dobieraniem się do szafek pełnych skarbów. Książki przenoszą ją w krainę łagodności. Od czasu do czasu zerknie na mnie, jakby szukając potwierdzenia, że fajnie jest, mamo, prawda? Inżynier pstryka nam zdjęcie. Wielka Szwagierka i Ten Właściwy twierdzą, że Fruzia zatopiona  w lekturze to ich ulubione fotografie.

On też jej czyta, a jakże. Zawsze nastawiam wtedy radary na podsłuchiwanie, bo czytanie z tatą to dla Fruzi zupełnie inny gatunek rozrywki, a dla mamy czysta poezja. Tata lepiej niż mama podkłada głosy. Bardzo niekonsekwentnie, na co kiedyś z rozbawieniem zwróciłam mu uwagę, ale zupełnie się tym nie przejął. Efekt jest taki, że Buster raz mówi głosem Gruffalo, a za chwilę piskliwym głosikiem młodzieńca przechodzącego mutację.
- I tak nic nie przebije twojego "goodnight Buster!" - śmieje się ze mnie i z mojego RP, którym katowano nas na fonetyce.
Choćbym nie wiem jak bardzo starała się tego uniknąć, końcówka zawsze wychodzi mi ze śpiewnym akcentem.
Kiedy czyta o Śpiącej Królewnie, jego intonacja przyprawia mnie o czkawkę ze śmiechu. Robi pauzy nie tam, gdzie trzeba, przekręca wyrazy, stawia kropki, zanim zorientuje się, że w następnej linijce są jeszcze trzy słowa. Twierdzi, że to przeze mnie, bo nie daję mu się skupić. Też bym nie mogła się skupić, śmiejąc się w głos już po pierwszych dwóch słowach lektury. Hojnie dzieli się z córką swoją Polityką i Newsweekiem, szczególnie rano, kiedy dopiero odklejamy oczy, a ona już grandzi pomiędzy nami. Budzimy się potem w łóżku zawalonym podartymi reportażami i felietonami. Ostatnio pożarła mu też kawałek okładki kryminału.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że gardzi ulotkami i katalogami reklamowymi. Próbowałam je zbierać, żeby dziewczę miało materiał do darcia na strzępy, ale ona twardo odmawia. Owszem, weźmie do ręki, popatrzy, chwilę pomieli, ale po kilku sekundach zostawia na podłodze i już nigdy do nich nie wraca.

I tak sobie skromnie i po cichutku myślę... Może to już zalążki dobrego gustu czytelniczego?;)

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Na pewno będzie zbierała nagrody we wszelkich konkursach czytelniczych:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo powie, ze w niemowlectwie wyczerpala caly limit czytelniczy i juz nigdy nie przeczyta zadnej ksiazki!;-)

      Usuń
  2. U nas obowiązkowo czytanie wspólne, to znaczy Adaś przynosi książkę (najczęściej, jeśli jest mniejsza to w zębach - efekt retrievera w domu) i czytamy na głos. Pokazuje paluszkiem na obrazek, a my po raz setny tego dnia : "wiggly octopus" ..Dzieć codziennie ma "książkę dnia/tygodnia" i jest ona wałkowana do zabicia. Pozycją najulubieńszą jest "Little Wizard", nawet nasze psy potrafią wyrecytować to w dzień i w nocy.Cieszę się, że te nasze Maluchy mają polot czytelniczy, to dobrze wróży na przyszłość;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, muszę zapytać naszego Rudolfa, ile pamięta z tych wszystkich czytanek:-) Ciekawa tylko jestem, czy taka bejbikowa miłość do książek naprawdę zostaje na przyszłość. Mądre głowy twierdzą, że tak i mam nadzieję, że nie na darmo są mądre;-)

      Usuń
  3. No, jeśli Fruziny gust i czytelnicze zacięcie będzie po rodzicach i dziadkach, to można spodziewać się nie tylko wspaniałego mola książkowego, ale może i nawet kolejnego literackiego talentu w rodzinie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serce mówi: "oooch! może wreszcie jakiś Marquez w rodzinie!", a rozum: "ejże, matka, nie ciesz się tak, bo jak Marquezem nie zostanie, to będzie miała problem, żeby wyżyć z tego talentu do pierwszego...";-)

      Usuń
  4. Oj tak zdecydowanie lubię to :) Książki rozwijają wyobraźnię i wzbogacają słownictwo. U nas rządzi książeczka "Na spacerze" my czytamy początek a Kasia kończy, np cały w igłach jest ten zwierz czy już wiesz? To przecież (i tu wchodzi Kasia) jeeeee (oczywiście o jeża chodzi ale ż jej nie idzie na razie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przedszkolu uwielbiałam tak czytać z dzieciakami - ja początek, one koniec linijki. A Kasine "jeeee" brzmi jak fajna końcówka do wszystkiego!:-)

      Usuń
  5. Książki są cool. Pokazują inny świat, uczą ortografii w sposób niewymuszony, bawią, wzruszają i doprowadzają do ruiny finansowej:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, prawda. Pamiętam te wyrzuty sumienia, kiedy na koniec miesiąca potrafiłam przewalić w Empiku stówkę albo i lepiej, zaliczając po drodze debet... Ten etap (na szczęście i niestety, bo uwielbiałam to!) mam już za sobą. Teraz rządzimy w bibliotece. Nawet Fruzia ma już swoją historię biblioteczną:-)

      Usuń