Rodzinne dialogi (2)

 Inżynier wraca wieczorem do domu i natychmiast po ujarzmieniu szalejącego laba jeszcze w przedpokoju pobiera ode mnie Fruzię. Gada z nią, śmieje się, po czym pociąga znacząco nosem i pyta:
- Czy ona nie ma pełnej pieluchy?
Ja nic nie czuję, ale zaglądam małej pod bodziaka. Od kataru mam zatkany nos, więc kto ją tam wie... Nie, pieluszka sucha.
Inżynier wciąż jednak usiłuje odnaleźć przyczynę nieprzyjemnego zapachu, więc niucha w powietrzu jak Rudolf. W końcu pyta podejrzliwie:
- A kiedy Fruzia ostatnio się kąpała?

Córko, jak dorośniesz, opowiem Ci o tej haniebnej zniewadze ze strony ojca Twego!

Patrzę na Męża Mego z dziwną miną, bo nie mam pojęcia, o co mu chodzi, kiedy raptem dociera do mnie, co może tak podrażniać czuły nos Pifka.
- Już wiem!- wykrzykuję. - Zrobiłam Fruzi syrop z cebuli na kaszel!

A tymczasem w Moim Rodzinnym Town...

Mamuśka wraca z babskiej imprezy i opowiada o niej mężowi.
- Świetnie było, naśmiałyśmy się za wszystkie czasy, babskie spotkania są najfajniejsze, wypiłyśmy trochę winka, ja zjadłam taką pysznę sałatkę z pora...
- Ha! - przerywa jej Ojciec Dyrektor z satysfakcją kogoś, kto rozwiązał właśnie zawiłą zagadkę kryminalną. - To ten por tak mi tu śmierdzi!

Sami widzicie, że się nie myliłam. Mąż Mój i Ojciec Mój mają wiele wspólnego. (Ratunkuuuu!)

***

Rozmawiam z Mamuśką na skypie. (Kiedyś, jeszcze w Polandii, planowałam założyć blog pod tytułem “Zadzwoniła do mnie Mamuśka...” Mam wrażenie, że teraz mogłabym prowadzić podobny - “Rozmawiam z Mamuśką na skypie”.)
- Wiesz, nie martwiliśmy się specjalnie o to orzeczenie adopcyjne – mówię. - Ale po tych wszystkich opóźnieniach od czasu do czasu na ułamek sekundy zdarzało mi się brać pod uwagę scenariusz, że komuś w sądzie coś się odwidzi, coś wymyślą, czegoś zabraknie i będą chcieli zabrać nam Fruzię. I natychmiast zamierałam na samą myśl o takim horrorze.
Mamuśka odruchowo przykłada dłoń do klatki piersiowej.
- Boże, nawet o tym nie mów! - wzdycha.
- Ale my i tak byśmy jej nie oddali – uspokajam ją. - Mieliśmy już w głowach gotowy plan ucieczki z Fruzią na drugi koniec świata.
Mama zaczyna się śmiać. Taką emigrację z pewnością sama by poparła.

Godzinę później daje mi sygnał na komórkę, żebym jeszcze raz odpaliła skype'a. Normalka. Odkąd Mama jest na zwolnieniu, nie dość, że gadamy codziennie, to jeszcze po kilka razy w ciągu jednego dnia. Rodzicielka twierdzi, że to niesamowite, że dzieli nas tyle kilometrów, a ona i tak czuje, że bierze aktywny udział w życiu wnuczki.
- Mówiłam Dyrektorowi o waszym planie awaryjnym na wypadek kłopotów sądowych – zaczyna ze śmiechem. - I twój tatuś oświadczył całkiem poważnie, że nigdzie nie musielibyście uciekać, bo my już jesteśmy starzy, trochę posmakowaliśmy życia, więc nie byłoby nam tak żal, gdyby nas zamknęli. Zwyczajnie pozabijalibyśmy kogo trzeba, a wy moglibyście dalej sobie żyć z Fruzią.

To tak na wypadek, gdyby ktoś miał jakieś 'ale' do mojej mafijnej rodziny.

***

Sięgam po telefon, żeby puścić Mamuśce sygnał. Znak, żeby weszła na skype'a, bo już czekamy. Fruzia od razu sadowi się przed laptopem i nie może doczekać się rozmowy z Babcią.
- Mamuśko, jak ona zacznie już więcej kumać i nauczy się mówić, to jestem pewna, że na pytanie, gdzie mieszka Babcia, odpowie, że na skypie!
Rodzicielka oczywiście uderza w śmiech.
- A jak przyjadę, to przyniesie mi laptopa i oznajmi, że jeśli chcę z nią pogadać, to mam wskakiwać do monitora!

Jak znam własną Mamę, dla wnuczki zrobi wszystko.

O smaku dzieciństwa

Wpis powstał we współpracy z marką H&H Family Bakery



Jestem z pokolenia, które pamięta jeszcze kolejki w sklepach i kartki na mięso. Bardzo mgliste i rwane są to wspomnienia, jakieś migawki jedynie, bo musiałam mieć 7-8 lat, niemniej jednak sobotnie poranki pamiętam bardzo wyraźnie. Mama wyganiała mnie lub Wielkiego Brata do sklepu po chleb, bo przecież w sobotę było on czynny tylko do 14.00, a w niedzielę to jedynie auto można było zatankować na stacji. W naszym Blaszaku ludzki wężyk zwykle ciągnął się od lady do samych drzwi. Ludzie nerwowo przestępowali z nogi na nogę, ktoś się o coś wykłócał, ktoś zbyt głośno plotkował. Nie znosiłam tego przesuwania się do przodu o pięć, dziesięć centymetrów i wypatrywania, ile osób jeszcze przede mną. Jak gdyby to mogło coś zmienić. Uwielbiałam jednak zapach świeżego pieczywa i ten moment, kiedy wracałam do domu i od progu krzyczałam, że "dupka dla mnie!" Dupka, czyli przylepka. Ta fajna, chrupiąca końcówka chleba. A i tak mama zwykle kroiła dupki z dwóch stron, aby uniknąć awantury pomiędzy mną a Wielkim Bratem. Cały ciepły, pachnący bochenek znikał w ciągu kilku minut. Mama zawsze miała to wliczone w swoje żywieniowe kalkulacje.

W dorosłym życiu trudno już było o ten smak. Owszem, staraliśmy się kupować pieczywo w dobrych piekarniach, ale w trybie intensywnego życia zawodowego i kilku przeprowadzek ciężko było o stałe miejsce, które spełniałoby nasze oczekiwania. Po przyjeździe do Krainy Deszczu było jeszcze gorzej. Nie chcę przez to powiedzieć, że tutaj nie można kupić dobrego chleba, ale w okolicach Cegiełki, a teraz Piątej Chatki, naprawdę nie ma sklepu, w którym dostalibyśmy pieczywo choć w połowie tak dobre w smaku jak to, za którym tak tęsknimy. Nie wspominając o jego wartościach odżywczych.

Dlatego możecie wyobrazić sobie moją radość, kiedy okazało się, że w okolicach Piątej Chatki powstaje piekarnia z prawdziwego zdarzenia! Mała, lokalna, ale z domowymi wypiekami, z pieczywem z dobrych mąk prosto z młyna. Nie muszę chyba dodawać, że ciekawość natychmiast wzięła górę i popędziliśmy podglądać nowo powstające miejsce. Naprawdę nie sądziłam, że ten spontaniczny wypad do Sąsiedniej Wioski skończy się na pierwszej w moim życiu współpracy reklamowej.

Główny piekarz i właściciel firmy H&H Family Bakery (- Współwłaściciel - poprawia mnie za każdym razem. Ale ja uparcie twierdzę, że to on jest głównodowodzącym i mózgiem całego przedsięwzięcia. I wiem, że jego biznesowa partnerka nie będzie miała mi za złe, że tak to ujmę. Ją też poznałam. Fajna babka!) podkreśla, że piekarnia jeszcze nie ruszyła, ale to kwestia najbliższych tygodni, a dobra reklama przyda się jeszcze przed uroczystym otwarciem. A polecam ich z czystym sumieniem, ponieważ od dłuższego już czasu mam zaszczyt testować produkty z oferty H&H Family Bakery. A są to:

- kilka rodzajów chleba - na zakwasie, z ziemniakami, z ziarnami, razowe i jasne
- bułki
- bagietki
- brioche
- cynamonki
- danisze z czekoladą

... a wszystko świeże prosto z pieca, chrupiące, pachnące i taaaak pyszne, że nie znam nikogo, kto oparłby się takim delicjom!

- To smak mojego dzieciństwa - wyznałam Inżynierowi podczas jednej z moich (licznych) degustacji chleba. Tym razem był to chleb z ziemniakami, ale uwierzcie mi, jego smak nie ma z nimi nic wspólnego! To jest raj, kochani, raj na ziemi. W dodatku całkiem blisko domu...

Głodni? Mam nadzieję. Jeśli tak jak my jeszcze nie tak dawno temu wciąż szukacie swojego chleba, a mieszkacie w Krainie Deszczu, stay tuned. Niedługo ruszy strona internetowa H&H Family Bakery i ja Wam tę stronę udostępnię. Nie mogę przecież zatrzymać takiego miejsca tylko dla siebie!

A tymczasem dane kontaktowe firmy:

Siedziba zarządu: Piąta Chatka
Produkcja i dystrybucja: Sąsiednia Wioska
Główny wykonawca: Inżynier Pifko
Promocja i public relations: Litermatka *
Asystent ds. public relations: Fruzia
Utylizacja odpadów produkcyjnych: Rudolf Sierściuchowłosy
Email: litermatka81@gmail.com

* Tylko mi nie piszcie, że dostałam tę pracę przez łóżko!

(PS. Wygląda na to, że to on będzie musiał zapłacić mi za reklamę przez łóżko. Stwierdził bowiem, że chwilowo jest niewypłacalny. Cholerni reklamodawcy!)

O trudnych relacjach w rodzinie

- Fruziu, co ty robisz? - pytam po raz setny tego dnia i tysięczny tego tygodnia. - Czy ty oszalałaś?

Jej pierwsze zdanie prawdopodobnie tak właśnie będzie brzmiało. Cy ty osalałaś? Ewentualnie - nie wolno, Fluziu! 

Weszła Rudolfowi na głowę. We wszystkich tego zdania znaczeniach.

Zastałam ją pokonującą futrzastą przeszkodę uwaloną na środku dywanu i nic sobie nie robiącą z łażącej po nim małej kosmitki. Ze stoickim spokojem Rudolf zniósł małe piąstki wczepione w jego sierść tak mocno, że aż fałdy skóry oderwały się od reszty narządów wewnętrznych, cienki jak patyk palec zabłąkany w okolicach jego lewego oka i coś około dziewięciu z hakiem kilogramów żywej wagi przemieszczającej się bezwładnie z prawej jego strony na lewą. Głową w dół. Kiedy już Fruzia bezpiecznie - co aktualnie jest pojęciem względnym - wylądowała na dywanie, Rudolf ochlastał ją jeszcze jęzorem po twarzy, jakby sprawdzał, czy aby na pewno teraz już sobie pójdzie i da mu spokój.

Czasem rzeczywiście daje.

Częściej jednak jeździ po nim jak po łysej kobyle, choć usiłuję wychowywać ją w szacunku do starszego brata. Uczę ją, jak delikatnie głaskać sierściucha. Nie pozwalam ciągnąć go za uszy, ogon ani przeszkadzać mu w jedzeniu. Lub ogryzaniu plastikowej butelki, którą dostał w ramach kampanii "Rudolf-to-też-dziecko-i-należą-mu-się-zabawki". Opornie to idzie, ale zdecydowanie najgorsze wyniki wychowawcze osiągam w kwestii jego misek. Fruzia wymyśliła sobie, że te świetnie nadają się do ślizgania po podłodze, najlepiej ze zdjętymi właśnie z nóg skarpetkami w środku. Miska od żarcia na szczęście zawsze jest pusta, wszak Rudolf to labrador z prawdziwego zdarzenia, nie uświadczyliśmy nigdy widoku pozostawionego na pastwę losu niedokończonego posiłku. Ta z wodą zazwyczaj jest pełna. I jeśli matka nie wykaże się odpowiednim refleksem, młoda nurza się w tej wodzie po same łokcie. Albo - co zdecydowanie bardziej ją bawi - wylewa ją, a samą michę ładuje sobie na głowę, wielce przy tym zadowolona. Rudolf patrzy na nią trochę pobłażliwie, wzdycha ciężko i wraca na kanapę. Co się będzie facet martwił, matka sprzątnie.

Jego cierpliwość ma jednak swoje granice. Fruzia tylko przez chwilę jest zainteresowana plastikowymi butelkami, które daję jej do zabawy, ale niech no tylko Rudolf dorwie taki gadżet, niech no tylko mała usłyszy dźwięk zgniatanego opakowania, a jej zainteresowanie nim rośnie w tempie rozpędzającego się bolidu. Natychmiast jest przy nim i pakuje małe łapki do jego pyska, w którym ten dokonuje recyklingu plastiku. Wkurza go to strasznie. Najczęściej przesuwa się ze zdobyczą kawałek dalej, znosi to jej gmeranie przy jego wąsach i stara się ignorować Tasmana. Obserwuję ich uważnie, bo wiem, jaki Rudolf potrafi(ł) być zaborczy w kwestii tego, co już znalazło się w jego pysku. Zwykle nie muszę interweniować, choć przy całej jego łagodności pilnuję, żeby przez przypadek nie zapędził się za daleko w tym poczuciu, że to jego i wara wszyscy ode mnie. Dwa razu mruknął na Fruzię - tak jak wiele razy na nas, kiedy usiłowaliśmy wyjąć mu z pyska ogromny badyl. Nigdy nie nastroszył się, nie pokazał zębów i nie warczał groźnie,  Rudolf to naprawdę łagodny koń, ale staram się trzymać rękę na pulsie. I tak dwa razy labisko powędrowało za karę do kuchni, bez zabawki. Za to Fruzia trzysta razy została odtransportowana w drugi koniec pokoju, kiedy usiłowała wydobyć coś ze szczęk swojej maskotki.

- Ja z wami zwariuję! - mówię do nich. - Fruziu, nie wolno kłaść łapek do pyska Rudolfa, nie wolno! Ani ciągnąć go za wąsy! Rudolfie, nie waż się mruczeć na siostrę, nie wolno tak, ona jest malutka i masz się nią opiekować! - tłumaczę.

Zwykle dopiero w okolicy dziesiątego zdania przypomina mi się, że mówię do bejbika i psa. Wtedy sama do siebie, już po cichu, powtarzam: - Czy tu już oszalałaś, czy dopiero oszalejesz?

Nic mnie tak jednak nie wyprowadza z równowagi, jak moment, w którym usypiana od czterdziestu minut Fruzia wreszcie zaczyna odpływać w objęciach Morfeusza, a ja w myślach robię sobie już kawę, kiedy raptem Rudolf zrywa się z kanapy i dzikim basem zaczyna wydzierać się na sąsiadkę wracającą ze sklepu albo sąsiada parkującego auto! Fruzia też się wtedy zrywa do pozycji siedzącej i rozbudzona zaczyna rzewnie zawodzić. Tak bardzo jak kocham Rudolfa, tak w takich chwilach mam ochotę osobiście powyrywać mu wąsy z pyska!*  Obrońca stada, kurwamać, się znalazł nagle! Normalnie pająka się boi, najpierw szczeka i tańczy wokół niego, kiedy ten wędruje po podłodze, potem usiłuje się z nim bawić, trącając go wielką łapą, a wystarczy, że listonosz list nam wrzuci do skrzynki, żeby Rudemu ubzdurało się, że jest psem obronnym! Wrr!

Są jednak momenty, w których tych dwoje jednoczy się sercami, duszami i ciałami. Panuje między nimi zgoda, pokój i miłość. Siadają wtedy na dywanie, jeden obok drugiego, nikt nikogo nie popycha, nie grzebie nikomu w pysku, nikt po nikim nie łazi, nie ciągnie za uszy lub ogon, nikt nie mruczy, nie szczeka... Siedzą i wyczekująco gapią się na mnie.

To pora posiłku.

MOJEGO posiłku.


Miłośników Rudolfów zapewniam, że kończy się jedynie na miękkim kagańcu na czas drzemki Fruzi oraz moich zapewnieniach szeptanych w Rudolfowe ucho, że nadal go kocham, ale ma się opanować, bo kiedyś hormon stresu może zalać mi mózg i po wąsach nie zostanie nawet wspomnienie!

O kolejnej ostatniej wizycie

Health visitor przybyła na swoją ostatnią wizytę we wtorek. Najwyższy czas przestać używać tej frazy, wiem. Nie ma czegoś takiego jak 'ostatnia wizyta'. A przynajmniej nie w tym znaczeniu, o jakim myślę.
- Powinnam była cię uprzedzić, że Fruzia jest już po właściwej stronie mocy - zaczęłam, zanim Kitty drugą nogą przekroczyła próg Piątej Chatki. - Ale kompletnie wyleciało mi to z głowy, a dziś rano zdecydowałam, że nie będę rujnować ci planu dnia - dokończyłam z nadzieją, że Kitty dobrze ukryje swojego wkurwa z powodu takiego obrotu spraw.
Pewnie wolałaby siedzieć sobie w przytulnym i ciepłym biurze niż ganiać tu do mnie i Rudolfa, który zostawił na jej płaszczu oraz w torbie trzydzieści osiem milionów pojedyńczych psich włosów.
Skłamałam. Najpierw owszem, zamierzałam zadzwonić, no bo kto w mojej sytuacji nie odwołałby wizyty, która już wcale nie musi się odbyć? Fruzia nosi to samo nazwisko co jej pies na metalowym znaczku przypiętym do obroży, więc tylko szaleniec zdecydowałby się po namyśle nie odwoływać tego spotkania.

Albo matka, która potrzebuje motywacji do posprzątania chaty.

Zgadza się, to o mnie. Strażniczka już dawno temu straciła swą moc i nie jest w stanie wywołać we mnie tego poczucia, że wypadałoby pozbyć się tych kęp Rudolfowej sierści z kątów. Opiekunka społeczna Fruzi chyba nigdy tej mocy nie posiadała, zresztą ona z początkiem grudnia tak jakby rozpłynęła się we mgle. Jedynie health visitor jeszcze trzyma mnie w jako takich ryzach. Nie żeby ona na jakąś pedantkę mi wyglądała, o nie. A przynajmniej nie bardziej niż Strażniczka. Jest coś jednak w jej funkcji, co sprawia, że czuję się lekko zobligowana do pobieżnego ogarnięcia chaty. Wiecie, żeby ten cały health, z którym ona tu przychodzi, nie natknął się na chlew.

Zamiast słabo skrywanej agresji, oblicze Kitty w ułamku sekundy wyraziło czystą, nieskazitelną radość. No proszę, a jednak. Kitty to fajna babka; z tej całej bandy nawiedzających nas ludzi z nią chyba najluźniej mi się rozmawia, ale na wszystkich świętych, nasze relacje nie są tak zażyłe, żebym zaczęła podejrzewać ją o aż tak wielką radość z powodu nowych aktów urodzenia Fruzi. (Które to dokumenty, imaginujcie to sobie, Szanowni Weterani, przyszły w całości i Royal Mail nie musiał składać nam kondolencji z powodu ich zgonu!)
- You've made my day! - powtórzyła Kitty jakieś osiem i pół razy, kiedy usłyszała newsy.
Ostatnie pół padło w drodze powrotnej do drzwi.
Wcześniej jednak, tak dla przyzwoitości, Kitty usiadła na chwilę na kanapie, nie zdejmując płaszcza z futrzanym kołnierzem, machnęła ręką na moją propozycję kawy lub herbaty, po czym dwa razy zapewniła mnie, że przygotuje dla Fruzi nową książeczkę zdrowia i oświadczyła, że cieszy się również dlatego, że wreszcie uwolnię się od niej i tej całej reszty ludzi. Jak ja ją za to lubię!
- Ciesz się córką i brakiem niechcianych gości - rzuciła, wstając z kanapy po jakichś siedmiu minutach. - You've sooooo made my day!

Nie wątpię. Pewnie zaraz po wyjściu z Piątej Chatki pognała na jakiś przedłużony lunch do domu. Albo na rozgrzewający seks w samochodzie.
Albo na jedno i drugie.

Na jej miejscu dokładnie tak bym zrobiła.

Adopcja w UK (8): Panel adopcyjny

Na mojej osobistej liście najbardziej przerażających momentów w procesie adopcyjnym panel uplasował się na miejscu trzecim, tuż za pierwszą wizytą social worker i szkoleniami adopcyjnymi. Oczywiście listę utworzyłam sobie w głowie, jeszcze zanim cokolwiek zaczęło się dziać (brawo dla tej pani!) i szybko uległa ona dezaktualizacji, bo żadne z tych momentów nie okazało się przerażające. Stresujące - owszem, ale tylko przed oraz przez kilka pierwszych minut w trakcie. Niemniej jednak słowo panel odmieniliśmy w ojczystym języku przez wszystkie istniejące przypadki, panel śnił mi się po nocach (a raczej panele, bo na jednym historia się nie kończy), o panelu myśleliśmy i rozmawialiśmy coraz częściej i intensywniej w miarę zbliżania się do ukończenia Stage 2 procesu. Panel był stresującym, ale i bardzo wyczekanym momentem w całej tej przygodzie. Rekomendacja panelu stała się dla nas magiczną przepustką do rodzicielstwa. Trochę jak dwie kreski na teście - co prawda to tylko rekomendacja / dwie kreski i teoretycznie jeszcze wszystko może się zdarzyć, ale do cholery - wygląda na to, że będziemy mieli dziecko!:-)

W skład panelu adopcyjnego (Adoption Panel; jest jeszcze Matching Panel, ale o nim pogadamy innym razem) wchodzą eksperci od adopcji, opieki nad dziećmi, medyczni doradcy, psychologowie oraz adoptersi. W Anglii i Walii przynajmniej 3 osoby z tego towarzystwa + przewodniczący panelu muszą być niezależni od agencji, która was prowadzi. Kiedy my stawiliśmy się na spotkaniu z panelem, w sali było około dziesięciu osób. Nie licząc nas samych i Drugiej Strażniczki. Faktycznie, trochę onieśmielająca perspektywa, ale naprawdę było sympatycznie, a świadomość, że nikt nas nie zmuszał do uczestnictwa w tym osobliwym spotkaniu, dodawała odwagi. Pokażemy im na co nas stać! Pamiętajcie jednak, że w Anglii i Walii macie prawo odmówić wzięcia udziału w panelu - bowiem celem panelu nie jest już ocena was jako kandydatów na rodziców; jest to bardziej okazja do dyskusji i sprecyzowania powodów i oczekiwań oraz temu podobnych spraw. Wszystko, czego panel potrzebuje do wydania bądź odmowy rekomendacji, członkowie komisji mają już w papierach.

Dlaczego zatem warto wziąć w nim udział?

Bo jeśli panel odmówi wam rekomendacji, przynajmniej będziecie mieć świadomość, że tam byliście. Że mogliście coś wyjaśnić, dopowiedzieć.

Jeśli agencja doprowadza was do panelu, z reguły oznacza to, że uważa was za odpowiednich kandydatów na adoptersów i tak będzie was przedstawiać komisji. Jeśli jest inaczej, powinniście dostać sygnały od swojego social worker w tym temacie. Nie powinniście być więc zaskoczeni rezultatem spotkania. Niemniej jednak od czasu do czasu zdarza się, że kandydat / kandydaci doznają szoku z powodu braku rekomendacji.

Z jakich więc powodów panel jej odmawia?

Na przykład:
- powody techniczne - może się okazać, że wasza agencja gdzieś dała ciała w papierach i wyszło to dopiero w trakcie panelu; wówczas panel tylko odracza rekomendację do czasu uzupełnienia papierkologii
- skłamaliście i sprawa się rypła - np. na temat waszej lekko kryminalnej przeszłości;-)
- wasze referencje były niezbyt pochlebne (a social worker jest zobowiązany do zachowania tajemnicy w tej sprawie) - ale bądźmy poważni: chyba wiecie, kogo podajecie jako referenta?
- poważnie zachorowałeś - ale nie mam na myśli zapalenia płuc tylko śmiertelną albo bardzo utrudniającą życie chorobę
- wasz social worker (albo gorzej - cała wasza agencja) to ludź niepoważny i mówił wam jedno podczas home study, a co innego okazało się na panelu.

Mam nadzieję, że nikomu nic z powyższych przykładów się nie przytrafi. Osobiście nie słyszałam o żadnym takim przypadku. Wszystko znalazłam w sieci jako dowody na to, że faktycznie się zdarza. Ale przecież nie wam!

Zanim zaszczycicie członków panelu swoją obecnością, wyjdzie do was przewodnicząca/y i opowie wam, jak krok po kroku będzie przebiegało spotkanie. Nam powiedziano nawet, jakie tematy eksperci chcą z nami poruszyć - innymi słowy, znaliśmy pytania, zanim jeszcze weszliśmy do sali. Bardzo pomocne to było, dzięki temu mieliśmy w głowie odhaczone punkty 'aha, wiem, wiem, wiem... hmm... co by tu można powiedzieć?' W sali spędziliśmy jakieś 30-40 minut, ale znam pary, które weszły do sali na 10 minut i też uzyskały rekomendację.

Po przemiłej (fingers crossed!) rozmowie z członkami panelu opuszczacie salę i czekacie na równie miłe wieści. Zwykle chwilę to trwa, ponieważ komisja rozmawia sobie wówczas z waszym social worker i uzupełnia kolejne formularze. (Formularzami adopcja mocno stoi!) Potem znów odwiedzi was przewodnicząca/y, uśmiechnie się i ... I już! Zarekomendowali was! Możecie zacząć świętować! Albo zaczekać na oficjalny list z agencji, który potwierdzi, że ADM - Adoption Decision Maker - na podstawie rekomendacji panelu podjął decyzję, że nadajecie się na rodziców adopcyjnych. W Anglii i Walii ADM ma na to 7 roboczych dni od daty panelu. W ciągu 2 dni od jego decyzji zostaniecie poinformowani o tym ustnie, a w ciągu 5 dni roboczych - na piśmie. W Szkocji ADM ma na to 14 dni roboczych, jeśli zaś jest to decyzja odmowna - 7 dni.

W rekomendacji panelu znajduje się informacja ile dzieci, jakiej narodowości i w jakim wieku możecie adoptować. I znowu - dla nikogo nie powinno to być zaskoczeniem, bo decyzję taką podejmuje się w porozumieniu z wami, social worker i waszą agencją na podstawie waszego home study i warunków mieszkaniowo-finansowo-zawodowych.

W przypadku odmowy rekomendacji przez panel, o czym dowiadujecie się zaraz po spotkaniu, lub odmownej decyzji ADM (bo to również może być zaskoczeniem), macie prawo odwołać się do Independent Review Mechanism (IRM). Z IRM musicie skontaktować się w ciągu 40 roboczych dni od pisemnej odmowy w przypadku Anglii lub 20 dni w przypadku Walii. Szkocja daje 28 dni na apelację.

O czym rozmawia się podczas panelu? O tym wszystkim (znowu!), o czym rozmawialiście już z waszym social worker podczas home study - o motywacji do adopcji, jak pogodzicie pracę z wychowywaniem dzieci, o wielokulturowości, jeśli taka wchodzi w grę...
--------------
Kraina Deszczu, 2014

(...) Wszyscy członkowie panelu przedstawili się, po czym Julie zadała pierwsze pytanie. Standardowe. Jak oceniacie cały proces przygotowujący do adopcji? Chwila wahania. Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami. Dobrze, zaczyna on.

I już wiemy, że jest dobrze.
Może coś nas jeszcze zaskoczy, ale póki co, płyniemy.
Odpowiadamy.
Emocje w naszym głosie są coraz mniej słyszalne, zaczynamy koncentrować się na treści przekazu.
Oboje gestykulujemy.
Patrzymy na siebie, jakby szukając potwierdzenia własnych słów w oczach tego drugiego.
Jest dobrze.
I dobrze o tym wiemy.

Jak zamierzacie zintegrować dziecko z rodziną w Polsce?
Jaki macie pomysł na dwukulturowe wychowanie dziecka?
Jak zachowacie jego angielską tożsamość po wyjeździe do Polski?
Jakie dostrzegacie różnice w wychowywaniu dzieci w Polsce i UK?
Jaki masz plan na pogodzenie wychowania dziecka z powrotem do pracy?
Czy Rudolf będzie zazdrosny o nowego lokatora w domu? Jak sobie z tym poradzicie?


Rozgadujemy się, łącząc wiele wątków naraz. Co rusz słyszymy "właściwie częściowo już odpowiedzieliście na moje pytanie...". Żartujemy, że polskie mamy uwielbiają obarczać dziecko szaliczkami, kurteczkami i rajstopkami, zaś te angielskie wypuszczają młode do przedszkola w krótkich spodenkach, kiedy za oknem jesień. Inżynier nazywa Rudolfa naszym "first baby", co rozbawia wszystkich członków spotkania. Z każdej strony łapiemy przyjazne spojrzenia, uśmiechy i kojące potakiwanie głową.

A więc to tak..., myślę sobie jakieś pół godziny później, kiedy zbieramy się do wyjścia. Już po wszystkim. (...)

---------------
Wiecie, ile błędów gramatycznych zrobiłam na tym spotkaniu? Obawiam się, że jakieś sto pięćdziesiąt. Ale to akurat średnio mnie wtedy obchodziło. Bo pewnie domyślacie się, co było w tym wszystkim najważniejsze. To poczucie, że daliśmy radę. Na obcej ziemi, w obcym języku, w obcych realiach. Po zaledwie 2,5 roku od przyjazdu. Cały sztab ludzi w Krainie Deszczu uznał, że nadajemy się na rodziców adopcyjnych, że podołamy wychowaniu dziecka z przeszłością. Powtórzę po raz kolejny - sam fakt adopcji nie czyni z nas świętych, czy nawet dobrych. Ale to poczucie, że się nie poddaliśmy, że przebrnęliśmy przez tę machinę płynnie i ramię w ramię, jest naprawdę bezcenne. To pewnie dlatego dziś wspominam ten panel jako jeden z najbardziej satysfakcjonujących dni w życiu.

A przy tym wszystkim, tamtego dnia odetchnęliśmy z ulgą, że nasze czekanie to już inne czekanie. Bo wiedzieliśmy, że się zdarzy.
***

(Opowiecie mi, jak wygląda kwalifikacja w Polsce? Czy to też jest rodzaj spotkania z komisją? Czy może dzieje się to zaocznie?)

O bakcylu czytelniczym

W biznesową podróż Inżyniera, w której to postanowiłyśmy z Fruzią mu potowarzyszyć, zabrałam dla małej smoczka (sztuk 1), gumowego pelikana do gryzienia (sztuk 1) oraz całą torbę książek (sztuk chyba 12). Pod koniec kilkugodzinnej podróży żałowałam jedynie tego, że tych ostatnich wzięłam tak mało. Nie żeby Fruzia narzekała, o nie. To matka nie mogła już zdzierżyć wciąż tych samych historii.

Patrzę na nią ukradkiem, kiedy zatapia się w świecie słów i obrazków. Obserwuję, jak najpierw zanurza rękę po łokieć w kartonowym pudle i z trudem wyciąga z niego wielką jak na jej rozmiar księgę. Czasem zgubi ja w połowie drogi, a wówczas musi ponowić próbę. Pomagam jej tylko wtedy, kiedy zakleszczy się gdzieś pomiędzy innymi tomiskami ciężkich, bejbikowych lektur. Kiedy dopnie swego, zadowolona rozsiada się wygodnie na dywanie i otwiera książkę, zwykle gdzieś w samym środku opowieści, ale to nieistotne, ona i tak zna je na pamięć. Zupełnie jak Drugi Dziadek "Potop". Przewraca po kilka grubych kart naraz, do przodu, do tyłu, trzeba sobie urozmaicać czytanie. Na niektórych stronach zatrzymuje się dłużej. Cienkim jak patyczek palcem wskazuje na obrazki, dotyka puszystego szalika bałwana, otwiera brązowe wrota stodoły, ciągnie misia za uszy. Uwielbia wszystkie te magiczne książki, w których można coś dotknąć, przesunąć, pociągnąć, albo usłyszeć. Bawi ją ta sama historia czytana kilka razy pod rząd. Na widok okładki z koniem wydaje głośny okrzyk zachwytu. Wie, że za chwilę popędzi na moich kolanach na przejażdżkę w rytm 'clip-clop, clippity-clop!'. Najbardziej kocha moment, w którym  kot, pies, świnka i kaczka niemal spadają z rozpędzonego konia. Potrząsam nią na boki jakby i ona miała za chwilę wylądować na dywanie. Śmieje się, kiedy w końcu słyszy 'plop! plop! ploppity-plop!' i zwierzęta bezpiecznie wpadają w stóg siana.

Czasem sadzam ją ze mną na sofie i czytamy razem. Ja swoją księgę, ona swoją. Obejmuję ją ramieniem i tylko udaję, że czytam, bo w rzeczywistości nie mogę się skupić. Kątem oka gapię się na nią. Na to jej skupienie, na ten zachwyt, który tak bardzo chciałabym, żeby w niej został na zawsze. To chyba jedyne momenty w ciągu dnia, kiedy nie jest zainteresowana łobuzerką, wywijaniem kozłów i dobieraniem się do szafek pełnych skarbów. Książki przenoszą ją w krainę łagodności. Od czasu do czasu zerknie na mnie, jakby szukając potwierdzenia, że fajnie jest, mamo, prawda? Inżynier pstryka nam zdjęcie. Wielka Szwagierka i Ten Właściwy twierdzą, że Fruzia zatopiona  w lekturze to ich ulubione fotografie.

On też jej czyta, a jakże. Zawsze nastawiam wtedy radary na podsłuchiwanie, bo czytanie z tatą to dla Fruzi zupełnie inny gatunek rozrywki, a dla mamy czysta poezja. Tata lepiej niż mama podkłada głosy. Bardzo niekonsekwentnie, na co kiedyś z rozbawieniem zwróciłam mu uwagę, ale zupełnie się tym nie przejął. Efekt jest taki, że Buster raz mówi głosem Gruffalo, a za chwilę piskliwym głosikiem młodzieńca przechodzącego mutację.
- I tak nic nie przebije twojego "goodnight Buster!" - śmieje się ze mnie i z mojego RP, którym katowano nas na fonetyce.
Choćbym nie wiem jak bardzo starała się tego uniknąć, końcówka zawsze wychodzi mi ze śpiewnym akcentem.
Kiedy czyta o Śpiącej Królewnie, jego intonacja przyprawia mnie o czkawkę ze śmiechu. Robi pauzy nie tam, gdzie trzeba, przekręca wyrazy, stawia kropki, zanim zorientuje się, że w następnej linijce są jeszcze trzy słowa. Twierdzi, że to przeze mnie, bo nie daję mu się skupić. Też bym nie mogła się skupić, śmiejąc się w głos już po pierwszych dwóch słowach lektury. Hojnie dzieli się z córką swoją Polityką i Newsweekiem, szczególnie rano, kiedy dopiero odklejamy oczy, a ona już grandzi pomiędzy nami. Budzimy się potem w łóżku zawalonym podartymi reportażami i felietonami. Ostatnio pożarła mu też kawałek okładki kryminału.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że gardzi ulotkami i katalogami reklamowymi. Próbowałam je zbierać, żeby dziewczę miało materiał do darcia na strzępy, ale ona twardo odmawia. Owszem, weźmie do ręki, popatrzy, chwilę pomieli, ale po kilku sekundach zostawia na podłodze i już nigdy do nich nie wraca.

I tak sobie skromnie i po cichutku myślę... Może to już zalążki dobrego gustu czytelniczego?;)

Sfejsbuczyłam się!

Pokazałam mu pierwszy wpis na fejsbuczej stronie bloga. A tam oczywiście selfie Rudolfa.
- Myślisz, że to ryzykowne? - zapytałam.
- W sensie? - zapytał on.
- No... że ktoś rozpozna go na zdjęciu... będzie wiedział, że on to on, a ja to ja... - zaczęłam objaśniać swoje rozterki.
Spojrzał na mnie jakby nie dowierzał. Nie wiedziałam, czy mam to rozpatrywać pod kątem "czy naprawdę sądzisz, że Rudolf jest aż tak sławny, że wszyscy w Krainie Deszczu i Polandii natychmiast będą rozpoznawać go na ulicy?", czy może raczej "czy uważasz, że twój blog jest aż tak rozchwytywany, że przez niego nawet Rudolf będzie niedługo musiał chodzić w ciemnych okularach?".
Nie dociekałam.

A więc jesteśmy na fejsbuczej stronie. O, tu: https://www.facebook.com/litermatka 
Strona wciąż w budowie, rusztowanie jeszcze pewnie nie raz będzie się chwiało, ale mam nadzieję, że niezblogowanym miłośnikom fejsa oraz duetu Fruzia & Rudolf na coś się tam przydamy. Mam nadzieję, że nas polubicie, żebyśmy tak łyso nie wyglądali!

Z listów do Fruzi

W czasach, kiedy bycie młodszą siostrą szczególnie mi doskwierało, a więc był to okres wczesnej podstawówki, kłóciliśmy się z Wielkim Bratem o wszystko. Dosłownie. Niestety, w tamtym momencie naszego siostrzano-braterskiego życia mieliśmy również wspólny pokój, co nie tylko niczego nie ułatwiało, ale dodatkowo potęgowało kryzysy. Wyzywaliśmy się przeraźliwie, choć nie wiem, czy mi uwierzysz, ale to on zwykle zaczynał! A kiedy emocje sięgały zenitu, każde z nas chwytało po tajną broń, po której nie było już czego zbierać. Jego bronią było wykrzyczenie mi w twarz, że Rodzice kochają go dłużej, bo jest starszy, a zatem i mocniej, a ja zostałam przez nich znaleziona na śmietniku i wzięta do domu z litości. Nie wiem, skąd on to wziął, ale dziś uwielbiam to wspomnienie.

Moją bronią było oczywiście pójście z płaczem do Mamy na skargę. (W wersji naprawdę mini czasem jeszcze gryzłam i ponoć piszczałam tak, że bębenki pękały, stąd przydomek Piszczka.)

Kiedy podrosłam, Wielki nie stosował już tego chwytu, bo nie działał. Wiedział, że spłynie on po mnie jak po kaczce, bo miałam już swój rozum i wiedziałam, że po pierwsze - nie zostałam znaleziona na żadnym śmietniku, a po drugie - nawet gdyby Rodzice faktycznie mnie tam znaleźli, to ani przez jeden maleńki moment mojego życia nie poczułam, że kochają mnie mniej niż Wielkiego. Dokładnie tak myślałam, Fruziu, to nie jest żadna marna próba literackiej fikcji. Później, kiedy w ostatnich latach podstawówki w szkole gruchnęła wiadomość, że Marta z siódmej ce jest adoptowana, przekonywałam Mamuśkę, że nawet gdyby mnie adoptowali, wcale bym się tym nie przejęła, bo nie wyobrażam sobie, że mogłabym życzyć sobie innych Rodziców. Mama śmiała się z tych moich przemów i zapewniała, że tego, jak bardzo skopałam ją w czasie ciąży, nie mogłaby sobie wymyślić przy najbardziej bujnej wyobraźni.

Sęk w tym, droga Fruziu, że to było tylko teoretyczne gadanie, a ja nie wiem i nigdy nie dowiem się z własnego doświadczenia, jak to jest dorastać ze świadomością, że jest się adoptowanym. Nie wiem, co się wtedy czuje, jak te uczucia zmieniają się wraz z wiekiem i nabywanym bagażem doświadczeń życiowych, nie wiem, jak często się o tym myśli i jakiego rodzaju są to przemyślenia. Nie wiem, ale mam nadzieję, że będziesz mi o tym opowiadać na bieżąco. Chciałabym wiedzieć. Chciałabym być przy Tobie, jeśli kiedykolwiek z tego powodu grunt będzie usuwał Ci się spod nóg. Chciałabym, żebyś ufała mi na tyle, aby instynktownie czuć, że zawsze możesz mi wszystko powiedzieć. Nie, nie mnie, a nam. Mnie i tacie. Wszystko. Możesz nam powiedzieć wszystko, pamiętaj. Wolę usłyszeć za dużo niż się domyślać, bo tylko wtedy wspólnie będziemy mogli coś z tym zrobić.

A jeśli będziesz chciała, ja opowiem Ci o tym, jak to jest być mamą adoptowanej Fruzi. Jakie to uwalniające uczucie po tylu latach czekania, kiedy patrzysz w jej oczy po raz pierwszy i czujesz taką miłość i radość, jakiej nigdy wcześniej nie dane było ci doświadczyć. Opowiem Ci, jak się kocha taką Fruzię, jak się kocha własne dziecko, dziecko z kosmosu. A tak naprawdę to ja też będę opowiadać Ci o tym na bieżąco. Dzień po dniu, godzina po godzinie. Myślą, mową i uczynkiem. Będziesz wiedziała.

Od zawsze dużo myślę o rodzinie. Piszę o niej nie bez powodu. Gdzieś na jakimś niezgłębionym jeszcze przeze mnie poziomie (pod)świadomości czuję, że urodziłam się po to, aby otaczać się bliskimi oraz ich otaczać sobą. To oni są moim tlenem, moim sensem i kotwicą, a Ty jesteś częścią tej układanki, córeczko. Bez Ciebie ten obrazek nigdy nie byłby pełny. I mogę o tym wszystkim pisać bez obaw, że będę w tym pisaniu niewiarygodna, bo rodzina wypełnia mnie od stóp po sam czubek głowy. Wciąż nie rozgryzłam, po kim te moje kronikarskie zapędy do zamykania jej dziedzictwa w słowach. Ciekawa jestem, czy kiedyś będzie to dla Ciebie ważne - co, kto i po kim.

"Ale to prawda, że dziedziczymy wiele cech po przodkach. Jestem krótkowzroczna tak jak stryj. Agata z charakteru jest podobna do babci Janki, a z wyglądu do dziadka Leszka. Madzia z kolei ma dziadka charakter, ale urodę kobiet po linii męża. Rozmawiamy na te tematy szczególnie w Święta. Doszukujemy się dziedzictwa, ciągłości, tego, co nas łączy. Ja w pewnym momencie, gdy czułam się bardzo samotna, zapragnęłam utrwalić dzieje swojej rodziny w książce. Pisząc, zrozumiałam, że warto dłubać w historii rodziny, bo wtedy poznajemy swoje korzenie. A poznając swoje korzenie, przekonujemy się, że jesteśmy małym ogniwem w długim łańcuchu pokoleń."

Wiem, córeczko, że pewnego dnia zrozumiesz, że Twoje korzenie biegną dwutorowo. Być może poczujesz się zagubiona (a może bogatsza?), zaplątana wśród ścieżek, którymi będziesz chciała pójść. Może zakwestionujesz ciągłość i to, co nas łączy. Wtedy też będziemy stać obok. Tylko daj znać, a będziemy towarzyszyć Ci na każdej drodze, którą wybierzesz. I będziemy szczęśliwi, że nam na to pozwalasz. Pomożemy Ci odkrywać tajemnicę Twojego temperamentu i usposobienia, jednocześnie nieustannie powtarzając Ci, że niezależnie od wszystkiego, Twoje korzenie to też my, mama i tata, nasi rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i pradziadkowie. Jesteś jeszcze taka malutka, ale już teraz są one tak mocno ze sobą splątane, że nikt nie wie, gdzie ich początek, a gdzie środek, bo o końcu przecież nie ma mowy. Zrosły się na dobre w mgnieniu oka. Właściwie one chyba zawsze tam były, w jakiś magiczny sposób czekając w uśpieniu na swój najlepszy czas. Więc jeśli powiem Ci, że miłość do książek masz po mnie, energię do działania po tacie, sen uważasz za stratę czasu po Babci, a podciąganie się do pionu pod stołem dostałaś w prezencie od chrzestnego, to nie skłamię, nie wymyślę tego na potrzeby Twojego dobrego samopoczucia. W naszej patchworkowej rodzinie nawet dziedziczenie jest fascynującym procesem skojarzeń, wypadkową kosmicznej miłości, magicznych rytuałów codzienności i czasu spędzanego razem. Nigdy nie daj sobie wmówić, że nie mogłaś odziedziczyć swojego szelmowskiego spojrzenia po Rudolfie.

"W pewnym programie telewizyjnym znany artysta skonstatował, że o wiele lepiej sprawdził się w roli ojczyma niż ojca - ze swoją przybraną starszą córką nie miał tylu problemów, ile ma teraz z rodzoną. Zastanawiał się dlaczego. Otóż dlatego, że ludzie złączeni więzami krwi znają nawzajem wszystkie swoje słabe punkty, więc doskonale wiedzą, jak się zranić. Pocieszające jest to, że także łatwiej sobie wybaczają."

Nie dbam o DNA i różne grupy krwi, wiesz?  Nie dlatego proszę Twoją Babcię, aby jeszcze raz opowiedziała mi o Twojej legendarnej Praprababaci Joasi, bo łączą nas więzy krwi. Nie byłabym nią mniej zainteresowana, gdyby Moja Kochana Babcia okazała się dzieckiem znalezionym na progu czyjegoś domu, tym samym przerywając nasz łańcuch genetycznej łączności z Joaśką.

Proszę o to dlatego, że łączą nas więzy miłości.

A one są silniejsze niż biologia, córeczko.

* Cytaty pochodzą z artykułu "Powrót do domu" Aliny Gutek (Zwierciadło, grudzień 2015)

O rodzinnym muzykowaniu

Weterani śledzący moją opowieść zapewne pamiętają, że kiedy byłam w wersji mini, Ojciec Dyrektor śpiewał mi na dobranoc wojenną kołysankę, którą z kolei śpiewała mu jego mama. Pieśń była rzewna, przygnębiająca i wolałam szybko usnąć niż słuchać jej do końca:

W suterynach daleko za miastem
W suterynach, gdzie nędza i głód
Nad kolebką klęczała niewiasta
I śpiewała piosenkę do snu.
Śpij malutka, śpij malutka
Mamcia pobiegnie po mleczko
Do snu utuli luli, aj luli luli luli
Aj luli luli, aj luli luli laj.

Choć dziś doceniam wkład Ojczula w moje (muzyczne) wychowanie (czasem sama wiedza na temat tego, czego człowiek nie jest w stanie unieść, kształtuje gusta), to wtedy przysięgałam sobie, że mojego dziecka nie będę narażać na takie stresy. I wytrzymałam w tym postanowieniu, a jakże! Dopóki nie pojawiła się Fruzia. Początkowo katowałam "Aaa, kotki dwa", mając nadzieję, że może Fruzia nie wbije sobie do głowy fragmentu "Wszystkie dzieci, nawet złe, pogrążone są we śnie" i nie będzie zastanawiać się przed zaśnięciem, czy ona jest zła czy dobra. Czasem kotki działały i wtedy Fruzia pogrążała się we śnie, a czasem niekoniecznie, ale przynajmniej przestawała ryczeć i wierzgać. Aż któregoś pięknego razu ręce mi opadły, repertuar kotkowo-wszelaki się wyczerpał i byłam bliska omdlenia. Przynajmniej nie będę słyszeć tego krzyku, pomyślałam sprytnie. W ostatniej chwili, tuż przed padnięciem na podłogę (dziecko przezornie odłożyłam do wózka) zaświtała mi jedna myśl. Co tam, spróbuję.

W suterynach daleko za miastem...

Ojcze, śpiewam Fruzi "W suterynach..." i to działa! Zasnęła!, zaeesemesowałam po kilku minutach. Nie mogłam w to uwierzyć! Nie zamierzałam też dociekać, czy Fruzia po prostu zmęczyła się wierzganiem, czy melodia skłoniła ją do snu, czy może doszła do tego samego wniosku, co ja przed laty - lepiej zasnąć niż tego słuchać. Nieważne. Spała.
Ojczulo natomiast, nie wiedzieć czemu, uznał, że wiadomość pochodzi od Inżyniera i rozpierała go duma z faktu, iż Mąż Mój postanowił wskrzesić z martwych to muzyczne arcydzieło.
- Rozpowiedziałem wszystkim w pracy, że zięć śpiewa mojej wnuczce moją kołysankę! - niemal wykrzyknął mi do telefonu.
- Ale dlaczego zięć? - zdziwiłam się. - Przecież to ja ci wysłałam smsa i to ja śpiewałam!
Ojczulo nie stracił rezonu.
- Myślałem, że to Inżynier - powiedział lekko.
Rzeczywiście. Skoro wysłałam mu wiadomość z mojej komórki, to jak mógł pomyśleć inaczej?
Kiedy Mąż Mój dowiedział się o kołysankowym zamieszaniu, zarzucił mi lekkomyślność.
- Po co to prostowałaś? - zapytał z udawaną pretensją w głosie. - Zepsułaś rodzinną legendę o tym, jak śpiewam córce!
- Ale przecież nie śpiewasz! - spojrzałam na niego z rozbawieniem.
- Jak to nie? - oburzył się Inżynier. - Przypomnij mi, jak leci ta kołysanka, bo chwilowo nie pamiętam...
Jasne.
Ale zaśpiewałam mu, niech sobie chłopina "przypomni".
- Aaaa.... tak, rzeczywiście... - spojrzał na mnie, przyjął odpowiednią postawę oratorską i zabuczał:
-  W suterynach... - zamilkł na ułamek sekundy, bo zapomniał, co dalej. - ... gdzie Bóg nie śpiewaaaaa! - dokończył triumfująco.
Aż Fruzia przerwała swoją arcyważną misję gryzienia mojego kapcia i sporzała na ojca wyraźnie zdziwiona.
Cóż. Jeśli da się coś dziedziczyć na linii teść-zięć, a w tej rodzinie jestem w stanie uwierzyć we wszystko, to już wiemy, co odziedziczył Inżynier po Ojcu Dyrektorze.

Nie muszę chyba dodawać, że wspaniała kołysanka podziałał na Fruzię tylko ten jeden, jedyny raz, prawda? Aktualnie usypiająco nie działa na nią nic oprócz intensywnie przeżytego dnia. Zrezygnowałam jednak z ochraniania Fruzi przed koszmarami sennymi spowodowanymi depresyjnością pieśni. Toż to jej dziedzictwo rodzinne! Mus jej śpiewać i to regularnie! Może za ćwierć wieku nasz Tasman zaśpiewa o tych nieszczęsnych suterynach swojemu Tasmanowi?

To zresztą nie jedyna forma rodzinnego muzykowania. Wystarczy, że włączymy skypa i wnętrze Rodzinnego Domu ukaże się na ekranie, a Mamuśka natychmiast zaczyna:

Zebrał cudną Jaś kapelę
Jakich w świecie jest niewiele
Są tam skrzypce, są tam basy
Cóż to będą za hałasy!

Jeśli Ojciec Dyrektor jest w domu, przechodzą od razu do refrenu i koncertu na cztery ręce:

Dylu dylu na badylu
Firli firli plum plum plum
Fiku miku na patyku 
Tra ra ra ra bum bum bum!

Do niedawna Fruzia przyglądała się tym przedstawieniom statycznie, choć z rosnącym zainteresowaniem, ale ostatnio aktywnie dołącza do orkiestry. Siedzimy więc po dwóch stronach monitorów, dwóch stronach Kanału, troje lub czworo dorosłych, jeden mały człowiek i wymachujemy górnymi kończynami w rytm narzucony przez Mamuśkę. 

Zaprawdę powiadam Wam, musielibyście to zobaczyć!

O czytelniczych słabościach Drugiego Taty

Rozmawiam z Drugimi Rodzicami na skypie. Fruzia, po serii popisowych podciągnięć do pionu, ekspresowych raczków w tę i z powrotem oraz szalonych wygibasów głową w rytm Jeżowskiej, postanowiła w końcu trochę odpocząć. Zanurkowała więc w kartonowym pudle, wyciągnęła swoje ulubione księgi i tak już została w ich towarzystwie na środku dywanu do końca naszej rozmowy. Coś tam do siebie gadała, przewracała kilka tekturowych kartek naraz i pokazywała sobie samej obrazki.
- Zobacz, jaka skupiona! - zachwycała się Druga Mama. - Ona naprawdę kocha książki!
- Po mnie to ma - uśmiechnął się Drugi Tata.
Odkąd mamy Fruzię, każdy chce, żeby mała miała coś po nim.
- Ja akurat czytam znowu "Potop" - kontynuował teść.  - Mogę Fruzi pożyczyć, skoro taka z niej czytelniczka.
Na te słowa Drugiej Mamie niebezpiecznie zaszkliły się oczy.
- Kochanie, ale ty byś musiała zobaczyć, jak Tata czyta ten "Potop"... Poczekaj chwilkę - Mama urwała i poszła szukać dowodu rzeczowego.
Chwilę później prezentowała przed kamerą dość - nomen omen - przedpotopowe wydanie "Potopu" w dwóch tomach.
- Najwyraźniej jeden tom zaczyna się od strony 123 - zaczęła Mama łapiąc oddech i pokazując mi rozklejoną książkę bez okładki. - I oczywiście jest w kawałkach, bo cały się rozkleił. Są takie grubsze fragmenty, po kilkanaście lub kilkadziesiąt stron, ale są i takie - Mama pomachała przed kamerą dwiema sklejonymi ze sobą kartkami powieści.
Płakała przy tym. Jak to ona. A ja razem z nią.
- Ale to nawet dobrze - Drugi Tata postanowił włączyć się do tej multimedialnej prezentacji. - Bo ja to lubię poczytać wieczorem, więc układam sobie "Potop" przy łóżku, jeden kawałek na drugim i tylko sięgam po którąś część bez konieczności dźwigania całej księgi.

Całkiem sensownie, prawda?

- Tylko że Tata sięga po te rozklejone części na chybił trafił - wyjaśniła Mama, zanosząc się od śmiechu. - W zależności od tego, jak bardzo jest zmęczony, sięga po omacku po coś cieńszego lub grubszego. I jak widzę go z tymi dwiema kartkami, to już wiem, że zaraz zaśnie!

Można chyba spokojnie powiedzieć, że Drugi Tata zna "Potop" na wyrywki...

O niekończącej się opiece opieki

- Z przydzielonym wam pracownikiem opieki będziecie spotykać się tak często, że niebawem zapomnicie, jak wyglądało wasze życie przed jego erą - oświadczył z dziwnym uśmieszkiem Mr Isuppose na spotkaniu informacyjnym dla kandydatów na rodziców adopcyjnych. - Będziecie jeść razem lunche, wypijecie wspólnie hektolitry kawy, a wasze życie będzie kręciło się od jednego spotkania do drugiego. Im szybciej się z tym pogodzicie, tym lepiej - zakończył lekko prześmiewczym tonem, w który jednak szczerze pobrzmiewała nuta sympatii i współczucia dla słuchaczy.
Siedzieliśmy z Inżynierem w sali konferencyjnej naszego ratusza i co rusz trącaliśmy się łokciami, kiedy padała jakaś złota sentencja z ust Isuppose.   
Ej, no bez przesady, naprawdę będzie aż tak źle?, pytaliśmy samych siebie. Nie dowierzaliśmy, mówiąc szczerze. Potraktowaliśmy przestrogi Issupose jako swoisty straszak na niezdecydowanych i niewystarczająco zdeterminowanych; wiecie, taki odsiew jak po pierwszym kosmicznym kolokwium na studiach.
I faktycznie, po kilku miesiącach tych wszystkich spotkań z Drugą Strażniczką, która przeprowadziła nas przez cały assessment aż do panelu, stwierdziliśmy, że teraz to już będzie z górki, i że Issupose przesadzał, bo jak dotąd wypiliśmy tylko kilka litrów herbaty i zjedliśmy trochę ciastek, to wszystko.

Ignorance is bliss. To był dopiero początek naszego życia z opieką społeczną. Tak naprawdę wszystko zaczyna się po panelu.

Chcesz wyjechać? Poinformuj agencję adopcyjną, bo a nuż akurat będą usiłowali pilnie się z tobą skontaktować. Chcesz zmienić pracę? Przedyskutuj z opieką, bo może to nienajlepszy moment, przecież za chwilę masz mieć dziecko! Chcesz się przeprowadzić? Gorzej - musisz się przeprowadzić? Koniec świata! Trzeba wszystko wstrzymać, bo ty musisz teraz zbudować swoje życie społeczne od nowa! Masz już dziecko? Wspaniale. Teraz informuj o każdym swoim ruchu, bo młode wciąż formalnie jest tylko looked after child, nie możesz więc tak po prostu zniknąć na miesiąc z radaru agencji. Odwiedza cię twój social worker. I social worker dziecka. Health visitor też częściej niż normalnie, bo przecież to looked after child. Looked after child ma też swoje specjalne review meetings, gdzie wszyscy naraz złażą się do twojej chaty (nie czepiaj się, przecież pytaliśmy o zgodę!), a ty i dziecię uśmiechacie się i rzeczywiście pijecie te hektolitry herbaty z mlekiem... Od tego terminu looked after child robi ci się już słabo, bo gdziekolwiek rejestrujesz dziecko - przychodnia, baby group albo inne cudo - z żalem omijasz rubrykę 'parent', zaznaczając 'carer'... Opowiadasz opiece społecznej, co robisz w Święta, na które (nie bądźmy drobiazgowi) nie polecieliście przez ich niedopatrzenie. Mówisz, kiedy przylatują Rodzice. Rozwodzisz się nad relacją wnuczki z dziadkami i tańcach na skypie. Optymistycznie myślisz, że przynajmniej nie sprzątasz już kompulsywnie mieszkania, bo masz dziecko i bałagan ci zwisa, niczym się nie stresujesz i że masz szczęście, że tak naprawdę to nawet lubisz Strażniczkę, więc kolejne tysiąc pięćset osiemnaste spotkanie nie robi już na tobie wrażenia. Znieczulica cię ogarnia.

Ale wtedy dzwoni ten kolejny wyczekany telefon. Słyszysz, że stało się na papierze, że ona już formalnie z waszym nazwiskiem, że możecie wskakiwać w samolot i lecieć nawet do Australii (jeśli, szczęściarze, macie już dla niej paszport...), a cała opieka, ba, cały świat! może wam podskoczyć! No more visits, myślisz sobie z ulgą i oddajesz się wyobrażaniu sobie, jak to będzie bez tych wszystkich ludzi przewijających się przez Piątą Chatkę. Szybko też dochodzisz do wniosku, że albo baby brain upośledził ci wyobraźnię, albo Issupose miał rację. Bo za chuja wafla, jak mówi Inżynier, nie potrafisz sobie tego wyobrazić! Zapomniałeś! Zapomniałeś, jak wygląda życie bez opieki społecznej wiszącej ci nad głową!

Ale bez obaw. Tuż po Nowym Roku odbierasz maila od Strażniczki, że na pojutrze mamy umówioną wizytę i czy nie masz nic przeciwko, żeby ona się jednak odbyła...
- Mamuśko! - niemal wykrzyknęłam podczas sesji na skypie. - Ja nie wiem, po co ona jeszcze przychodzi, ale za dwa tygodnie mijają dwa lata, odkąd regularnie zaczęły nas odwiedzać tabuny ludzi!
- Że co? - Mama wyglądała tak, jakby się przesłyszała. - Ile? Dwa lata?!
Najwyraźniej nie tylko my tak przywykliśmy do tych wizyt, że straciliśmy poczucie czasu.

Strażniczka przyszła, pogadaliśmy o sprawach formalnych - przynajmniej miałam poczucie, że ta wizyta ma sens i cel, po czym na koniec spotkania oświadczyła, że w zasadzie to przychodzić już nie musi, ale za miesiąc chciałaby jednak pogadać ze mną o adopcji numer dwa. Tak niezobowiązująco jeszcze, ale jednak.

Więc bez obaw, droga Litermatko. Może w twoim życiu zmiany następują szybciej niż Fruzia raczkuje, ale masz w nim pewną stałą, która nie podlega żadnym kolejom losu. Masz swoją opiekę społeczną. Wierną jak labrador. Możesz spać spokojnie.

O bejbikowym SPA

Wchodzimy do sali w Różowej Chmurce. Choć formalnie jeszcze tam pracuję, dziś jestem tu w charakterze mamy biorącej udział w pięcioodcinkowych warsztatach dla rodziców i bobasów. Jesteśmy z Em lekko spóźnione, ale zajęcia jeszcze się nie zaczęły. Macham do mojej już-niebawem-byłej head of room, sadzam Fruzię na podłodze i zabieram się za rozpłaszczanie jej i siebie. Jednym spojrzeniem omiatam tak dobrze znaną mi salę pre-school. W zasadzie nic się nie zmieniło. Siadamy w półokręgu, maluchy na matach przykrytych prześcieradłami. Jest nas siedem lub osiem mam z dziećmi plus trzy osoby z personelu. Od razu widać, że Fruzia jest najstarsza i najbardziej mobilna. Jeszcze tylko JJ potrafi przesuwać się na brzuchu jak szalony, pozostałe bejbiki leżą lub podziwiają resztę towarzystwa z pozycji półsiedzącej. Od początku czułam, że temat tego pierwszego odcinka spotkań raczej do Fruzi nie przemówi; teraz, jeszcze przed rozpoczęciem sesji, z rozbawieniem dochodzę do wniosku, że miałam rację... Witamy na warsztatach z masażu dla bejbików!

(Fruzia jest wszędzie, tylko nie na macie. Wita się z JJ, usiłując złapać go za nos i wydaje z siebie dzikie okrzyki radości.)

- To jest Fred - przedstawia gumową lalkę prowadząca. - Będzie pomagał mi w prezentacji technik masażu.
Fred jest rozmiaru noworodka. I wierzcie mi, wygląda jak świeżutki noworodek, ma bardzo pomarszczoną twarz i prawdziwe, zupełnie nie-lalkowe śpiochy. Być może gdyby w sali rozległ się płacz, odruchowo spojrzałabym właśnie na niego. Za mojej kadencji mieliśmy w Różowej kilka takich lalek w naszej sali. Zawsze mnie trochę przerażały.
Z przedszkolnego boom boxa sączy się łagodna, usypiająca muzyka.
- Ułóżcie swoje maluchy na plecach, twarzą do was - zaczyna prowadząca.
Yhm..., myślę sobie, ale postanawiam spróbować, co się będę uprzedzać na starcie. Zgarniam Fruzię z podłogi, sadzam ją twarzą do siebie i delikatnie ją popychając, sprowadzam do pozycji leżącej. Mam nadzieję, że Fruzia skojarzy to z pierwszym etapem zmiany pieluchy - wietrzenie gołego tyłka - i choć przez 20 sekund poleży w tej pozycji.
Jasne. Mała zgrabnie przewraca się na bok i ucieka z maty.
- Łapiemy dłonie bobasów w swoje i delikatnie krzyżujemy i rozprostowujemy ich ramiona.
Ooo, może to nam wyjdzie, wydaje się łatwe.
Fruzia zostaje złapana w połowie drogi do szafki z dvd, ku wyraźnej uciesze personelu, oraz odtransportowana na matę. Próbuję ją położyć. Nie da rady.
OK, spróbujemy na siedząco, główkuję.
Fruzia rozgląda się na boki, ciekawa wszystkich i wszystkiego. Oprócz, oczywiście, technik bejbikowego masażu. Kiedy łapię jej dłonie, młoda natychmiast zaciska swoje palce wokół moich, usztywnia ramiona i podciąga się do góry, radośnie się szczerząc.
- Kolistymi ruchami... - mówi dalej prowadząca.
Nie wiem już, co kolistymi ruchami, bo Fruzia rozśmiesza mnie swoimi półgłośnymi gadkami i najwyraźniej zaczynamy dezorganizować zajęcia. Rozglądam się za jakimiś zabawkami, ale są w drugim końcu sali, postanawiam więc udać się na chwilę z wizytą do bejbikowej sali.

W bejbikowni rozpoznaję tylko moją Czekoladkę. Boszeee, jaki on duży! Wszystkie pozostałe bejbiki są nowe, nie znam ani jednego dziecka! Trzymam Fruzię na ręku, bo maluchy siedzą grzecznie na krzesełkach i wsuwają owoce, ale mała wykręca głowę na wszystkie strony, chce wszystko widzieć. Przygląda się moim koleżankom, które z kolei przyglądają się jej. Nie ma w niej nawet śladu tego lęku, który miała w sobie kilka miesięcy temu, kiedy pierwszy raz zabrałam ją z wizytą do Różowej. Jest w niej tylko rozsadzająca ją od środka ciekawość. Gdybym posadziła ją na podłodze, jak perszing ruszyłaby do pierwszej napotkanej zabawki lub dziecka. Moja mała, odważna dziewczynka.

W korytarzu rozmawiam z moją head of room. Śmieje się z naszego Tasmana i sprzedaje mi newsa, że za kilka miesięcy też będzie trzymała swoje dziecko w ramionach. Chmurkowa rodzina rozrasta się w sprinterskim tempie.

Kiedy wracamy do sali, jest już po masażu. Uff, jak dobrze. Bejbiki rozluźnione i - co dostrzegam jak typowa mama raczkującego bobasa - na tych samych miejscach, gdzie zaczęły. Mission impossible dla Fruzi. (Czy to możliwe, że ona też kiedyś tak grzecznie leżała?) Teraz Tasman może sobie poraczkować radośnie po sali. Natychmiast rusza do trzymiesięcznej dziewczynki i usiłuje przywitać się szczypnięciem w policzek. Łapię jej dłoń w ostatniej chwili.
- Nie wolno, Fruziu - mówię łagodnie, ale stanowczo.
(Nie chcę wyglądać jak mama niejakiego Radzia, który 25 lat temu odwiedził nas ze swą rodzicielką i zdemolował nam mieszkanie. Radziowa mama, siedząc wygodnie na naszej kanapie i patrząc, jak synuś kolejno ściąga nam z mebli bibeloty, wzdychała tylko:
- Oj, Radeczku!)
Przekierunkowuję Fruzię w prawo, do strefy bezbejbikowej.
Po mniej więcej dwudziestu "nie wolno, Fruziu", mała przysiada na tyłeczku i zaczyna bawić się zabawkami przyniesionymi z bejbikowni.
Jest dobrze. Wykorzystałam już chyba cały przyszłotygodniowy przydział wychowawczych gadek i gestów, czuję się jak Super Mama! Teraz znowu będę mogła porozpieszczać Fruzię, zanim wyjdziemy do ludzi i trzeba będzie trzymać fason. W końcu wykonałam kawał ciężkiej roboty!;)
- Masz ochotę na kawę w towarzystwie Rudolfa? - pytam Em, kiedy wychodzimy z Różowej Chmurki.
Em chętnie przystaje na propozycję.

Czas na małe SPA dla mam.

O tym, jak się robi dzieci

Z Rachelą poznała mnie Strażniczka.
- Adoptujecie dzieci w jednym czasie, są mniej więcej w tym samym wieku, no i mieszkacie blisko siebie - powiedziała. - Pomyślałam, że będziecie mogły wymienić się doświadczeniami.
Świetnie. Zawsze to jedna osoba do wspólnej zabawy z dzieciakami więcej. Nie widujemy się zbyt często, ale lubimy się, a i nasze małe łobuzy mogą sobie razem porozrabiać. Rachela ma synka pięć miesięcy starszego od Fruzi.
Jakoś jednak z końcem lata kontakt nam się urwał. Za oknem zrobiło się smętnie, wędrowanie po naszej wsi stopniowo wypierane bylo przez spędzanie czasu w domu. Przed Świętami uzmysłowiłam sobie, że nie widziałyśmy się trzy miesiące i czas to zmienić, bo niedługo nie poznam małego na ulicy!
Zaesemesowałam z życzeniami i dodałam, że po Świętach koniecznie musimy nadrobić picie kawy w towarzystwie dzieciaków. Pochwaliłam się też, że Fruzia nosi już nasze nazwisko. "Fantastycznie, gratuluję!", odpisała Rachela. "Ja też mam dobre wieści. Właśnie w tym tygodniu dołączył do nas Drugi, brat Pierwszego. Mam teraz dwoje dzieci!"
Wow. Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać twardy dysk mojej pamięci. Czy ona wspominała coś o drugiej adopcji? Coś mnie ominęło? Przegapiłam, czy może nie zrozumiałam dokładnie?

Spotkałyśmy się wczoraj. Czteromiesięczny Drugi przespał całe spotkanie, podczas gdy Pierwszy z Fruzią robili w bibliotece sajgon. Serio, wywalili wszystkie książki dla bejbików i starszaków na podłogę, a Fruzia, jak zawsze wpatrzona w starsze, poruszające się na dwóch nogach dziecko, zawędrowała za nim na czterech do działu z literaturą piękną.
- A ty myślałaś od razu o drugiej adopcji? - zagaiłam powoli. Nie chciałam być wścibska, ale też tempo, w jakim Drugi pojawił się w życiu Racheli, powaliło mnie na łopatki.
- Nie! - zaśmiała się ona. - Chciałam mieć drugie dziecko, ale nie tak szybko. A tymczasem w listopadzie niespodziewanie zadzwoniła do mnie Strażniczka z ostrożnym pytaniem, co ja na to, aby młody dołączył do nas jak najszybciej. Zapytałam kiedy, a ona mi na to, że za kilka dni.

Padłam.

W styczniu 2015 Rachela była bezdzietna. W czerwcu miała już Pierwszego. Rok zakończyła jako podwójna mama.

Tak się robi dzieci w tym świecie!;-)

O zimie na Ranczo

Budzę się w okolicach szóstej nad ranem. Fruzia daje znaki z łóżeczka, ale wiem, że to jeszcze nie jej, a już na pewno nie nasza!, pora na pobudkę, więc wyskakuję szybko spod cieplutkiej kołdry i pędzę, aby ją dotulić jeszcze choćby na czterdzieści minut snu. Jesuuuuuu, jak zimno! Znów położyłam się spać w koszulce na krótki rękaw i znów jestem zaskoczona, jak pieruńsko lodowato potrafi być rano. Wisząc na barierce łóżeczka, przestępuję energicznie z jednej nogi na drugą, żeby się rozgrzać. Nie wiem, jakim cudem Inżynierowi i Fruzi nigdy nie jest tak zimno... Kiedy malutka zaśnie, popędzę jeszcze do kuchni włączyć ogrzewanie. Jeden przycisk i za kilka minut w mieszkaniu zrobi się ciepło. Zawsze w takie chłodne poranki przypomina mi się zima na Ranczo.

Spaliśmy pod pierzynami. Takimi wielkimi, puchatymi, które miały jednak tę wadę, że pierz przesuwał się w dowolną stronę wedle własnego widzimisię, można więc było skończyć z ogromną, pierzynową bezą na górnej części ciała i cienkim, bezpierzowym materiałem na nogach, lub - co zdarzało się zdecydowanie częściej - odwrotnie. Człowiek usiłował w nocy przykryć się po samą brodę, ale jedyne, co mu się udawało, to naciągnąć kawałek sflaczałego materiału na korpus. Całe ciepło kumulowało się na stopach, trzeba więc było się odkryć, wstać i wyrównać pióra. Nie raz słyszałam w nocy przekleństwa Wielkiego Brata i kuzynostwa i ich wściekłe"jak ja tego nie cierpię!" Poduszki, też wypchane pierzem, często kłuły. Końcówki piór przebijały materiał i poszewkę i wyłaziły na wierzch. Można było takie pióro wyskubać z poduszki, ale efekt czasem był taki jak z wyjmowaniem chusteczek nawilżających - jedno pociągało za sobą następne. Zresztą Babcia zabraniała nam skubania pościeli...

Rano w całym domu tak przeraźliwie piździło, że nikt nie odważył się wystawić koniuszka palca spod pierzyny dopóki Dziadek, a potem Babcia, nie napalili w piecach. Wypuszczaliśmy kłęby pary przy oddychaniu, jak zawodowi palacze. Gorzej, jeśli człowiekowi zachciało się siku... Nawet Mamuśka Moja, na co dzień zwierzę zimnolubne, piszczała w poduszkę, że boi się wstać i przytulała się do mnie jeszcze mocniej. Matkobosko, a przecież u Dziadków długo nie było łazienki ani toalety, wychodek był na końcu podwórka, a zimy były prawdziwymi zimami, pamiętacie je? Na szczęście na lżejsze potrzeby fizjologiczne w nocy i nad ranem Dziadkowie mieli coś, co - idąc z duchem czasu i kreatywnej terminologii -  można by nazwać mobilną toaletą. Mówiąc nienowocześnie i bardziej dosadnie, w sieni stało wiadro...

W kuchni za to stał wielki piec, na którym się gotowało, a w pokoju piec kaflowy. Kiedy w nich rozpalono, oba długo dawały ciepło, ale też powoli się rozgrzewały. Dopóki Dziadek żył, to on wstawał bladym świtem i wrzucał do nich węgiel i drewno z szufelki, która musiała mieć chyba ze sto lat. Mamuśka wspomina, że kiedy była młodsza niejeden zimowy wieczór spędziła, opierając się o boczną ścianę kaflowego. Czasem ćmiła papierosy w ukryciu przed Babcią. "Dmuchej w popielnik", upominała ją legendarna Prababcia Joasia, która kryła Mamuśkę przed własną córką. Czasem Babcia siadała na brzegu któregoś z łóżek i sama do siebie wyliczała na głos, ile chlebów musi kupić. "Kupię cztery, bo chłopaczyska lubią zjeść", mruczała. "Albo lepiej pięć... tak, kupię pięć", decydowała po chwili namysłu. Zniecierpliwiona Handziukowa czasem nie wytrzymywała i błagała spod kołdry: "Mamo, kup pięć, ale daj nam spać!" Moja Rodzicielka wspomina to dziś z wielką tęsknotą. "Co ja bym dała, żeby jeszcze raz ją usłyszeć i poczuć, że siedzi na brzegu łóżka....", mówi.

Późnym rankiem w domu było już tak ciepło, że wszyscy zapominali o strasznym poranku. Do następnego takiego. Na piecu w kuchni stały wielkie gary, rondle i patelnie, w których Babcia od rana coś mieszała, a ciężki czajnik, w którym gotowało się wodę na herbatę był na tyle pojemny, że mógł napoić pułk wojska.

