O wystarczająco dobrych rodzicach

piątek, grudnia 18, 2015

Z Sąsiadką Zza Rogu właściwie  w ogóle nie rozmawiałam przed Erą Fruzi. Nawet niespecjalnie pamiętałam jej twarz, bo te wszystkie hiya, które wymieniałyśmy tuż przed jej domem, kiedy w porze lunchu zabierałam Rudolfa na spacer, były tak rzadkie, a do tego zwykle rzucone z półobrotu (jej lub mojego), że doprawdy trudno to nawet było nazwać sąsiedzkimi relacjami. Wszystko zmieniło się jakiś miesiąc po przybyciu Fruzi.
- Hi love - przywitała mnie znienacka Sąsiadka, prawdopodobnie uprzednio nastawiwszy radary na stukot pazurów Rudolfa. Nie zauważyłam jej w tym ogródku, więc wystraszyła mnie nieźle.
Przywitałam się grzecznie, ale zanim wydźwięczała ostatnia głoska mojej angielszczyzny, Sąsiadka Zza Rogu już trajkotała dalej:
- Chyba musiałam naprawdę dawno cię nie widzieć, bo nie wiedziałam, że byłaś w ciąży!
Roześmiałam się.
Dużo tego słyszeliśmy, kiedy raptem zaczęliśmy pojawiać się na osiedlowych uliczkach z wózkiem.
- Nie byłam, malutka jest adoptowana - wyjaśniłam jak zawsze.
Coś w głosie Sąsiadki podpowiedziało mi, że ona wcale nie podejrzewała mnie o ciążę, może zresztą coś już jej się obiło o uszy, ale dla nas od początku to nie był problem, że ludzie pytają. O ile nie są to wścibskie pytania (- To jaka jest jej historia? - zapytała kiedyś Zamroczona bardzo ciekawskim tonem. - Bardzo prosta - odpowiedziałam i postawiłam wyraźną kropkę po drugim słowie. Liz mnie tego nauczyła.), to wolę takie zapytanie wprost niż tworzenie teorii spiskowych za naszymi plecami.
- Super - skwitowała Sąsiadka, zajrzała do wózka i zaczęła rozpływać się nad urodą Fruzi.
Myślałam, że na tym się skończy, ale to był dopiero początek.
Od tamtej pory przy każdej nadarzającej się okazji - choć nie jest ich wiele - Sąsiadka mówi mi, jak fantastyczną robotę wykonuję. Często poklepuje mnie przy tym po ramieniu, a jej głos przybiera wzruszone tony. Śmiać mi się trochę z tego chce, ale w sumie miła z niej babka, więc za każdym razem jej dziękuję z promiennym uśmiechem. Czasem też pogadamy. A musicie wiedzieć, że gadamy dość spektakularnie...
Sąsiadka mówi do mnie prostą angielszczyzną, wspomagając się przy okazji językiem migowym.
- Want to adopt more babies? - zapytała kiedyś, obie ręce składając jak to kołysania niemowlaka.
Myślałam, że Sąsiadka nie miała okazji przekonać się, że potrafię wyartykułować coś poza hiya, zaczęłam więc produkować piękne, okrągłe zdania, stwierdzając, że tak, chcemy jeszcze adoptować, bo zawsze marzyła nam się duża rodzina.
Nie przekonałam jej. Sąsiadka wciąż uskuteczniała wyraźną, banalną angielszczyznę wraz z językiem obrazkowym dla niekumatych obcokrajowców. Może ona niedosłyszy, zastanowiłam się. Zaczęłam więc wolno, wyraźnie i głośno. Drukowanymi literami i pogrubioną czcionką.

Ona jednak słyszy. Najwyraźniej to mój akcent kuleje.;-)

- Jestem przekonana, że ona myśli sobie coś w stylu ''ooooch... adoptowali... jakie to szlachetne..." - opowiadałam Inżynierowi po którejś mojej rozmowie z tą Zza Rogu. - Trochę mnie to śmieszy, bo nie czuję się szlachetniejsza, odkąd mamy Fruziaka. Robię dokładnie to, co każda inna mama. A nie sądzę, żeby każdą inną mamę sąsiadka z taką czułością klepała z uznaniem po plecach.
(Napisała to ta, która wiele lat temu sama uważała adopcję za coś, za co powinno się stawiać ludziom jeśli nie pomniki, to chociaż darmową kawę w Starbucks. Wiecie, myślałam, że adopcja automatycznie wytwarza człowiekowi aureolę nad głową. Uwaga, obalam ten mit!)
- Pewnie nie - przyznał Inżynier. - Ale czy to ważne? Ważne jest to, że kobieta wysyła w twoją stronę pozytywny przekaz.

Popatrzyłam na niego wtedy i raptem mnie olśniło.

