Tuż przed

Szaleństwo sięgnęło zenitu.

Rudolf nażarł się mąki, przegryzając płatkami owsianymi, Fruzia wycięła czterdzieści trzy ciastka nożem i widelcem, a moja pewność siebie za kierownicą została wyceniona na dwadzieścia pięć procent. A według MOJITO, potrzebuję sześćdziesięciu, żebym mogła samotnie ruszać do pracy.

Pomachałam Seniorom na do widzenia, nie na pożeganie, bo będę do nich wracać w czasie half termów, o których, mam nadzieję, Baptyści poinformują mnie szybciej niż koledż, i w czasie wakacji, kiedy nie będzie kogo uczyć. Jestem pewna, że Francesco i jego noga wciąż tam będą. Bo nadal są razem, wyobrażacie to sobie? Francesco toczy chyba solidne negocjacje na przedsionku zaświatów.

Koleżanki z Błękitnej mylnie zinterpretowały mój wirtualny kalendarz nocnych zmian i wyprawiły mi małe pożegnalne party tej nocy, której ja smacznie spałam z Fruzią w jednym łóżku. Podobno były kwiaty i dużo ciastek. Jak łatwo się domyślić, ciastka się nie zmarnowały. Dostałam nawet ich zdjęcie. Warto było wrócić na tę jedną, ostatnią noc, żeby na progu Błękitnej zobaczyć ich miny na mój widok.

Jeden z Seniorów z hotelowego dołu z wyraźnym niesmakiem zapytał mnie, czy będziemy jeść karpia w Wigilię.
- Karp będzie, ale ja raczej będę jadła inną rybę - powiedziałam grzecznie i zgodnie z prawdą.
W odpowiedzi uprzejmy Senior uraczył mnie wykładem na temat "Jak wy możecie to jeść? Przecież to obrzydliwe!"
- Wiesz, to kwestia tradycji, kultury i przyzwyczajonych kubków smakowych - poinformowałam go równie uprzejmie. - Jest kilka dań w twojej kulturze, które też mi nie odpowiadają, a mimo to wierzę, że ktoś może je lubić. Szczególnie, jeśli się na nich wychował.
Nie przekonałam Seniora. Patrzyłam, jak wykręca twarz w dziwnym grymasie i zamierza ciągnąć wątek dalej, ale koleżanka, przy której toczyła sie rozmowa, postanowiła go zakończyć:
- Nie rozumiem, jak możesz wygłaszać takie opinie doskonale wiedząc, że twoja rozmówczyni pochodzi z Polski.
Mrugnęłam do niej nad głową Seniora.
To kwestia kultury, pomyślałam z rozbawieniem.

I takich właśnie kulturalnych i podnadkulturowych Świąt Wam życzymy. Abyście mieli do kogo mrugnąć w niemym porozumieniu nad głową męczącej ciotki i aby towarzyszyły Wam same życzliwe i spokojne myśli, niezależnie od wszystkiego.

Ściskamy Was mocno na dziesięć godzin przed podróżą do Polandii,

L& I & F & R

O tym, że boli

Bolesna jest ta nauka, chociaż MOJITO ma zdecydowanie więcej cierpliwości do moich drogowych wybryków niż wskazywałby na to jego charakter. Albo tak bardzo mnie kocha, albo ma już dość wożenia mi tyłka do pracy. A przynajmniej miejmy nadzieję, że to drugie nie wyklucza pierwszego.
I tak bardzo, niemal do złudzenia, przypomina mi w tej roli mojego instruktora jazdy sprzed 17 lat. Wysokiego na dwa metry dryblasa, który w każdym samochodzie wygląda jak złożony na pół ludzik z klocków lego. A przecież Mamuśkę i Ojca Dyrektora Dryblas szkolił do egzaminu jeszcze w maluchu.
- Krzaki, nie wjedź w krzaki - mówi Inżynier, usiłując nadać swemu głosowi łagodne brzmienie.
Staram się, no staram się jak mogę, ale, kurwa jasna, że się tak mało przedświątecznie wyrażę, nie dość, że jest ciemno jak w dupie, to jeszcze droga wąska, kręta i boję się, że zamiast w krzaki, zaraz zaparkuje na czyjejś karoserii. 
- No co ty robisz, krzaki! - podnosi wreszcie głos.
Identycznie jak z Dryblasem, kiedy na własnym osiedlu nie wyrobiłam na zakręcie i zatrzymałam Corsę przy na krzewie na skwerku. Z tym, że wtedy było jasno, osiedlowa droga szeroka, a ja zestresowałam się faktem, że wjeżdżam na własne terytorium, na którym zapewne za chwilę znów ujrzę stado kolegów Wielkiego Brata, z zainteresowaniem obserwujących moje poczynania.
Teraz jest inaczej. Mam gdzieś, co sobie pomyślą sąsiedzi, kiedy bardzo nieidealnie wyjeżdżam z parkingu Mikruską ozdobioną z przodu i z tyłu pięknymi eLkami. Sama poprosiłam Inżyniera o te eLki. Niech Kraina Deszczu wie, kogo ma na szosie.
Ale jest też dokładnie tak samo. Ten proces boli, bo naiwnie sądziłam, że postępy przyjdą szybciej, że będą bardziej spektakularne, i że te pierwsze osiedlowe jazdy już o czymś świadczą. A tymczasem świadczą co najwyżej o tym, że na dwójce pięknie wymijam sznur zaparkowanych aut, dobrze wjeżdżam i wyjeżdżam z pustego parkingu oraz dość swobodnie poruszam się po małym rondzie, na którym raz lub dwa razy podczas ćwiczeń mam szansę ujrzeć inny od swojego samochód. W drodze do jednego z moich koledżowych kampusów zmuszona zostałam do spojrzenia prawdzie w oczy. Mimo że dojechałam i wróciłam bez żadnych widowiskowych wtop, to bez Inżyniera siedzącego obok miałabym te wtopy na koncie jak nic. Jeszcze dużo nauki przede mną, zanim odważę się pojechać do pracy sama.

Na przykład ta cholerna trójka, która na mnie burczy. Żaden inny bieg, tylko trójka. Ruszanie pod górę z ręcznego (a niech cię szlag, pagórkowata Kraino Deszczu!). Trzymanie się lewej, a nie środka jezdni. Rozwijanie prędkości, zamiast telepanie się na trójce od punktu A do punktu B, jeśli nie chcę mieć sznura niezadowolonych kierowców za sobą. 
- Będziesz jeździć - mówi on, próbując mnie pocieszyć. - Dobrze ci idzie, musisz tylko dużo ćwiczyć.

Będę jeździć, wiem. Wbrew temu, co wygadywałam wczoraj, rycząc po porannej jeździe do koledżu. Podobno trening czyni mistrza, choć jeszcze dzisiaj naprawdę trudno mi w to uwierzyć. Ale trochę już znam życie, a siebie to nawet całkiem nieźle, więc za rok o tej porze, pięć dni przed Wigilią, zamierzam śmiać się z dzisiejszego wpisu. 

I niech to będzie najlepszym postanowieniem na Nowy Rok.

O przedświątecznych zakrętach

Nie wyrabiam na zakrętach. Choć Inżynier, obecnie Mój Osobisty Instruktor Jazdy Terenowo-Osiedlowej (niemal jak MOJITO) twierdzi, że akurat na tych asfaltowych daję radę.
- Jestem zbudowany twoją jazdą po tylu latach przerwy - powiedział dnia pierwszego.
Trzeciego, kiedy oznajmiłam, że wieczorem będę ćwiczyć sama, przestrzegł jednak:
- Tylko nie przydzwoń w nikogo.
Na szczęście moje całkiem nowe nastawienie do własnej przygody drogowej w ruchu lewostronnym nie pozwala mi gubić się w meandrach rozważań na temat tego, czy ostatecznie to on jednak sądzi, że coś ze mnie będzie, czy może on też ćwiczy. Pokerową twarz.

(Choć przecież sam zapytał, czy pojadę z nim do Dużego Miasta i w drodze powrotnej poprowadzę moją osobistą Micrę. Czyli jednak wierzy. Święty człowiek!)

Z Fruzią nie wyrabiam na tych zakrętach. Świąteczne prezenty kupuję w biegu, co rusz przewracając sklepowe dekoracje i wlokąc za sobą wieszaki ze sweterkami w renifery made in China, które Fruzia zdążyła pociągnąć, kiedy na szóstym biegu usiłowałam dosprintować do kasy. Na poczcie, do której wczoraj kolejka wiła się od parkingu pod supermarketem, poczułam, że tracę wszystko - energię, cierpliwość, a nade wszystko zmysły. To był dzień, kiedy lało jak z cebra, w portfelu nie miałam ani pensa na bilet autobusowy, a kartę mogłam sobie o kant dupy rozbić, gdyż najbliższy bankomat mamy w miasteczku. Szłyśmy więc z Fruzią do centrum pieszo. 2 mile. (Nie, jeszcze nie odważyłam się powieźć Fruzię Micrą). To znaczy ja szłam, a ona (biedactwo!) jechała w wózku. Przemoczone byłyśmy do suchej nitki. Obie, gdyż dziecię me najdroższe, kwiatuszek mój niebiański włączała syrenę za każdym razem, kiedy usiłowałam obudować wózek osłoną przeciwdeszczową.

Tak że ten.

W domu, kiedy już zaparkujemy, wcale nie jest spokojniej. Fruzia na dobre złapała kuchennego bakcyla po tym, jak odkryliśmy, że w tej różowej kuchence, co to ją ma od kilku miesięcy, są jeszcze dwa wejścia na baterie. Kuchenka dostała nowe życie, a mnie wciąż się wydaje, że ten charakterystyczny szum plastikowych palników jest wydawany przez naszą całkiem prawdziwą kuchenkę, na której być może właśnie, po raz kolejny, przypalam ziemniaki. A to przecież tylko plastelina zmieszana z wodą i torebkami herbaty.

Fruzia gotuje jak jej tata. Efekty są spektakularne, ale bałagan również.

Kartki, nie wiedzieć czemu, kleję już od listopada, a końca nie widać. Kiedy już myślałam, że Niegów opanowany, Domy Dziecka i najbliżsi znajomi tutaj również, Inżynier zapytał, czy zrobię mu kilka kartek do pracy (dziesięć na dobry początek), a mnie olśniło, że przecież jeszcze są sąsiedzi. Sąsiedzi, którzy od paru już dni wiążą kokardy na prezentach dla Fruzi.
- To dla malutkiej - oznajmiła Starsza Pani, kiedy wracałyśmy z Tasmanem i Rudolfem ze spaceru.
(Ubłoceni jak nieboskie stworzenia, albowiem wymyśliłam, że pójdziemy do parku, zapominając, że przez dwa dni lało i park zamienił się w bajoro. Nie chciałam jednak rezygnować z uciechy dla Rudolfa na progu krzaczorów, poza tym Fruzia miała kalosze, więc w dobrej wierze podwinęłam jej nogawki spodni do kolan i uznałam, że oj tam, od kilku kropel błota jeszcze nikt nie umarł. Dwa kroki później Tasman runęła jak szczupak w sam środek bajora.)
- Włóżcie to pod choinkę i niech otworzy w Święta - to mówiąc, Starsza Pani wręczyła Fruzi dużą, ozdobioną Mikołajem paczkę.
Do rąk jej dała.
Dobryboże.
Podziękowałyśmy serdecznie, a ja zdążyłam pomyśleć, że teraz to tylko cud mógłby sprawić, iż uda mi się spełnić prośbę Starszej Pani.
Jak można się domyślić, cud nie nastąpił.

Ciastka za to wychodzą nam koncertowo. Pierwszą turę dla najbliższych tubylców zrobiłyśmy razem z Fruzią, która nie chciała rozstać się z nową wersją plasteliny, ale kiedy wreszcie udało mi się namówić ją do wycinania ciastek i kiedy już popatrzyłam na takie piękne, upieczone i ozdobione, czekające w pojemniku na pakowanie, dopadły mnie wątpliwości, czy te dzieciaki, które mają być nimi obdarowane, to przypadkiem wszystkie nie są na diecie bezglutenowej. F.

Albo po prostu mam już glutenowe omamy, bo sporo ostatnio tego glutenu wokół mnie.

Jeszcze tylko dwa szkolenia w nowym przybytku pracowym i przygotowanie zajęć na początek mojego nowego życia zawodowego. Jeszcze jedna noc u Seniorów. Trzy tury ciastek do upieczenia. Pakowanie. I driving home for Christmas z naszym osobistym reniferem w bagażniku.

Przewiduję, że będziemy gotowi do Świąt trzy sekundy przed pierwszą gwiazdką.

Uwielbiam ten czas.

O jasełkach

Na zajęciach dla (mam) toddlerów prowadzonych przez Silną Grupę Pod Wezwaniem Baptystów nareszcie dorobiłyśmy się z Fruzią twarzy, co niewąpliwie należy przypisać naszej zawzięcie stuprocentowej obecności w ciągu ostatnich trzech tygodni, choć wciąż nie imion, które najwyraźniej trącą egzotyczną nutą dla tubylczych uszu, nieprzyzwyczajonych do - jak to określiła koleżanka z Różowej - "tylu spółgłosek ulokowanych jedna przy drugiej". Choć o ile mnie pamięć nie myli, spółgłosek to u nas akurat mniej niż samo-. Coś jednak musi być z nimi nie tak. To coś powoduje, że sam Bob Baptysta na półtorej godziny zapomina, że przecież on też ma w domu taką Fruzię.

Tematem przewodnim dzisiejszych zajęć dla mam był "Facebook. Can you be any more pathetic?", gdyż to właśnie pathetic okazało się słowem kluczem do argumentów za i argumentów przeciw. Choć w sumie nie. Pathetic padło czterdzieści dziewięć razy za tylko z jednej pary ust i tylko raz przeciw w odpowiedzi na argument za. A wszystko za sprawą pewnej patetycznej dyrekcji, która nie zezwoliła na umieszczanie nagrań ze szkolnych jasełek w sieci i pewnego, jakże wyluzowanego!, rodzica, który jedno z tych nagrań wrzucił na facebooka jeszcze tego samego dnia. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdyby dobrze pogrzebać w facebooku, szczęśliwcy odnaleźliby swe facjaty w filmikach z ukrytego nagrania dzisiejszej debaty. Ipad (lub inny pod) Patetyczej Mamy-Optującej-Za-Wolnością-Wszystkiego wciąż był w ruchu. Nic tylko wysłać Patetyczną na marsze wolnościowe pod Belweder. Jak już oczywiście uda się ten marsz wcisnąć pomiędzy miesięcznice smoleńską oraz powstania hymnu państwowego "Andrzej Duda nam się udał."

Można powiedzieć, że Fruzia też zaliczyła swoje pierwsze jasełka. Tak jakby. Zdziwiona faktem, iż nie przyznano jej żadnej znaczącej ani nawet mało znaczącej roli, przewróciła Józefa na podłogę, a następnie poklepała Maryję po szczupłym, kartonowym brzuchu, wchodząc w słowo Bobowi Baptyście, filuternie dowcipkującemu na temat stanu błogosławionego Maryi. Powstrzymałam się przed wyartykułowaniem cisnącej się na usta równie zabawnej riposty, że dużo prościej, a na pewno wiarygodniej dla ludu byłoby ukuć biblijną przypowieść o adopcji Jezusa. W ostatniej chwili przeszło mi bowiem przez myśl, że żadna religia nie poradziłaby sobie z lawiną pytań o to, po kim te piękne, falowane włosy.
Chwilę po pierwszych czynnościach porządkowych Fruzia zasiadła pomiędzy kartonowymi narzeczonymi, ale - bądźmy sprawiedliwi - za wkrótce przybyłym Dzieciątkiem Jezus (choć Bob nawet się nie zająknął na temat ślubu rodziców), po czym zaczęła kontemplować wełnę owiec pasących się u stóp Najwiętszej Panienki. Wcale jej się nie dziwię, bo wełna do złudzenia przypominała jej włosy. I to pewnie dlatego, w ostatnim odruchu upiornie zmęczonego toddlera, na sam koniec powaliła również Panienkę. Jasełka Show was over.

Za tydzień nie wpuszczą nas na Gwiazdkowe party.

O cienkiej granicy otwarcia na świat

Dopiero kiedy adoptujesz dziecko, kiedy jego obecność na stałe zagości w twoim życiu i głowie, i kiedy zaczniesz poruszać się z nim po różnych kręgach społecznych, dopiero wówczas dotrze do ciebie, jak wiele rozmów kręci się wokół genetyki, korzeni, tego, co kto ma po kim i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Twoja szeroko pojęta sytuacja życiowa też wyjdzie na wierzch nawet w małym small talku, a niewinne (naprawdę niewinne) pytanie może spowodować, że poczujesz się jak wywołany do tablicy. Doprawdy cienka, a czasem ledwie widoczna jest granica, pomiędzy tym, co chcesz powiedzieć - bo jest pewniakiem, bo daje gwarancję ponadkulturowego, ponadspołecznego, ponadmiejscowego i ponadczasowego zrozumienia (przepis na ciasto z truskawkami?) - a tym, co może i chciałbyś powiedzieć, ale nie wiesz, czy to właściwie miejsce, właściwy czas, właściwi ludzie i ... właściwie to nie wiesz, do czego komuś ta wiedza mogłaby być potrzebna. Nadmierna analiza przypadku nie jest wskazana, wiem coś o tym. Spotykałam się kiedyś z chłopakiem, który analizował wszystko. Na początku mnie to bawiło i ciekawiło. Potem się rozstaliśmy. ;-) Więc na co dzień nie rozkładam na czynniki pierwsze, nie dzielę włosa na czworo, nie rozmyślam przed snem. Idę z prądem, wiatrem, za rękę i za pan brat z tym, co ludzie i życie podsuwają. Tylko czasem, kiedy Fruzia podaje mi plastikową pizzę na zajęciach dla toddlerów, a bardzo sympatyczna mama trójki pyta mnie, po kim dziecię ma takie piękne loki, mam chwile zawahania. Czy to ten moment, w którym z tą nieznajomą chcesz brnąć w twój ulubiony - jak Babcię Moją kochałam! - temat rozmowy? U Baptystów, przy tym stoliku z plasteliną, która klei się do twoich butów?
- Szczerze mówiąc, nie wiem - wybucham w końcu śmiechem. - Ja i mąż mamy włosy proste jak druty.

Nie skłamałam. Ja naprawdę nie wiem, po kim te fale.

Nie mam problemu z myśleniem, mówieniem i pisaniem o adopcji, to już chyba wiecie. Tym bardziej, że w większości przypadków ludzie czują temat. Mają kuzynkę, która adoptowała, oglądali strasznie wzruszający film o adoptusiach... Mam problem ze zrozumieniem, że dla kogoś może to być problem, choć i tych staram się ogarnąć szarymi komórkami, bo to co dla mnie jest oczywiste, nie musi być takie dla kogoś innego, a przyczyny takiego spojrzenia na świat mogą być bardzo różne. Zawsze i wszędzie możemy się od siebie uczyć zrozumienia. Dla nas adopcja to tak naturalny sposób sprowadzania potomstwa do naszego świata, że już nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego. Gdybym tylko uznała to za dobre dla niej, chętnie podzieliłabym się tą wiadomością na wszystkich istniejących portalach społecznościowych albo krzyknęła przez megafon w centrum Warszawy, że taka oto Fruzia, Kosmiczne Białe Kudło, jest nasza dzięki adopcji, bo nie ma przecież większej radości we wszechświecie niż odnalezienie swojego dziecka, którego tak długo się szukało. Ale ani nie byłoby to dobre dla niej, ani świat nie w każdym jego zakątku i chwili gotów byłby zrozumieć, po co to robię.

Jedna ze stałych klientek naszej nieczynnej już piekarni ma synka o kilka miesięcy młodszego od Fruzi. Zaprosiła nas kiedyś na playdate do siebie do domu. Pojechałyśmy z dziecięciem radośnie, nastawione na dobrą zabawę i w zasadzie nie rozczarowałyśmy się. Towarzyszyła nam jeszcze jedna mama z dzieckiem, atmosfera zaprawiona była stylem klasy średniej z zacięciem do awansu społecznego, co z jednej strony mnie bawiło, a z drugiej wprawiało w lekkie zadziwienie (jakim cudem się tu znalazłam?), ale było miło. W pewnym momencie rozmowa zeszła nam na przedszkola, a w moim kierunku padło pytanie o to, kiedy planujemy posłać Fruzię do przedszkola.
- W kwietniu przyszłego roku - powiedziałam bez zastanowienia. - Myślę, że obie będziemy już gotowe, a poza tym dostaniemy 15 darmowych godzin, więc domowy budżet też tak na tym nie ucierpi.
Obie mamy spojrzały na mnie z ogromnym zainteresowaniem.
- To już wiesz, że je dostaniesz? - zapytała któraś z nich.
Ach tak, rzeczywiście. 15 godzin przedszkola dla dwulatki to przypadek, który się kwalifikuje. Na przykład dzięki niskim dochodom w rodzinie. Wychowywaniu przez samotnego rodzica. Albo adopcji.
Nie dywagując w duchu zbyt długo oznajmiłam, że tak, mała jest adoptowana, więc to kwestia formalności.
Na ułamek sekundy zapadła cisza.
- Och, jak wspaniale - usłyszałam wreszcie niepewny głos gospodyni. - Musicie być bardzo szczęśliwi.
Po czym trochę koślawo rozmowa potoczyła się dalej na zupełnie inny temat, a ja poczułam się tak, jakbym dokładnie tam i wtedy zburzyła jakiś mur skrywający w tamtym domu tematy, o których nie mówi się ot tak, z nieznajomą na pierwszym playdate.

Pół godziny później koleżanka gospodyni wróciła do tematu i już całkiem normalnym tonem podpytała o kilka ogólnych kwestii związanych z adopcją.

Cienka jest ta granica otwarcia się na świat. Idiotycznie się człowiek czuje, kiedy ktoś inny patrzy na niego zawstydzony, jakby chciał rzucić rozmówcy w twarz, że 'po co ty mi to mówisz, ja teraz nie wiem, co z tą informacją uczynić, naruszasz moją strefę komfortu!' Zupełnie jakbym nie znała królewskiej etykiety.

I to nie o moje granice tak naprawdę tutaj chodzi, a jej. Kiedyś.

Nie każdej spotkanej w autobusie sympatycznej osobie będę mówić w trzecim zdaniu, że nasza córka jest adoptowana. Może pierwszej, ósmej i szestastej powiem, skoro o cesarkach i karmieniu piersią też mówi się publicznie i wówczas nawet na ułamek sekundy nie zapada dziwna cisza. Dlaczego miałaby zapadać przy rozmowie o adopcji? A nawet jeśli zdarzy mi się burzyć czyjeś mury, to finalnie chyba dobrze. Oswajamy choroby, rozmowy o śmierci, oswójmy adopcję. Ale nie każdej powiem, bo...

... co na to ona za pięć, dziesięć i piętnaście lat?

Oto moja troska i sedno zawahania przed burzeniem murów zawsze i wszędzie.

Wiem, doskonale wiem, że to nasze podejście, nasze wychowanie i nasza nieustanna gotowość do rozmowy na wszelkie trudne tematy w zdecydowanej mierze ukształtują jej podejście do kwestii własnej tożsamości. To ogromna odpowiedzialność, ale i ogromna ulga, bo skoro w nas tylko radość z faktu kosmicznego zaplątania naszych ścieżek, to i na nią - nie ma wyjścia - choć część tej radości musi spłynąć. Jeśli każdą naszą komórką i każdym naszym gestem będziemy potwierdzać, że ważne jest to, co jej się zdarzyło, a dobre to, że dane nam jest być rodziną, to i w jej komórkach wyryje się nowe, wirtualne DNA, tak spójne z naszym.

Ale świat nieletniego w zderzeniu ze światem zewnętrznym, póki co, rządzi się swoimi prawami.

Skąd będę wiedziała, czy ona chce, żebym akurat tu i teraz, kiedy ona ma kiepski nastrój, zapytana publicznie o pochodzenie jej pięknych loków, mówiła prawdę, półprawdę, czy też może obróciła wszystko w klasyczny unik i żart?

(- Mamo, a dlaczego nie powiedziałaś tej pani, że jestem adoptowana?
- Mamo, a dlaczego mówisz wszystkim, że jestem adoptowana?! To moja sprawa, kto ma wiedzieć!
- Mamo, a dlaczego sobie z tego żartujesz?
- Mamo, weź wyluzuj! Po co się tak spinasz?
- Mamo, a mogę powiedzieć tej pani, że jest głupia i nie powinna wtykać nosa w nie swoje sprawy?)

Jak wyczuć, gdzie w danym momencie przebiega jej granica szeroko pojętego komfortu psychicznego?

Te jej loki to standardowy początek każdej naszej nowej znajomości. Tylko raz, na odczepnego, bo nie czułam się na siłach ciągnąć jakiegokolwiek wątku rodzicielskiego, odparłam, że to ja miałam w dzieciństwie takie włosy, a teraz proszę, siano i druty.
Potem uznałam, że to nie ma sensu. Ani się człowiek obejrzy, a zupełnie niepotrzebnie zabrnie w rozmowy o nieistniejących światach, a przecież kłamstwo, nawet to maleńkie i niewinne, zupełnie mi nie wychodzi. Przynajmniej w mojej własnej głowie.

Mówię więc do niej o adopcji tak, jak bym sama chciała, żeby do mnie mówiono, gdyby. Tak jak Mama wiele razy zapewniała mnie, że ja i Wielki to najcenniejsza część jej życia, choć porody to by chętnie wycięła z życiorysu. Wspominamy adopcję z nią i przy niej, za każdym razem choć na chwilę starając się spojrzeć w jej roześmiane oczy i tym spojrzeniem przekazać jeszcze więcej, jeszcze mocniej to wszystko, czego słowa nie są w stanie wyrazić.

Może dzięki temu kiedyś nie będzie zawracała sobie głowy żadnymi granicami.

O tym, jak kupić Mamuśkę

- Dostałam pocztą taką świetną torbę na zakupy, tylko nie wiem, z jakiej okazji  - przypomniała sobie raptem Mamuśka. - Nic nie zamawiałam, a wiesz, że jeszcze nic w życiu nie udało mi się wygrać, więc naprawdę nie mam pojęcia.
- Może z Bon Prix? - podpowiedziałam. - Ty jesteś tak regularną klientką, że raz na jakiś czas powinni cię czymś obdarować.
- Nie, to na pewno nie to, adres nadawcy się nie zgadza. Ale torba jest super - Mamuśce aż się zaświeciły oczy z rozbawienia. - Poczekaj, przeczytam ci, co jest na niej napisane.
Mama podniosła się z kanapy i ruszyła do drugiego pokoju. A mnie w tym czasie coś zaświtało w głowie.
- Aaaaa! Mamuśko, już wiem! - wrzasnęłam do monitora.
Mama znów pojawiła się na moim ekranie.
- No? - zainteresowała się.
- To Inżynier musiał coś pomylić przy zamówieniu, to miało dojść na wasz adres, ale moje nazwisko, tak żebyś nie otworzyła przesyłki bez konsultacji! - zaczęłam się śmiać. - To miał być taki dodatek do gwiazdkowego prezentu!
Mamuśka Moja wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Kurczę, no szkoda, że mnie nie uprzedziliście, ale torba jest super! - Mamuśka podniosła ją do kamery.
Teraz to ja śmiałam się już na całego.
- Od początku do końca to był jego pomysł - zaczęłam tłumaczyć. - Wędrował po sieci, szukając pomysłów na prezenty i nagle zawołał uradowany, że znalazł coś, co idealnie do ciebie pasuje.
- Naprawdę? - Rodzicielka cieszyła się od ucha do ucha. - Mój kochany zięć, jak on dobrze zna swoją teściową!

No. Wręcz rewelacyjnie. Dokładnie wie, jak ją (prze)kupić.

Napis na nowej torbie Mamy głosi:

"Boże, spraw, żebym kupiła tylko to, po co przyszłam."

O przedziwnej konstelacji gwiazd

- To ten pieprzony listopad! - westchnęła ciężko Mamuśka.

Według mojej niezabobonnej i przyjaźnie nastawionej do życia Rodzicielki, to listopad co roku wszystko psuje. A także (łamane przez lub) okolice Świąt Wielkanocnych oraz (łamane przez lub) sierpień. Wtedy zawsze coś, mówię Wam. Operacje, choroby, pogrzeby, wypadki, skradzione wypłaty lub - dacie wiarę? - dwa kilogramy szynki wyrzucone przez pomyłkę do śmietnika.

- W zeszłym roku ja, teraz Dyrektor - wzdychała dalej Mama.

Nie miałam serca prostować, że ten nadgarstek to złamała w grudniu, a te dwa listopadowe nieudane in vitro to w innym życiu były, i że w zasadzie dobrze, że nie wyszły, bo sami wiecie, co by było gdyby. Nikt sobie tego życia bez Fruzi nie umie już wyobrazić. Ale rzeczywiście, z nadgarstka to nic dobrego nie wyszło, choć Inżynier twierdzi, że gdyby tak chcieć na upartego przekuć to w dobro, to Mamuśka dzięki temu przestała jeździć holenderską hondą, o jakieś dziesięć kilo dla niej za ciężką, metr za wysoką i o siedem przerzutek zbyt wygimnastykowaną.

- I jeszcze ty - dowestchnęła Mamuśka, po czym zamilkła wymownie i oddała się przemyśleniom na temat niegodziwości córki swej jedynej.

Zdaje się, że wraz z Ojcem Dyrektorem pojechaliśmy po listopadowej bandzie, choć zmowy żadnej nie było. Najpierw wziął się Ojczulo i bez konsultacji z astrologiem rodzinnym (a może jednak?) zaniemógł. Tak zaniemógł, że pomimo zapierania się wszystkimi kończynami, musiał oddać się w ręce chirurgów, którzy dokonawszy odpowiednich cięć i szyć wyjęli z Ojca woreczek żółciowy wraz z kamieniem, który to bez woreczka wyjść nie chciał. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim wymsknęło mi się (- Bardzo nietaktyczne zagranie, bardzo! - zganił mnie Mąż Mój), że te zajęcia, co to mam je od stycznia prowadzić, to strasznie porozrzucane są po różnych porach dnia, i że podjęłam samodzielną i jakże dorosłą decyzję o powrocie za kółko.

Milczenie Mamuśki trwało długo za długo jak na jej możliwości. W jego efekcie nawet schorowany Ojczulo postanowił zabrać obolały głos w tej sprawie. Koronnym argumentem, który zamknął rodzinną sprzeczkę, był ten wyciągany z rękawa przez Mamuśkę za każdym razem, kiedy wszystkie inne argumenty już padły i żaden nie wydaje się zbyt dobry, żeby postawić kropkę nad ''bo wy zawsze" lub "bo ty nigdy".
- To wszystko dlatego, że tak bardzo cię kochamy i martwimy się o ciebie niezależnie od tego, ile masz lat. Zobaczysz, jak Fruzia dorośnie, to zrozumiesz.

W sumie nawet go lubię. Ten argument. Bo on rozbraja, każe się poddać bez utraty twarzy, kończy wszystkie spory, których żadna ze stron nie lubi i nie praktykuje zbyt często, i kiedy padnie, można wreszcie wrócić do swoich zajęć bez głęboko chowanych skarg i zażaleń.

Ja na przykład, w przeciwieństwie do Mamuśkowych strachów, że Wielkanoc niedaleko, oddaję się rozmyślaniom o lutym. Luty jest cool i zamiast pogrzebów i wyrzuconych szynek, niesie dobro. Urodziny wszystkich wodników. Pierwszą randkę z Inżynierem. Najazd na Krainę Deszczu. Telefon, który oznajmił, że będziemy rodzicami.

Wybrałam luty na pierwsze samodzielne kursy do pracy i z powrotem. Moim małym, zgrabnym autkiem w eleganckiej czerni.

Na Boga i Karmę, Mąż kupuje mi samochód!

To będzie ten moment, w którym uznam, że chyba (chyba) jestem dorosła.

Fruzia - odsłona dwudziesta pierwsza

W dniu, w którym Fruzia przekroczyła kolejną okrągłą, bo już dwudziestą pierwszą miesięcznicę swej kosmicznej egzystencji, Ojciec Dyrektor postanowił zagłębić się w szczegóły rozwoju jej lingwistycznej inteligencji.
- Powinna już wyraźnie wymawiać 14 słów - oznajmił z powagą.
Dalibóg, precyzja godna wikipedii.
- Czternaście się uzbiera - pokiwałam głową ze zrozumieniem. - A jeśli potraktować Gagę oraz A!  jako słowa wieloznaczne, to możemy uznać, że zna nawet pięćdziesiąt. Jeśli natomiast chodzi o rozumienie słowa mówionego, to tu Fruzia przebija normy. Niestety, bo rozumie więcej niż byśmy chcieli.
Dziadek Dyrektor zakreślił odpowiednie dane w rubrykach rozwojowych własnego pomysłu, po czym z ulgą zamknął kajecik.
- W porządku. Moja krew - podsumował badanie.

(A ja dopiero wtedy nerwowo zaczęłam liczyć.)

Fruzia olewa językowy rozwój. Czternaście słów na krzyż wystarczy jej do uspokojenia rodziców, że wszystko gra, język ciała i energia z kosmosu pozwalają jej bowiem na skomunikowanie się z bliższym i dalszym otoczeniem z tym samym skutkiem co przy użyciu narzędzi werbalnych. Niektóre słowa wymawia tak cicho, tak niepewnie, z tak nabożną czcią (tata), jakby zastanawiała się, czy nie zmieni tymi dźwiękami losów świata. Nie ma za to najmniejszych obaw przed spontanicznym wykonaniem przewrotu w przód, wejściem na stół i przybraniem pozy olipijskiego mistrza, ani nawet przed rzuceniem się na kanapę na cycki i pępek (lub na szczupaka, jak kto woli), nie mając pewności, czy dobrze wyliczyła równanie złożone z długości i szerokości łóżka + jej wzrostu. Na spacerach jest nie do zdarcia. Przestaliśmy w zasadzie używać wózka, jeśli poruszamy się lokalnie i nigdzie nam się nie spieszy. Fruzia wszędzie dojdzie na własnych nogach. Pod warunkiem, że idzie jednocześnie na własnych zasadach (mamo, nie łap mnie za rękę) i we własnym tempie (raz to ona pogania Rudolfa, raz on ją).

Chwilowo tej energii wystarcza jej nawet do ogarniania domostwa. Fruzia pierze, odkurza i poleruje srebra. A czyni to z tak właściwą sobie werwą, że fragmenty paneli zaczynają odpryskiwać z podłogi, telewizor niebawem dorobi się permanentnego śladu jej dłoni na ekranie, a nam pozostanie dokupić tarczę na fruwające po pokoju noże i widelce. Ale cieszymy się, cieszymy, wszak nieodgadnione są wyroki boskiej karmy i nie wiadomo, czy taki etap w życiu kiedyś nam się jeszcze powtórzy. Nawet Śnięty podchwycił temat i po rozmowie z nim podejrzewam, że wkrótce trzeba będzie zrobić w Piątej miejsce na różowe AGD.

Wystawia cierpliwość Rudolfa na wiele ciężkich prób. Ona twierdzi, że to miłość a nie udręka, jednakże w takim wydaniu można spokojnie postawić znak równości pomiędzy tymi stanami. Wszystkie zwisające, odstające, merdające bądź oklapnięte części Rudolfowego ciała bawią ją do łez. Szczególnie wtedy, kiedy udaje jej się za nie pociągnąć. Jednocześnie po każdym takim występie Fruzia natychmiast szuka naszego wzroku, sama grozi sobie palcem, twierdzi, że nie-nie, a następnie całuje czule sierściucha w czarny mokry guzik udający nos. Finalnie i tak kończy się to ewakuacją sierściucha do naszej sypialni, zamknięciem drzwi na cztery spusty, jego ulgą i jej dramatycznymi okrzykami rozpaczy wydobywającymi się z małego gardła. Gaga! Gaga! Niekończący się dramat.

W chwilach wolnych od przemocy fizycznej awanturuje się z Rudolfem o każdy milimetr JEJ poduszki, JEJ kołderki, JEJ bobasa i JEJ  Rudolfa Juniora, na którym ten pierwszy posadził rudą dupę. Wystarczy, że Rudolf tylko zbliży nos do jej świętych sprzętów, a młodzież już podnosi larum. On sam nie jest bez winy. Zeżarł jej już kilka misiów, parę klocków i niezliczoną ilość piłek, więc młoda szybko nauczyła się bronić swego dobytku wrzaskiem, którego natężenie rośnie lub maleje w zależności od wartości przedmiotu licytacji. Wszystko, tylko nie wyposażenie łóżeczka! Tu krzyczy najgłośniej. Chodzenie spać to dla Fruzi nie tylko logiczny koniec dnia; to przede wszystkim celebrowanie nienaruszalnych obrzędów, w których ważną rolę odgrywa kolejność wydarzeń. Najpierw trzeba zlokalizować smoczek. Jeśli nie mieliśmy wystarczająco dużo szczęścia, żeby znaleźć go we Fruzinej buzi (nigdy nie mamy), wspólnie rozpoczynamy polowanie. Dziecię szuka, biega, ekscytuje się, zagląda pod kanapę, łóżko, szafkę z telewizorem. Ja ciskam się po mieszkaniu jak półżywa ćma i mielę w buzi przekleństwa. (On niby też szuka, ale tylko połową swego ciała. Drugą połową ogląda bowiem mecz.) Wreszcie jest! Fruzia cmoka z zadowoleniem, ja z powrotem zamieniam się w oazę spokoju, on całym sobą może już oddać się sportowym emocjom. (Dobryboże, mnie wystarczą te smoczkowe.) Pora na akcesoria łóżeczkowe. Fruzia łapie pluszowego Rudolfa, ciągnie go za obrożę w stronę sypialni, drugą ręką przyciska do klatki piersiowej bobasa. Nie chce, żeby jej pomóc, tylko rozgląda się za poduszką i kołdrą, które gdzieś tu przecież muszą leżeć. W łóżeczku nie, tam ich nie znajdziesz. Łóżeczko zawsze stoi puste, gdyż sypialniany kwartet od rana do wieczora włóczy się za Fruzią. Zwykle znajduję więc poszczególne części nocnego ekwipunku na podłodze w kuchni, pod łóżkiem, pod bujanym fotelem, którego wszyscy od dawna używamy jako wielofunkcyjnego wieszaka... Jeszcze trzeba zdjąć spinki, ucałować wszystkich na dobranoc i dopiero teraz ukontentowana Fruzia może ułożyć białe loki na poduszce wciśniętej między różową bobaskę a wielkie (jak na rozmiary łóżeczka) cielsko pluszowego Rudolfa.

Między czwartą a piątą rano (a czasem tuż po północy) cała piątka - ekhm! - ląduje w naszym łóżku.

Skopie nas wówczas to Białe Kudło, sponiewiera, poobija, wypnie na nas tyłek, wbije łokieć między żebra, stopą zrobi lifting twarzy, wyciągnie się w poprzek łóżka i z anielskim wyrazem błogości na śpiącym licu będzie udawała, że tworzymy społeczność, w której prawa wszystkich jej obywateli są respektowane. Co ciekawe, obywatele - skopani, sponiewierani, poobijani itepe, itede - rozcierając podpuchnięte powieki będą głośno potwierdzać tę wersję jako jedynie słuszną i prawdziwą. To się chyba mianem władzy totalitarnej określa we współczesnym świecie.

Kiedyś nie wystarczyło nam cierpliwości do wieczornego szukania smoczka.
- Ja się poddaję, mam dość tych wędrówek po mieszkaniu - skapitulowałam.
- To może spróbujmy bez niego? - nieśmiało zaproponował Inżynier.
Jakoś żadne z nas nie podjęło się tego zadania, ale postanowiliśmy sięgnąć po półśrodki.
- Dam jej smoczka od butelki - wymyśliłam chytrze. - Może jej się nie sposoba i uśnie bez dydka?
Brawo dla tej pani.
Fruzia wybuchnęła śmiechem na widok niby nowego, choć jakże jej dobrze znanego z zamierzchłych czasów gumowego przyjaciela, obejrzała go z każdej strony, puściła do mnie oko (przysięgam!), po czym wetknęła go sobie do buzi, z  gracją ułożyła białe loki na poduszce i zasnęła. Nie wypuściła butelkowego smoczka nawet na sekundę.
Rano znalazła wszystkie swoje dydusie poutykane w różnych zakamarkach Piątej i triumfalnie rzuciła nam je na łóżko.

Mimo tych wszystkich zbójeckich praktyk, jest przewidywalnie dziewczyńska w kwestii mody oraz szeroko pojętej gadżetomanii. Fascynują ją dziury w jeansach Inżyniera, spinki, które ma we włosach, rękawiczki z jednym palcem i ubranka dla lalek. Przyznaję, te ostatnie, przywleczone w wielkim worku przez sąsiada, którego córka już wyrosła z etapu miniaturowych torebusi, butów i pomponów dla barbiepodobnych cheerleaderek, też mnie fascynują, choć niekoniecznie w ten sam sposób co Fruzię. Szczególnie jedna, w stroju wieczorowym. If you know what I mean, powiedziałby Joey. (We always know what you mean, odparłaby Monica.) Kusa haleczka w panterkę, przezroczysta tunika, nocne pantofle z pomponami na obcasie, makijaż, którego nie umiałabym podrobić nawet wtedy, gdybym się bardzo postarała. Brakuje tylko maleńkiego egzemplarza Cosmopolitan w plastikowej dłoni. I teraz nie wiem, czy te uczucia, które mną targają na widok tej plastikowej zdziry to zazdrość, że taka do łóżka to ja chadzam w snach jedynie, czy może przenajświętsze oburzenie, że zbijająca grube miliony fabryka plastikowych siks usiłuje wmówić Fruzi, że to jedynie słuszna droga do podbicia serca kena. A może jedno i drugie.

Dinozaury nie okazały się wystarczająco dziewczęce jak na jej gust. Skrupulatnie odkleiła wszystkie tysiąc trzynaście z nocnika, który otrzymała w spadku do Alexa, a następnie porzuciła przedmiot zainteresowania w kącie salonu na długie tygodnie. Przypomniała sobie pod koniec października, nosiła, zakładała na głowę jak kapelusz, wrzucała do środka klocki. Idąc więc za ciosem, pewnego dnia tak po prostu posadziliśmy Fruzię na nocniku, a jej się spodobało. Zażądała posadzenia gołego tyłka na tronie raz, drugi i trzeci, a za czwartym razem tak się postarała, że chwilę później na nasze komórki zaczęły napływać smsy z gratulacjami. Zaprawdę powiadam Wam, historyczny listopad. (Oraz jeden z tych wpisów, który oznaczam w notesie wykrzyknikiem i adnotacją 'do usunięcia za kilka lat'.)

Jest wulkanem energii, choć zdarza jej się całkowicie oddać pracy, którą wykonuje - segregowaniu kasztanów, przekładaniu torebek herbaty z jednej miski w drugą, ścieraniu kurzy. Tylko wówczas mogę w jej obecności napisać maila, pozmywać, albo spokojnie odgrzać zupę. Nie zdarza się to zbyt często, wciąż mam wrażenie, że już za sekundę Fruzia znów pociągnie mnie za nogawkę, klepnie w kolano  albo z mocą oświadczy mama!, dając tym samym znak, że natychmiast muszę ruszyć za nią w poszukiwaniu przygód. Czasem więc zwyczajnie oddycham z ulgą, kiedy wieczorem zasypia.

Ale kiedy w spokoju wypijemy już z Inżynierem herbatę, obgadamy dzień i złapiemy oddech, zwykle zakradamy się na palcach do jej pokoju i podglądamy jak śpi, rozczulając się na widok białych kudłów rozrzuconych po poduszce i na miarowy dźwięk jej spokojnego oddechu.

Wciąż uwielbiamy się na nią gapić.

Jest Robótka! A nawet dwie!

Nudno trochę, co? Za oknem ciężko, szaro i ponuro, psy nie chcą wyłazić z domu, dzieci ze stajniw pracy osiągnęliście już wszystko i wreszcie można się wyluzować... Co tu robić? Co robić, panie? (I panowie.)

Ano. Pisać. Kleić. Wycinać. Pakować. Obdarowywać tych, którzy czekają na jedno choćby słowo od Was. (Ale byłoby miło, gdyby słów było jednak trochę więcej.) Co tu dużo gadać, jest Robótka!


A jak komuś mało, a wiem, że Wy zachłanni jesteście, mam dla Was kolejne zadanie.



Blogerzy dzieciom z domów dziecka to akcja, o której powinnam powiedzieć Wam dużo wcześniej, żebyście zdążyli zaangażować się w pisanie bajek i opowiadań, ale w tym roku trochę u mnie na bakier z dotrzymywaniem terminów zgłoszeń... Dobra wiadomość jest taka, że wciąż możecie uradować dzieciaki z domów dziecka swoją kartkową twórczością oraz (jeśli macie taką ochotę) jakąś drobnostką! Wszystkie informacje - łącznie z adresami domów dziecka, które mają ukazać się naszym oczom na początku grudnia - znajdziecie na fejsbukowej stronie akcji: dołącz do grupy. Te maluchy naprawdę czekają.

Kochani, obie akcje są wspaniałe i zupełnie się nie wykluczają. Możecie wziąć udział w obu albo w jednej wybranej. Możecie stworzyć własne kartki lub wysyłać gotowe. Możecie pisać wierszem lub prozą prosto z serca. Najważniejsze, żeby w te Święta pomyśleć również o innych - tych dużych i i tych małych - czekających na Wasze drobne, choć jakże ważne gesty świadczące o tym, że ktoś o nich pamięta.



Podarujcie innym cząstkę siebie.

Moich pierwszych 20 rozmów kwalifikacyjnych

Bo siedem to dla mnie za mało wrażeń.

Pierwszą potraktowałam jako dobrą zabawę. Lokalna telewizja organizowała casting dla przyszłych prezenterów, zgłosiłam swoją kandydaturę i wyznaczonego dnia pojawiłam się w siedzibie stacji. Po przekroczeniu progu poczekalni, w której kandydaci czekali na swoje pięć minut, parsknęłam śmiechem. Zobaczyłam tłum ludzi odzianych w idealnie skrojone garnitury i garsonki, podczas gdy ja, ubrana półoficjalnie, a w zasadzie ćwierćoficjalnie, a do tego z rozmazanym makijażem i mokrymi włosami, bo przecież padało, a ja zapomniałam wziąć parasolki, prezentowałam się przy nich wszystkich doprawdy mało kompetentnie. Pamiętam jak później siedziałam przed kamerą na dość wygodnej kanapie, konwersując z rekrutującymi i starając się nadać swemu głosowi choćby lekko poważne brzmienie. Najwyraźniej wtedy się udało, bo zaproszono mnie do drugiego etapu zmagań. Wiedząc, czego mogę się spodziewać, odstawiłam się jak na wesele, ale na korytarzu telewizyjnym wciąż czułam się tak, jakbym była tam jedynym niedostosowanym do okoliczności osobnikiem. Towarzystwo przechadzało się nerwowo w tę i z powrotem z kartkami w dłoniach, ćwicząc półgłosem relacjonowanie najważniejszych wydarzeń dnia oraz przekonujące miny, a ja po prostu czekałam. Nie umiałam zmusić się do udawania, że takie akcje to dla mnie żadna nowość, ale cieszyłam się, że mogę tam być i doświadczyć nowego. Później za to... później odpadłam, to jasne. Nie mogło być inaczej. W informacji zwrotnej usłyszałam, że płynnie i w dobrym tempie to może i ja czytać z promptera potrafię, ale zapanować nad swoim zadowolonym wyrazem twarzy to już niekoniecznie, a to jednak ma znaczenie, kiedy czyta się o ofiarach nadużycia pawulonu.

Tak oto pawulon otworzył mi drogę do kariery. Kariery w dziedzinie kolekcjonowania rozmów kwalifikacyjnych.

Tak naprawdę było ich więcej niż dwadzieścia; gubię się gdzieś pomiędzy 21 a 23. W Erze Tam parałam się jedynie nauczaniem, z doskoku tłumaczeniem, ale rozmów kwalifikacyjnych i miejsc pracy pojawiło się w moim życiu tyle, że do dziś czuję się głupio, wysyłając CV do potencjalnego pracodawcy. O pracy rozmawiałam przy kawiarnianych stolikach w centrum miasta, w klasach, w gabinetach szefów, ciasnych i zagraconych kanciapach, w starych kamienicach, nowoczesnych budynkach, siedząc na wygodnych sofach i masakrujących kręgosłup krzesłach. Pracowałam w szkołach średnich, podstawówce, na uczelni, w mniejszych lub większych szkołach językowych. Nie to, żebym taka niestała w uczuciach była, o nie; to przeprowadzki, kruchość nauczycielskich etatów i wieczna potrzeba dorobienia do pensji sprawiły, że byłam wszędzie.  Do dziś nie wiem, jak udało mi się to wszystko ogarnąć logistycznie i jak nie zwariować od tych wszystkich rozmów. Uwielbiałam swoją pracę w ostatniej szkole językowej. Lubiłam tę w publicznej. Tyle tylko, że w pewnym momencie zrobiło się tego dużo za dużo. W takich chwilach przeciążenia podręcznikami, testami i kserówkami marzyłam o pracy przy taśmie. Słowo daję. Taśma nie tylko miała dać mi wolność od 'to be', ona jawiła mi się jako idealne zajęcie dla aspirującej pisarki. Oczyma wyobraźni widziałam siebie w ogromnej (i pustej) hali produkcyjnej, stojącą przy bardzo powoli przesuwającym się pasie, którym spokojnie będą płynęły muffinki, i kleksującą je w czubek głowy kremem czekoladowym. Wokół cisza i spokój, które umożliwią mi napisanie w głowie kilku bestsellerowych Powieści o Prawdziwym Życiu. Może nawet między jednym muffinem a drugim zdołałabym zanotować na papierze jakąś porywającą myśl. Prawda, że plan był dobry? Usiłowałam nawet wprowadzić go w to Prawdziwe Życie, ale rodzina zaprotestowała, stając mi na drodze do szczęścia.

Chciałam jednak spróbować w życiu czegoś innego.

Szukałam więc dalej, nie za bardzo wiedząc, czego dokładnie szukam. Olałam panią dyrektor (na jej szczęście) jednej ze szkół, która na rozmowie kwalifikacyjnej w dość bezpośredni sposób usiłowała wypytać mnie o plany prokreacyjne - "my oczywiście prorodzinni jesteśmy, ale sama pani rozumie, nie chciałabym zatrudniać kogoś, kto zaraz pójdzie na urlop macierzyński". Ależ rozumiem, oczywiście. Olałam szkołę, w której uczono metodą Callana. W ramach procesu rekrutacji zostałam poproszona o obserwację jednej z lekcji, do końca której ciężko mi było wytrwać; z nudów niemal zaryłam brodą o ławkę, powtarzając w duchu za lektorem po raz siedemnasty "what would you do if you won a lottery?" Mniej więcej wtedy postanowiłam zostać PA. Personal assistant prezesa jednej z dużych firm w naszym regionie. O asystowaniu komukolwiek w czymkolwiek niezwiązanym z nauczaniem miałam oczywiście zerowe pojęcie, ale cyfrowy świat tak bardzo przekonywał mnie, że jestem stworzona do Wielkiej Kariery, że w końcu mu uwierzyłam. Udało mi się nawet sprawić, że przez chwilę uwierzyła temu również pani rekruterka. Po śpiewnie zaliczonym angielskim, porozmawiałyśmy sobie o przenajrozmaitszych obowiązkach PA. "Co zrobiłabyś w sytuacji, gdyby prezes zaplamił swoją bielutką jak śnieg koszulę tuż przed super ważnym spotkaniem z super ważnymi ludźmi biznesu?" Jeśli mnie pamięć, rozbuchana własnym ego, nie myli - wtedy też parsknęłam śmiechem. Śmiałam się również w drugim etapie rekrutacji, w którym to posadzono mnie w oszklonej sali przed laptopem, zapowiedziano, że mam 90 minut na skończenie zadania, zaś zadanie znajdę na pulpicie komputera w pliku o tajemniczym tytule To-Twoje-90-Minut-Chwały.

Och, Excelu, dlaczegóż nasz romans nigdy nie przerodził się w nic poważniejszego?

Może ostatecznie to dlatego uznałam, że Wielka Kariera mi nie grozi? Może w telewizji mieli rację, że śmieję się nie w tych momentach, w których powinnam? Ale do tychże refleksyjnych wniosków doszłam dopiero po rozmowie z Japończykami. Kuriozalna to była rekrutacja. Ja nie wiedziałam, o jakie stanowisko się staram, oni nie do końca wiedzieli, kogo potrzebują. Nie zadzierzgnęliśmy międzykulturowej nici porozumienia, a ja nigdy wcześniej ani nigdy potem nie zrobiłam z siebie tak totalnej idiotki jak wtedy. Inżynier do dziś przysięga, że jego koleżanka, jedyna Polka w rekrutującej grupie, nawet słowem nie odniosła się do tego mojego występu, co tylko potwierdza moje przypuszczenia, że musiało być tragicznie. Milczenie jest dużo bardziej wymowne niż najwymyślniejsza krytyka.

W tych moich podróżach w poszukiwaniu zawodowego szczęścia nieoczekiwanie z pomocą przyszła mi emigracja. Zanim się obejrzałam, zanim zdążyłam uwierzyć, że tamtego październikowego dnia on dostał pracę w Krainie Deszczu, już byliśmy tutaj.

Początek Tej Ery zasugerował, żeby o fantazjach podyskutować później i znaleźć źródło utrzymania, tak po prostu. Jakimś cudem dotarło też do mnie, że to, co chcę w życiu dalej robić, to... uczyć. Co za niespodzianka. No i muffiny z Sainsburysa przejadły mi się w ciągu dwóch pierwszych miesięcy. Nic to jednak, gdyż dziesięć dni od zalogowania się w Krainie Deszczu byłam już na swojej pierwszej rozmowie o pracę.
- Jakie masz kwalifikacje? - zapytała Brazylijka.
Powiedz, jakich poszukujesz, a zdobędę je dla ciebie, miałam ochotę odpowiedzieć.
- Możesz zacząć w poniedziałek? - padło drugie pytanie.
Byłam siódmym niebie. Będę uczyć!
Niestety, jaka rekrutacja, taka praca.
W lipcu miała się odbyć moja pierwsza rozprawa. Pozwałam nieuczciwego pracodawcę do sądu pracy i wypłakiwałam sobie oczy na myśl o tym, że pewnie przegram, bo kto uwierzy imigrantce, która ledwie przekroczyła granicę, a już się procesuje? Miesiąc przed rozprawą mój eks-pracodawca wymiękł. Rozprawy nie było.

Następne rozmowy i kolejne miejsca pracy pozwoliły mi odzyskać wiarę w siebie i ludzi. Zanim zostałam recepcjonistką, a potem przedszkolanką, zostałam zaproszona na rozmowę do domu opieki społecznej. Do ZOL-u, jak fachowo mówi o takich przybytkach Wielki Brat. Manager, z którym się spotkałam, już na wstępie zmierzył mnie powątpiewającym spojrzeniem.
- Zdajesz sobie sprawę, co to za praca? - zapytał lekko rozbawiony. - Czy ty udźwigniesz choćby dziesięć kilogramów człowieka?
Niemal jak po pierwszym spotkaniu Mamuśki z jej przyszłymi teściami. - Czy to chucherko jest w stanie unieść wiadro wody? - zapytał mój zatroskany jeszcze-nie-dziadek.
Tydzień później z ulgą podziękowałam za ofertę pracy. Byłam już recepcjonistką, choć nie wiedziałam wtedy, że tylko na trzy miesiące.

Kiedy ponownie i znów dość gwałtownie zostałam bez pracy ("nie stać nas na utrzymywanie twojego stanowiska, biznes kiepsko idzie"), akurat rozpoczęło się Euro 2012. Rano byłam zatrudniona, po południu opijaliśmy z przyjaciółmi z Polski mistrzostwa oraz moje bezrobocie. Tydzień później usiłowałam robić wrażenie na wieczorze rekrutacyjnym do Różowej Chmurki, zastanawiając się, dokąd jeszcze zaprowadzi mnie ta emigracyjna przygoda.

Gdzieś pomiędzy kursem Celty, adopcją Fruzi i pierwszymi nocnymi zmianami w Błękitnej duch walki we mnie podupadł. Dla angielskich pracodawców parających się oświatą w szerokim tego słowa znaczeniu byłam niewidzialna. Aplikowałam, wypełniałam setki formularzy, wysyłałam, mailowalam. Null. Co najwyżej "unfortunately your application was unsuccessful on this occassion". Latem tego roku po raz pierwszy powiedziałam to na głos. Chyba nic z tego mojego uczenia tutaj nie wyjdzie, może po prostu powinnam się z tym pogodzić i skupić jedynie na zarabianiu pieniędzy, a nie chceniu. On jak zwykle zaprzeczał, ale widziałam, że też się łamie. Jesienią zmieniłam zdanie.

Będę uczyć.

Uparłam się jak osioł.

Trzy dni przed naszym wylotem do Malagi na stronie naszego college'u pojawiło się TO ogłoszenie. A ja, zamiast prać i pakować walizki, dopieszczałam swój list motywacyjny. Jeśli teraz nie zadziała, to już nie wiem, co dalej ze mną będzie, myślałam. Starałam się o stanowisko lektorki w tej szkole już dwa razy.

W dniu naszego powrotu odkryłam w skrzynce mailowej zaproszenie na rozmowę. To było jak nagły wystrzał w kosmos. Tego dnia stałam się nieprzezroczysta.

Przez następne trzy tygodnie szlifowałam swoją prezentację i odpowiedzi na dziesiątki wymyślonych i ściągniętych z sieci pytań. Gadałam sama do siebie - przed lustrem, zmywając naczynia, biorąc prysznic. Gadałam do Fruzi, bawiąc się z nią klockami i rysując serduszka. Fruzia potakiwała rozbawiona (wtedy wiedziałam, że jest dobrze) lub uparcie powtarzała nie (brałam jej opinię całkiem na poważnie i natychmiast zmieniałam wersję odpowiedzi). W przerwach między tymi mini-przemowami oglądałam motywacyjne klipy na youtube. Zatrudniłam każdą szarą komórkę do pozytywnego myślenia.

- Kiedy zobaczyłem, jak z tobą rozmawia i jak się żegna, wiedziałem, że poszło dobrze - powiedział Inżynier o moim przyszłym przełożonym, kiedy wędrowaliśmy z Fruzią korytarzami college'u ku wyjściu.
Nie mogłam opanować myśli, że się udało, chociaż wtedy jeszcze nikt niczego mi nie obiecywał.

Dziesięć dni później moja skrzynka mailowa została zasypana formularzami, które muszę wypełnić i dostarczyć, zanim ostatecznie dowiem się, kiedy zaczynam.

Warszawianka może wreszcie zapamięta.
- W koledżu? - wypaliła kiedyś na moje pytanie, czy wie, gdzie aktualnie pracuję.
Od czasu do czasu robimy jej z Kocurem takie testy ze znajomości faktów z naszego życia. Najczęściej je oblewa. Choć biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką zmieniałam placówki oświatowe, do pewnego stopnia i do pewnego momentu było to zrozumiałe.
- W koledżu? - teraz to ja zapytałam, zdumiona.
- No coś było z koledżem, co? - Warszawianka popatrzyła na mnie radośnie.
- No.... studiowałam w koledżu, stu-dio-wa-łam, ale nigdy nie pracowałam - roześmiałam się.

Może teraz wreszcie zapamięta.

O angielskich termach u baptystów

Na zajęciach dla toddlerów prowadzonych przez Silną Grupę pod Wezwaniem Baptystów jesteśmy z Fruzią przezroczyste.

Rozumiem nawet, dlaczego ja. Nie zaznaczyłam zbyt wyraźnie swej obecności w grupie toczącej dyskusje o zasiłkach i żartującej z ojców, którzy po raz pierwszy w życiu zostali w domu sami ze starszym potomstwem i usiłują przeżyć, choć przecież nic przeciwko zasiłkom, ani tym bardziej ojcom zostającym w domu, nie mam. Ba, chętnie bym taki benefit pobrała, tylko dać nie chcą. Ale żeby Fruzia? Po trzydziestu sekundach zaaranżowanej na potrzeby zdobycia głasków nieśmiałości i trzymania się mojej nogawki, Fruzia dokonuje magicznej przemiany, stając się najgłośniej krzyczącym (nie zawsze w słusznej sprawie) i najenergiczniej skaczącym po poduszkach dzieckiem bez skarpet. Pozostanie więc dla mnie tajemnicą, czemu Bob Baptysta naszą obecność na zajęciach, tak regularną w swej nieregularności, kwituje zdziwionym spojrzeniem i zachęcającą uwagą, że ooo, chyba was tu wcześniej nie widziałem, nieprawdaż? 

Nieprawdaż.

Zresztą, widywaliby nas tam zdecydowanie częściej, gdyby nie fakt, że zdarza nam się z Fruzią trafiać na zajęcia wtedy, kiedy zajęć nie ma. Bo albo u Baptystów zaraza albo half term. Cała Kraina Deszczu działa by appointment pod dyktando szkoły, to half term dyktuje zniżki na baseny i lodowiska, a jednocześnie rozregulowuje godziny ich pracy. Okazuje się, że pracę kościelnych grup pod wezwaniem również. I wszystko byłoby jasne, gdybym tylko wiedziała, na co te zniżki u Baptystów (na zbawienie?) i kiedy ten cały half term znów wypada.
- Nie wiedziałam (nie zarejestrowałam?), bo mam tylko Fruzię, więc ze szkołą nie mamy jeszcze do czynienia - wyjaśniłam Bobowi.
Tylko po to, żeby ten mógł zapytać mnie pięć minut później, co zaplanowałyśmy z Fruzią na przerwę śródsemestralną.

Ale że następną?

Czas wpisać half termy w Bebe Kalendarze, bo a nuż zapytają o to kiedyś podczas egzaminu ze znajomości brytyjskiego lajfstajlu. Komuś, komu przez kilka lat wciąż wypominano dwumiesięczny urlop - oraz długie weekendy i przerwy świąteczne (choć nigdy oszałamiającej pensji) - głupio byłoby potknąć się o takie daty na drodze do wiecznej szczęśliwości w Krainie Deszczu.

Czyżby baptyści niczym buddyści nie bez powodu przecięli swoje ścieżki z naszymi?

Fruzia nie przejmuje się niczym. Nawet tym, że Bob nie pamięta jej imienia, choć już dwa razy pochwalił się, że jego córka jest jej imienniczką. Fruzia się nie przejmuje, ona przyjmuje. Ciasteczko i soczek, czemu nie. Zaproszenie do tworzenia dzieł plastycznych - ależ owszem. Wędruje potem uliczkami osiedla dumnie dzierżąc w dłoni artystyczną kompozycję udzierganą z łańcuchów choinkowych, kleju i słowa drukowanego, informującego, że "I am the LIGHT of the WORLD".

No. Jak tak obserwuję sobie ten coraz mocniejszy rys Fruzinego charakteru, to dochodzę do wniosku, że już nie długo córka nasza będzie przezroczysta dla kogokolwiek, w myśl jej autorskiego dzieła, że ona nie przewodzi światła, ona JEST światłem.

Ostrzegłam koleżanki w Różowej Chmurce.

O pamięci

Na odległość trudniej jest utrzymać porządek rzeczy.

Bo o ile pierwsze na emigracji mają w sobie coś z pełnej uniesień romantycznej nostalgii lub wręcz przeciwnie, ekscytacji, że choć raz jest inaczej, o tyle kolejne, następujące po sobie z przerażającą systematycznością, rozmywają się gdzieś pomiędzy porami roku i pracującymi dniami, które tylko tego pierwszego razu wydają się dziwnie niezgodne z twoim zegarem biologicznym. Przecież akurat tego dnia powinieneś robić coś zupełnie innego, a nawet gdybyś utknął na podwójnie płatnym dyżurze tam, to z uzasadnionym prawem do narzekania, że w tym roku na ciebie wypadło i że jakie to w gruncie rzeczy niesprawiedliwe. W trzecim i czwartym roku myślisz sobie z niejaką ulgą, że już cię to tak nie uwiera, tłumacząc to sobie pewnym dopasowaniem, o którym sądziłeś, że nigdy nie nastąpi, kiedy tak trwałeś w kulturowym szoku, nawet nie zdając sobie sprawy, że tkwisz w nim po uszy. W piątym mógłbyś nawet zapomnieć, gdyby nie Mama, jak co roku wyliczająca ci liczbę zniczy, które w ostatniej niemal chwili musiała dokupić, bo przecież jeszcze ten i tamten, i wzdychająca, że coraz więcej nas tam, coraz więcej.


Na odległość jest trudniej, bo nic ci wokół nie przypomina, że to już za chwilę, a kiedy nadejdzie, a ty nawet mocno się postarasz, nic nie będzie dokładnie takie, jak być powinno. W marcu kwiaciarnie nie utoną w tulipanach i nikt nie wda się w jałowe dyskusje o tym, czy się powinno czy nie, kto lubi a kto bojkotuje. W maju trudno ci będzie kupić dla mamy kartkę. W październiku w nawet najmniejszym supermarkecie w szczerym polu znajdziesz przeceniony od miesiąca kostium czarownicy, za to nigdzie nie kupisz znicza. Pocieszysz się workiem słodyczy dla halloweenowych potworów, a znicz zastąpisz świeczkami do podgrzewaczy. Na wypadek problemu ze znalezieniem otwartego cmentarza, na którym mógłbyś zlokalizować bezimienny pomnik dla tego symbolicznego światła, zapalisz je potem w oskalpowanej dyni na balkonie. Kolejnego roku postarasz się jeszcze bardziej i za punkt honoru postawisz sobie obecność na cmentarzu. Będzie wiało, lało i wyło, dookoła ciemność, wiatr będzie zdmuchiwał wątły płomień świecy, a tobie aż palce zdrętwieją od psrtykania w zacinającą się zapalniczkę, ale będziesz. Roześmiejesz się w duchu na myśl o twoim własnym, trochę pobłażliwym i trochę przemądrzałym, wzdychaniu sprzed lat, że matko-boska-ta-rewia-mody-a-miała-być-zaduma, bo trudno ci nie tylko o zadumę, ale i o ten krok jak na wybiegu, kiedy po kostki brniesz w błocie. Masz w sumie nadzieję, że to tylko błoto, bo nic nie widzisz, tak jest ciemno. Wieczorny spacer rozświetlonymi blaskiem świec alejami miejsca wiecznego odpoczynku to tylko w Erze. Tamtej Erze.

Więc chwytasz się kurczowo tych okruchów atmosfery, które dotrą do ciebie wysiłkiem twoim i twoich bliskich, rzeźbiąc złotymi literami w małej pod- i twojej dorosłej świadomości, że to właśnie jest ważne, nawet jeśli przyjdzie jej kiedyś zapalać znicz na własnym stole w salonie przed monitorem z włączoną kamerką. Patrz, mamo, pamiętam wystarczy ci kiedyś  za wszystkie inne dowody na to, że to jedno ci się w życiu udało.

A kiedy emigracyjny bilans w tych dniach niebezpiecznie zacznie ci się przechylać na stronę minusów, ze zdumieniesz stwierdzisz, że ten jeden argument za błyskawicznie przesądza wszystko.

Bo tylko będąc tutaj masz okazję przekonać się, po co naprawdę to robisz.

O nocnym pasterstwie

Nazywamy ją Lady Di, a ona to uwielbia. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była w złym humorze. Zawsze wita nas promiennym uśmiechem, otoczona z jednej strony łóżka pluszowymi psami, których imion wciąż nie potrafię zapamiętać, z drugiej - maleńkim, różowym bobasem z nienaturalnie długimi rzęsami. Gumowe dziecko wciąż gubi jej się w pościeli, więc każdej nocy Lady Di doświadcza kilku wirtualnych zawałów serca. Trochę jak my przy Fruzi w pierwszych miesiącach jej życia. Lady zdarza się mówić od rzeczy; czasem naprawdę trudno wyczuć, czy Seniorka dowcipkuje, szykując się do puenty, czy też zakleszczyła się właśnie w sidłach demencji i puenta, o ile będzie, może nas lekko zbić z tropu.

Wczoraj przed północą Lady Di oznajmiła, że koniecznie musi wstać.
- Jest środek nocy - przypominam spokojnie. - Cóż takiego niecierpiącego zwłoki masz do załatwienia o tej porze?
- Kozy - odpowiada Seniorka, podpierając się łokciami o poduszki.
(Co?)
- Muszę wpuścić kozy! - Lady Di niespokojnie wierci się w pościeli, usiłując się spionizować.
(Czyli jednak.)
- Kozy? - powtarzam trochę bez sensu.
- No tak, kozy, wypuściłam je i zapomniałam o nich - słyszę poddenerwowanie w jej głosie.
Już wiem, że Di nie zaśnie, dopóki nie uspokoi się w sprawie swoich zwierząt, proponuję więc, że to ja wpuszczę kozy z powrotem, a ona w tym czasie się prześpi.
Seniorka opada z ulgą na poduszki.
- Zrobiłabyś to dla mnie? - dopytuje jeszcze. - Naprawdę?
- Naprawdę, śpij spokojnie, obiecuję, że kozy wrócą bezpiecznie - przyrzekam.

O szóstej rano pukam do sypialni Lady. Zdążyłam zapomnieć o złożonej obietnicy, ale Seniorka jest czujna.
- Wpuściłaś moje kozy? - zerka na mnie z nadzieją.
- Oczywiście, co do jednej - kłamię jak z nut.
Seniorka wygląda na wielce ukontentowaną. Chwilę później jednak wzdycha:
- Musiały być głodne.
- To prawda, były bardzo głodne - zaczynam wczuwać się w rolę. - Ale nie martw się, nakarmiłam je.
Jestem z siebie bardzo dumna. W końcu nie codziennie mam okazję uratować czyjeś dobre samopoczucie nakarmieniem wyimaginowanych zwierząt.
- Taaaak? - Di jest wniebowzięta. - A co im dałaś?

Zonk. Na chwilę zastygam w bezruchu, usiłując pobudzić szare komórki do pracy.

Yyyy... Do cholery, czym się żywią kozy?

A tak w ogóle, to po co wyłaziłaś przed orkiestrę, mała? Prosił cię ktoś?

(Z korytarza dobiega mnie słabo tłumione parsknięcie koleżanki.)

- Eeee... wiesz.... dałam im to, co dla nich zostawiłaś - plączę się w zeznaniach.
Lady Di z wyrazem wdzięczności na twarzy natychmiast zapada w błogą drzemkę.

Ekhm. Dobrze, że nie zapytała mnie, jaką techniką je wydoiłam.

  • poniedziałek, października 31, 2016
  • 2 Comments

O nowym członku rodziny (bajka z morałem)

Kupiliśmy Fruzi psa.

W porządku, wiem, że niby jednego już ma, ale wszystkim wiadomo, a Fruzi najbardziej, że Rudolf jest w zasadzie bratem, a nie jej własnym zwierzątkiem, jest częścią jej odwiecznego świata, wklejony w tło jej małego życia jak mama i tata, jest oczywistą oczywistością, niczym nadzwyczajnym, żadnym tam prezentem od losu, bo przecież był od zawsze, więc to nie to samo, sami rozumiecie. Coś też trzeba było zrobić z tą rozbestwioną potrzebą powiększania rodziny, co to się rozpanoszyła w naszych głowach i za nic nie można się było jej pozbyć, a skoro na Drugiego trzeba poczekać, w naszym (nie)naturalnym porządku zdarzeń zrobiło się miejsce na drugiego Rudolfa. Może to to osławione zapełnianie psem dziury w sercu przeznaczonej dla kolejnego dziecka. Albo po prostu nasza karma - labrador, dziecko, labrador, dziecko...

Wiedziałam, że jest gotowa, kiedy któregoś dnia wyszłyśmy na spacer i Fruzia kategorycznie zażądała smyczy w swojej małej dłoni. Że niby teraz ona poprowadzi brata na spacer. Dobrze, że smycz długa, stworzona dłonią Drugiego Taty z dwóch pojedynczych, z łączeniem tak mocnym, że od stycznia żadnemu z nas nie przyszło do głowy próbować je rozłączyć, a przy tym mocna i idealna na spacery z nadaktywnym toddlerem i hiperaktywnym sierściuchem. Stanęłam więc pośrodku i złapałam za węzeł. Na czerwonym końcu dwumetrowego sznurka Rudolf tańczył kankana, musiałam więc odpierać wszystkie jego gwałtowne szarpnięcia, kumulując je w okolicy supła, bo kawałek dalej, na niebieskim końcu, miałam Fruzię, lekko i radośnie wymachującą luźnym kawałkiem smyczy. Cała trójka na sznurku. Aż mi się mokro pod powiekami zrobiło ze wzruszenia.

(W drodze powrotnej wzruszenie ustąpiło miejsca innym emocjom, albowiem toddler przypomniał sobie, że dyduś został w domu i wszczął natychmiastowy alarm na całą okolicę, w związku z czym należało szybko ewakuować go na własnym ramieniu do Piątej Chatki, zaś Rudolf zorganizował sobie konar długości smyczy, który upierał się zabrać do domu. Byłam bez szans.)

Wiedziałam, że jest gotowa, podrzuciłam więc temat Inżynierowi, podpierając go niedającymi się zbić argumentami (pierwsze obowiązki, odpowiedzialność, dbanie o własnego pupila), jednocześnie sądząc, że on te argumenty jednym krótkim słowem potraktuje, i że trzeba będzie umysłu najlepszych strategów, żeby wygrać tę bitwę. A tymczasem on też uznał, że to dobry moment. Kupmy psa, powiedział. Pardon, adoptujmy. Niech poczują wspólnotę doświadczeń.

Cóż to była za radość, powiadam Wam! Nie mogła się nim nacieszyć, uczucie wybuchło jak mocno przeterminowa kawa z mlekiem z naszego termosu. Buziaczki, przytulaski, cmok, cmok, cium cium, ach, śpijmy razem, mamo, w jednym łóżku. WSZYSCY. Idąc śladem Drugiego Taty skonstruowałam dla Rudolfa Juniora krótką smycz z resztek porwanej przez Seniora starej, mocno zmęczonej życiem. I chociaż Junior swym szczenięcym, labradorskim umysłem wciąż nie może pojąć, o co chodzi z tym sznurkiem, to jego radość jest tak wielka, że nie przejmuje się zupełnie faktem, iż odtąd wszystko, co posiądzie na własność, będzie dziedziczone po Seniorze. Taka dola młodszego. Długo zastanawialiśmy się nad imieniem, ale to w końcu Fruzi pies, więc to ona miała decydujący głos.
- Gaga! - oświadczyła z mocą.
End of discussion. Nowy będzie miał na imię tak samo jak Senior.
Wzruszyliśmy się ogromnie tym ewidentnym przejawem miłości do brata.

Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o stan uniesienia. Brutalna rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię. Fruzia, owszem, poczuwa się do swych małych obowiązków, które jednak ograniczają się do wkazywania mi palcem, co teraz powinnam zrobić z JEJ sierściuchem.
- Gaga! - nakazuje, dając do zrozumienia, że czas na spacer.
Wręcza mi koniec krótkiej smyczy i tym swoim wzbudzającym wyrzuty sumienia spojrzeniem (zobacz-jak-on-chce-wyjść-no-chyba-mu-tego-nie-odmówisz) dopina swego. Maszerujemy po domu, ćwicząc z Juniorem chodzenie przy nodze.
-Gaga! - rzuca, kiedy wchodzimy do kuchni.
Podaje mi małą, zielona miseczkę, którą dla odmiany Junior odziedziczył po niej, tym samym przypominając mi, że czas nakarmić JEJ sierściucha.
- Fruziu, to miał być twój pies - przypominam. - I twoje obowiązki.
- Mama! Gaga! - wypala na to Fruzia, a ja milknę, porażona słusznością jej argumentacji.
Rzeczywiście, jak mogłam pomyśleć, że ona temu wszystkiemu podoła sama?
I do tego ten jej brak wyczucia! Rudolf Senior jest dużo od niej większy, potrafi sobie z nią poradzić, kiedy go wkurza. Ale Junior? Patrzę na nią, kiedy tak ciągnie go niemiłosiernie za tę jego krótką smycz, targa po podłodze, podnosi niemal w powietrze na tym sznurku, a mnie aż się wszystko w środku wywraca na drugą stronę, kiedy młody próbuje wrócić przednimi łapami na ziemię.
- Fruziu, miej litość! - prawie krzyczę. - Zaraz go udusisz!
I biegę ratować to nowe, młode, szczenięce życie.

Serio. Wiem, że to pluszak, a jednak już kilka razy naprawdę poderwałam się z kanapy na ten widok.

Nie kupujcie dziecku zwierzątka na Święta, na litość boską!


O błogosławionych, którzy wchodzą oknami

[Przed zażyciem skonsultuj się z poczuciem humoru, lekarzem lub farmaceutą.]

Po rozmowie z ostatnią agencją adopcyjną, która przez kilka tygodni robiła mi nadzieję na coś poważniejszego niż tylko przelotny romans, a która to trwała trzy minuty zamiast wielce zapowiadanej godziny, wiem już, że czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jeszcze nie wiem, co ta prawda dla nas oznacza, ale jak zawsze w takich chwilach czuję potrzebę natychmiastowego działania.

Odpalam laptopa. Sama nie wierzę w to, co wystukuję na klawiaturze, ale hej, nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna. (No, może tylko w procesie adopcyjnym. Ale pssst!) Adopcja w Hiszpanii (sic!). Adopcja w krajach UE. Adopcja zagraniczna UK. Adopcja w Polsce / adopcja z Polski. 

Rozkręcam się.

Surogacja. Adopcja zarodka. Rodzina zastępcza UK / PL.

(Wciąż jeszcze tu jesteście?)

Po uważnej lekturze robi mi się lepiej. Nie wszystko stracone. Dzieci robi się naprawdę na wiele sposobów.

1. Tak, również uprawiając seks. (Uwierzcie lub nie, ale zupełnie wyleciało mi z głowy, że seks służy także do tego! Inżynier twierdzi, że nic w tym dziwnego, bo niebawem pary, które poczną dziecko metodą tradycyjną, będą należały do gatunków chronionych, zaś najpopularniejsze znaczenie słowa 'wpadka' znajdzie się w słowniku archaizmów.) Oprócz seksu normalnego, nie obciążonego czekaniem na dziecko ani strachem przed nim, wyróżniamy kilka rodzajów tej metody poczęcia:

a) ze wspomaganiem hormonalnym (magiczna pigułka przed snem; albo lepiej dwie, może będą bliźniaki)
b) ze wspomaganiem religijnym (licząc na cud)
c) ze wspomaganiem medycyny wschodu (w znakomitej większości przypadków równa się to liczeniu na cud)
d) ze wspomaganiem alkoholu (zdecydowanie najprzyjemniejsza wersja; chyba że masz tendencje do upijania się na smutno)
e) ze wspomaganiem jogi (nogi do góry; been there, done that!)
f) wpadka (nie, no serio, nawet się nie przyznawajcie, że trafiła Wam się ta wersja, bo będę zazdrosna!)

2. Korzystając z medycyny prokreacyjnej, która proponuje:

a) IVF tradycyjne (taniec godowy na szkiełku, a potem konkrety)
b) ICSI (wciąż na szkiełku, ale bez gry wstępnej)
c) inseminacja (trochę jak pkt.1b)
d) IVF z dawstwem komórki jajowej (marzenie każdego faceta - on jeden i one dwie)
e) IVF z dawstwem nasienia (ona jedna i ich dwóch - tylko prawdziwy facet jest w stanie to unieść)
f) adopcja zarodka ("kochanie, adoptowaliśmy cię tak jak Fruzię, ale to ja cię urodziłam; jesteś więc naszym rodzonym dzieckiem, ale nie biologicznym")

3. Wynajmując surogatkę, w połączeniu z pkt. 2 ("kochanie, jesteś naszym biologicznym dzieckiem, ale nie ja cię urodziłam")

4. Dokonując inseminacji domowej (DIY wciąż w modzie)

5. Adoptując tradycyjnie:
a) na emigracji w kraju zamieszkania (jak już dowiedziesz, że składasz się wyłącznie z wody i cierpliwości)
b) z zagranicy (prawie kupiłam bilet na Filipiny)
c) wracając do ojczyzny z emigracji (wracać już, czy jeszcze poczekać?)

6. Adoptując trochę mniej tradycyjnie:
a) wypatrując swojego dziecka w ogłoszeniach o poszukiwaniu rodziny dla konkretnej małej osoby (to nie grzech odnaleźć się na facebooku! muszę tylko częściej do niego zaglądać)
b) zawierając nieformalną umowę z ciężarną, która zdecydowała się oddać dziecko do adopcji i poszukuje dla niego rodziny (może najpierw amputuj sobie system nerwowy)

7. Tworząc rodzinę zastępczą (tricky - po 13 latach posługi Fostersowie nie potrafią sprecyzować, ile dzieci przeszło przez ich ręce) 

8. Znajdując samotnego, dzieciatego partnera  (najlepiej z docelową liczbą potomstwa,; po co za jakiś czas wracać do tematu?)

9. (Aż się boję napisać, żeby jakieś CBŚ nie skasowało mi bloga) Ukraść komuś, kto najwyraźniej nie ogarnia i nie doliczy się straty.

Po zakończeniu fascynującej lektury z ulgą odkładam laptopa. Nie ma co panikować, jest dla nas nadzieja. A jeśli pociągniemy kilka srok za ogon, mieszając kolejki, kliniki, kraje i opcje - wciąż mamy szansę na zostanie rodziną wielo-, wielodzietną!

Dzwonię do Inżyniera.
- Cześć kochanie, mam pomysł!

(...) :-)

O rzeczach wtórnych

Znasz to. Z pierwszą ciążą poszło ci łatwo, nawet nie zdążyłaś pomyśleć, że mogłoby pójść inaczej, więc druga też nie miała nastręczać kłopotów innych od tych, na które narzekają wszystkie ciężarne. Albo. O tę pierwszą musieliście zawalczyć, ale skoro się udało, skoro odczarowaliście złą passę, skoro wiara i nadzieja poruszyły góry, to z pewnością organizm zaakceptował, przyjął do wiadomości, kliknął na zgodę i przeniósł cię na drugą stronę rzeki, tę dostępną tylko dla dzieciatych, pełną placów zabaw i nieprzespanych nocy, więc dlaczego teraz miałby odmówić współpracy?
A jednak. Po tym wszystkim, co razem przeszliście, znów jesteście uziemieni. Nie wiadomo dokładnie na jak długo. I czy w ogóle. Niepłodność wtórna. Uwierzysz?

Może tego akurat nie znasz, ale tu jest tak samo. Na pierwszą długą czekaliśmy, ale kiedy już się pojawiła, uwierzyliśmy, że odczarowaliśmy złą passę. Wiara i nadzieja poruszyły góry, cały nasz świat zaakceptował, pokochał, kliknął na znak, że nie mogło być inaczej i przeniósł na drugą stronę rzeki, choć sami nigdy nie chcielibyśmy zapomnieć, z którego brzegu przychodzimy. Pamięć lubi spłaszczać, a my nie lubimy płaskości w żadnym wydaniu. Więc dlaczego teraz miałoby się nie udać, skoro szlaki przetarte, drogi poznane? Nic tylko zarzucać Fruzię na ramię i ruszać w tę podróż po raz drugi.
A jednak. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, znów jesteśmy uziemieni. W teorii wiemy na jak długo. W praktyce nie wie tego nikt. I czy w ogóle. Czy wstrzelimy się w kolejki, paszporty, czas. Czas Fruzi, czas Drugiego, czas powrotu, czas tu i czas tam. Nieadopcyjność wtórna. Wciąż nie mogę uwierzyć.

Na Drugiego czeka się tylko trochę inaczej. Nie wisi ci nad głową klątwa bezdzietności. Znasz smak macierzyństwa i choć czasem bywa on gorzki, wiesz, że nic nigdy mu nie dorówna. (To w końcu dlatego chcesz więcej.) Nie wpadasz w studnię rozpaczy bez dna, nie pijesz do lustra, choć chwilami robi ci się smutno. Ciężarne i dzieciate znów widzą w tobie kompana do rozmów niekontrolowanych.

Ale przez większość czasu czeka się dokładnie tak samo. Rzeczy wtórne niewiele różnią się od pierwotnych. Może znów kupujesz w aptece testy i dopatrujesz się w nich drugiego i trzeciego dna (zepsuty / przeterminowany / niewystarczająco czuły / fałszywie pozytywny / wredny). Albo, jak ja, wydzwaniasz do adopcyjnych agencji, dopatrując się choćby nuty szczerego zainteresowania w czyimś zwyczajnie uprzejmym głosie, który nie będzie kazał ci czekać. Długo za długo. Do tej nuty można się potem przyczepić i nie puszczać, choć w duchu czujesz, że nic z tego nie będzie. Wyobrażasz sobie. Nakazujesz sobie wiarę i cierpliwość. Tracisz nadzieję i bluźnisz. Wydaje ci się (a może wcale nie?), że znów zadręczasz wszystkich swoją monotematycznością. Masz ochotę o tym pisać i nie chce ci się wcale. Dookoła widzisz rodziny 2+2, 2+3. Naprawdę jedynacy jeszcze istnieją na tej planecie? Przyjmujesz dobre rady, aby cieszyć się tym, co masz, bo mogłaś przecież tego nie mieć. Tak jakbyś ty jedna ze wszystkich ludzi na tym świecie jakimś cudem mogła o tym zapomnieć.

I tęsknisz. Do kogoś, kto istnieje tylko w twojej głowie.

#NiepłodnościNieWidać

Oddaj krew i zostań dawcą szpiku w UK

Przyjmuję do wiadomości, że różni ludzie mają różne doświadczenia, ale niektóre polskie forumowe historie na temat krwiodawstwa w UK trochę mnie przerażają. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do spełnienia wszystkich wymagań higieniczno-sanitarnych przez personel medyczny podczas sesji krwiodawstwa, zawsze można (i powinnno się!) poskarżyć tutaj, zamiast straszyć innych na forach. 

Nie zniechęcajmy do tak potrzebnych akcji!

Jak to naprawdę wygląda i jak zacząć?

Po pierwsze, zarejestruj się na stronie NHSBT Blood Donation. Znajdziesz tam mnóstwo przydatnych informacji na temat tego, kto może oddawać krew i co stanowi w tej kwestii przeszkodą. Mówiąc najogólniej, możesz zostać krwiodawcą, jeśli:

- twój ogólny stan zdrowia jest dobry
- ważysz powyżej 50 kg
- masz pomiędzy 17 a 66 lat
- masz powyżej 70 lat, ale w ciągu ostatnich dwóch lat oddawałeś krew.

Czynniki wykluczające:

- ciąża oraz okres do 6 miesięcy po porodzie
- choroby, w tym zwykłe przeziębienie i choroby onkologiczne (sprawdź tutaj: Czy moja choroba mnie wyklucza?)
- leczenie
- niedawno przebyte operacje i zabiegi chirurgiczne (w tym dentystyczne), a także tatuaże i body piercing zrobione do 6 miesięcy wstecz

Jest też kilka dodatkowych czynników, które mogą (ale nie muszą) wykluczyć cię całkowicie lub tymczasowo z grupy potencjalnych krwiodawców, a o które zostaniesz zapytany w wysłanym do ciebie pocztą (po zarejestrowaniu się na stronie) poufnym formularzu, dotyczące m.in. podróży poza UK, ryzykownych kontaktów seksualnych, leczenia niepłodności, infekcji przebytych w ciągu ostatnich dwóch tygodni, zażywanych antybiotyków i leków, transfuzji krwi itp. Jeśli masz jakieś wątpliwości, zawsze możesz zadzwonić pod numer 0 300 123 23 23, aby uzyskać  dodatkowe informacje. Wypełniony formularz należy zabrać ze sobą na sesję, na której miejsce należy sobie zarezerwować, wybierając datę, miejsce i godzinę. Wszystko na tej samej stronie Find an appointment.


O. I to w zasadzie tyle.

To naprawdę jest takie proste!

Sama sesja krwiodawstawa jest bardzo przyjemna, choć najczęściej, mimo umówionej godziny, trzeba trochę poczekać na swoją kolej. Po zaanonsowaniu się przy stanowisku recepcji bierzesz więc w łapki książkę i oddajesz się lenistwu, które niebawem zostanie przerwane przez uprzejmą pigułę niepewnie wymawiającą twoje polskie nazwisko;-) Za uroczym parawanem porozmawiasz sobie z pielęgniarką na temat twojego formularza i aktualnego samopoczucia, i jeśli nic nie wzbudzi podejrzeń personelu, zostaniesz ukłuty w palec w celu sprawdzenia poziomu żelaza we krwi. Jeśli ten będzie OK, piguła poprosi cię o ponowne zajęcie miejsca na krzesełku oraz wypicie około pół litra wody. Za jakiś czas znów zostaniesz wywołany z tłumu oczekujących i poproszony na fotel. Po potwierdzeniu nazwiska i daty urodzenia ułożysz się wygodnie w pozycji półleżącej, przez chwilę poczujesz niewielki dyskomfort (nie patrz na grubość igły, serio! miałam to szczęście, że zrobiłam to dopiero za drugim razem! to naprawdę prawie nie boli, pomimo tej cholernej igły!) i w zależności od potrzeby być może dostaniesz papierową kulkę do ściskania, żeby krew się nie ślimaczyła. Pobranie 470 ml krwi zajmuje kilka minut. Pikanie maszyny ogłosi światu osiągnięcie tego poziomu, a uprzejma piguła zapewne powie ci, jaki był czas twojego najpożyteczniejszego na świecie lenistwa. Jeśli zaś na fotelu obok siedzi twój mąż, partner, kochanek, koleżanka, mama... zawsze można pobawić się w zawody, ha!

Potem jest jeszcze lepiej. Traktują cię jak bohatera, serwują napoje, ciastka i proszą, żebyś się nie przemęczał. Warto skorzystać z tych zaleceń. 

To naprawdę jest takie proste!

Aby zostać dawcą szpiku w UK (bone marrow donor), najpierw należy zostać krwiodawcą. Jeśli już nim jesteś, zwyczajnie poinformuj personel o twojej chęci dołączenia do potencjalnych dawców szpiku podczas kolejnej sesji oddawania krwi. Na miejscu wypełnisz krótki formularz i tego dnia po prostu oddasz trochę (małą próbkę) więcej krwi niż zazwyczaj. 

Ot, i tyle. 

Do dzieła, rodacy! Wasza krew pomoże uratować czyjeś życie, a już na pewno zdrowie! 

PS. Najwspanialszą rzeczą w całym angielskim krwiodawstwie jest to, że jeśli tylko zechcesz, możesz zwolnić się z konieczności pamiętania o datach kolejnych sesji. Umawiasz się (albo i nie), a potem system sam ci przypomni mailem lub smsem, że już czas najwyższy... I będzie ci przypominał do skutku! A wierzcie mi, nie ma bardziej upartego stworzenia od NHS Blood Donation... ;-)
  • poniedziałek, października 17, 2016
  • 6 Comments

Malaga, Tiki Taki i Kasztanki

Tu-dum-tu-dum-tu-dum. Koła walizki miarowo stukają o chodnikowe płytki. Szerokie, gładkie, śliskie, a jednak torba od czasu do czasu podskakuje pod wpływem moich szarpanych ruchów. Usiłuję złapać równowagę pomiędzy pchaniem wózka, a ciągnięciem walizki. Bardzo łatwo wypada się z rytmu, próbując ominąć kolejny wieszak ze strojami kąpielowymi lub półkę z klapkami wystawioną wprost na chodnik. Przede mną Inżynier na przemian ciągnie za sobą i niesie największy bagaż, wypchany po brzegi dwudziestoma trzema kilogramami wszystkiego. Mocna, staroświecka w stylu walizka ma kółka i krótki pasek, ale brak jej wysuwanego uchwytu, który ułatwiłby transport.

Maszerujemy tak już blisko godzinę. Zgubiliśmy się, to pewne, ale nie wiemy, gdzie popełniliśmy błąd. Mapa Google rwie, zaczepieni na ulicy przechodnie łamanym angielskim udzielają wykluczających się porad. Ci bez znajomości angielskiego tłumaczą po hiszpańsku. O-mój-boże, jak oni się starają! We don't speak Spanish jeszcze bardziej ich nakręca. (Zdrowy rozsądek nie pozwala mi na un poco. I słusznie.) Mówią jeszcze więcej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej po hiszpańsku. Gracias, dziękujemy na koniec uprzejmie, jeszcze bardziej zdezorientowani, przypominając sobie Drugą Mamę, która w angielskim sklepie witała się ze wszystkimi uprzejmym dzień dobry.

Przyznaję, myślenie wyłączyłam już pół godziny temu, wszystkimi porami chłonę atmosferę wybrzeża, całkowicie zdając się na Męża Mego w decyzjach, czy a la derecha czy może a la izquierda, nie zastanawiając się już, które co oznacza, i skupiając się na tym, żeby nie wylecieć z Fruzią na ulicę. Zerkam na nią od czasu do czasu. Mija trzynasta godzina naszej podróży. Mała jest wykończona, to widać, ale dzielnie trzyma przytomność umysłu, nie chce się położyć. Kiedy rozkładam jej wózek do pozycji leżącej, sekundę później Fruzia stawia oparcie do pionu. Zupełnie jakby wiedziała, że właśnie zaczęła się fiesta i nie czas na spanie. Dobrze, córko, jeśli wciąż masz siłę... 

Ratują nas kelnerki w jednej z licznych restauracji. Tłumaczą, że jesteśmy bardzo daleko od naszego tymczasowego lokum i sceptycznym wzrokiem patrzą na walizki i Fruzię w wózku. Po chwili debaty zamawiają nam taksówkę, a piętnaście minut później gospodyni wylewnie wita nas i naszą la niña przed czteropiętrowym apartamentowcem.
- Zabłądziliśmy - mówimy po angielsku.
- Ale jak to? Przecież to dziesięć minut drogi od stacji! - dziwi się Diana po hiszpańsku.
Bo tak będziemy wymieniać uprzejmości i uwagi do końca naszego pobytu. Ona en español, my in English.
- Naprawdę? Przyjechaliśmy taksówką - teraz to ja jestem zdziwiona.
- A gdzie wysiedliście?
- Na Torremolinos.
- No! No Torremolinos! - łapie się za głowę nasza gospodyni. -  Los Álamos!

Dwie stacje metra wcześniej.
A-ha.

(...)

Plaża. On czyta książkę, Fruzia zachwyca się największą piaskownicą, jaką dotąd widziała w swym ponadpółtorarocznym życiu. Zamykam oczy. Pod powiekami żółto od słońca. W uszach szum fal rozbijających się o brzeg. W tle przytłumione głosy. Lekki wiatr, temperatura w okolicach 28 stopni. Przez głowię przepływa strumień swobodnych myśli.

Jest mi ciepło. Niczego nie potrzebuję, niczego nie pragnę. Nic mnie nie boli. Nic nie dręczy. Aktualnie na nic nie czekam. Najwyższy stopień oświecenia.

A to tylko słońce, woda i piasek.

I oni na wyciągnięcie ręki.
(Budda nie byłby zachwycony.)

(...)

Pierwszego dnia narobiła krzyku na całą okolicę, kiedy spieniona woda dotarła do jej kostek. Nie przeszkadzało jej to jednak w wylewaniu słonej cieczy z wiaderek wprost na siebie. A następnie w tarzaniu się w piasku.
- Fruziu, panierujesz się? - pytał on ze śmiechem.
Drugiego dnia wzięła się z morzem za bary. A właściwie za łydki, bo to tam wyznaczyła swoją własną granicę poczucia bezpieczeństwa. Od tego momentu, kiedy nabierała ochoty na obniżenie temperatury ciała, podchodziła do mnie lub do niego, jednym zgrabnym ruchem zamykała nam książkę, po czym usiłowała podnieść wybranego delikwenta, dając do zrozumienia, że teraz idziemy do wody. Koniecznie. Natychmiast. Bo jak nie, to... (Podrywaliśmy się dość szybko, więc nie wiem, co byłoby dalej, gdyby.)

(...)

Salou, Katalonia, późny wieczór. Mam czternaście lat, wędruję z Rodzicami rozświetloną promenadą. Idę i chłonę obrazy, zapachy i dźwięki. Sklepy pełne kolorowych sukienek, kapeluszy i pamiątek. Hitem tego sezonu są białe, sznurowane glany na koturnie oraz czarne sukienki bez rękawów, z szyfonową spódnicą i podwyższonym stanem. Mamuśka pozwala wybrać mi jeden z tych cudów, a moje serce waha się kilka dni. Ostatecznie zdecyduję się na kieckę, w której wystąpię na balu ósmoklasistów. A tymczasem wędrujemy powoli, mijając kolejne restauracje i bary, jeden pokaz flamenco za drugim. (W jednym z tych miejsc, podczas innej wycieczki do tej samej miejscowości Mamuśka, zaproszona na parkiet przez zawodową tancerkę, odstawi takie flamenco, że hiszpańska ziemia długo będzie to wspominać.) Zachwyca mnie fakt, że po upalnym dniu dopiero teraz zaczyna się tutaj życie. Feeria barw. Rewia mody. Opalone ciała. Powietrze ma smak młodości i spełniających się marzeń. Smak raju. Mimo że mam już na czternastoletnim koncie kilka europejskich metropolii, to Hiszpania na długie lata stanie się moim Tokio. Wyszywanym srebrno-złoto.

Torremolinos, Andaluzja, nie-aż-tak-późny wieczór. Mam trzydzieści pięć lat, wędruję z Mężem Mym i córką rozświetloną promenadą. Idę i chłonę obrazy, zapachy i dźwięki. Sklepy pełne kolorowych sukienek, kapeluszy i pamiątek. Mijamy dziewczynę w białych, sznurowanych glanach na koturnie, dokładnie takich jak te, których nie kupiłam dwadzieścia jeden lat temu. Wędrujemy powoli, od czasu do czasu zaśmiewając się z Fruzi, która obudziła się po krótkiej drzemce i z miną królowej wybrzeża rozdaje uśmiechy. Pozdrawia przechodniów królewskim skinieniem dłoni. Co jakiś czas podchodzi do kogoś i bezpardonowo łapie go za nogę, rękę albo koszulkę, jeśli delikwent jest jej wzrostu. Przepraszamy za Fruzię, intruujemy ją, że teraz już zrobimy pa-pa, idziemy dalej. Jakaś zachwycona Hiszpanka bierze ją na ręce. Fruzia cieszy się na całego, ale po chwili zaczyna szukać naszego wzroku. Postawiona na ziemię, entuzjastycznie wraca do bycia gwiazdą. Jest już po sezonie, ale ciepłe powietrze wciąż ma smak raju.

(...)

Pierwszy lecący nad plażą i naszymi głowami samolot skwitowaliśmy stwierdzeniem:
- Zobacz, Fruziu, ten samolot leci do Rudolfa!
Do Ga-gi znaczy.
- Gaga! - krzyknęła uradowana Fruzia, wystawiając wskazujący palec w stronę słońca, nieba i samolotu.

A ponieważ te latały średnio co dziesięć minut...

Gaga twarzą (pyskiem?) malagijskiego lotniska.

(...)

Trzeciego dnia trafiamy na Mercado Central de Atarazanas w Maladze i przepadamy w nim bezpowrotnie. Nie dosłownie, bo wielkością ten rynek nie poraża, nie sposób się w nim zgubić, ale rozum człowiek traci w nim na dobre. Te kolory! Te ilości! Te zapachy! Dumne, hiszpańskie szynki zwisające z wielkich haków, ogromne ilości mięsiwa, chorizo i innych odmian kiełbasy, owoce i warzywa schodkowo poukładane na stołach, przywołujące na myśl wspomnienie ogrodu na Ranczo, wodzące nos na pokuszenie przyprawy, których nazwy nie zawsze udało nam się rozszryfrować, świeże ryby, usypane w wielkie wydmy i regularnie spryskiwane wodą krewetki, małże i wszystko to, co zwykle omijam w supermaketach szerokim łukiem, a co dziś sprawia, że w ciągu sekundy robię się niewiarygodnie głodna, domowe wypieki, na widok których porzucam w myślach postanowienie powrotu do treningów, bo przecież mam to gdzieś, wolę być szczęśliwa, jedząc takie pyszności, niż szczupła bez nich.
Przyjechaliśmy z myślą, że przydałoby nam się trochę świeżych warzyw, wyjeżdżamy z kilkoma po brzegi wyładowanymi siatami, a w głowach aż nam wszystko pulsuje od tego, co właśnie przeżyliśmy. Wracamy tam jeszcze trzy razy. Za każdym razem wózek Fruzi ugina nam się od ciężaru tych wszystkich pyszności. Palitos de naranja, smażone w głębokim tłuszczu słodkości wyglądające jak nasze racuchy, tyle że zdecydowanie twardsze i bardziej chrupiące, muszą mieć chyba dwa razy tyle kalorii co jeden polski pączek. A są dziesięć razy mniejsze od pączków. Pomidory nie są okrągłe, idealnie gładkie i tej samej wielkości co wszystkie inne pomidory z supermarketowej półki. Te z mercado mają gdzieniegdzie popękaną skórkę, są różnych, nieregularnych kształtów, ale pachną dokładnie jak te zerwane z krzaka u babci! Ogórki - poezja. Gruntowych w Krainie Deszczu nie uświadczysz, więc tu kupujemy je w ilościach hurtowych i pożeramy na ciepłych jeszcze bagietkach jak szaleńcy, zagryzając to wszystko świeżymi owocami, które pod hiszpańskim słońcem smakują zupełnie inaczej niż we własnym domu. Wieczorem, kiedy Fruzia już śpi, on topi i smaży w oliwie maleńkie, wyglądające jak szprotki rybki, które idealnie pasują do piwa, a nawet mojej słodkiej Sangrii.

Między tym wszystkim są jeszcze wizyty w przytulnych kawiarenkach i restauracjach, gdzie oddajemy się w ręce hiszpańskich kucharzy. Rozumiem już, że churros con chocolate szybko stałoby się moim ulubionym śniadaniem, gdyby uprzejmy los zechciał wysłać mnie na tę szerokość geograficzną w ramach akcji To-Może-Teraz-Adoptujmy-W-Hiszpanii. (Naprawdę, przeszło mi to przez myśl. Nie tylko przeszło, ale nawet podzieliłam się tym radosnym pomysłem na życie z Mężem Mym.) Paella smakuje mi nawet z owocami morza, których na co dzień żadne z nas nie jest fanem. Próbujemy też hiszpańskiego bobu w towarzystwie kawałków mięsa i co najmniej kilku litrów oliwy. Fruzia za to żywi się krokietami, owocami, lodami i ciastkami. A także popcornem z piaskiem. Na dziesięć dni uciszam sumienie dogorywającej od półtora roku Matki Polki, zamykam mu gębę na kłódkę, a klucz wyrzucam do morza.

Jeszcze kasztany. Następnym razem koniecznie musimy spróbować kasztanów.

Życie polega na jedzeniu dobrych rzeczy i piciu dobrych trunków. Amen.

(...)

Kilka metrów od naszego kawiarnianego stolika pyszni się plac zabaw. Nie zdążę jeszcze usiąść, a Fruzia już się do niego wyrywa. Pędzi jak oszalała. Dopada bujanego zwierza na sprężynie i oświadcza (A! Ma-ma! A!), że chce na nim poszaleć. Podstadzam jej tyłek, pokazuję, gdzie ustawić stopy na barierce. Trzy sekundy później Fruzia się buja. Nie, właściwie ona się nie buja i nie huśta. To dziecko najwyraźniej usiłuje wykorzystać sprężynę do wystrzelenia samej siebie w przestrzeń kosmiczną. Ciało ma naprężone, trzyma się barierki mocno, loki fruwają do góry i w dół, do przodu i w tył, co rusz opadają na oczy, by za chwilę wylądować na czubku głowy. Patrzę na nią z lekkim niepokojem. Mam wrażenie, że za chwilę nasze dziecko naprawdę wpadnie komuś do kawiarnianego talerza.

Łapię wzrok Inżyniera. Ten gapi się na Fruzię i zgięty wpół płacze ze śmiechu.
- Dzikus! - krzyczy do mnie. - Mamy dzikusa, nie dziecko!

Kilka minut później Fruzia bawi sie przy spreżynowym zwierzu. Usiłuje rozbujać go, stojąc na ziemi i opierając się łapkami o metalową barierkę. Kilkuletni, dobrze wykarmiony Hiszpan podchodzi do zwierza z drugiej strony i tarmosząc huśtawkę próbuje pozbyć się Fruzi. Obserwujemy scenę z perpektywy naszego stolika. Fruzia nie daje się. Mimo że chłopiec jest od niej dużo starszy i dużo, dużo silniejszy, młoda nie odpuszcza. Hiszpan zaczyna się irytować. Zastanawiam się, czy to ten moment, kiedy powinniśmy interweniować, ale w tym samym momencie Fruzia puszcza barierkę, podchodzi do chłopca, który akurat nachyla się w jej stronę, obejmuje go i całuje w usta! (Inżynier niemal wpada pod stolik.) Młody przez ułamek sekundy nie wie, co zrobić, bo czym ostatecznie odpycha lekko Fruzię i rusza biegiem do mamy.

Fruzia zadowolona bije sobie brawo.

(...)

Copacabana, lekko snobistyczna restauracja na plaży w Torremolinos. Jedna z tych, do których nawet jeśli wejdziesz tylko przypadkiem, jak my, to na pewno do niej wrócisz. (Gdyby Elizabeth Gilbert zakochała się w swojej Rayya właśnie w tej knajpce, na tej plaży, siedząc na miękkiej sofie, zanurzając stopy w piasku i patrząc w granatowo-srebrne po zmierzchu morze dosłownie kilka kroków przed sobą, bez mrugnięcia okiem uwierzyłabym, że to wina księżyca i tego miejsca.  Ale nie. Podobno czasem uczucie umiera. Tak po prostu. Szkoda, że nie dowiedziałam się tego dopiero po skończeniu "Commited: A Love Story", idealnej na czas nurzania sie w piasku, bo zainteresowało mnie szeroko pojęte historyczno-kulturowe podłoże instytucji małżeństwa zarysowane w książce. Facebook autorki odebrał mi apetyt na dalszy ciąg.* Fuck.)

Niech się jednak schowa Gilbert, księżyc i jego lunatyczne zdolności. W Copacabanie z głośników sączy się dobra, w sam raz do pokołysania, muzyka. Na naszym stole zawsze stoi cerveza i mojito. A pod stołem Fruzia uskutecznia własne układy choreograficzne.

* Kiedyś to samo zrobił mi Tony Parsons artykułem o tatuażach. Ale umówmy się, to tylko Gilbert i Parson. Marquez nie byłby w stanie zmienić mojego uczucia do swojej osoby nawet gdyby został Fidelem Castro.

(...)

Snujemy się po Maladze. Postanawiamy wejść na Castillo de Gibralfaro, zamek położony na dość stromym wzgórzu, ale z wózkiem udaje nam się dobrnąć jedynie do połowy. Choć widok na miasto nawet i z tego poziomu mamy piękny. Siadamy na kamiennych schodach, wyjmujemy wodę, francuskie ciastko z kremem i rogalika z czekoladą, prosto z Mercado de Atarazanas i posilamy się przed kolejną częścią wyprawy. Fruzia, zwolniona z dłuższego posiedzenia w bryce, biega pomiędzy nami jak Rudolf spuszczony ze smyczy. Skwapliwie korzysta z zaproszenia do wspólnego posiłku. Przysiada na chwilę, wkłada do buzi kawałek ciastka, po czym z pełnym otworem gębowym pędzi dalej, do góry, na schody, byle przed siebie, byle w ruchu...

Żuje, śmieje się i coś nam opowiada jednocześnie.
- Fruziu, nie... - zaczynam swoją mantrę, ale przerywam w połowie.

Radość w czystej postaci nie lubi być mącona.

(...)

- Czekam na prognozę pogody, ale chyba się nie doczekam - mówi on, kiedy wieczorem oglądamy hiszpańską telewizję. Oglądamy to właściwe słowo.
- Albo oni po prostu nie mają prognozy - zastanawia się głośno Mąż Mój po chwili ciszy. - Bo w zasadzie po co? Kto by to oglądał, codziennie to samo.
-  Hmm... A może prognozują raz w tygodniu? - podpowiadam. - Wiesz, może trochę jak mityczni Eskimosi na śnieg, tak Hiszpanie mają tysiąc określeń na rodzaj nasłonecznienia.

A jednak. W godzinie wyjazdu, po dziewięciu cudownie plażowych dniach, niebo zachmurzyło się i lunęło.

Hiszpańska pogodynka, jeśli taka funkcja jednak istnieje, musiała mieć pełne ręce roboty.