Przy odrobinie szczęścia ferie mieliśmy ze śniegiem. Ranczo położone jest na wzgórzu, więc jeden z ogródków Dziadków zamieniał się zimą w jedną wielką zjeżdżalnię. Nie zawsze mieliśmy sanki, ale pamiętam, że z powodzeniem zjeżdżaliśmy też na tyłkach albo własnych butach. Pamiętam szczególnie jedne Święta Bożego Narodzenia, kiedy solidnie przyśnieżyło. Musiałam mieć wtedy 6 może 7 lat, nie jestem pewna.W wigilijne popołudnie Starszyzna pozwoliła nam się bawić na podwórku przed wieczerzą. Wróciliśmy przemoczeni i przemarznięci do szpiku kości. Mamuśka nie mogła wtedy pojąć, jak może chodzić w taki mróz po dworzu w tak zamrożonych rękawiczkach. Ale jak inaczej ulepić porządnego bałwana? Zresztą, wspomnienia Mamy z jej Ranczerskich zim są bardzo podobne. Tylko mróz w nich jeszcze bardziej jakby mroźny, śnieg bardziej skrzypiący pod stopami i zdecydowanie go więcej.

Później wszystko się zmieniło, a Ranczo dzisiaj to już zupełnie inna bajka. Zimą w naszych rodzinnych stronach rzadko jest śnieg. W domu Dziadków nie ma kaflowych pieców, jest za to kotłownia, w której pali się szybko i sprawnie, a ciepło rozlewa się po całym domu z grzejników. Jest łazienka i toaleta, więc nikt nie marznie i nie biega do wychodka. Z dwóch mieszkań połączonych jedną sienią, Rodzice i Wielki Brat zrobili jedno duże mieszkanie. Jest taras, którego wcześniej nie było. Ogródków już nikt nie uprawia.

Ale mury domu na Ranczo to te same mury, które postawił Dziadek własnymi rękoma.

A kiedy nad ranem robi mi się naprawdę zimno, na myśl przychodzą wspomnienia z tamtego czasu. Nieważne, na jakiej szerokości geograficznej aktualnie się znajduję.

Adopcja w UK (7): Trudny temat, czyli dzieci, które czekają

Decydując się na adopcję, pierwszą rzeczą, o której należy pamiętać, jest ta, że wszystkie dzieci czekające na swoją rodzinę-na-zawsze niosą ze sobą własny bagaż doświadczeń. Wszystkie. Nawet teoretycznie zdrowe dzieci adoptowane krótko po narodzinach doświadczyły już pewnej straty i rozdzielenia z rodzicami, w szczególności z matką biologiczną, z którą spędziły 9 miesięcy życia płodowego. Przeżyły więc pewien rodzaj stresu. Naukowcy do dziś nie mają gotowej odpowiedzi na pytanie, jak bardzo to kilkumiesięczne współistnienie dziecka i matki ma wpływ na późniejsze życie tego pierwszego. W jednym się zgadzają - tego wpływu nie da się negować. Jeśli do tego dodamy alkohol, narkotyki i złe odżywianie w czasie ciąży, nie trzeba już naukowców, żeby wiedzieć, jak negatywne skutki niosą one za sobą. Na efekty często nie trzeba długo czekać, jednak pewne choroby (np. niektóre z zaburzeń FASD - Spektrum Alkoholowych Uszkodzeń Płodu) rozwijają się po cichu i dopiero po kilku miesiącach życia z dzieckiem można dostrzec wyraźne ich symptomy. Spora część dzieci oczekujących na adopcję doświadczyła zaniedbań, przemocy fizycznej, seksualnej bądź psychicznej. Część z nich urodziła się z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną. Tylko minimalny odsetek noworodków zostaje oddany do adopcji przy narodzinach z woli rodziców biologicznych. Ale i tu wracamy do punktu wyjścia - strata i rozdzielenie, choć nie da się tego oczywiście nijak porównać do problemów dzieci, które ze względu na okoliczności, w jakich przyszło im żyć, we własnym domu od niemowlęctwa musiały rozwijać w sobie strategie przetrwania.

Dlatego tak ważne jest, żeby w pełni zrozumieć konsekwencje, jakie niesie ze sobą adopcja, zanim się na nią zdecyduje. Trzeba chcieć zrozumieć ewentualne problemy swoich przyszłych dzieci. Trzeba też jasno i wyraźnie odpowiedzieć sobie na pytanie, z czym jestem w stanie sobie poradzić, a z czym nie. To klucz do szczęśliwej rodziny. Bo że adopcyjne rodziny najczęściej są bardzo szczęśliwe, to chyba nie muszę nikogo przekonywać?:-)

Żeby zobrazować wam sytuację na froncie adopcyjnym w Anglii, posłużę się statystykami z okresu 31 marca 2014 - 31 marca 2015. Źródło: BAAF (klik). 

69,540 dzieci znajdowało się pod opieką władz (stan na dzień 31 marca 2015; dla porównania: 68,840 dzieci na dzień 31 marca 2014) z czego:

77% (53,600) dzieci stanowiły dzieci białe
9% (6,170) - dzieci rasy mieszanej 
4% (2,660)- dzieci pochodzenia azjatyckiego lub azjatycko - brytyjskiego
7% (4,920) - dzieci czarnoskóre / czarnoskóre narodowości brytyjskiej
2% (1,700) - inne grupy etniczne
1% (500) - nie sprecyzowano

75% (52,050) dzieci mieszkało z rodziną zastępczą
9% (6,570) - w specjalnych hostelach, pogotowiach i domach opieki
5% (3,510) - mieszkało z rodzicami biologicznymi (wciąż będąc pod opieką władz)
5% (3,320) - umieszczono w rodzinach adopcyjnych

4,060 dzieci miało sądowy status 'do adopcji', ale do końca tego okresu, który obejmują statystyki, jeszcze  nie zostały one umieszczone w rodzinie adopcyjnej.

73% (2,050) dzieci ze  statusem "placement order" (umieszczenie dziecka  poza rodziną biologiczną) zakwalifikowano jako "harder to place", czyli mówiąc krótko, dla nich trudniej jest znaleźć dom, ponieważ są to: 
- dzieci w wieku i powyżej 5 lat
- dzieci niepełnosprawne
- rodzeństwa
- dzieci należące do grupy tzw. BME (Black and Minority Ethnics)

W okresie, o którym mowa, średni czas od wkroczenia pod skrzydła opieki społecznej do zamieszkania z rodziną adopcyjną (dla tych, którzy mogli być i zostali adoptowani), wynosił 533 dni. To wciąż długo. O wiele za długo.

W ciągu tego roku (31.03.14.-31.03.15) 5,330 dzieci zostało adoptowanych. Średni wiek adoptowanego dziecka to 3 lata i 3 miesiące. 

4% z tych 5,330 (230) to dzieci poniżej 1 roku życia. Sami widzicie, że to niewielki odsetek.
76%(4,050), a więc to największa grupa, to dzieci między 1 a 4 rokiem życia.
19% (990) - dzieci w wieku 5-9 lat
I tylko 1% (60 dzieci) - 10-15 lat.

Po co tyle liczb? Po to, aby wam pokazać, jak wiele dzieci wciąż czeka na swój dom, a także po to, aby przekonać cię, że to nieistotne, do jakiej grupy etnicznej TY należysz. W tak wielkiej grupie czekających dzieci z pewnością odnajdziesz To TWOJE. Twoje własne.

W trakcie procesu adopcyjnego, w Stage 2, pracownik socjalny wiele razy będzie nawiązywał do tego, że należy dobrze przemyśleć, jaką liczbę dzieci, wiek oraz ich historię bierzesz pod uwagę. My początkowo byliśmy przekonani, że adopcja dwójki dzieci to najrozsądniejsze rozwiązanie, skoro jesteśmy pewni, że chcemy mieć więcej niż jedno dziecko. W drodze do panelu rozmawialiśmy jednak z innymi adoptersami i doszliśmy do wniosku, że w naszej szeroko pojętej sytuacji życiowej może lepiej jednak będzie zdecydować się na jedno dziecko, a po jakimś czasie na kolejne. Ostatecznie kolejne przygotowanie do adopcji będzie już zdecydowanie krótsze, a i my będziemy lepiej znać potrzeby naszej rodziny.

Zdecydowanie jednym z trudniejszych elementów procesu był formularz, który zawierał wszystkie te nasze przedadopcyjne decyzje i rozważania w punktach i tabelkach. Dokument Pro-forma for matching miał trzy strony i w większości wypełnienie go ograniczało się do wstawienia ptaszka lub krzyżyka w odpowiednich rubrykach.

Kolumny do odhaczenia były trzy - would accept, would not accept oraz would discuss. Krótko mówiąc - jesteśmy gotowi, zdecydowanie nie oraz do przemyślenia.

Musieliśmy określić się w następujących kwestiach:

- Kontakt z rodziną biologiczną (kontakt bezpośredni lub/i pośredni z rodzicami biologicznym,  dalszą rodziną biologiczną, kontakt z rodziną zastępczą)
- Historia rodzinna dziecka (istniejące choroby dziedziczne w rodzinie, np. schizofrenia; narkomania, nadużywanie alkoholu itp.)
- Choroby dziecka (Zespół Downa, AIDS, HIV, autyzm, FAS, WZW, itp.)
- Przeszłość dziecka (zaniedbanie, przemoc fizyczna, wykorzystywanie seksualne, ciężkie zaburzenia emocjonalne, itp.)
- Inne obecne i przypuszczalnie przyszłe kwestie (niepełnosprawność ruchowa, uszkodzenia słuchu i wzroku, opóźnienie w rozwoju, zaburzenia w zachowaniu, nieznana historia jednego z rodziców, itp.)
Na koniec mogliśmy sprecyzować, czy mamy jakieś preferencje etniczne bądź religijne.

Wiem, że dla wielu kandydatów na rodziców wypełnienia takiego formularza jest trudne. Wiem, bo sami mieliśmy różne rozterki. Wcale nie jestem ani wtedy nie byłam taka opanowana i trzeźwo myśląca.  Bo przecież jak tak można klasyfikować dzieci? Jak powiedzieć głośno i wyraźnie - nie, nie czuję się na siłach, aby adoptować dziecko, które było wykorzystywane seksualnie? Brzmi strasznie, prawda? Ale o to właśnie w tym wszystkim chodzi - żeby wiedzieć, czego chcemy, a czego nie będziemy w stanie unieść. Tylko wtedy adopcja ma szansę być udaną, będę to powtarzać do znudzenia. Nie ma nic złego w tym, że chcesz mieć zdrowe dziecko. A który rodzic nie chce? Jeśli czujesz, że jesteś gotów przyjąć do swojego życia dziecko wymagające dodatkowej opieki, to wspaniale. Ale nie rób nic, czego nie czujesz albo do czego nie jesteś przygotowany finansowo i mieszkaniowo. Jesteś gotów zrezygnować z pracy, żeby opiekować się chorym dzieckiem? Wbrew temu, co myśli pewnie spora część ludzi, naprawdę są rodziny, które mają możliwości i chęci, żeby dać chorym dzieciom prawdziwy dom. Taki normalny, w którym wszyscy czują się kochani, równi, a nie podzieleni na frakcje biologiczną, adopcyjną, zdrową i chorą. Serio. Poznaliśmy takich osobiście.

Poza tym, jak już napisałam na początku, wszystkie dzieci czekające na adopcję, nawet te teoretycznie zdrowe, niosą swój własny bagaż doświadczeń. Każdy rodzic adopcyjny i tak będzie miał co robić - nawet jeśli to "tylko" wyjaśnienie dziecku jego przeszłości. Więc siadaj, przemyśl sprawę, a potem bierz długopis w rękę i wypełnij ten formularz zgodnie z tym, co naprawdę myślisz i czujesz. 

Na potrzeby tego wpisu, zerknęłam w kopię naszego własnego dokumentu z tymi niewdzięcznymi rubryczkami. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w jednej z nich zaznaczyliśmy would not accept, podczas gdy w momencie, w którym dowiedzieliśmy się o Fruzi, natychmiast powiedzieliśmy "to nie ma znaczenia!" Dziś to już nieważne, to naprawde nie ma i nie miało żadnego znaczenia. Trafiłam też na bardzo ciekawy artykuł pt: "The Medical Condition Check List and What We Know We Can't Do" (klik), który pokazuje, że często zwyczajnie nie wiemy, że jesteśmy w stanie sobie z czymś poradzić. Dlatego bywa, że jedna adopcja zdrowego dziecka pociąga za sobą kolejne, te, które wymagają od rodziców regularnych wizyt u lekarza ze swoimi pociechami. Powód? Przestajemy się bać. 


"We see ourselves being stretched in ways we didn’t imagine. You just never know what is going to happen… "

Sami widzicie, można się zdziwić. Coś, co na początku wydaje się problemem nie do przeskoczenia, przestaje nim być w momencie, kiedy odnajdujesz swoje dziecko.

Swoje wlasne.

O małym Wielkim Bracie

Mamuśka opowiadała mi, że kiedy jej pierworodny był jeszcze w rozmiarze S, tak mniej więcej dwuletnim S, bo mnie nie było jeszcze na świecie, a mały Wielki Brat umiał już mówić, często spotykała się z dzieciatymi koleżankami kolejno w domu każdej z nich. Było im razem raźniej, weselej, mogły wypić kawę, bo dzieciaki też miały swoje towarzystwo. (I niech ktoś mi powie, że play date to wymysł dzisiejszych lajfstajlowych mamusiek!) Pewnego razu spotkały się u Rodzicielki. Mój mały Wielki Brat, który wtedy jeszcze bratem nie był, spokojnie bawił się na dywanie.
- Co ty gadasz, że on taki łobuz? - zagaiła koleżanka mamy. - Zobacz jak się grzecznie bawi, jak aniołek.
Mamuśka być może popadłaby w rodzicielski samozachwyt po takim komplemencie, gdyby nie była Mamuśką i nie miała dobrej intuicji. Mówiłam Wam, Rodzicielka Moja tak naprawdę pochodzi z książek Marqueza i Allende. Uśmiechnęła się więc tylko i proroczym tonem uroczyście odparła:
- Nie chwal, przyjacielu, nocy przed świtaniem - nie wiadomo z kim spać pójdziesz, a z kim rano wstaniesz!
Na te słowa Wielki Brat podniósł się i przytaknął Mamie:
- No właśnie.
Po czym, niczym niewierny Piotr trzy razy zapierający się Jezusa, oświadczył z mocą:
- Pierdolę! Pierdolę! Pierdolę!

Doprawdy nie rozumiem, dlaczego Mamuśka dziwi się, że przeklinam. Ja, rzekomo ta najgrzeczniejsza w klanie. Kto by nie przeklinał w takim klanie?

O sylwestrowym (kinder)balu

Prolog

Już w południe wskoczyłam w sylwestrową kreację (czarno-srebrna kiecka, czarne rajstopy i czerwone kapcie). Godzinę później moje rajstopy były okłaczone od góry do dołu. I to nie dlatego, że zapomniałam wydepilować nogi. O 19.00, kiedy większość nieokłaczonych ludzi dopiero udawała się na imprezy, nasz kinderbal był już w mocno zaawansowanym stadium. A dla niektórych (Fruzia) to się nawet zdążył skończyć.
__________

 Dwuletnia Ajka opowiada Inżynierowi, że w Wigilię pomagała lepić pierogi.
- A z czym te pierogi robiłaś? - podpytuje Mąż Mój.
- Z mamą – odpowiada mała.

***
 Tata Ajki opowiada o tym, jak trudno ostatnio uśpić małą. Ajka wymyśla tysiąc sposób na zatrzymanie rodzica przy łóżeczku.
- Porozmawiaj ze mną – prosi któregoś wieczoru.
Rozbawiony ojciec pyta:
- A o czym chcesz porozmawiać?
Dziecię wypala bez wahania:
- O żużlu.
Porozmawiali więc. Ajkowy Tata nie jest specjalnym fanem tego sportu, ale skoro córka pyta, to trzeba ją doszkolić. W sylwestrowy wieczór Inżynier sprawdza stan żużlowej wiedzy małej.
- Jaki kolor kasków mają zawodnicy?
Ajka myśli, po czym wypala:
- Biaaaaałyyyyy...
- Brawo! - chwali wujek.
- Bluuuuuu... - wylicza dalej mała.
- Super! - serce Męża Mego rośnie.
- Zielonyyyy.... - ciągnie Ajka.
Inżynier parska. Staje się jasne, że mała wymyśla.
- ...i pink! - kończy.
(Nad zielonym może bym się chwilę zastanowiła. Ale ten pink!)
- A jak mówimy na zawodników, którzy jeżdżą na motorach żużlowych? - testuje dalej wujek.
- Yyyy... - zastanawia się Ajka. - Kierowcy?
(No czyż można zarzucić dziecku brak logiki?)
Pifko ma niezłą zabawę z odpowiedzi Ajki.
- To powiedz mi teraz, ile okrążeń po torze robią żużlowcy?
- Dwadzieścia! - mówi z zapałem dziecko.
- A ile kół ma motor? - rzuca jej koło ratunkowe Inżynier.
- Jedno – słyszymy w odpowiedzi.
Pifko z uznaniem patrzy na swojego kumpla.
- Pełen szacun – mówi, tłumiąc śmiech. - Nieźle ją wyszkoliłeś!

***
 Ajka przechodzi fazę galopującej wyobraźni. Dużo rozmawia ze swoimi wymyślonymi przyjaciółmi, bawi się nieistniejącymi przedmiotami. W pewnym momencie podchodzi do leżącego na podłodze Rudolfa i udaje, że zawiązuje mu coś na szyi.
- A co ty teraz robisz? - pyta jej mama.
Ajka patrzy na nią, jakby odpowiedź była oczywista, po czym postanawia nas oświecić:
- On będzie kucharzem.
Wybuchamy śmiechem. Chyba wszyscy myślimy o tym samym. Wróżę śmierć głodową każdemu, kogo miałby karmić nasz sierściuch!

***
Fruzia jest wpatrzona w Ajkę jak w obrazek. Ajka - w Rudolfa. Ci ostatni biegają dziko z salonu do kuchni, z kuchni do salonu. Fruzia, na czterech, pędzi za nimi. Nie nadąża oczywiście, bo kiedy usiłuje dogonić ich w biegu do salonu, oni są już w drodze powrotnej do kuchni. Mijają ją hałaśliwie, a mała, trochę zdezorientowana, zmienia kierunek. I tak w kółko. Wreszcie siada w połowie trasy, w przedpokoju, i po prostu obserwuje Ajkę i Rudolfa.
Mądra dziewczynka.
Po mamusi.

***
Wieczorem Inżynier niespokojnie zerka w stronę lodówki.
- Zabraknie nam paliwa - mówi. - Trzeba jechać na stację.
Pojechali. Ajkowa Mama za kółkiem.
Po powrocie mówi mi, że chłopaki kupili strasznie cuchnące piwo.
- Śmierdzi kupą - relacjonuje obrazowo.
- Stella? - pytam, bo akurat zapachu tego piwa nie znoszę. A Ajkowa Mama jest w ciąży, więc może nie znosi go jeszcze bardziej.
- Nie wiem - mówi i patrzy na mnie zdziwiona. - To Stella zawsze tak śmierdzi?
- Niestety - odpowiadam zbolałym głosem.
W kuchni widzę, że to jednak nie Stella. A chłopaki kolejno wkładają pełne puszki z piwem pod ciepłą, bieżącą wodę i szorują je tam drutami do garnków!
- Co wy robicie? - pytam zaintrygowana.
- Powąchaj - mówi Mąż Mój i podtyka mi pod nos nieumytą jeszcze puszkę.
Odrzuca mnie na drugi koniec kuchni.
- W sklepie nie czuliśmy, bo puszki stały w lodówce - tłumaczy rozbawiony Inżynier. - Ale w samochodzie tak zaczęło walić, że podejrzewaliśmy siebie nawzajem o wdepnięcie w psie gówno. A to tylko nasze piwo!
- Bleee... - Ajkową Mamę przeszywa widoczny dreszcz. - Pewnie jakieś szczury biegały po nich w magazynie!
Pięć minut później Inżynier przynosi do pokoju dwie szklanice piwa. Jedną wręcza Ajkowemu Tacie.
- Z puszki ci nie zaproponuję... - mówi wesoło.
Szczury czy nie - coś pić trzeba.
Może nawet być ze szklanki.

***
Siedzimy w blasku świec i choinkowych lampek (rozbłysły wreszcie ostatniego dnia roku). Na sofie, na krzesłach, na dywanie. Rudolf leży pomiędzy nami, na środku pokoju, i miętoli coś w pysku. W pierwszej chwili nikt nie zwraca na niego uwagi. W końcu zauważam, że to chodniczek z kuchni, taki filcowy (prześladuje mnie ten materiał), który świetnie udaje mopa napędzanego naszymi kończynami. W tej samej chwili Inżynier też zauważa chodniczek w pysku sierściucha. Zrywa się z krzesła.
- Rudolfie, co ty robisz? - wykrzykuje z emfazą. - To jest przecież dobra szmata!
Parskamy śmiechem.
Oczyma wyobraźni widzę Bogusława Lindę, który tym swoim gangsterskim tonem stwierdza:
- Bo to dobra szmata była!

***
O północy składamy sobie życzenia, po czym pędzimy z Inżynierem do pokoju małej.
- Szczęśliwego Nowego Roku, kochana Fruziu! - szepczę nad jej łóżeczkiem.
- Niech ci się spełnią wszystkie marzenia - dodaje czule Inżynier. - I baw się dobrze ze starymi!
Głaszczemy malutką po głowie, śpioszkach. Fruzia śpi w najlepsze i w nosie ma, czy wkroczyliśmy właśnie w 2016, 2070, czy może 3000 rok. Do pokoju wchodzi Ajkowy Tata.
- A wy śpiącemu dziecku życzenia składacie? - śmieje się z nas. - Zaraz ją obudzicie.
Ma rację. Wychodzimy. W drodze do salonu szepczę do Męża:
- Popierdoliło nas, nie?
Ten odwraca się do mnie, pyszczycho ma rozjaśnione, prezentuje mi najszerszy uśmiech świata.
- No - stwierdza zadowolony.
I nie wygląda na kogoś, kto ma z tym jakiś problem.

_____________

Epilog

O pierwszej zasnęłam na sofie w połowie czyjegoś zdania. Imprezy z dziećmi mają tę niezaprzeczalną zaletę, że nie ma się po nich kaca, ale też szybko się je kończy. To znaczy matki nie mają kaca, gdyż bilans zysków i strat wychodzi niekorzystnie dla wersji z alkoholem. Poza tym życiowa mądrość ludowa autorki mówi, że dzieci zapewniają człowiekowi o wiele więcej wrażeń niż procenty we krwi. Choć inna mądrość ludowa głosi, że czasem procenty są potrzebne, żeby ukoić wrażenia serwowane przez dzieci... 
O drugiej obudził mnie Inżynier. Towarzystwo rozchodziło się na spoczynek. To znaczy panowie, bo Ajkowa Mama też zarządziła swój osobisty odwrót zaraz po moim odpłynięciu w niebyt. 
- Nie przyniosłem materaca ze schowka - mówi Mąż Mój.
(Wiem. Mniej więcej od godziny dwudziestej wiedziałam, że już go raczej nie przyniesie.)
- Prześpisz się na sofie? - pyta mnie przymilnym tonem.
Spoko. W końcu i tak już na niej śpię.
- A ty? - pytam.
- Ja położę się na dywanie.
Przyniosłam mu kołdrę i koc. Poduszkę zarekwirowałam dla siebie. On przywlókł sobie pod głowę... legowisko Rudolfa. Miękkie, skórzane poduchy, pozostałość po poprzedniej sofie. Umościłam się z powrotem na kanapie, zamknęłam oczy... 
I czuję, że ktoś się na mnie gapi.
Rudolf, ma się rozumieć.
- O nie! - protestuję. - Nie śpisz ze mną, jest za mało miejsca!
Sierściuch siada na tyłku i dalej świdruje mnie tymi swoimi brązowymi oczami. Znacząco kładzie łeb na kocu, kalkuluje w tej swojej rudej głowie, czy jak wskoczy, będzie miał się gdzie ułożyć. Wiem, że wystarczy jedno nieopatrzne 'hop' i już będzie na sofie, a wtedy będzie spał na mnie. Bardzo dziękuję za tę wątpliwą przyjemność.
- Idź na swoje legowisko - mówię mu. 
(Jakby kanapa nim nie była!)
- Nie! - krzyczy gwałtownie Inżynier. - Ja mam na nim głowę!
Aaaa, rzeczywiście.
Rudolf odpuścił po kilku jęknięciach, wielu ciężkich westchnieniach i upierdliwym kręceniu się w tę i z powrotem. Ostatecznie ulokował się na kołdrze obok Inżyniera. Biedny, okradziony z godności sierściuch...

Jeśli ktoś (Mamuśka) mówi mi, że rozpieszczamy Fruzię, zawsze odpowiadam temu komuś (Mamuśce), że rozpieszczony to jest Rudolf. To pierwsze dzieci (Wielki Brat) są rozpieszczone, kolejne (ja) nie mają już na to szansy!