No jasne! On ma rację! Po jaką cholerę doszukuję się w miłych słowach Sąsiadki jakichś podtekstów? Po co zastanawiam się, co ona sobie tak naprawdę myśli? Tym bardziej, że poza nagminnymi wzruszami, takimi trochę jak z bajki o Kopciuszku, w jej głosie nie słyszę nic niewłaściwego. A może... sama jest adoptowana? Jej córka myśli o adopcji? Jej koleżanka właśnie ją rozważa? Może... sama oddała kiedyś dziecko? A może jej nikt tego nie mówił i ona naprawdę powtarza to każdej świeżo upieczonej mamie? No dobra, pewnie zabłądziłam w tych pomysłach o kilka kroków za daleko, ale czyż życie nie składa się z takich właśnie historii? Historii, które dzieją się drzwi obok.

Ze mnie to jednak szczęściara. Przyzwyczaiłam się do pozytywnych wzmocnień, które serwuje mi regularnie otoczenie i dodatkowe klepnięcie po plecach ze słowami 'you're doing a great job!' mogę potraktować jako powód do pobłażliwego uśmiechu. Wiem, że jestem wystarczająco dobrą mamą (idea 'good enough parents' jako opozycja do 'ideal parents' bardzo mi odpowiada), między innymi dlatego, że często słyszę to od Męża, Mamuśki, Drugiej Mamy, znajomych, adopcyjnego teamu, health visitor, lekarzy... I Sąsiadki Zza Rogu. Nie wiem, co na to Fruzia za kilkanaście lat, ale chwilowo się tym nie martwię.

On jest dobrym ojcem.
Ja jestem dobrą mamą.
Tak jak każda normalna, kochająca swoje dzieci mama.
Nieważne, z jaką historią.

Jeśli więc Ciebie nie ma kto poklepać po plecach, ja dzisiaj to robię.
Jesteś dobrą mamą, wiesz?
Najlepszą, jakie Twoje dziecko mogło sobie wymarzyć.

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Moja starsza córka na szczęście często sama mi to powtarza :) Młodsza musi dorosnąć jeszcze ;) Też mam takie poczucie, że rodzice adopcyjni odwalają dwa razy cięższą robotę niż tacy biologiczni. No nie wiem jak to dokładanie sprecyzować, żeby nikogo nie obrazić, więc pokochać własne dziecko, które rozwija się w brzuchu to jakoś tak naturalnie przychodzi - hormony i takie tam wiaodomo, a jednak być z tego uczucia jakby odartym (w sensie, że tego nie można przeżyć samemu) i mimo wszystko pokochać w sumie obce dla siebie dziecko, mało tego walczyć o nie długo i z mozołem, nie zniechęcać się pomimo przeszkód jest dla mnie czymś, za co faktycznie powinno się dostawać kawę za darmo (pomników nasza planeta za dużo nie zmieści ;). Nie wiem czy dobrze to wytłumaczyłam czy nie, ale jesteście super rodzicami cudnego dziecka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nie ma w tym, co napisalas nic, co mogloby kogos obrazic. Tak, czesto adopcyjni rodzice odwalaja dwa razy ciezsza robote, ale nie zawsze. Na pewno stoja przed nimi wyzwania, ktorych nie ma dla rodzicow biologicznych (np. wytlumaczenie dziecku jego przeszlosci). Ale czasem rodzice biologiczni maja inne dylematy, ktorych my nie mamy. W sumie chodzi mi o to, ze czasem dostajemy wyrazy uznania, co do ktorych czujemy, ze na nie nie zasluzylismy.:-)Ale tak, nie zniechecilismy sie i z tego akurat powodu jestesmy dumni:-) Dzieki za cieple slowa!:-*

      Usuń
  2. Mnie takie komentarze zawsze wprawiają w ogromne zakłopotanie, bo adopcja to nie żaden heroizm, nie jakieś wielkie poświęcenie (przynajmniej nie dla mnie)czy ratowanie "biednej sierotki" przed okrutnym losem. Chciałabym, żeby nasza rodzina była traktowana po prostu normalnie, jak każda inna - żeby nikt nas ani nie stygmatyzował, ani też nie wkładał nam na siłę na głowę tej wspomnianej przez Ciebie aureoli. Pozytywne wzmocnienia jak najbardziej, są w życiu potrzebne - ale kiedy dotyczą akurat konkretnie adopcji, to jakoś dziwnie się z tym czuję i takie mi się wydają...no niezasłużone po prostu...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie. I tak sobie mysle, ze to zawsze chyba rozbija sie o dzieci - ta mysl, zeby ktos kiedys nie traktowal ich poblazliwie czy inaczej, bo adoptowane. Stad czasem to zastanawianie sie, czy ta sasiadka to tak normalnie, czy moze tylko do nas. Ale musze przyznac, ze nie zdarza mi sie to czesto, a ludzie wokol nas - co zawsze powtarzam - sa mega pozytywni. Z drugiej strony, przyznaje to otwarcie, imponuja mi zyciowo ludzie, ktorzy adoptowali gromade dzieciakow, zdrowych czy chorych, z rozna przeszloscia i historiami, ida przez zycie z usmiechem, nie narzekaja, woza te dzieciaki po lekarzach, psychologach i sa... szczesliwi. I choc nie wkladam im aureoli na glowy, to czy przypadkiem czasem nie zaprzeczam w tym momencie sama sobie?;-)

      Usuń
  3. Potrzebowałam dzisiaj tego klepnięcia. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń